Film z zeszłego roku i chociaż nowy, to praktycznie zapomniany już w chwili premiery. Nic dziwnego, zważywszy na to, że jego promocja była nieporównywalnie mniejsza od poruszającego zbliżoną tematykę "Dobrego agenta", mającego premierę nieco wcześniej od filmu Billy'ego Ray'a, przyciągającego uwagę widowni i krytyków gwiazdorską obsadą oraz znanym nazwiskiem na krzesełku reżysera(De Niro). A tymczasem "Breach", chociaż przemykający chyłkiem przez sale kinowe, okazał się kawałem porządnego kina szpiegowskiego.
Historia oparta jest na faktach i opowiada o młodym agencie federalnym, którego zadaniem jest inwigilowanie zasłużonego dla biura agenta, który po 25 latach pracy ma niedługo odejść na emeryturę. Wychodzi jednak na jaw, że na co dzień wzorowy katolik, przykładny mąż, ojciec i dziadek, jest tak naprawdę dewiantem spragnionym niecodziennych praktyk seksualnych. W celu uchronienia biura od skandalu, młody bohater ma za zadanie znaleźć dowody obciążające jego nowego szefa. Średnio interesujące? Spokojnie, szybko okaże się, że młodego agenta czeka o wiele poważniejsze zadanie a jego szef nie okaże się być tym, za kogo go bierzemy.
"Breach" niewątpliwie nie jest filmem mizdrzącym się do widza, raczącym go raz na jakiś klawymi scenami akcji i dreszczykiem emocji, mającym przyciągać do ekranu. Przez pierwsze półgodziny jest to film mocno przegadany, oparty w głównej mierze na budowaniu relacji pomiędzy bohaterem a jego zdeprawowanym szefem. Po pewnym czasie okazuje się jednak, że był to zabieg celowy, mający wywołać u widza fałszywe emocje względem tego drugiego i tym mocniej go walnąć obuchem w łeb z chwilą wyjawienia prawdziwego charakteru misji młodego agenta.
Wspomniałem o braku gwiazdorskiej obsady, co bynajmniej nie oznacza, że mamy do czynienia z mało znanymi przeciętniakami. W roli wchodzącego w okres emerytalny agenta występuje znakomity jak zwykle Chris Cooper. Jego wiecznie skwaszona mina, mamrotanie pod nosem i postawa radykała, o bardzo sprecyzowanych poglądach na życie daje w efekcie pełnokrwistą, niejednoznaczną postać, wywołującą w widzu skrajne uczucia. Na drugim planie mamy niewiele gorszą Laurę Linney. I tylko aktor wcielający się w rolę młodego agenta może niejednego odstraszyć od filmu, albowiem jest to Ryan Phillipe, kojarzący się raczej z przeciętnymi filmami. Tutaj jednak sprawdza się całkiem nieźle, nie prezentuje niczego specjalnego ale i nie zniechęca do filmu.
Podsumowując, film warty obejrzenia, dojrzały, dopracowany, przemyślany, nie obarczony specjalnym wadami. Nie jest to wprawdzie przesadnie wielkie dzieło, do którego będziemy wracali raz na jakiś czas, co więcej trzeba mieć na niego niewątpliwie nastrój, żeby nie zniechęcić się zbyt stonowanym tempem narracji, ale ogląda się go naprawdę dobrze, historia jest wciągająca i poprowadzona bez większych wpadek do samego końca, z "deserem" w postaci świetnego Coopera.
Historia oparta jest na faktach i opowiada o młodym agencie federalnym, którego zadaniem jest inwigilowanie zasłużonego dla biura agenta, który po 25 latach pracy ma niedługo odejść na emeryturę. Wychodzi jednak na jaw, że na co dzień wzorowy katolik, przykładny mąż, ojciec i dziadek, jest tak naprawdę dewiantem spragnionym niecodziennych praktyk seksualnych. W celu uchronienia biura od skandalu, młody bohater ma za zadanie znaleźć dowody obciążające jego nowego szefa. Średnio interesujące? Spokojnie, szybko okaże się, że młodego agenta czeka o wiele poważniejsze zadanie a jego szef nie okaże się być tym, za kogo go bierzemy.
"Breach" niewątpliwie nie jest filmem mizdrzącym się do widza, raczącym go raz na jakiś klawymi scenami akcji i dreszczykiem emocji, mającym przyciągać do ekranu. Przez pierwsze półgodziny jest to film mocno przegadany, oparty w głównej mierze na budowaniu relacji pomiędzy bohaterem a jego zdeprawowanym szefem. Po pewnym czasie okazuje się jednak, że był to zabieg celowy, mający wywołać u widza fałszywe emocje względem tego drugiego i tym mocniej go walnąć obuchem w łeb z chwilą wyjawienia prawdziwego charakteru misji młodego agenta.
Wspomniałem o braku gwiazdorskiej obsady, co bynajmniej nie oznacza, że mamy do czynienia z mało znanymi przeciętniakami. W roli wchodzącego w okres emerytalny agenta występuje znakomity jak zwykle Chris Cooper. Jego wiecznie skwaszona mina, mamrotanie pod nosem i postawa radykała, o bardzo sprecyzowanych poglądach na życie daje w efekcie pełnokrwistą, niejednoznaczną postać, wywołującą w widzu skrajne uczucia. Na drugim planie mamy niewiele gorszą Laurę Linney. I tylko aktor wcielający się w rolę młodego agenta może niejednego odstraszyć od filmu, albowiem jest to Ryan Phillipe, kojarzący się raczej z przeciętnymi filmami. Tutaj jednak sprawdza się całkiem nieźle, nie prezentuje niczego specjalnego ale i nie zniechęca do filmu.
Podsumowując, film warty obejrzenia, dojrzały, dopracowany, przemyślany, nie obarczony specjalnym wadami. Nie jest to wprawdzie przesadnie wielkie dzieło, do którego będziemy wracali raz na jakiś czas, co więcej trzeba mieć na niego niewątpliwie nastrój, żeby nie zniechęcić się zbyt stonowanym tempem narracji, ale ogląda się go naprawdę dobrze, historia jest wciągająca i poprowadzona bez większych wpadek do samego końca, z "deserem" w postaci świetnego Coopera.
Kinofilia - blog filmowy
PAMIĘĆ ABSOLUTNA, czyli...
TOTAL RECALL 2, czyli dlaczego Paul Verhoeven nie nakręcił kontynuacji.
PAMIĘĆ ABSOLUTNA, czyli...
TOTAL RECALL 2, czyli dlaczego Paul Verhoeven nie nakręcił kontynuacji.
15-04-2008, 17:04





