zanim zechcecie przeczytać co zaserwowałem poniżej, obejrzyjcie prosze urywek filmu death machine - nie dla akcji, ale dla samego klimatu, który - jak na mój wysublimowany gust - jest po prostu wzorcowy, piękny, niepowtarzalny, epitety mógłbym mnożyć:
a teraz pobudka: death machine to potwornie debilna karykatura filmu sf z maszyną w roli głównej, która swoją bezdenną głupotą i bezwstydnie partackim podejściem do skądinąd zacnego tematu wpędzi nawet najbardziej odpornego widza w nieskończone zażenowanie. oprócz pierwszych 20 minut, kiedy to na ekranie niewiele się dzieje i kiedy aktorzy - pojęcia nie mam, jakim cudem, zważywszy na to, czego świadkami będziemy później - z zaangażowaniem wypełniają swoje scenariuszowe obowiązki, otóż oprócz owych mitycznych pierwszych 20 minut, death machine stanowi kwintesencje reżyserskiego olewactwa, prostactwa i durnego poczucia humoru, rujnującego najlepiej zapowiadające sie sceny.
jednym z czynników, sprawiających, że death machine nie awansuje na liste moich ulubionych filmów, jest nie tyle aktorstwo, co zachowanie bohaterów w sytuacjach zagrożenia życia. taki przykład: niezrównoważony emocjonalnie grubas mierzy głównej bohaterce w twarz z deser eagle. co na to lasia? lasia nic. blaza na ryju, poza, jakby czekała na autobus pod wiatą, normalnie totalny zlew. inny przykład: bohaterowie uciekają przed śmiercionośną maszyną (o jej kuriozalnym wyglądzie za moment) i gdy oddalają się na bezpieczną odległość, zaczynają ni z gruchy, ni z pietruchy luzacko dowcipkować. jeden z kolesi wydaje sie do tego stopnia zrelaksowany ciśnieniem permanentnego zagrożenia (co za kretyńskie sformułowanie), że z głupią miną wyszarpuje sobie ze spodni gacie i "bandażuje" nimi zranioną nogę. nie wiem, może to z moim poczuciem humoru jest coś nie halo, może nie zrozumiałem konwencji, a może po prostu mamy tu do czynienia z kompletnym niedopasowaniem zachowania postaci do kontekstu. filmu nie ratuje nawet zatrudnienie takiej ikony horroru jak Brad Dourif, który w roli psychopatycznego konstruktora Jacka Dante miota się jak ryba w sieci, nie wiedząc zbytnio, jak ma tę postać odgrywać. w rezultacie powstaje parodia psychopaty, która zamiast niepokoić swoją nieprzewidywalnością, wzbudza co najwyżej rechot politowania. na tym nie koniec. reszta obsady złożona z czwartorzędnych naturszczyków słabuje tak bardzo, że z litości przemilczę ich oskarowe kreacje, a wspomnę jedynie o niepozornej rólce Rachel Weisz, która jako jedyna zrobiła potem dość sporą karierę - być może właśnie dlatego, że mało kto pamięta, iż kiedyś wystąpiła w tej padlinie.
dizajn robota - dokumentnie spartaczony. wyobraźcie sobie maszyne o wyglądzie dinozaura, człapiącą na ogromniastych stopach, z nieproporcjonalnie wielkim łbem, okręcającym się chaotycznie dookoła szyi o 360 stopni. mało? to teraz wyobraźcie sobie, że taki robot biega po ciasnych korytarzach biurowca korporacji militarnej Chaank. patrząc na sprawę z tej perspektywy, wcale nie dziwie się bohaterom, że humor ich nie opuszczał. też bym się zaśmiał, gdybym zobaczył coś takiego pędzące w moja stronę.
dobra, zamiast wyżywać się na bogu ducha winnej obsadzie i szydzić z rękodzieła zacnych animatorów, pośmiejmy się trochę z pana reżysera i scenarzysty w jednym - Stephena Norringtona, który do fabuły wplótł kilka âsmaczkówâ dla fanów horroru i sci-fi. âsmaczkówâ z założenia rzecz jasna, gdyż według mnie chciał on tylko pochwalić się znajomością nazwisk paru klasyków gatunku takich jak Jack Dante, John Carpenter, Sam Raimi, Scott Ridley czy wreszcie - absolutna szpica reżyserskiej elokwencji - Weyland i Yutani. w ogóle twórca death machine to osobistość ze wszech miar wielowymiarowa (sic!) âreżyserâ ów był całkiem niezłym kozakiem w branży efektów specjalnych, w tym twórcą animatronicznych modeli do takich hiciorów epoki analogowej jak âArenaâ, âAliensâ czy âHardwareâ. mało tego, kolo był również wykonawcą kukiełek do świetnego Hensonowskiego serialu âStorytellerâ oraz jednym z ojców potwora ze âSplit Secondâ Maylama. jak widać, współpraca z najlepszymi w branży (kolejno - Buechler, Winston, Henson) nie zawsze przekłada się na reżyserskie umiejętności.
tę buchającą emocjami (i cytatami:)) mini-recke zamierzam zakończyć osobista wycieczką: panie Norrington, spieprzyłeś pan koncertowo potencjalnie zajebistego SF-a i za to cię nie lubię. obyś sczeznął w piekle. na otarcie łez losowo wygenerowany kadr:
O kurna, to tam gral Richard Brake! Uwielbiam tego goscia, jest swietnym aktorem, a przy okazji ma tak odrazajaca i oblesna aparycje, ze z checia obsadzilbym go w kazdym filmie, ktory mialbym nakrecic. :)
nie chce zbytnio spojlerować, ale tuż po tej scenie koleś ginie poszatkowany przez robota:) w ten sposób kończy się krótki okres zajebistości death machine, a zaczyna era dobijania widza.
jak mowie: pierwsze 20 minut to 10/10. byłem nawet gotów uwierzyć, że oglądam coś na miarę screemersów, hardware czy terminatora. jaki czlowiek bywa naiwny:)
Kocham, uwielbiam, upajam się tym filmem. Jak wiemy są filmy złe i złe. Niektóre złe są wybitne, a inne po prostu chujowe. Ten w moim rankingu jest wybitny. Tandetne nawiązania, wszystko zrobione z przymrużeniem oka, totalny luz.
Dziwi mnie, że Mental nie uderzył w film motywem super żołnierza, który już w ogóle ociera się o geniusz (od drugiej strony oczywiście). Mianowicie
super-maszynie może stawić czoła super-żołnierz. Na zestaw super-żołnierza składa się dyskietka 3,5 cala na którą można zrzucić CAŁĄ zawartość mózgu ludzkiego (a może tylko wspomnienia i inne pierdółki?), zaciemniane okularki i pancerz zrobiony z materaca. Supeżołnierskość objawia się: chodzeniem tylko w linii prostej ze skręcaniem o 90', wywrzaskiwaniem każdej kwestii i okazjonalnymi konwulsjami.
FUCK YEAH!
Do tego świetna muzyka, świetny Douriff. Ehh... żyć nie umierać.
Oczywiście dostrzegam drobne uchybienia typu totalnie niepotrzebnego pokazania maszyny w całości (nawet pomimo ogólnej, w moim przekonaniu zamierzonej, kiczowatości filmu). Myślę że warunki pierwszego obejrzenia filmu i nastawienie są niezwykle istotne. Dla mnie scena wyrywania sobie gaci albo jak przed strzelaniem gość krzyczy "Shouryuken" jest trochę jak kiepski żart na 4 godzinie imprezy - ekipa jest już tak rozkręcona, że śmieje się do rozpuku. A jak jeszcze po heroicznej akcji koleś uderza głową w zbyt nisko zawieszoną rurę to padam.
No, no Mental, spoko "rimejk" mojej recki z animalattack.pl. Gdybym jej kiedyś sam nie napisał to może i bym kilku "zapożyczeń" w Twojej opinii nie wyłapał :lol: Cytować nie mam zamiaru, kto ma chęć niech się zapozna i sam oceni podobieństwo między naszymi "opiniami" o "Death Machine" - http://animalattack.pl/index.php/Sci-Fi-/-Fantasy/Death-Machine-Maszyna-smierci.html
Pozdro :-)
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...
chyba juz wiem, czemu bylem tak bardzo wkurzony na twórców death machine. ide o zakład, że Norrington brał korepetycje u samego Camerona. oto otwarcie filmu, utrzymane w konsekwentnie poważnym, mocnym klimacie. zwróćcie uwage najpierw na napisy początkowe: białe literki na czarnym tle - żadnej ekstrawagancji, tylko największa klasyka ma czelność zaczynać się od czarnego tła i białych napisów; potem na montaż poszczególnych planów (zaskakujące cięcie na rewolwer). świetny jest też sam moment wejścia kamery w dym i ukazanie rozbitego wraku. wniosek: Norrington nie mógł tego nakręcić. za nic w świecie nie da się wyczuć, iż od totalnej karykatury gatunku dzieli nas raptem 20 minut projekcji. nic bardziej nie boli, jak "nagła zmiana na banana" (w tym wypadku nagła zmiana thrillera sf w komedie sf).
W ogole wiecie, czemu dzis nie kreci sie juz takich filmow? Nie to, ze wyszly z mody. Po prostu sie nie da. Spojrzcie na tamtejsze dekoracje, kostiumy i samochody. Myslicie, ze daloby sie nakrecic Mad Maxa ze wspolczesnymi samochodami? Przeciez wyszliby Szybcy i wsciekli. Dlatego nikt nawet nie probuje. Zyjemy w idiotycznie wygladajacej epoce.
Zajebistej scenografii i kostiumów też już się dzisiaj nie da zrobić? Błagam. Nikt nie kręci takich filmów bo nikt nie wyłożyłby kasy na coś takiego.
Lepiej (czytaj: bardziej rentownie) zrobić grzeczniutki PG-13 remake jakiejś klasyki z wymuskanym do granic możliwości CGI niż sci-fi z prawdziwego zdarzenia. Dlatego takie filmy już nie powstają.
Powstał ostatnio - Sunshine :) Mniejsza z tym. To była inna epoka, większośc ujęc kręcono za pomocą improwizacji, stąd nie mam odczucia takiego deja vu jak dzisiaj, gdzie co drugi film akcji ma cięcia ćwierćsekundowe rodem z Bourne'a.
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
Obejrzałem właśnie wczoraj na DVD (DVD.CO.UK 26 zeta z przesyłką :) ) i kurczę, nie rozumiem o co chodzi. Film jest tak głupi że aż fajny. Zawsze go lubiłem i nie zmienię zdania, takie sceny jak chocby wyciąganie gatek przez Yutaniego czy jego bliskie spotkanie trzeciego stopnia z rurką wymiatają :D Sama maszyna fajnie zaprojektowana, nawet się nie czuje że film jest raczej niskobudżetowy, poza tym klimat, który może i chwilami pada ale tylko po to by zaraz znowu się podnieść. Do tego Dourif wypada prawie tak dobrze jak Ledger w TDK, sama przyjemność patrzeć a jego grę w tym filmie :)
Przy okazji - przeczytałem reckę z animal attack i nie wdając się w zbyteczną polemikę - nie zgadzam się z nią zupełnie.
Ninja napisał(a):przeczytałem reckę z animal attack i nie wdając się w zbyteczną polemikę - nie zgadzam się z nią zupełnie.
Spoko luz, masz do tego prawo ;-)
Mnie się filmik Norringtona nie podobał kompletnie i dla mnie nie był on "tak głupi, że aż fajny", tylko zwyczajnie głupi i niefajny. Nudny, buracki, kompletnie pozbawiony klimatu - typowy przykład koncertowego spieprzenia naprawdę dobrego i ciekawego pomysłu przez kolesia, który o reżyserii nie ma zielonego pojęcia i powinien robić to, co wychodziło mu najlepiej - zająć się charakteryzacją i współtworzeniem FX'ów.
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...
Zaliczyłem powrót po paru latach do Death Machine. Wielce udany powrót dodajmy.
Tym razem obejrzałem w najlepszej aktualnie dostępnej wersji (uncut 117 minut w PAL, 122 oryginalnie) którą musiałem złożyć sobie sam: video z niemieckiego DVD, audio z krążącego po necie bootlega/składaka. Pełna wersja, obraz naprawdę dobry, poza kilkoma scenami z dużą ilością czerwieni, które się miejscami brzydko pikselizują .
Co do samego filmu - 100% PURE FUN
Piwko do ręki, jeszcze najlepiej towarzystwo z pewną zanjomością kina SF i bez kija w tyłku i dobra zabawa murowana. Film kradnie świetny Dourif, ale moim idolem jest bohater o swojsko brzmiącym nazwisku Yutani, pozujący na opanowanego futurystycznego samuraja, ale jak co do czego przyjdzie zdarza mu się konkretnie spanikować. Gdy potrzebuje bandaża wyrywa sobie gacie ze spodni wydając dźwięki jak przy seppuku, a przed rozpoczęciem ostrzału krzyczy Shoryuken niczym Ryu ze Street Fightera, ani rany cięte ani postrzałowe nie są go w stanie powstrzymać, a koniec ma doprawdy "epicki" ;)
Dodajmy do tego szereg absurdów jak zgrywanie osobowości gościa na coś w rodzaju pendrive'a, superżołnierza przy którym RoboCop zdaje się zupełnie naturalnie poruszać, szereg nawiązań do całego SF lat 80-tych, rewelacyjny design tytułowej maszyny i mamy wyborną b-klasową (która wcale tak znowu b-klasowo nie wygląda) ucztę dla miłośników SF ery VHS i to wielokrotnego użytku, do postawienia na półce obok Hardware (od którego odróżnia się przede wszystkim luzackim podejściem).
9/10 i ani punkta mniej. Podejrzewam że co najmniej raz do roku będę do tego wracał.
PS> wspominałem o mega-klimatycznym openingu? Nie? No to wspominam.