Jestem na 9-tym odcinku i chyba niedługo skończe, bo za bardzo jestem zagubiony w tym serialu. Nie wiem czy on jest robiony z beką, czy na poważnie. Odnosze wrazenie, że na poważnie, ale może ktoś rozwieje moje wątpliwości. :) "Death Note" cierpi na klasyczne problemy anime - bohaterowie zachowują się melodramatycznie jak w "Dragon Ballu", ciągle wypowiadają swoje emocje wprost do kamery, a o napięcie tutaj trudno, bo ciągle ktoś gada, że jest napięcie. Intro pominę. :)
Główny bohater to psychopata od pierwszego odcinka i podejrzewam, że gdyby nie dostał notesu to zostałby Christianem Greyem albo Raskolnikovem. Ciężkostrawne są jego dziecinne monologi o oczyszczaniu świata i w ogóle jego rozkminy. Na pewno niesamowicie ciekawe byłoby oglądanie człowieka, który chce dobrze stającego się nagle potwornym tyranem zabijającym każdego, nawet niewinnych, ale tutaj Light tym tyranem jest od pierwszego odcinka. To mógłby być taki Walter White, a nie jest. Szkoda.
Nie mówiąc już o tym, że Light jest tak genialny, że nie ma żadnych problemów z niczym. Chyba najbardziej mnie zaskoczył motyw z wdową po agencie FBI, która łyka wszystkie jego naiwne bzdury, także to, że 17 letni chłopak jest częścią specjalnej jednostki prowadzącej śledztwo w sprawie największego seryjnego mordercy (masowego mordercy?) w dziejach ludzkości. (Wiem, L. też jest dzieciaczkiem, ale hej, kaman.)
Liczyłem też, że Ryuk robi tutaj za takiego diabła-kusiciela, a to taki demoniczny Pikachu, który 80% spędza fascynując się tym jaki Light jest genialny i jak to sobie mądrze wszystko wymyślił, a 20% czasu ekspozycją fabularną. W ogole przez te zachwyty demona postać Lighta jeszcze bardziej wygląda jak takie
power fantasy emo nastolatka, który się wścieka, że świat nie jest ułożony po jego mysli. Nawet laski na niego lecą, bo jest taki sliczny i fajny.
Dysonans mam ogromny. Sam koncept oczywiscie super. Szkoda, że jest zdragonballizowany, bo nawet bekowa adaptacja od Netfliksa idzie w niepokój i demoniczność momentami (przerysowane i mocno gatunkowe, ale wciąż). W sumie po obejrzeniu tych paru odcinków nie dziwie się, że zrobili na podstawie tego musical, bo pasuje. :)
Znowu skoro twórcom oryginału niby bardzo podobała się wersja od Netfliksa to może jednak anime też ma być zabawne? Serio, ciężko powiedzieć, zobacze ile jeszcze obejrze, ale nie wiem...
http://youtu.be/XrpdFmb0EMc?t=43s
Nie będę ściemniał, ta scena jest genialna. :D Żałuje, że nie ma jej w adaptacji netfliksowej. Jakby takich patetycznych, kiczowatych momentów było więcej to mysle, ze raz dwa łyknąłbym cały serial. :)
Choc przyznam, że liczyłem na coś na miarę "Cowboya BeBopa". Nie oglądałem za wielu anime, ale odnoszę wrażenie, że "BeBop" to jednak wyjątek. Szkoda.