(+) (+)
Liczba postów: 1,590
Liczba wątków: 19
Three Days of the Condor (reż. Sydney Pollack, 1975)
Zaczyna się niepozornie, codzienna rutyna w pracy, luźna atmosfera, nic nie wskazuje na to by ten dzień różnił się od innych aż do momentu gdy wracając z pobliskiej knajpy z kanapkami dla współpracowników, tytułowy Kondor zastaje same trupy. Wszyscy jego kompani z którymi dzielił biuro zostali fachowo wyrżnięci w czasie gdy on kupował im lunch. Oszołomiony i zdezorientowany postanawia szybko stamtąd spieprzać. W tym momencie zaczyna się śmiertelna rozgrywka, a Kondor nie ma pojęcia przed kim ucieka i z kim toczy bój o życie. Tylko dzięki szczęściu i przypadkowi ciągle żyje, bo zgodnie z planem powinien skończyć tak samo jak wszyscy w jego biurze. Kondor ma bardzo ciekawe zajęcie, pracuje w placówce CIA, w której ludzie zajmują się przetwarzaniem danych, czytają wszystko co popadnie, książki, artykuły, po czym wprowadzają dane do komputera. Ponieważ Kondor jest jedynym który przeżył masakrę, dla swoich zwierzchników staje się automatycznie głównym podejrzanym. Szybko się orientuje że powinien obawiać się ich tak samo jak zabójcy ze swojej placówki. Nikomu nie może ufać, do nikogo nie może zwrócić się o pomoc. Po chwili okazuje się, że Kondor to nie jest tylko mól książkowy, to pasjonata pochłaniający masę różnych informacji przydatnych w sytuacjach kryzysowych. Doceniają to również jego zwierzchnicy którzy z czasem widzą w nim spore zagrożenie gdyż ciągle nie wiedzą co jest grane, czy to on zabił swoich współpracowników? dla kogo może pracować? co planuje? Pytań coraz więcej, zarówno dla bohaterów jak i widzów.
Największym atutem filmu jest osaczenie w jakim znajduje się główny bohater. Nie wie kogo ściga, nie wie przed kim ucieka. Rozwiązanie intrygi wprawdzie odpowiada nam na pytania i podaje przyczyny zaistniałych wydarzeń, ale nie dostarcza nam poczucia bezpieczeństwa. Przypomina mi ono trochę zakończenie The International, i to jest właśnie w nim fajne, nie ma tu żadnego happy endu wywołującego uśmiechy na naszych twarzach ani nie daje pełnej możliwości odetchnięcia że już wszystko jest dobrze. Na uwagę zasługuje również Max von Sydow który już na dzień dobry, wpadając do biura z karabinem i rozwalając ludzi, oznajmia nam że tu nie ma miejsca na żarty.
Marathon Man (reż. John Schlesinger, 1976)
Wiodący spokojne życie student, nie zdaje sobie sprawy z tego że jego życie bardzo się zmieni w ciągu najbliższych kilku dni, a afera w jaką zostanie wplątany dostarczy mu wrażeń jakich nie zaznał od wielu lat. Nie ma pojęcia że jego brat to superszpieg działający to tu to tam i zadający się z poszukiwanym nazolem-zbrodniarzem. Ów nazol to nie byle kto, to megarzeźnik z Oświęcimia zwany Białym Aniołem, który zajmował się pozyskiwaniem wartościowych przedmiotów od Żydów zamieszkujących obóz. Z zawodu jest dentystą, kiedyś swój fach wykorzystywał do wyciągania złotych zębów, a teraz do wyciągania informacji z opornych rozmówców, i przyznać trzeba że bardzo lubi swój zawód.
Teraz musi się ukrywać, bo za swoje dawne poczynania wisi nad nim wyrok. Szell dzięki swojej pracy stał się bardzo bogatym człowiekiem, ale nie może się wszystkim nacieszyć bo musi trzymać kasę w różnych miejscach. Gdy w wypadku samochodowym ginie jego brat pilnujący kasy, Szell zaczyna bać się o dupę i swoje bogactwa, postanawia wyciągnąć z banku swoje zdobycze, ale boi się że go ktoś okradnie, wie że wielu ludzi czyha na jego życie i majątek, nie może ufać dotychczasowym współpracownikom i zanim wybierze się do banku w Nowym Jorku, musi się upewnić że to bezpieczne. I w taki sposób właśnie zostaje wplątany w intrygę nasz bohater. Na co dzień zajmuje się historią i bieganiem, nie spodziewa się że przez podejrzane interesy swojego brata będzie miał okazję spotkać historyczną postać.
Intryga stopniowo się rozwija, przez sporą część czasu nie wiemy o co właściwie chodzi, ale im dalej tym lepiej, każda minuta dostarcza coraz lepszych wrażeń przyprawiających o gęsią skórkę. Świetni Hoffman i Scheider którzy chyba w niczym lepszym nigdy nie grali (no może z wyjątkiem Szczęk). Roy Scheider gra tu niezłego madafakę, co rzadko mu się zdarza. Na zdjęciu poniżej widać czym się może skończyć zadzieranie z nim. Za każdym razem gdy widzę tę scenę i słyszę chrupnięcie kręgosłupa to dreszcz przebiega mi przez całe ciało. Tak się kiedyś załatwiało skurwieli, szybko i brutalnie, bez zabawy. W ogóle przemoc jest tu dość bolesna dla widza, poza poniższą sceną jest tu też scena przesłuchiwania za pomocą przyborów dentystycznych, ja wymiękam. Ogółem, kapitalne kino, stopniowo zaciskające nam dłoń na szyi, by w końcu całkowicie trzymać nas w garści.
Wybieraj: cierpienie czy ulga?
The Day of the Jackal (reż. Fred Zinnemann, 1973)
Organizacja OAS postanawia zlikwidować prezydenta Francji, Charlesa de Gaulle, a ponieważ sami sobie z tym nie radzą decydują się wynająć zawodowca, człowieka z zewnątrz. Po przejrzeniu kilku CV, szybko dochodzą do wniosku kto będzie właściwym do tego człowiekiem ("Ten Anglik zabił tych wszystkich ludzi??"). Po omówieniu szczegółów zabójca przybiera kryptonim "Szakal", interesanci więcej go na oczy nie widzą, mają tylko skombinować kasę i spokojnie czekać, Szakal przystępuje do pracy. Po pewnym czasie, do gry włącza się kolejny gracz, detektyw Lebel (w tej roli Michael Lonsdale, brodaty szef wszystkowiedzącej organizacji z "Monachium") który ma jedno zadanie: złapać Szakala. Bardzo niepozorny koleś, gdy pierwszy raz go widzimy to karmi gołębie, i na spotkanie z radą ministrów idzie w obsranych spodniach. Ale wygląd o niczym nie świadczy, Lebel to niezły kozak, najlepszy detektyw we Francji. Gdy widzimy jak Szakal zabiera się do pracy, myślimy sobie "de Gaulle ma przejebane", ale jak Lebel zaczyna poszukiwania, myślimy sobie "Szakal też ma przejebane". I wtedy zaczyna się pewnego rodzaju pojedynek i wyścig z czasem. Kto będzie pierwszy, Szakal czy Lebel?
Dzień Szakala to absolutnie megazajebisty film z perfekcyjnie skonstruowanym scenariuszem. Nie daje ani chwili wytchnienia, trzyma w napięciu od samego początku aż po finał. Im bliżej końca, tym bardziej jeży się włos na dupie. Nie oszczędza widza, nie odpuszcza i nie pozwala odpocząć, przez cały seans trzyma nas w garści. Żadnej nudy, żadnych dłużyzn czy przestojów, bez przerwy patrzymy na wszystko z takim samym zaangażowaniem, nie ważne czy obserwujemy przygotowania Szakala czy śledztwo francuskiej i brytyjskiej policji. Ten film to fenomen, klasyka nie do podrobienia.
Szakal to świetna postać, budzi sympatię od początku. Wiemy że to sukinkot, ale i tak mu kibicujemy, chcemy żeby mu się udało i żeby wyszedł z tego cało, jebać prezydenta, dopingujemy Szakala żeby wykonał zadanie (uprzedzając kolejną głupią dyskusję: tak, Szakal to ZŁY człowiek:). To najlepszy zabójca świata, nie rzuca one-linerami, nie filozofuje jak Vincent i nie jest przygłupawy jak Leon:) Zawodowiec i perfekcjonista, wszystko ma dopięte na ostatni guzik, od jego strony zawsze wszystko jest idealnie przygotowane. Jest niebezpieczny bo jest bardzo oddany sprawie, jak przyjmuje zlecenie to musi je wykonać za wszelką cenę i nic nie może stanąć mu na drodze. Elegancki, kulturalny, z pewnością nie odmówilibyście mu gdyby zaprosił Was na herbatę.
Z opisanych w tym poście filmów, Dzień Szakala uważam za najlepszy, to również jeden z najwspanialszych filmów sensacyjnych świata.
Black Sunday (reż. John Frankenheimer, 1977)
Arabska organizacja terrorystyczna planuje zamach podczas Super Bowl, za pomocą sterowca który dla potrzeb telewizji lata nad stadionem, chcą uśmiercić 80000 ludzi znajdujących się na trybunach. Aby tego dokonać, członkini organizacji, Dahlia, musi uwieść pilota sterowca i namówić go do współpracy. Nie jest to szczególnie trudne zadanie bo ów pilot sam pałą rządzą zemsty na amerykanach i na całym świecie. Michael J. Lander to weteran wojny w Wietnamie, po latach które spędził w Wietnamskiej niewoli stracił w wiarę we wszystko, żona go opuściła i zabrała dzieci, został sam i czuje się zdradzony przez swój kraj. Wojna i niewola wyprały mu mózg, to wypalony człowiek na skraju totalnego załamania. Z "pomocą" przychodzi mu Dahlia która prócz gorących ud daje mu nowy cel w życiu. Po wypraniu mu i tak już zrytego mózgu Dahlia i Michael przygotowują się do zamachu. Zamachowi zapobiec próbuje Mosad we współpracy z FBI. Największym problemem zamachowców jest Major David Kabakow (Robert Shaw), od razu widać że z tym gościem nie ma pieprzenia. Podobnie jak w Dniu Szakala, zaczyna się wyścig z czasem i śmiertelny pojedynek.
Z opisanych tu filmów, ten jest zdecydowanie najbrutalniejszy, pada tu największa ilość trupów, cywil-niecywil, jak leci. W tym filmie nie ma żadnej litości. Jest taka scena: jeden z terrorystów ucieka przed agentami i zatrzymuje na ulicy przejeżdżające auto, nie ma czasu na hasła w stylu "wysiadaj", wyciąga gnata i jeb, rozwala kierowcę bez namysłu. Ci ludzie są znacznie gorsi od takich zawodowców jak Szakal, to nie są zwykli zabójcy, to fanatycy. Bruce Dern w roli pilota-weterana świetnie daje radę, znakomicie pokazuje stan psychiczny swojego bohatera i załamkę jaką przechodzi. Podobnie Robert Shaw w roli agenta Mosadu, widać z daleka że lepiej z nim nie zadzierać. Bardzo fajna sytuacja ma miejsce na początku filmu, agenci Mosadu rozpieprzają siedzibę terrorystów, w pewnym momencie Kabakov znajduje Dahlię gdy ta bierze prysznic, widzi ją pierwszy raz na oczy, bierze ją za zwykłą dziwkę bądź kogoś kompletnie nieznaczącego, oszczędza ją i idzie dalej. Gdyby tylko wiedział kogo spotkał i rozwaliłby ją na miejscu to nie byłoby żadnego kłopotu, ciekawy motyw. Jedyne co mi w filmie zgrzyta to techniczne szczególiki, parę efektów specjalnych z końca filmu. Ale to drobny szczegół bo film jest wyśmienity. Raczej zapomniany i niedoceniany, a niesłusznie, bo to kolejny klasyk.
We are going to kill the pilot.
Lata 70 to bez wątpienia najlepszy okres dla sensacji, a wśród nich możemy wyróżnić właśnie te znakomite thrillery. Wciągające i trzymające w napięciu, świetne historyjki zaserwowane w piękny przepyszny sposób. W każdym filmie mamy kultowych aktorów w swoich życiowych rolach.
Słów jeszcze kilka o kobietach, przede wszystkim bardzo ładne, żadne lalki, prawdziwe kobiety. Nie pojawiają się tam bez celu, zazwyczaj mają określoną rolę, uwodzicielki, manipulatorki. Jedynie Faye Dunaway z "Kondora" jest niewinną kobieta. Eh, teraz już takich nie produkują.
12-08-2009, 14:27
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
Hannibal napisał(a):Lata 70 to bez wątpienia najlepszy okres dla sensacji
dla sensacji rozumianej jako thriller polityczno-szpiegowski. bo sensacja postrzegana w kategoriach dramatu policyjno-bandyckiego to przełom lat 80/90 (1985-1995).
ze wszystkim, co napisałeś, zgadzam się w sumie bez zastrzeżeń (drobne "ale" miałbym jedynie do 'Szakala', ale to dopiero po powtórnym obejrzeniu, bo na tę chwilę niewiele pamiętam).
najlepszy z tej czwórki jest imo Maratończyk - jeden z najgenialniejszych thrillerów, jaki kiedykolwiek nakręcono.
12-08-2009, 14:32
Stały bywalec
Liczba postów: 3,856
Liczba wątków: 26
Z całej tej listy widziałem tylko Black Sunday , który zrobił na mnie olbrzymie wrażenie ze względu na wspomnianą przemoc . Robert Shaw idealnie odnalazł się w tej roli . Film jest długi ciekawy no i końcówka może nieco przesadzona , ale jak na tamte czasy to Die Hard lat 70tych.
12-08-2009, 14:44
Miszczu AVTAKa 2014/18/22
Liczba postów: 30,271
Liczba wątków: 67
Głos na Kondora - może nie jest najlepszy, tudzież najmocniejszy, ale cholernie lubię do niego wracać, co ostatnio mi się udało pod postacią The International :)
12-08-2009, 15:27
Stały bywalec
Liczba postów: 3,484
Liczba wątków: 39
Mental napisał(a):bo sensacja postrzegana w kategoriach dramatu policyjno-bandyckiego to przełom lat 80/90 (1985-1995).
Również, ale nie do końca się zgadzam. Absolutny taran w tej dziedzinie, Francuski Łącznik, to dziecko lat 70.
A lista w pytkę, ostro mnie zachęciłeś do obejrzenia sobie Szakala.
Bodie: He's a cold motherfucker.
Poot: It's a cold world Bodie.
Bodie: Thought you said it was getting warmer.
Poot: The world goin' one way, people another yo'.
12-08-2009, 16:16
There Can Be Only One!
Liczba postów: 10,912
Liczba wątków: 15
Warto wspomnieć o Bullittcie. Wiem, ze to nie są jeszcze lata 70te (choć blisko) ale klimatem i przedstawieniem postaci są bardzo podobne do wyżej wymienionych filmów.
No i świetny Driver - chociaż to musiałbym sobie odświeżyć.
Edit: Ok, mój błąd - nie do końca zrozumiałem intencję tematu :]
12-08-2009, 16:23
Stały bywalec
Liczba postów: 3,484
Liczba wątków: 39
No wlasnie nie. : ) Wyżej wymienione filmy to taka sensacja szpiegowska, a nie bandycko-policyjna.
Bodie: He's a cold motherfucker.
Poot: It's a cold world Bodie.
Bodie: Thought you said it was getting warmer.
Poot: The world goin' one way, people another yo'.
12-08-2009, 16:26
Miszczu AVTAKa 2014/18/22
Liczba postów: 30,271
Liczba wątków: 67
powiedziałbym, że to kino paranoi i infiltracji :)
12-08-2009, 16:49
There Can Be Only One!
Liczba postów: 10,912
Liczba wątków: 15
W ramach rehabilitacji przypomnę Rozmowę Coppoli :]
12-08-2009, 16:59
Stały bywalec
Liczba postów: 3,484
Liczba wątków: 39
Corn, odbiłeś się z dna na sam szczyt. : ) Wiedziałem że o czymś zapomniałem, The Conversation nieźle wpisuje się w model Hannibala i jest jednym z najlepszych filmów ever made.
Bodie: He's a cold motherfucker.
Poot: It's a cold world Bodie.
Bodie: Thought you said it was getting warmer.
Poot: The world goin' one way, people another yo'.
12-08-2009, 17:17
Początkujący
Liczba postów: 48
Liczba wątków: 0
The Conversation wymiata to fakt, ale z powyższych przede wszystkim Kondor i Maratończyk. Ten drugi jak dla mnie mocny jak ta lala, absolutny klasyk i wymiatacz.
12-08-2009, 17:27
(+) (+)
Liczba postów: 1,590
Liczba wątków: 19
Ponieważ spieszyłem się na autobus, nie zdążyłem dodać że to tylko moje propozycje najlepszych filmów w tym gatunku, Was zachęcam zarówno do dyskutowania na ich temat i podawania swoich faworytów. Z tym że proszę zwrócić uwagę na różnicę gatunkową, bo np The Driver (zajebisty film) to jednak jest zwykła sensacja.
Mental napisał(a):dla sensacji rozumianej jako thriller polityczno-szpiegowski. bo sensacja postrzegana w kategoriach dramatu policyjno-bandyckiego to przełom lat 80/90 (1985-1995).
Dla sensacji ogólnie pojmowanej to pomimo bardzo dobrych reprezentantów jest jednak okres uboższy jeśli chodzi o ilość. Nazwałem lata 70 najlepszych okresem sensacji bo wtedy był ich największy wysyp, i szpiegowskich i bandyckich (wystarczy ze spojrzę na swój regał dvd z sensacjami:). Tak jak pisałem, lata 80/90 mają zajebiste sensacje, ale są one o wiele rzadsze.
No a ostatnio w tych klimatach to mieliśmy Monachium i The International.
12-08-2009, 17:36
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
Cytat:Tak jak pisałem, lata 80/90 mają zajebiste sensacje, ale są one o wiele rzadsze.
prawda. ale jak już wychodzą, to stają się nie tyle reprezentatywne, co podsumowują gatunek i rozwalają konkurencje jak radziecki lodołamacz albo sowiecka lokomotywa z 'runaway train'. JFK, To Live and Die in LA oraz Heat. Trójca Święta thrillera/sensacji.
w latach siedemdziesiątych mieliśmy - i nie wolno o tym zapominać, bo za to grozi kryminał! - 'the gertaway' Peckinpaha.
ok, dość erudycyjnych wyliczanek w stylu 'ja mam większego' - oglądać!
12-08-2009, 23:29
Stały bywalec
Liczba postów: 3,484
Liczba wątków: 39
Jak Mental dał JFK to ja w ramach lat 70 rzucam Wszystkich Ludzi Prezydenta. Absolutny klasyk i chyba podstawa dla gatunku "dziennikarsko/babranego" (bohaterowie babrają się w papierach :)).
Bodie: He's a cold motherfucker.
Poot: It's a cold world Bodie.
Bodie: Thought you said it was getting warmer.
Poot: The world goin' one way, people another yo'.
13-08-2009, 13:05
Dużo pisze
Liczba postów: 516
Liczba wątków: 6
Z wymienionych powyżej filmów nie widziałem jeszcze "Czarnej niedzieli", a z pozostałych trzech najwyżej oceniam "Maratończyka". Lubię thrillery sensacyjne lat 70. ze względu na mocne sceny uzasadnionej przemocy oraz świetny klimat i stopniowanie napięcia zamiast przeładowania filmu bezsensownymi scenami akcji.
Z tego okresu pochodzą również: doskonały brytyjski "Get Carter" z Michaelem Caine'em, rewelacyjne thrillery Peckinpaha: "Nędzne psy", "Ucieczka gangstera" oraz "Dajcie mi głowę Alfreda Garcii", podobały mi się również trzy pierwsze części Brudnego Harry'ego: "Dirty Harry", "Magnum Force" i "The Enforcer". Ale nawet bardziej konwencjonalne filmy tego okresu dobrze się ogląda, jak np. typowe filmy o zemście w reżyserii Johna Flynna: "Porachunki" (The Outfit, 1973) z Robertem Duvallem oraz "Kulisty Piorun" (Rolling Thunder, 1977).
Cytat: Jedynie Jane Fonda z "Kondora" jest niewinną kobieta.
Chyba miałeś na myśli Faye Dunaway?
17-08-2009, 18:13
(+) (+)
Liczba postów: 1,590
Liczba wątków: 19
Racja:) Dzięki.
Te dwa filmy Johna Flynna zapowiadają się świetnie. Tym bardziej że to gość od Szukając sprawiedliwości.
[ Dodano: Sob Sie 22, 2009 16:55 ]
Uwaga! Dziś (sobota 22.08.2009) o godzinie 23:25 w TVP 2 - Dzień Szakala
22-08-2009, 17:02
pernikovy tatko
Liczba postów: 3,376
Liczba wątków: 30
Potwierdzam słowa przedmówcy dotyczące Dnia Szakala. Ten film to fenomen-są długie sekwencje, gdy po prostu nic się nie dzieje (scena w paryżu krótko przed zamachem), realizacyjnie jest pełen oldschool, zero gikowatości. Zdjęcia zrobiono tak, by nie odwracały uwagi od całości, a muzyka...muzyki praktycznie nie było. In plus.
Wśród aktorów próżno szukać drewna-każdy odgrywa swą nawet najmniejszą rolę w 100%. Ponad nich wszystkich wybija się jednak Edward Fox, jako chłodny i prący do przodu bez chwili wahania Szakal:
W tej scenie Szakal wali ze snajperki w dynie. Screen sceny miał mój szanowny przedmówca ustawiony jako avatar:)
Cóż więcej mogę rzec...polecam film, polecam też książkę Forsytha(to był jego debiut!) pod tym samym tytułem.
28-04-2010, 23:30
Miszczu AVTAKa 2014/18/22
Liczba postów: 30,271
Liczba wątków: 67
Z przyjemnością powtórzyłem sobie po latach obie części Francuskiego łącznika. I pomijając już fakt, że na blu wyglądają one zdecydowanie superancko, to praktycznie w ogóle się nie zestarzały.
Pierwsza część jest mega - brudna, szara, cierpka. I choć mało się dzieje, to ogląda się z niesłabnącym zainteresowaniem aż do końca. Pomijając niesamowity, wciąż ryjący czachę pościg film miażdży swym chłodem, muzyką, no i rzecz jasna aktorstwem. Hackmana nie trzeba już nawet chwalić, bo wiadomo. Ale cała reszta towarzystwa też gra jak z nut, choć nie są to wcale jakieś niesamowite kreacje. Jasne, w paru kwestiach podejścia do pewnych spraw film się postarzał, bo wiadomo, że dziś niektóre rzeczy robi się inaczej. Niemniej film wciąż niesamowity.
9/10
Druga część zamienia nowojorski chłód, na słoneczną Rivierę, ale film wcale nie jest przyjemniejszy (choć elementów komediowych jakby więcej). Znowu mało akcji, ale za to jak jest, to porywa (końcowy pościg - miodzio). Jasne, pod paroma względami to już nie jest to - brakuje jednak tego bródu amerykańskiego, parę scen nieco z dupy, nie ma Scheidera... ale wciąż mamy świetny kryminał, który przykuwa do ekranu na całe dwie godziny. No i niesamowity plus za obłęd Popeye'a.
8/10
Hannibal napisał(a):Z opisanych tu filmów, ten jest zdecydowanie najbrutalniejszy, pada tu największa ilość trupów, cywil-niecywil, jak leci.
Czy ja wiem czy najbrutalniejszy? Owszem, trupów pada bardzo dużo, ale raczej każdy z nich pada szybko, Frankenheimer nie skupia się na pokazywaniu przemocy, choć juhę oczywiście widać.
Cytat:Jest taka scena: jeden z terrorystów ucieka przed agentami i zatrzymuje na ulicy przejeżdżające auto, nie ma czasu na hasła w stylu "wysiadaj", wyciąga gnata i jeb
Abstrahując od tego "jeb", to sama scena zasadzki i pościgu jest KAPITALNA i chyba jedna z najbardziej realistycznych, jaką stworzyło Hollywood.
Cytat:Gdyby tylko wiedział kogo spotkał i rozwaliłby ją na miejscu to nie byłoby żadnego kłopotu, ciekawy motyw
Hmm... z późniejszych dialogów dokładnie wynika, że wiedział mniej więcej kogo spotkał, tylko zwątpił (co go zresztą dużo kosztowało potem) i pozwolił jej żyć.
Cytat:Jedyne co mi w filmie zgrzyta to techniczne szczególiki, parę efektów specjalnych z końca filmu.
Oj tak, jeśli ten film ma większe minusy (no dobra, jest parę nudniejszych fragmentów, a film całkiem długi), to są to efekty. Finałowy nalot na stadion mocno trąci niestety myszką - widać wyraźnie, że ekipa musiała uciekać się do nagłych zbliżeń i trzęsawek kamery, żeby nie wyszło jeszcze gorzej. A końcowy wybuch to już w ogóle poziom Szczęk 3-D. No ale to faktycznie drobna skaza.
Cytat:Raczej zapomniany i niedoceniany, a niesłusznie, bo to kolejny klasyk.
Oj tak, mogliby go nieco odświeżyć i na blu wydać - ryłby czachę. Zresztą i tak ryje dość mocno - 2 i pół godziny, a od początku do końca siedzimy jak na szpilkach. Niesamowity film.
16-01-2011, 04:22
^^
Liczba postów: 5,286
Liczba wątków: 73
Do listy można dopisać Yakuzę w reżyserii Pollacka, choć w tym filmie więcej z dramatu obyczajowego niż sensacji. Najmocniejszą stroną filmu jest scenariusz i aktorstwo. Główny bohater Harry Kilmer wraca po latach do Japonii gdzie mieszkał jako żołnierz armii okupacyjnej. Przyjechał, żeby uratować córkę przyjaciela, którą porwała Yakuza. To daje okazję do rozliczenia się z przeszłością i dokończenie niezałatwionych spraw.
Scenariusz skupia się głównie na różnicach kulturowych Japonii i USA. Ukazuje problemy z porozumieniem się i możliwością wspólnego życia osób z tak różnych kultur. To sprawia, że ludzie zamiast się do siebie zbliżać oddalają, a to rodzi jedynie konflikty.
Film w takim ujęciu wypadł bardzo dobrze, ale cierpi na tym wątek sensacyjny. Tempo jest powolne, miejscami film się dłuży i potrafi znudzić. Realizacyjnie film się zestarzał. Pojedynki na miecze wypadają mało przekonująco. Strzelaniny są mało widowiskowe. Zdjęcia są poprawne i tyle, a muzyka jakaś może była, ale już jej nie pamiętam.
Tym niemniej warto sięgnąć po film, bo pod względem scenariusza to bardzo dobra pozycja. Nie można jednak oczekiwać sensacji, bo można się rozczarować. W takim przypadku lepiej sięgnąć po Black Rain.
7/10
www.filmweb.pl/user/Azgaroth_2
08-12-2016, 15:06
.
Liczba postów: 27,700
Liczba wątków: 62
Nadrobiłem sobie Three Days of Condor - bardzo solidny szpiegowski klasyk. Brakuje mi dzisiaj tego typu filmów: niepozornych, stylowych, bez niepotrzebnej akcji, skupionych na sensownej fabule i klimacie osaczenia, do tego ze świetną obsadą. Nie ma co zbyt wiele o nim pisać, bo po prostu wszystko jest w nim jak należy, ode mnie solidne 8/10.
Dzisiejsze media chyba dostałyby zawału od tego jak w filmie traktuje się kobiety :D Redford porywa sobie Faye Dunaway z ulicy, zmusza do przeczekania w jej mieszkaniu, gdy chce sobie odpocząć, to wykręca kobiecie ręce i kładzie się obok niej, aby nie uciekła, jak sam potrzebuje wyjść, to ją związuje i knebluje usta, a kolejnej nocy ta dostrzegając w nim pewien magnetyzm oddaje mu się i mają fajny seks. Ah te lata 70. :)
29-12-2021, 12:38
|