Garden State
#1
Garden State - już nawet nie wiem który raz wróciłem do tej pozycji, ale wciąż świetnie mi się to ogląda. Absurdalny humor, refleksje - wszystko to mi podchodzi całkowicie. Fabuła może nie jest zbyt skomplikowana, ale przesłanie filmu wyraźne, a do tego świetne dialogi. Naprawdę podziwiam Braffa za to, co zrobił (reżyseria, scenariusz, główna rola, producent ścieżki dźwiękowej...). Przeurocza Portman (a ją mogę oglądać zawsze :mrgreen: ) no i genialny soundtrack. Do niego również często wracam. U mnie 8,5/10.

P.S - scena na dźwigu za każdym razem sprawia że mam ciary. Też bym sobie chciał tak czasami wrzasnąć w przepaść :P

Odpowiedz
#2
Bodzioo napisał(a):Fabuła może nie jest zbyt skomplikowana, ale przesłanie filmu wyraźne

A jakież to "wyraźne przesłanie"? Jak dla mnie kolejna, nastrojowa, amerykańska, "indierockowa" produkcja jakby właśnie celowo przesłania pozbawiona. W sumie niezłe to i sympatyczne, ale dlaczego prawie wszystkie "niezależne" filmy zza oceanu wyglądają tak samo jak "Rushmore" Wesa Andersona? Zawsze obrazki amerykańskiej prowincji, zawsze mnóstwo osób pozytywnie i fajnie zakręconych, trochę dziwacznego humoru, indierockowe plumkanie w tle to już standard i - coś, co stanowi też główny zarzut pod adresem "Garden State" - brak dramaturgii. Znaczy bohater ma tam jakieś swoje problemy ze sobą, bo o tym wspomina, później jeszcze przez chwilę je ma, a za chwilę już nie ma (bo wszystko sobie przemyślał i doszedł do takich i takich wniosków). Wszystko fajnie, pięknie, miłe to, sympatyczne, stylowe i cool, ale to nie są prawdziwi ludzie.
Z "Garden State" jest u mnie mniej więcej tak, jak napisał Glut - rodzaj filmu na każdą okazję, lekki, przyjemny, ale też - biorąc pod uwagę ilość tego typu prowincjonalnych, amerykańskich obrazków, robionych zawsze według tej samej recepty - mało oryginalny.

Odpowiedz
#3
Tak trafiłem w krótkiej piłce na ripostę Johna i muszę coś powiedzieć od siebie, bo ze zdaniem ale to nie są prawdziwi ludzie zgodzić się nie mogę. Otóż zacznę bardzo osobiście wywlekając na wierzch kilka momentów w swoim życiu i to takich momentów, dzięki którym łatwo mi było wejść w skórę bohatera granego przez Braffa. Innymi słowy chodzi o identyfikację.
Tak się zdarzyło, że przez pół roku kompletnie sam pobawiłem na wschodnim wybrzeżu Stanów, a kilka chwil później przez prawie dwa lata w Wawce. Sam. Fajnie bywało. Sporo nauki odpowiedzialności, samodzielności, blabla, itp. Siłą rzeczy tkwiłem w stanie wyalienowanym, co wygodne jednak nie było - brak mej lubej, brak kumpli, brak rodziny, psa, własnych rzeczy, znanych ulic. Tęsknota do tego, czego nie miałem, przybierała często rzewną formę (tak brzmi i teraz), niemniej szczerze chciałem zmiany, powrotu. I pojawiłem się na stałe w domu. Tyle. Nie zagłębiam się w szczegóły co się wydarzyło potem, ale lepiej być nie może. To mój osobisty pogląd na jakość życia.
I o tym właśnie jest "Garden State". O prawdziwym świecie i prawdziwych ludziach. O ich szansach i porażkach. O sposobach definiowania jakości życia. A że te nie są dane każdemu człowiekowi w proporcjach filmowych, to może stąd zarzut nieprawdziwości? Trudno powiedzieć. Tylu freaków nie ma na co dzień. Nie każdy ma tak fajne tapety. Nie każdy ma odwagę uczestniczenia w autoterapii krzykiem. Nie każdy ma szansę na Natalie Portman. Życie jest brzydsze, wulgarniejsze, nudniejsze. Jednak Braffowi nie chodziło o to, aby być bliżej brudu ulicy. Tego gościa zainteresowało to, co się dzieje w głowie kogoś pragnącego zmiany. Braff daje szansę temu komuś na zmianę - i ta zmiana, wynikła z tęsknoty za bezpieczeństwem, jest prawdziwa w swoim filmowym
wyidealizowaniu. Wracasz - i przymykasz oko na niedoskonałości. Jest przyjemniej, wygodniej, fajniej, szklanka do połowy pełna. O takim stanie umysłu jest GS. I to mocno we mnie uderzyło pewnego letniego dnia, kilka lat temu, podczas seansu w którymś kinie w Nowym Jorku.

Odpowiedz
#4
No masz, a ja nawet nie zauważyłem tej riposty. Jest właśnie tak jak mówi desjudi (ja fakt faktem nie miałem okazji pobyć tak długo sam, więc nie mogę powiedzieć że się zgadzam na postawie własnych doświadczeń). Niemniej, film pokazuje, że człowiek nie zdoła wytrzymać sam, wyalienowany i bez przyjaciół, bo w końcu ta wegetacja doprowadzi go do całkowitego wytarcia z uczuć (co powoli już dotykało Large'a). Bohaterowi Braffa udało się tego uniknąć dzięki Sam. W końcowej scenie Andrew mówi jej że zmieniła jego życie - czyli pozwoliła mu dostrzec jego piękno, wartość i fakt, że trzeba z niego korzystać. Może to nie jest typowe przesłanie - raczej pokazanie co w tej naszej egzystencji jest ważne.

desjudi napisał(a):Nie każdy ma szansę na Natalie Portman

A to jest cholernie prawdziwa i dołująca fraza :mrgreen:

Odpowiedz
#5
Ok, skoro więc trafiam na tak ciekawe odczytanie i osobisty odbiór filmu, nie będę się upierał, że mam rację, ale przyznacie mi chociaż... połowę racji. :D Znaczy, zgodzicie się z tym, że gdzieś od czasu chyba (aż takim znawcą tematu nie jestem) "Rushmore" Andersona, amerykańskie kino niezależne bardzo często jest robione "na jedno kopyto". Jak w powyższym, bohater pędzi za wyidealizowanym uczuciem, a na końcu okazuje się, że prawdziwa miłość cały czas była tuż pod ręką, albo - jak w dajmy na to w "Małej Miss" - odkrywa się, że nieważne czy jest się nieudacznikiem, skoro najważniejsze to być sobą. Przygody zabawne, przesłanie zawsze bardzo swojskie, a w tle obowiązkowo fajny indierockowy soundtrack. Wiem, że malkontencę (bo to w gruncie rzeczy są sympatyczne obrazki), ale narzekająco jestem usposobiony z natury i nic na to nie poradzę. :D

EDIT i P.S. Jeśli prawdą jest, że wielcy, "autorscy" reżyserzy kręcą wszystkie swoje filmy w podobnej tonacji emocjonalnej, to w przypadku tego typu filmów zachodzi sytuacja dokładnie odwrotna - wielu różnych reżyserów kręci różne filmy oparte na tych samych emocjach. I ostatecznie nie dotyczy to tylko filmów z USA, bo przykładowo taki nowozelandzki "Orzeł kontra rekin", to najsłodszy film o poszukiwaniu zemsty, a w konsekwencji odnalezieniu "tego, co naprawdę ważne", jaki w życiu widziałem.

Odpowiedz
#6
Obejrzałem to dzisiaj po raz pierwszy i... nie chwyciło. Ładne to. sympatyczne, momentami całkiem zabawne - ale całość to jak dla mnie, średniak, z muzyczką wrzucaną od czapy regularnie co kilka minut i dialogami upakowanymi frazesami. Punkcik wyżej za rewelacyjną Portman (szkoda, że częściej nie otrzymuje ról na takim poziomie) i autentycznie wzruszającą, choć banalną, końcówkę.
6/10
Why are you firing wallnuts at me?

Odpowiedz
#7
A ja mam pytanie, które nurtuje mnie od dosyć dawna. Może ktoś wie kto śpiewa piosenkę: serbski/chorwacki [nie jestem poliglotą] na samym poczatku filmu - motyw z katastrofą samolotu. Byłbym bardzo wdzięczny za odpowiedź;) jesli ktoś wie.
DragonB, proud to be a member of Forum KMF Film.org.pl since Oct 2014.

Odpowiedz
#8
Piosenka to "Vakratunda Mahakaaya"

Wykonawca tej konkretnej wersji, nie jest znany, z tego co wiem. Tutaj troche o tym gadaja:

http://www.lastfm.fr/group/Garden+State+Soundtrack+Fans/forum/19469/_/594221

Link do wersji użytej w filmie:
http://audiko.pl/ringtone/Garden+State/Vakratunda+Mahakaya?ring=18819219

Aha, i na przyszłość - wujaszek Google jest Twoim przyjacielem, bo wszystko to było do wyszukania w pół minuty. A tutaj bany walą za mniejsze rzeczy ;)
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.

Odpowiedz
#9
Wielkie dzięki, popełniłem błąd w poszukiwaniach, bo to jest jakiś hinduski popularny motyw, a ja szukałem na Bałkanach;) Jeszcze raz dzięki.
DragonB, proud to be a member of Forum KMF Film.org.pl since Oct 2014.

Odpowiedz
#10
Mały film mało znanego aktora, który w pewnym punkcie kariery zabrał się za reżyserię. Nie wiem jakim cudem, ale Zach Braff ściągnął do swojego filmu takie sławy jak Natalie Portman i raper Method Man. Kto nie lubi filmów w stylu "życiówka" może sobie odpuścić. Dla mnie świetne kino. Bohater którego kupuje, skrawek życia na przedmieściach, i co ważniejsze, życia ze swoimi upośledzeniami, które nie są na tyle duże by dostać zasiłek i wakat w wariatkowie, ale zbyt małe by mieć siłę uśmiechać się od ucha do ucha. Ostatecznie, rzeczy które przytrafiają się nam wszystkim, ale różnie sobie z tym radzimy. "Powrót do Garden State" szanuje przede wszystkim za swoją bezpretensjonalność, Braff uwielbia komedie i tego nie ukrywa, ale ma temat który chce nam opowiedzieć, i robi to dobrze. Bo kto nie ma swoich demonów w przeszłości w rodzinnej miejscowości? ;-) Przy każdym ponownym seansie sam mam flashbacki do okresu ogólniaka, pierwszej dziewczyny, paczki kumpli która rozeszła się w dziwne strony, czy problemów z rodziną i gównianej pracy.

Malkontenci mogliby uznać że Braff powtarza tu swoją rolę z serialu "Scrubs" tylko mniej śmiesznie, ale to też zarzut bez sensu (a takie spotkałem) bo jego postać (Andrew) taką właśnie odgrywa tu rolę (choć nie umiem nie przyznać, że Braff ma swoją manierę grania, i ciężko mu się jej pozbyć). Kto lubi kino wedle schematu; przedmieścia-trauma dzieciństwa-bohater przegryw będzie czuł się jak w domu. Premiera była w 2004 roku, i nadal nie mogę uwierzyć że zaraz od niej minie 15 lat. 9/10 i łezka w oku. Polecam. Wiele nie mam o tym filmie do powiedzenia, jak wyżej widzicie, ale jak już pisałem. Jeśli lubicie filmy tego typu, to Garden State jest bardzo dobrą rekomendacją.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  State of Play (Stan gry) [reż. Kevin Macdonald] (2009) Snuffer 30 7,213 21-01-2022, 13:23
Ostatni post: simek
  State of Grace [Stan łaski] Mental 32 8,777 22-01-2017, 23:36
Ostatni post: Predator895
  Fireflies in the Garden(reż. Dennis Lee) Danus 1 1,040 17-03-2010, 18:33
Ostatni post: Danus



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości