Krótka piłka, czyli mini-recenzje
Klip elegancki, mam nadzieje, ze puszcza ten film kiedyś w TV Puls.

Odpowiedz
Miecz zagłady (1966)

Odczuwam jakąś słabość do tamtych czarno-białych samurajskich produkcji z kraju kwitnącej wiśni. Niby mocno archaiczne z dzisiejszej perspektywy, ale nie pozbawione atmosfery do cięcia kataną. Nie inaczej jest w tym przypadku. Fenomenalna realizacja - zdjęcia to absolutne creme de la creme, nocne zimowe ujęcia uchwycone w panoramie to coś, co ma prawo się zwać absolutną potęgą kina, a jeszcze dochodzi fenomenalny mastershot z Tatsuyą Nakadai odhaczającym kolejnych napastników z hordy. Równie smakowicie to także zmontowane. Przykład? Pozaekranowa scena gwałtu w młynie i to subtelnie ujęcie elementu drewnianej maszyny wchodzącego w dziurę :) Ogólnie film jest dość mocno brutalny i przewija się trochę ucinanych kończyn i tryskającej krwi.

Tatsuya Nakadai - co to jest za aktor! Któryś już film z nim oglądam i w żadnym z nich nie zagrał gorzej niż rewelacyjnie. A tym bardziej, że jak zestawi się ze sobą Harakiri, Ran czy właśnie ten film to wychodzą trzy zupełnie inne typy ról. Trochę zapomniany w porównaniu do Mifune (który też przewija się tu na drugim planie), ale na pewno wybitnością nie ustępuje. Jako duży minus potraktuję ten cliffhanger na końcu. Akurat ta historia potrzebowała jakiegoś pełnego satysfakcjonującego zakończenia.

8/10

Odpowiedz
(09-07-2023, 07:12)Debryk napisał(a): ech... od The Quest czy tam Legionisty nie oglądałem kompletnie nic z Van Dammem bo nie było po co, ale ta twoja krótka piłka mnie serio zachęciła. Obejrzę to z czystej ciekawości i pewnie wyjdzie 3/10 ale co tam.

"Replikant" to niezły film. "JCVD". I taki gdzie siedzi w ruskim wiezieniu.
Na pewno grywa w lepszych rzeczach niż Seagal.
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
[Obrazek: MV5BMTI0MTIxOTkyM15BMl5BanBnXkFtZTYwNzgxNTU5._V1_.jpg]

Hot Spot (1990)

Tajemniczy cwaniaczek-macho przyjeżdża do małej amerykańskiej mieściny, żeby... Sprzedawać używane samochody. A jednak nie. Właściwie nie wiadomo po co. Ten film to taka próba uwspółcześnionego westernu, trochę w stylu noir, z błąkającym się bez celu kowbojem, z przygrywającym w tle bluesem rodem z Luizjany.
Jak na 2 godziny i 10 minut największym plusem są piersi i wagina Jennifer Connelly. Ale do tego nie trzeba oglądać całego filmu.

4/10
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
Year of the Comet (1992)




To winiarsko-szkockie kino przygodowe/romans któremu najbliżej chyba do Indiany Jonesa. Lekkie, fajne, bohaterowie i ich relacja po prostu przeuroczy a Tim Daly urodził się aby grać bezczelnych zawadiaków z wąsem :) No i ten główny motyw muzyczny jest kapitalny. Aczkolwiek jak się ktoś spodziewa rozbuchanego blockbustera to ten film jest naprawdę skromny. Obejrzałem ponownie po dwudziestu latach z hakiem i jak dla mnie w ogóle się nie zestarzał, bawiłem się przednio :)

8/10

Odpowiedz
niedziela z telewizorkiem i brałem co leci, a leciało:

Mars Attacks! w reżyserii Tima Burtona z 1996 roku

Pastisz zrobiony na modłę Emmericha i jego ID4, nawet rok ten sam. Jest przekrój różnych bohaterów i coś ich tam łączy. I wszystko jawi się także jako pastisz kina lat 50tych, nawet efekty są tandetne zaś ufoki wyglądają jak z obrazki z brukowca albo ulokowanej w tamtych czasach książki. Tyle iż cała próba jest marnej jakości: akcja zawiązuje się po ładnych 40 minutach i jest nuda ze względu na brak punktu zaczepienia. Postaci są nudne, humoru brak, przeskoki w lokacjach z czapy ponieważ nic się nie dzieje. Gdy już następuje lądowanie film stara się postawić na humor ale ten jest niskich lotów i w niewielkich ilościach, zaś całość bazuje na jednym motywie: obcy śmieszkują sobie.
Wymęczyłem seans, uśmiechnąłem się łącznie dwa razy. Tandetna produkcja w ten zły sposób.

dałbym 3/10 za konwencję i szeroką gamę gwiazd na trzecim i czwartym planie

Pleasentville w reżyserii Garego Rossa, z roku 1998

Cóż mogę powiedzieć. Teenage movie to tylko przykrywka. Film ma podobny wydźwięk jak sławny Truman Show: tutaj także życie mieszkańców miasteczka jest w pełni kontrolowane przez pewne kręgi (cenzura, prawo, american dream style i takie tam). Dwójka nastolatków trafia do TV i musi żyć w czarnobiałym świecie. Ich wizyta i wiedza zmieniają sielankową społeczność, co skutkuje tym że w życiu czarnobiałych ludzi pojawiają się kolory. Koncept ciekawy i konkretnie porusza tematy, z tym że powierzchownie. Jest tu romans, seks, zdrada, rozstanie, bunt, rasizm (czarnobiały człowiek vs kolorowy - I shit you not!) i mimo, iż technicznie i realizacyjnie to jest coś wspaniałego, wrażenie powierzchowności i ślizgania się po tematach mam nieodparte. Oczywiście można to wybronić konwencją 50ties i romantyzmem okresu rewolucji seksualnej.

Aktorsko ten film stoi na niebywałym poziomie. Nie mam na myśli teenagerów w których role wciela się Reese Witherspoon i Tobey Maguire, bo oni są poprawni, ale drugi plan czyli WIlliam Macy, Jeff Daniels i Joan Allen. Te małe role są po prostu wyborne i oglądałem ich wykonanie z rozdziawioną szczęką. Zresztą, dobór aktorów do ról to kolejny mocny punkt tej intrygującej historii.

Tutaj waham się czy 8/10 będzie odpowiednie. Czuję pewien niedosyt fabularny, jednakowoż podziwiam całościowo wykonanie oraz kunszt aktorski drugiego planu.
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”

Odpowiedz
Kurcze... Marsjanów to ja za szczeniaka oglądałem ze 100 razy i wówczas się mocno jarałem tym filmem. Wierzę jednak, że gdybym dzisiaj oglądał po raz pierwszy to z oceną nie byłbym tak łaskawy.

Adela jeszcze nie jadła kolacji (1977)

Pastisz klasycznych amerykańskich kryminałów od czechosłowaków. Kręci ten sam gość, co od "Lemoniadowego Joe" i tu także werbuje nutkę komiksowości, choć tym razem bardziej półnutę. Z początku śledztwo nudzi. Niemniej im dalej w las, tym urok filmidła zaczyna pochłaniać do reszty.

Robi dużo wdzięk praskich ulic i widoków, ale najwięcej robią tu efekty. Cholera, animacja poklatkowa to absolutne miodzio. W końcu dzieło wielkiego Jana Švankmajera. Aż czekałem na każdą kolejną scenę z rośliną w akcji. Sekwencja z łodygami nalewającymi herbatę natomiast nic a nic nie odczuła nadgryzienia zęba czasu. W obsadzie parę znanych czechosłowackich gęb - komisarza i partnera naszego amerykanina w śledztwie gra palacz zwłok, natomiast od razu poznałem, że villainem jest zemanowski baron Münchhausen i Hogo Fogo ze wspomnianego "Lemoniadowego...".

7/10

Odpowiedz
Oliver! - pod wpływem Opowieści wigilijnej z Albertem Finneyem i Alicji w krainie czarów z Peterem Sellersem zdecydowałem się w końcu ujrzeć ojca tych brytyjskich musicalów z lat 70. Cóż, długi jest. I drugie cóż, mimo wesołej muzyczki czuć tą surowość powieści. Chociażby paskudny sierociniec w którym podaje się paćkę, której nawet psu bym nie dałbym. Epicki i wesoły numer muzyczny w Londynie pozwala zapomnieć, że to dalej paskudna XIX-wieczna Anglia, gdzie był syf, kiła i mogiła. Dzięki też temu wybrzmiewa lepiej kontrast, gdzie Oliver trafia do anielskiej i czystej dzielnicy Brownlowa.

W tej wersji Ron Moody, sam żydowskiego pochodzenia, nalegał by zmniejszyć te bardziej negatywne elementy u Fagina - chociażby jest nieco ludzki i odczuwający wobec Olivera jakieś tam ojcowskie instynkty. Jednocześnie to wciąż przerysowany i odpowiednio wredny dziadyga głównie dbający o swoją skórę. I nawet gdy w końcówce rozważa zostanie uczciwym człowiekiem, po chwili uznaje, że "pieprzyć to" i szlus (co jak nie patrzeć jest dość smutne). Zaskoczył mnie Sikes grany przez Reeda - dość młodo wygląda - taki student, gdy zwykle Sikesa wyobrażałem mocno po 30-stce. Co ma sens, bo Sikes jako dawny wychowanek Fagina (a ten aż tak stary nie jest).

Co robi wrażenie to na pewno rozmach. Szczególnie numer muzyczny Dodgera w towarzystwie londyńskiego społeczeństwa. No i angielskiego głosiku Oliverowi nie można odmówić i odpowiednio wygląda niewinnie. Niestety sam Oliver jako postać jest bardzo bierny i każdy jest od niego ciekawszy. Końcówka jak Oliver wraca do Bronlowa dość nagła i wklejona na siłę (gdy oryginalnie to film miał chyba się kończyć sceną z Faginem).

Swoją drogą chciałbym ujrzeć tą wersję bez numerów muzycznych, bo czuć tu mięso oryginału i jest nieco dobra.

7/10

Odpowiedz
Bringing Up Baby - kolejna fantastyczna screwball comedy, nie wiem czy nie najlepsza spośród wszystkich, które widziałem. O ile zazwyczaj w kinie denerwuje mnie motyw, gdy kłopoty wynikają z tego że ktoś kogoś akurat nie słucha, tak tutaj jest to zrobione wybitnie: wspaniałe, kwieciste dialogi i świetne aktorstwo (najlepsza rola Hepburn jaką widziałem) sprawiają, że po prostu się to kupuje bez mrugnięcia okiem. Cudeńko, 9/10
No i jak do cholery oni nagrali te sceny z lampartem? Jak na mój rozum, to ujęcie, gdy Hepburn ciągnie jednego z nich, a ten się zapiera łapami to po prostu nie dało się zastosować żadnej sztuczki. Podobnie walka lamparta z psem wygląda na 100% prawdziwą. Dzisiaj pół Ameryki by się zesrało z oburzenia, gdyby pozwolić walczyć na planie zdjęciowym dwóm zwierzętom.

Ghosted - obejrzałem dla Any de Armas, ale chyba nie było warto. To znaczy film ma swoje zalety, głównie momenty, gdy humor jest głupszy niż się spodziewałem, kilka razy się nawet zaśmiałem, ale ogólnie to bieda, która nawet nie miała odwagi pójść w jakąś campową stronę, tylko jest tak bezpiecznie i bezjajecznie. Evans to aktor gorszy nawet od de Armas.4/10

Odpowiedz
(17-07-2023, 07:36)Debryk napisał(a): Pleasentville w reżyserii Garego Rossa, z roku 1998

Lubie nawet ten film, za pomysl i wykonanie, aktorsko tez swietnie, ale przeslanie to typowe Hollywood, dzielnie atakujace szczesliwe, zromantyzowane, biale, bezpieczne, dostatnie, konserwatywne, pure wasp americana lata 50.

Wlasnie sorawdzilem na wiki sekcje “early life” scenarzysty/rezysera - zaskoczen brak, jezeli ktos wie o co mi chodzi :)


Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.

Odpowiedz
zrozumiałem ten film inaczej, niż Ty najzwyczajniej:
ten pure świat to mrzonka, czysty absurd wbijany do głowy widzom, aby zachować ten wizerunek. Świat się wali gdy jest skonfrontowany z rzeczywistością: młoda dziewczyna inicjuje rewolucję kulturową i doprowadza do zamieszek na tle rasowym (kolorowym ekhm ale wiadomka) zaś przebudzenie chłopaka rodzi się z przemocy, gdy staje w obronie serialowej matki. Tam zasadniczo jest pokazane - nomen omen - czarno na białym że seks, różnice, przemoc tworzą realny świat. Nawet burmistrz nabiera kolorów gdy podczas farsowej rozprawy ryczy na prowodyra. Przedstawiony w czerni i bieli świat jest tak idealny, że nawet mieszkańcy nie robią kupy ;) a ich ciekawość jest kontrolowana w najdosadnieszy sposób - przez edukację jednoliniową i słuszną w swej koncepcji. Czyli to wszystko to szydera z tego american dream, zaś kolory to realizm w czystej postaci.
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”

Odpowiedz
Debryk, ale tu nie ma co rozumiec inaczej, bo przeciez przekaz filmu jest oczywisty i ma wymiar czysto polityczno-kulturowy. I ta oczywistosc byla dla mnie jasna w czasach, gdy jeszcze polityke rozumialem w dosyc blachy (pod wzgledem konfliktu ideei/cywilizacji) sposob, a sam film widzialem ostatni raz pewnie z 15 lat temu.

To co piszesz to oczywiscie ma miejsce w filmie, tylko w jaki sposob to wyklucza to o czym mowie?

To nie jest krytyka serialu i tego, co owy serial niby wbija widzom do glowy, ale (konserwatywnego) wyidealizowania Americany lat 50.

To taka typowa krytyka odchodzacego Swiata Ameryki pod rzadami WASP, swiata ktory wedlug zydowskiego rezysera byl calkowicie zaklamany, zmyslony, tak jak zaklamane i zmyslone sa wspomnienia o nim - wspomnienia, ktore idealizuja przeszlosc, ktorej nigdy (wedlug. rezysera) nie bylo.

Progres(ywizm) przynosci “wolnosc” i kolory, i oczywiscie wcale nie jest zaklamany. W filmie dochodzi do kulturowej rewolucji, rewolucji na ktorej przodku od lat 60. stali plemienni bracia rezysera.

I koniec lat 90. to juz wyrazny koniec starego ladu, porzadku i amerykanskiej potegi, ktorej smierc dzis widzimy zreszta w amerykanskiej kulturze, polityce, sztuce, czy nawet na poziomie ulicy.

Co by zatopieni w tym falszywym, wasp-americana snie zrobili Amerykanie, gdyby nie ten wspanialy progres, gdyby nie kulturowa rewolucja lat 60. No wlasnie, na moje zyli duzo lepiej i szczesliwiej niz obecnie, a rezyser klamie i manipuluje pod teze :)

Ten film to zwykla anty-wasp, anty-konserwatywna propagandowka i laurka w strone kluturowych ruchow rewolucyjnych.

I teraz pytanie, co bylo/jest wiekszym klamstwem, Pleasantville symbolizujace stara Ameryke, czy ta “kolorowa” rewolucja, ktorej poklosie dzis widzimy?

Dla mnie Pleasantville bylo jak najbardziej prawdziwe i to bylo piekne:

Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.

Odpowiedz
Cytat:Ten film to zwykla anty-wasp, anty-konserwatywna propagandowka i laurka w strone kluturowych ruchow rewolucyjnych.
A to tak, w pełni się zgadzam i już Cię rozumiem.
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”

Odpowiedz
Zuch :)
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.

Odpowiedz
Obejrzyjcie sobie Avalon. Też niby od Żyda i o upadku wartości, ale jednak bez symbolizmu i propagandy. I chyba dziś jeszcze bardziej aktualny.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Daleki kraj - nieco przeciętny western. A jednocześnie nie. Bo dzieje się w Jukonie, James Stewart występuje w dużo mniej heroicznej roli, głównym złym jest zdemoralizowany sędzia robiący na boku swe brudne interesy, a w finale 
Grunt też, że postacie kobiece nie irytują i prócz głównej baby jest całkiem sympatyczna pieguska (pardon, dorosła kobieta). Taśma ma dość brzydki kolor.

5/10

Odpowiedz
Mother z Netflixa, 2023, w reżyserii Niki Caro

Ta babka co zmasakrowała kinową Mulan zrobiła film o matce, byłej żołnierce i najlepsiejszej snajperce, która oddaje córkę do adopcji, bo wj3bała się w jakiś kwas z handlarzami bronią. Gra tu Jenifer Lopez i to jej osoba mnie przyciągnęła do seansu. Zasadniczo film jakich wiele, ma dobre momenty i słabe. Jest dość nierówny, rzekłbym. W ogólnym rozrachunku ma więcej dobra, niż zła i mi się podobał. Bo w sumie historia leci jak po sznurku i jest prosta. Tylko z dwoma dobrymi wyjątkami. I to one generalnie sprawiają, że daję 7/10 mimo przegiętości akcji mamuśki.

Oglądając Mother miałem nieodparte chęci porównania go z Those Who Wish me Dead i to serio porównanie towarzyszyło mi do końca. Film Sheridana był słaby, za to tutaj i Lopez deklasuje Jolie, i scenariusz oraz logika (z potknięciami) deklasują kupę Sheridana. Niki Caro po prostu poczuła vibe i film nie jest poprawny. Jest wręcz brutalny.

Mother ma podział na 3 części: pierwsza, w której Matka odbija córkę. Na start w ogóle jest dość nierealna scena ataku na safe house i zawiązanie akcji. No i tego, tutaj jest słabo po całości. Potem akcja dość szybko gna do przodu i jak już córkę porywają, to sekwencja na placu zabaw jest w pytę. Pierwsze zaskoczenie takie że odbicie córki jest szybkie, choć spodziewałem się że będzie to główną osią fabularną. Ale nie jest. Córka odbita, pyk pyk i przechodzimy do drugiej części, gdy młoda i matka lądują w Kanadzie. Tam następuje konfrontacja ich charakterów i Lopez może się wykazać aktorstwem. W tej roli jest naprawdę spoko a momentami wybitna - zresztą, jej postać jest dobrze rozpisana. To nie jakaś lala o złotym sercu, nie, nie: jest zimną i wyrafinowaną suką, która kręciła d*pą przed bossami różnych karteli aby sobie zrobić kasę - jest to pokazane w krótkiej i treściwej retrospekcji. I była w tym dobra, bo dillowała bronią i szmelcem wojskowym na różne kierunki. Niki Caro stawia sprawę jasno i nie pozostawia złudzeń, że bohaterka to bardzo nieprzyjemna osoba. No i właśnie gra ją w ten sposób Lopez, że czuć do niej pewną odrazę, co zresztą młoda kilka razy wypowiada. Ten rys charakteru jest zaskoczeniem, gdyż w żaden sposób nikt nie chce wybielać matki. I fajne to jest, ano! Na duży plus działa też krótka rozmowa przy potrawce z królika: bardzo to anty lewackie i wręcz nie nietflixowskie!
Trzeci akt to obrona: znów akcja jest spoko i dobrze rozpisana, choć tym razem scenariusz zahacza o głupotki, ale na nie przymknąłem oko.

Pochwalę ponownie Lopez: jej przygotowanie do roli i wszelkie didaskalia związane z bronią czy akcją są na tip-top, choć czasami taki udawany realizm się wkrada lub pewne niedorzeczności, to spokojnie można uwierzyć, że ona jest the best. A czasami idzie jej nadwyraz za dobrze. Jak już napisałem, są nierówności choć dołków jest mniej niż zwyżek.
W całości zaskoczenie w pozytywnym sensie i bez bólu. Replay value raczej niski, ale chętniej wrócę do Mother niż do Those Who Wish me Dead, do którego po prostu nie wrócę :)

Normalnie dałbym takie letnie 6, ale za Lopez i tę krótką rozmowę przy kolacji rzucam 7.
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”

Odpowiedz
(22-07-2023, 15:46)Mefisto napisał(a): Obejrzyjcie sobie Avalon. Też niby od Żyda i o upadku wartości, ale jednak bez symbolizmu i propagandy. I chyba dziś jeszcze bardziej aktualny.

Sa Zydzi, kotrzy kochaja Ameryke (jako Land of the Free) i sa niestety tacy (cala masa), ktorzy jej nienawidza, albo chca zmienic wg. przepisu ideologicznej psychozy, ktora nimi targa.

Nigdy wczesniej nie slyszalem o tym filmie i mowiac szczerze, nawet nie wiem jak mnie to ominelo. Wyglada wspaniale, zaraz odpalam.



Dziekowac.
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.

Odpowiedz
To do kompletu oczywiście "Diner"
[Obrazek: image?url=https%3A%2F%2Fstatic.onecms.io...ER_001.jpg]
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...

Odpowiedz
Dwaj ludzie z miasta (1973) - koleś po odsiadce zamierza ułożyć bez skutku życie. A to żona ginie jako postronna pirackiej ściganiny na drodze, a to francuski Janusz sapie się o głośną muzykę. A gdy znajduje szczęście u nowej kobiety, to zaczepia dawny policjant, który go przyskrzynił. Z nostalgią się patrzy na dawną Francję. Wciąż biała populacja, a w użyciu jest dalej stara dobra gilotyna. I dziwnie się widzi francuskich żandarmów w poważnym filmie, gdy zna się ich wyłącznie z filmów de Funesem.

Delon jak zwykle klasa. Ale sercem jest tu Jean Gabin w roli pracownika socjalnego wspierającego jak tylko może głównego bohatera. I kibicuje się Gino, by los się do uśmiechnął, a nieustannie podstawia mu nogi - jak w sądzie, gdzie dochodzi do rażących zaniedbań, na które zwraca uwagę tylko jedna osoba. Trzeci akt daje trochę do myślenia odnośnie sprawiedliwości i zasadności kary śmierci.

Plusik za polski akcencik.   

8/10

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  ALARM! NADCHODZI KOLEJNY REMAKE! czyli wszystko o remake'ach Mierzwiak 1,244 242,956 14-04-2026, 18:15
Ostatni post: shamar
  Pętla czasowa czyli motyw dnia świstaka w filmach Craven 91 23,786 07-08-2025, 14:13
Ostatni post: shamar
  Prekognicja, czyli oceń film, który zaraz obejrzysz military 77 28,194 04-03-2017, 00:43
Ostatni post: Juby
  Dłuższa piłka, czyli coś dla kino maniaków od kino maniaków wika 3 4,446 02-12-2013, 19:10
Ostatni post: Bucho
  Prawdziwy film, czyli istota kina Bodzio 22 8,743 07-08-2011, 20:23
Ostatni post: MauZ
  Starocie filmowe, czyli trochę klasyki Eorath 44 17,344 20-12-2010, 19:03
Ostatni post: szopman
  Krótka piłka, czyli mini-recenzje military 6,447 721,693 11-04-2009, 16:35
Ostatni post: Negrin
  Parada banału, czyli wpływ formy filmu na odbiór fabuły;) Mental 167 31,154 26-03-2008, 09:55
Ostatni post: D'mooN
  [oddzielony] Krótka piłka, czyli mini-recenzje 0 324 Mniej niż 1 minutę temu
Ostatni post:



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
4 gości