Gamera
#1
[Obrazek: Gamera-fly.jpg]

Temat, w którym prawdopodobnie tylko ja i kilka osób będę się wypowiadał. Jednak uznałem, że Gamera w swojej karierze miał trochę występów i szkoda, żeby zginął w zalewie krótkich piłek. A Godzilla średnio będzie patrzył na konkurencję w swoim wątku.

Drugi po Godzilli najbardziej znany filmowy gigantyczny potwór z Japonii. I oczywiście powstały na sukcesie tego pierwszego. Wpierw Gamera zaczynał jako knock-off Godzilli, potem znalazł się własną niszę w postaci bycia dobrym i walcząc z innymi potworami. Przy okazji seria stała się family friendly i niemal zawsze na pierwszym planie były irytujące gówniaki w przykrótkich szortach. Co by nie mówić o Godzilli, to nawet w najgorszych i infantylnych czasach rzadko na pierwszym planie był jakiś dzieciak.

A, że robię poprawioną wersję prelekcji o amerykańskich przeróbkach kaiju, to w końcu nadeszła okazja, by wreszcie obczaić gamerowy tytuł. I na pierwszy ogień idzie... pierwszy film.

Gamera (1965) - z Godzilli '54 film nie tylko zgapił czarno-białą taśmę. Główny potwór jest prehistorycznym gadem i olimpijskim pływakiem, którego zbudziły atomowe działania cudzoziemskiego państwa, i otrzymuje ksywkę od tutejszego straszydła z folkloru szlachetnych dzikusów gadem. Mamy wąsatego starszego magistra, któremu szkoda zabić potwora, bo przepadnie mu Nobel, plan usmażenia bestii elektrycznością spala się na panewce, jest atakowane Tokio prowaząc do wielu tragicznych śmierci, a potwór zostaje pokonany fantastyczno-naukową deus ex machiną. Jak Godzilla miał być krytyką ataków atomowych, tak Gamera zdaje być takową w przypadku zimnej wojny.  Trochę więcej światowości, bo więcej kiepsko dukających białych statystów udających Nowe Jorki i wszystkie światowe gazety rozpisują o Gameli, a ten lata po całym świecie.

Dawno nie widziałem tak licho napisanych wątków ludzkich w filmie kaiju. Towarzyszący asystentka i reporter są bo są, bo typowe tropy w kinie kaiju. I aktorka gra tylko jedną miną. Wątek chłopca i rodziny w zasadzie do niczego nie prowadzi i nie eksploruje się faktu, że Gamera niekoniecznie musi być zły (i jest moment jak ten ratuje smarka przed śmiercią z wysokości). Tu też jest dzieciak, ale przynajmniej nie drze ryja, nie szczery głupio mordy i jednak mocno postacią drugoplanową. Zresztą młody ma pod górkę. Lekko pasjonuje się żółwiami, a jego własna rodzina zraża do pasji niby dla jego dobra i każe wyrzucić jego żółwia pod przekupstwem. Przecież to zaczątek tego, żeby dzieciak miał jakieś problemy psychiczne :P. Większość czasu wątku ludzkiego to bardziej wygląda jak nowofalowy film obyczajowy. Czasem kadry i ustawienia także przywodzą  jakiś uznany europejski film z lat 60. Tu przyznam, że zdjęcia są dobre. Z kolei efekty specjalne całkiem niezłe, ale widać czasem zaczepione sznurki i palnik wydobywający się z mordy Gamery.

W sumie nie jest to jakiś tragiczny film i gorsze były niektóre były Toho z podobnego okresu (jak Varan czy Dogora). Ale trafia do kategorii zjadliwego przeciętniaczka. 6/10 

Odpowiedz
#2
To ja też się udzielę. Advent/Attack of Legion (wolę pierwszą nazwę) to do czasu G-1 najlepszy kaiju movie wszechczasów.
Sądząc po twoim pierwszym poście zakładam że minie chwila nim dojedziemy do 1996, ale chciałem wyprzedzić trendy.

Odpowiedz
#3
Gamera stał się ofiarą sukcesu swojej wielkiej trylogii. Być może jest chwalona nieco za bardzo ale jest solidna i równa chociaż robiona przez kogoś, kto nie przepadał za Gamerą. A seria Showa ma taki problem, że jednak jest z zupełnie innej bajki.Studio Daiei było podzielone na dwa byty i za Gamerę odpowiadało te tokijskie studio, które było dużo bardziej ubogie. Ale od razu powiem Gamera vs. Gyaos jest w pytkę niewiele tego filmowi potrzeba. Jak na Gamerę bardzo fajnie.

Odpowiedz
#4
(08-07-2026, 00:18)Paszczak napisał(a): Sądząc po twoim pierwszym poście zakładam że minie chwila nim dojedziemy do 1996, ale chciałem wyprzedzić trendy.
Coś mi mówi, że to zrobię szybciej. A na razie dzisiaj obejrzałem amerykańską przeróbkę Gamery na potrzeby nadchodzącej prelekcji.

Amerykański dystrybutor przespał zmiany na rynku, bo w tym czasie wersje filmów kaiju na usańską dystrybucję potrafiły się obyć bez białych aktorów i ograniczano się jedynie do dubbingu i lekkich cięć montażowych. OK, sceny w oryginale z białymi aktorami nie były wybitne aktorsko, ale przecież wystarczyło ich zdubbingować. Zwłaszcza, że sam dubbing aktorów japońskich całkiem znośny, ba! Nawet dzieciak jest dobrze podłożony.

Gdy w Godzilla: King of the Monsters! starali dopasować obecność Raymonda Burra do istniejącego materiału, tu dostajemy randomowo wstawione sceny, którzy nic nie wnoszą do historii. Jak kłótnia ekspertów telewizyjnych, która wyrwała została z przebitek w Okile w Świecie według Kiepskich. Czy mocne skrócenie wątku chłopa na rzecz wojskowych narad w USA. Nie, przepraszam, wnoszą. Bo to Amerykanie wymyśleli ostateczny plan pokonania Gamery, bo amerykańscy przerabiacze japońskich filmów nie byliby sobą, gdyby nie ukazali się zbawcami prowadzących ku światłości skośnookim maluczkim. I znowu, po obejrzeniu tych wszystkich amerykańskich przeróbek można bardziej docenić zamerykanizowaną wersję Godzilli z 1954 roku, bo wciąż to Serizawa stworzył Destruktor Tlenu, a nie jakiś prof. rehab. Martin Johnson. Plus to kolejny jankeski film, gdzie wojsko na widok potwora wpada zrzucić atomicę. Coś, co w prawdziwym nawet wtedy byłoby oprotestowane. I bardziej to problematyczne, bo Japończycy wciąż pamiętający Hiroszimę nie mają nic przeciw temu.

I jeszcze dochodzą inne wtręty Amerykanów. W oryginale samoloty, które zrzuciły bombę, były nieznanego pochodzenia, tutaj jawnie powiedzieli, że to ruskie (o tyle przytomnie, że były przypadkowe bezzałogowce). A ruski ambasador z przesadzonym akcentem musi być kłótliwy i na "nie". Gdy w japońskiej wersji am była współpraca międzynarodowa i Sowieci byli pokazani na równi normalni partnerzy. Plus wersja amerykańska jest wredniejsza w stosunku do Toshia (wspomnianego dzieciaka). U Japońca jak wojskowy go ratuje z pociągu, to młody mówi, że uważa Gamerę za przyjaciela. No to wojak mówi coś w stylu "tak, tak..." i posyła w diabły.  Gdy u Amerykańca młody mówi to samo, to wojak, a potem reszta bezczelnie się z niego śmieje. Nicht cool.

Przynajmniej muzyki nie wycięli czy dali wiecznie wyjaśniającego narratora. Ale i tak lepiej ujrzeć oryginał po bożemu. 

4/10

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości