rozmowa telefoniczna:
malkovich: I have a rendezvous with death, and so does the president, and so do you if you get too close.
eastwood: You have a rendezvous with my ass, motherfucker!
o co chodzi: morderca z idei (malkovich wypowiada u petersena linijkę, którą później pożyczy od niego sam spacey - "You are still alive because I have allowed you to live" - w ustach doe brzmiące: "You're only alive because I didn't kill you") zamierza stuknąć prezydenta, o czym powiadamia jednego z agentów secret service (eastwood). ów ochroniarz jest stary jak dąb, kumple z pracy pokpiwają sobie z niego. gdy biegnie obok prezydenckiego kadilaka, omal nie dostaje zawału. to on był szefem ochrony za kennedy'ego, trapią go teraz wyrzuty sumienia, że nie wziął wówczas na siebie kuli. pojedynek między nim a człowiekiem-kameleonem stanowi ozdobę filmu. aktorsko wygrywa malkovich - jego interpretacja zawodowego zabójcy, wyruchanego przez system i przełożonych, to normalnie majstersztyk - ale tylko i wyłącznie dlatego, że eastwood gra konsekwentnie swoje, czyli postać użerającego się z całym światem (i z własnym wiekiem) indywidualisty, więc już choćby z tego powodu w konfrontacji z malkovichem wypada "słabiej".
puenta mini-recki nie powinna nikogo zaskoczyć: na linii ognia to film świetnie sfotografowany, znakomicie zmontowany, pierwszorzędnie zagrany, wyreżyserowany bez fajerwerków stylistycznych, ale niezwykle pewną ręką, no i oparty na wzorcowo skomponowanym pod względem dramaturgicznym scenariuszu (nobliwa jankeska szkoła pisania skryptów się kłania: klarowana i spójna intryga, natłok szczegółów, kapitalnie zarysowane i spolaryzowane charaktery). jedyne, co w nim zgrzyta, to tradycyjnie rene russo, sztywna jak manekin i udająca niedostępną jak niegdyś hollywoodzkie divy. na reszcie mucha nie siada. amerykański klasyk pierwszej połowy lat 90, najlepszy film w dorobku wolfganga petersena i jeden z najciekawszych filmów eastwooda, w których nie parał się reżyserką.
malkovich: I have a rendezvous with death, and so does the president, and so do you if you get too close.
eastwood: You have a rendezvous with my ass, motherfucker!
o co chodzi: morderca z idei (malkovich wypowiada u petersena linijkę, którą później pożyczy od niego sam spacey - "You are still alive because I have allowed you to live" - w ustach doe brzmiące: "You're only alive because I didn't kill you") zamierza stuknąć prezydenta, o czym powiadamia jednego z agentów secret service (eastwood). ów ochroniarz jest stary jak dąb, kumple z pracy pokpiwają sobie z niego. gdy biegnie obok prezydenckiego kadilaka, omal nie dostaje zawału. to on był szefem ochrony za kennedy'ego, trapią go teraz wyrzuty sumienia, że nie wziął wówczas na siebie kuli. pojedynek między nim a człowiekiem-kameleonem stanowi ozdobę filmu. aktorsko wygrywa malkovich - jego interpretacja zawodowego zabójcy, wyruchanego przez system i przełożonych, to normalnie majstersztyk - ale tylko i wyłącznie dlatego, że eastwood gra konsekwentnie swoje, czyli postać użerającego się z całym światem (i z własnym wiekiem) indywidualisty, więc już choćby z tego powodu w konfrontacji z malkovichem wypada "słabiej".
puenta mini-recki nie powinna nikogo zaskoczyć: na linii ognia to film świetnie sfotografowany, znakomicie zmontowany, pierwszorzędnie zagrany, wyreżyserowany bez fajerwerków stylistycznych, ale niezwykle pewną ręką, no i oparty na wzorcowo skomponowanym pod względem dramaturgicznym scenariuszu (nobliwa jankeska szkoła pisania skryptów się kłania: klarowana i spójna intryga, natłok szczegółów, kapitalnie zarysowane i spolaryzowane charaktery). jedyne, co w nim zgrzyta, to tradycyjnie rene russo, sztywna jak manekin i udająca niedostępną jak niegdyś hollywoodzkie divy. na reszcie mucha nie siada. amerykański klasyk pierwszej połowy lat 90, najlepszy film w dorobku wolfganga petersena i jeden z najciekawszych filmów eastwooda, w których nie parał się reżyserką.
14-04-2009, 11:09







