Cena strachu (1953) reż. Henri-Georges Clouzot
#1
[Obrazek: 600full-the-wages-of-fear-poster.jpg]

Prosty pomysł, perfekcyjne wykonanie. Tak mógłbym skwitować ten film. Rzadko mi się zdarza, żebym podczas oglądania, szczególnie w samotności, komentował na głos wydarzenia na ekranie. W tym przypadku niemal co chwilę z ust wyrywały mi się komentarze w stylu "Nosz kurwa mać!", "Ja jebie...", czy też "O w chuj". Mało finezyjne, mało inteligentne, mało treściwe? Być może. Słowa, powodowane prostymi, szczerymi emocjami, jakimi są napięcie, irytacja, radość, złość, niedowierzanie, podziw. Taki rodzaj emocji targał mną podczas seansu dzieła Clouzota, niekiedy nawet wszystkie jednocześnie. Po tym można poznać, że oto obcuje się z wielkim kinem.

A wstęp tego wcale nie zapowiadał. Jak wcześniej wspominałem, przed seansem o filmie nie wiedziałem praktycznie nic - zero pojęcia o fabule, znałem tylko gatunek i oceny znajomych (średnia z 10 głosów: 8.5) no i reżysera, którego kojarzyłem jednak z zupełnie innego tytułu (Widmo). Obiło mi się też coś o rimejku, którego dokonał Friedkin i to w zasadzie tyle. Tak więc, kiedy film się zaczął, byłem zaintrygowany i zaciekawiony, z czasem jednak zacząłem powątpiewać w ową wielką wartość tego tytułu, zaciekawienie przeszło w irytację, irytacja w złość i zniechęcenie. 20 minut i płytka z filmem wyleciała z odtwarzacza z donośnym hukiem, a ja po raz kolejny przeklinałem europejskie kino za snujowatość i opowiadanie o niczym w nieoglądalny sposób. Coś jednak mnie tknęło i pomyślałem sobie: niech tam, ku*wa, i tak nic lepszego do roboty nie mam, to i kolejnego artsy-fartsy gniota mogę obejrzeć i zjechać na filmwebie, ku własnej uciesze. No i zapuściłem ponownie i po 15 minutach uczucie zniechęcenia zniknęło, powróciło gdzieś zaciekawienie, a po następnym kwadransie, kiedy skrystalizował się główny wątek filmu, wsiąknąłem na dobre i nie było już odwrotu.

Okazuje się, że decyzja o wznowieniu seansu była jedną z najlepszych, z dokonanych przeze mnie w moim filmowym życiu. Brzmi pompatycznie i łzawo? Pierdolę, tak właśnie było, Clouzot wymiótł mnie z kapci, znokautował kilkoma szybkimi ciosami i przydeptał na koniec z uśmiechem. Okej, ale co właściwie było w tym filmie takiego zajebistego, jak już przebrnie się przez ślamazarny wstęp i przejdzie do głównego dania? Już spieszę z odpowiedzią: wszystko. A co rozumiem przez wszystko?

Wszystko, to znaczy umotywowanie bohaterów. Jakkolwiek wstęp do porywających nie należy, tak w kontekście dalszej części filmu, ma ogromne znaczenie - to tutaj jest pokazane, dlaczego tylu ochotników wychodzi na spotkanie ze śmiercią, w imię wielkich pieniędzy. Ukazanie beznadziei życia w mieście, w którym brak perspektyw dla kogokolwiek, kto nie należy do "swoich", gdzie egzystencja staje się koszmarem, poprzez powtarzanie wciąż i wciąż tych samych bezproduktywnych czynności, gdzie brak pracy, pieniędzy i widoków na przyszłość determinuje do rzucenia wszystkiego na szalę, w imię czegoś, co oddala się z każdym, długim dniem w piekle nudy. Pisałem wcześniej, że początek mnie odrzucił i rzeczywiście tak było, jednak w połączeniu z resztą filmu, doceniam to, co zrobił Clouzot - gdybym żył sobie w ponurym mieście, gdzie wciąż panują nieznośne upały, gdzie pełno kurzu i niezdrowych wyziewów rujnuje organizm, a na dodatek ktoś zmuszał by mnie do oglądania pierwszych 30 minut Ceny Strachu w kółko, nie dając szansy na poznanie dalszego ciągu, pewnie sam zdecydowałbym się na mega-ryzykowny kurs, byleby tylko przerwać gehennę.

Wszystko, to znaczy budowanie napięcia prostymi środkami. Tu tkwi największa siła tego filmu - mistrzowsko kreowany suspens, tworzenie gęsiej skórki u widza, stosując surowe chwyty, pozbawione efekciarstwa, będące przy tym świetnie pomyślane i tak samo wykonane. No bo to jest wręcz banalne - weź czterech gości, dwie ciężarówki i kilka ton nitrogliceryny, dodaj do tego 500 kilometrów do przejechania po dziurawych drogach i kręć film. Sztuką jest, żeby nakręcić to tak, żebym ja siedział z wytrzeszczem gałek ocznych, to zaciskając nerwowo dłonie, to znowu przebierając nerwowo nogami, to znów nieruchomiejąc na dobrych kilka chwil. A to wszystko dzięki temu, że Clouzot potrafi to robić - potrafi operować napięciem w arcymistrzowski i wyrafinowany sposób. U niego zwykłe cofanie ciężarówką jest nakręcone i poprzedzone fabularnie tak, że ja odruchowo zamykam oczy, kiedy słyszę z ekranu "uważaj, bo wyjeżdżasz po za koleiny!". Są w tym filmie dwie takie sceny: facet po prostu cofa ciężarówką. A napięcie wylewa się z ekranu, sprowadza mnie na dno i topi, a ja nawet nie zwracam na to uwagi, bo wciąż patrzę, jak tam facet cofa ciężarówką. I tak jest w zasadzie ze wszystkimi scenami, od momentu wyruszenia z ładunkiem - nawet w pozornie spokojnych scenach dialogowych daje się wyczuć ogromne emocje, no bo ja cały czas jestem świadom, jaka jest stawka i jaka będzie kara za choćby jeden, malutki błąd. Buum. Ktoś wydostanie się z piekła, ale niekoniecznie drogą, którą chciał.

Wszystko, to znaczy ukazanie determinacji, pasji, dążenia do celu za wszelką cenę. Znakomicie oddane, szczególnie pod koniec (scena z jeziorkiem ropy). Bezradność, czarna rozpacz, w końcu złość - tutaj największe brawa należą się Montandowi, który idealnie te emocje przekazał. No po prostu, nie dało się uwierzyć, że on tam tylko gra, że wokół stoją ludzie od kamery, dźwięku, i tak dalej. Całkowite zlanie się z odgrywaną postacią, przez co jeszcze bardziej utożsamiamy się z jego bohaterem i chociaż nie pochwalam decyzji, którą w końcu podjął, tak w głębi duszy powiedziałem sobie: zrobiłbym to samo.

No i wreszcie samo zakończenie - pełne przewrotności i czarnego humoru, pełne tragizmu i bezlitosnej ironii zarazem. Rozumiem ludzi, którym wydaje się ono kiczowate i przeszarżowane, ale dla mnie, to po prostu idealne zwieńczenie tego, czego byłem świadkiem przez ostatnie dwie godziny. Dowód na to, że w ostateczności nie ma po co walczyć, ani po co uciekać przed gównianym losem, bo koniec końców, może nas spotkać coś jeszcze gorszego. Proza życia, ot co.

Podsumowując, jeden z najlepszych thrillerów, jakie miałem przyjemność zobaczyć, a także (w pewnym sensie) najbardziej napakowany skrajnymi emocjami film drogi w historii kina. No i przy okazji, bezbłędnie zrealizowany akcyjniak, który moim zdaniem, ani trochę się nie zestarzał, chociaż od premiery minęło prawie 60 lat. Ba, napiszę nawet więcej: wielu współczesnych twórców powinno się od Clouzota uczyć, jak budować napięcie i trzymać w nim widza przez nieskończenie długi czas. Bo, z tego co pokazał w opisywanym filmie, był prawdziwym wirtuozem w swoim fachu.

Odpowiedz
#2
A widziałeś remake?

Odpowiedz
#3
Nie, ale słyszałem, że też stoi na wysokim poziomie. Trzeba będzie się zapoznać niebawem.

Odpowiedz
#4
Pierwszy raz oglądałem jak byłem małym smarkiem i pozostawił na mnie ogromne wrażenie. Powtórzyłem sobie jakieś dwa lata temu - te same odczucia. Co do początku filmu, to miałem tak samo, dłużyło mi się, ale w pamięci miałem seans z dzieciństwa więc wiedziałem, że warto się pomęczyć w upale miasteczka odciętego od świata, bo dalej będzie tylko lepiej. Mało tego, po seansie uważam, że początek poprostu nie mógł być lepszy.

Gdyby ktoś mi powiedział, że film, w którym fabuła opiera się na podróży ciężarówkami z prędkością 10 km/h może być wciągająca, to bym go wyśmiał. Uznałbym, że to musi być straszna nuda. Paradoksalnie przy tym filmie nudne wydają się wszystkie filmowe pościgi samochodowe wszelkiej maści.

Swoją drogą nawrocki, dodać fotki z filmu i Twój post może spokojnie trafić do działu "recenzje".

p.s. "Sorcerer" warto zobaczyć. Jest inny, ale również ma swoje walory.

Odpowiedz
#5
Świetny film, ale osobiście preferuję bardziej remake. Oryginał jest pod wieloma względami lepszy, ale ma za dużo momentów, które mnie zwyczajnie irytują, a samych postaci nijak nie mogę polubić, w przeciwieństwie do Scheidera i s-ki. Niby niewielkie detale, ale jednak...
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#6
Film z takim plakatem musi być zajebisty. Trzeba będzie obejrzeć.

Odpowiedz
#7
Podczas oglądania tego klasyka przychodziło mi do głowy raczej nazwisko Hustona niż Hitchcocka - bohaterowie scharakteryzowani podobnie do postaci z tego pierwszego twórcy, suspensu nie brakuje, owszem ale Clouzota z Alfredem to bym powiązał za "Widmo" gdzie skojarzenie wiadomo jakie wtedy przychodzi. "Cena Strachu" nie zestarzała się wcale.

Ze wspomnień truckera:

http://www.polishtrucker.ca/truckerskie-filmy/109-trucking-niejedno-ma-imi-

Bodajże pierwszy film drogi i jeden z pierwszych filmów akcji ( równolegle z "7 samurajami" i chińskim "martial arts" ).
L.A. Confidential - 8/10
He liu - 7/10
The Insider - 8/10
Dredd - 6/10
Total Recall ( 2012 ) - 5/10
G.I. Joe: The Rise of Cobra - 5/10


Odpowiedz
#8
Cytat:Podczas oglądania tego klasyka przychodziło mi do głowy raczej nazwisko Hustona niż Hitchcocka
Racja, od razu przyszło mi to na myśl - szczególnie, jak przypomniałem sobie "Skarb Sierra Madre".

Odpowiedz
#9
Ja nie jestem już w stanie oglądać czarno-białych filmów z lat 50, w których mówią po francusku. Obejrzę remake :)

Odpowiedz
#10
No to żałuj, bo ci kawał świetnego kina przechodzi koło nosa.

Odpowiedz
#11
Rozumiem Mentala. Jeśli miałbym znaleźć jakąś wadę tego filmu, to będzie to właśnie język, a może nie tyle język co - o ile dobrze pamiętam - zbytnia ekspresja aktorów (typowa dla aktorów francuskich/włoskich z tamtych lat). Aczkolwiek mimo wszystko film-klasa.

(23-09-2012, 19:01)Mental napisał(a): Obejrzę remake :)

Mental, ale w sensie "Obejrzę po raz pierwszy" czy "Odświerzę sobie"?

Ja nie jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, który lepszy, choć po części chyba znam odpowiedź. Otóż oglądałem najpierw oryginał, a później remake i oba oceniłem tak samo tj. Sorcerer nie wydał mi się gorszy i pomimo znanej mi fabuły nie nudził, wręcz odwrotnie wciągał. Podejrzewam jednak, iż gdybym najpierw obejrzał remake, a następnie oryginał, to mógłbym być nieco zawiedziony przez powiedzmy nieco staroświecki styl aktorstwa.

Odpowiedz
#12
Cytat:
Cytat:A także, o ile dobrze pamiętam zbytnia ekspresja aktorów (typowa dla aktorów francuskich/włoskich z tamtych lat).
Taki typ aktorstwa toleruję, a nawet lubię, dlatego nie miałem z tym problemu. Ale rozumiem, jak kogoś to irytuje.

A remake'u jestem bardzo ciekawy - w końcu zrobił go Friedkin, w dodatku będący wtedy w życiowej formie.

Odpowiedz
#13
Cytat:Mental, ale w sensie "Obejrzę po raz pierwszy" czy "Odświerzę sobie"?

Po raz pierwszy.

Odpowiedz
#14
Nie wiem czemu tyle czekałem, żeby Le Salaire de la peur obejrzeć, film jest genialny, podpisuję się pod prawie każdym słowem nawrockiego oprócz tego, że początek nudny i słaby. Zgoda, że nie ma tam nic porywającego, ale ja od początku czułem, że film jest dobry - przedstawienie barwnej sytuacji w miasteczku to przecież świetna reżyserska robota, ja oglądałem z przyjemnością, poza tym nie trwa to połowy filmu, tylko dokładnie tyle ile trzeba, nie rozumiem tych epitetów "europejski snuj". Dla mnie to solidna dziewiąteczka.

Co jeszcze dobrego od Pana Clouzot polecacie? Nie wierzę, żeby koleś z taką ręką i wyczuciem nie nakręcił przynajmniej kilku świetnych filmów.

Odpowiedz
#15
Cytat:Co jeszcze dobrego od Pana Clouzot polecacie?

Les Diaboliques (1955) oraz Le Corbeau (1943) to razem z Ceną strachu chyba najbardziej reprezentatywne filmy w jego dorobku.

I tak, wiem, że odpowiadam na to pytanie po ponad dwóch latach, ale lepiej póżno niż wcale :)

Odpowiedz
#16
Jest też i polski odpowiednik, warto obejrzeć: http://www.filmweb.pl/film/Baza+ludzi+umar%C5%82ych-1958-4081

Odpowiedz
#17
O kurde, dzięki za cynk. Kojarzyłem tytuł, ale nigdy nie zadałem sobie trudu aby przeczytać opis fabuły - trzeba zobaczyć.

Odpowiedz
#18
Widmo (Les Diaboliques) koniecznie! Dodałbym jeszcze Prawdę (La verite) z Bardotką.

Odpowiedz
#19
Obejrzałem tą Bazę ludzi umarłych, wiadomo, że to nie remake Ceny strachu, ale filmy są na tyle bliskie, że postanowiłem zostawić opinię tutaj, a nie w krótkiej piłce, gdzie szybciej przepadnie.
Petelski oczywiście nie ma tyle reżyserskiego kunsztu co Clouzot, film nie generuje takich emocji jak francuski "oryginał", ale również jest zacny i zdecydowanie warty obejrzenia. Klimat beznadziei bieszczadzkiego lasu tuż po wojnie bezbłędny - za sam pomysł na film dam dodatkowe punkty do oceny :) poza tym bardzo dobre aktorstwo z Niemczykiem na czele, galeria barwnych postaci i kilka świetnych, zapadających w pamięć scen i dialogów przysłaniają niedostatki (czasami trzeba przymknąć oko na to, że film ma prawie 60 lat) w reżyserii, dam 7/10 z serduszkiem.

Odpowiedz
#20
Remake Friedkina świetny, choć nie dorównuje oryginałowi. Ale widać niemal w każdej scenie, że ludzie za niego odpowiedzialni mieli na niego swój pomysł i nie ma tutaj mowy o bezmyślnym kopiowaniu francuskiego filmu. Pod pewnymi względami - aktorskim, settingu, syfu i brudu typowego dla lat 70. - "Sorcerer" przebija "La Salaire de la peur", i chociaż przegrywa pod względem emocjonalnym i klimatu, oraz generalnie "jako ten drugi", to wciąż bardzo dobre rzemiosło. Żeby każdy amerykański remake trzymał taki poziom, świat byłby lepszy.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Jeździec znikąd (1953) - reż. George Stevens Capt. Nascimento 0 1,227 21-10-2017, 01:06
Ostatni post: Capt. Nascimento



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości