Ben-Hur (wszystkie adaptacje)
#1
[Obrazek: latest?cb=20111124172952&path-prefix=pl]

Adaptacja powieści Lewa Wallace'a "A Tale of the Christ", która jako pierwszy film otrzymała 11 Oscarów. Albo niema adaptacja z 1925 roku, gdzie młody William Wyler pracował przy kolorowych sekwencjach. Albo ten średniak, co teraz leci w kinach.

Bo mało komu się będzie tworzyć do nowej wersji, do filmu Hestona - pewnie także, to utworzyłem temat zbiorczy. A co :P. Bo i jeszcze są obie wersje nieme (jedna znana dzięki batalii o prawa autorskie) oraz obie animowane (w tym jedna z 2003 roku, gdzie Heston powtarza swoją rolę sprzed 44 lat!), a także spoko miniserial z 2010 roku. 

[Obrazek: jsli4o.jpg]
Wpierw pomówię o filmie Wylera, bo obejrzałem go w celach porównawczych do wersji z 2016 r. Jestem oczarowany. 11 Oscarów zasłużone. Niemal wszystko tu współgra. Charlton Heston to był świetny aktor i basta. W sumie inni aktorzy także się spisali i stworzyli niezapomniane kreacje. Stephen Boyd jako Messala jest przekonujący jako skorumpowany przez Rzym legalista, dążący po trupach do celu.

Drugi plan w postaci kobiet czy pociesznego Ilderima. Nawet małe epizodziki np. cesarza zapadają w pamięć.

Co najważniejsze (dla mnie), nie ma tu wymuszonego wątku miłosnego. Ben Hur nic nie czuje do Estery, a jak już to bardziej przypomina przyjaźń.

Realizacyjnie budzi podziw rzecz jasna. Nie ma tylu bolesnych bluescreenów jak w "Dziesięciorach Przykazaniach", a niektóre widoczne matte-painting widać  tylko dwa lub trzy razy.   

Któryś z użytkowników chwalił nieukazywane twarzy Jezusa. Byłbym content... ale w paru momentach twórcy byli niekonsekwentni. Podczas procesu z Poncjuszem Piłatem zrobiono biedne zaciemnienie jak w jakiejś warstwie Photoshopa. I w pewnym momencie jak Jezus jak nosi krzyż przez moment widać było jego brodatą hipisowską facjatę. I niemal cały film określali go młodym rabinem, nauczycielem, mistrzem, kimś tam z Nazaretu... by w jednym momencie nazwać Jezusa z imienia. Słabiuchno.


====
[Obrazek: ben-hur.jpg?w=810]
No i po 57 latach przyszły Troskliwe Misie od Bekmambetova. O rany. Od czego tu zacząć? W wersji 1959, mimo 3,5 godzinnego trwania, było wszystko proste. Messala prosi dawnego przyjaciela z dzieciństwa Ben Hura o pomoc w ściganiu spiskowców, jako, że ten jest pokojowy. Ben Hur odmawia, bo nie jest kapusiem. Messali jako legalisty nie podoba się i przy okazji wysyła byłego kumpla na galery. Tutaj mamy wydumame adoptowane braterstwo i wspólne wychowywanie się, atak zelotów, z piętnaście konfliktów moralno-wewnętrznych, niejasne motywacje bohaterów.    

Jezus ma tu większą rolę, ale o ile w wersji 1959 i miniserialu była robiona to podbudowa, napięcie i momenty były pełne mocy... to tu Dżizus zjawia się, mówi swe kazania i koniec. I tak za każdym razem. 

Podobnie z innymi momentami. W 1959 roku gdy widz z bohaterami odkrywa postępujący trąd u matki i siostry Ben-Hura. Jest przerażony, czeka na ruchy i interakcje z inny postaciami. I takie samo jest
 . Tutaj szast, prask, szybko, szybko. Nie pomagają także antypatyczne postaci kobiet.

Sporo pozmieniali, np. wycięli motyw z Kwintusem Arriusem na rzecz Morgana Freemana z dredami, albo zabili na początku
. Chyba tylko, by skrócić czas trwania i przerobić to na blockbusterowy akcyjniak z brodatymi przystojniakami (chociaż nie, Messala wygląda jak szkolna ofiara)

Na plus ładne lokacje i sekwencja wyścigu (w każdej adaptacji to chyba najlepsza część).  

Reasumując - średni film... Lepiej zarzucić miniserial z 2010 r., jeśli chce ktoś obczaić nowe spojrzenie na Ben-Hura.  

Odpowiedz
#2
2016
Fatalny przy wersji z Hestonem czy nawet mini-serialowej sprzed kilku lat.
Totalnie spłycone, obcięte, pozmieniane (to wyjątkowo wkurza). Nie ma to ducha i nastroju.
Niby drogi film a oprócz kilku panoramicznych ujęć niezbyt to widoczne.
Finał czyli wyścig przez ten CGI kurz dosyć niekomfortowu a na końcu BEZSENSOWNE, zbędne CGI konie.

5/10
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
#3
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
#4
Jakoś niedawno odkryłem ten kanał, świetne są te filmiki.
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...

Odpowiedz
#5
W Lany Poniedziałek zdecydowałem ujrzeć jeszcze coś wielkanocnego.

Ben Hur (2003) - normalnie pewnie bym olał i obejrzał jakieś lepsze wielkanocne animacje np. Zająca Maxa czy Księcia Egiptu, gdyby nie jeden fakt. Otóż w tym filmie głosu użycza sam Charlton Heston (do tego jeszcze wrócę). Pomnę, że robiło to Goodtimes Entertainment trzaskające te VHS-owe taniochy. I robił to reżyser Rudolfa Czerwononosego renifera z lat 90., który nie jest wybitnym filmem pisząc delikatnie. Jakim cudem przekonali Hestona, żeby w tym wystąpił, skoro to nie jest Disney czy Warner. A też nie biedował, bo mimo potknięcia z Bowling for Columbine był jednak ustawiony.

A jak sam film się prezentuje? A czego się spodziewacie po animcu straight-to-DVD? Standard taniej animacji z early 2000s. Plus komputerowe wstawki rodem z Spider-Mana TAS. Fabuła od niczego nie odbiega i stara się być wierna, ale na tyle przystępna dla głównego targetu. Uwaga moja, film zaczyna się wykładem samego Hestona opowiadającego tło oryginalnej powieści. Jakbym był smarkiem bym się niecierpliwił, że zamiast bajki to słucham jakiegoś starucha o rzeczach, na których się w szkołach zasypia.

Voice acting całościowo przeciętny, a nawet niekiedy słaby - Herod brzmi jak najgorsza próba udawania brytyjskiego akcentu. Nie ma dziwoty, że najlepiej wypada Heston. I tu wracam do niego. Ponieważ Charlton Heston nie występuje jako cameo czy nawet inna postać. Nie. On po 50 latach znowu gra główną rolę i tę samą postać Judy Ben-Hura. I choć jest dobrym aktorem, że słychać, że to 80-latek próbuje grać wypaść wiarygodnie jako dwudziesto/trzydziestoletni młodzian. Frank Welker to nie jest.

Jakoś nie mam serca jechać po tych animacjach jak po łysej kobyle, bo to łatwy target i sami twórcy też pewnie zdają sprawę z ich jakości. I mimo wszystko to nie aż takie kupsztale, by dawać najniższe noty. Bo jakiś tam wysiłek jest i w zasadzie są nieszkodliwe. Taka rzecz do ujrzenia i zapomnienia.

4/10

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości