a co!
mimo wszystko warto, choć od czasu do czasu, sięgnąć po klasykę, która pochodzi od kogoś, kto jest synonimem europejskiego masochizmu filmowego. Te wyklęte bergmanizmy, ta cholerna tarkowszyzna, te przeklęte i niepokojące moralnie kino polskie, te nowofalowe żabojady, ech... Pośród intelektualnego pejzaża starego kontynentu dostrzega się wyraźnie również Federico Felliniego. i jego "La Stradę" na przykład.
Powiem jedynie tyle: to cudowny, magiczny, doskonały - w każdej sekundzie, w każdym kadrze, w każdym dźwięku, w każdym grymasie twarzy Massiny i w każdym pochmurnym spojrzeniu Quinna - film. Ponadto film prosty: bez natrętnej symboliki (choć jej nie pozbawiony), bez zmysłowych odjazdów (choć wrażliwość estetyczno-emocjonalna jest bardzo wskazana). Fabuły nie streszczę, bo znajdzie się zaraz kilku cynicznych, którzy zręcznie zaczną kpić z banalnych haseł opisujących to dzieło. Wiem tyle, ile pokazano i powiedziano - "La strada" to kino mądre, ciekawe i w żaden sposób niepodrabialne. W porównaniu do kina Felliniego, kino współczesne (w duuużej mierze) wydaje się takie... błahe, mało odważne, "bezautorskie"; sprawne, fajne i miłe, ale tylko sprawne, tylko fajne i tylko miłe. Innymi słowy, obcując z taką "La stradą" miałem poczucie obcowania z czymś autentycznie wyjątkowym, mistrzowskim w każdym fragmencie - i nie wierzę w tym przypadku w jakiegoś typu autosugestię albo naiwny bezkrytycyzm w stosunku do uznanych prawie wszędzie arcydzieł kinematografii światowej.
Wielkie kino, które każdy powinien poznać ot chociażby po to, żeby wiedzieć. Tak po prostu - wiedzieć. Dla nasycenia głodu wiedzy o czymś, co fascynuje bardziej niż cokolwiek.
Ktoś się przyłączy do chóru wyznawców Felliniego? 8)
mimo wszystko warto, choć od czasu do czasu, sięgnąć po klasykę, która pochodzi od kogoś, kto jest synonimem europejskiego masochizmu filmowego. Te wyklęte bergmanizmy, ta cholerna tarkowszyzna, te przeklęte i niepokojące moralnie kino polskie, te nowofalowe żabojady, ech... Pośród intelektualnego pejzaża starego kontynentu dostrzega się wyraźnie również Federico Felliniego. i jego "La Stradę" na przykład.
Powiem jedynie tyle: to cudowny, magiczny, doskonały - w każdej sekundzie, w każdym kadrze, w każdym dźwięku, w każdym grymasie twarzy Massiny i w każdym pochmurnym spojrzeniu Quinna - film. Ponadto film prosty: bez natrętnej symboliki (choć jej nie pozbawiony), bez zmysłowych odjazdów (choć wrażliwość estetyczno-emocjonalna jest bardzo wskazana). Fabuły nie streszczę, bo znajdzie się zaraz kilku cynicznych, którzy zręcznie zaczną kpić z banalnych haseł opisujących to dzieło. Wiem tyle, ile pokazano i powiedziano - "La strada" to kino mądre, ciekawe i w żaden sposób niepodrabialne. W porównaniu do kina Felliniego, kino współczesne (w duuużej mierze) wydaje się takie... błahe, mało odważne, "bezautorskie"; sprawne, fajne i miłe, ale tylko sprawne, tylko fajne i tylko miłe. Innymi słowy, obcując z taką "La stradą" miałem poczucie obcowania z czymś autentycznie wyjątkowym, mistrzowskim w każdym fragmencie - i nie wierzę w tym przypadku w jakiegoś typu autosugestię albo naiwny bezkrytycyzm w stosunku do uznanych prawie wszędzie arcydzieł kinematografii światowej.
Wielkie kino, które każdy powinien poznać ot chociażby po to, żeby wiedzieć. Tak po prostu - wiedzieć. Dla nasycenia głodu wiedzy o czymś, co fascynuje bardziej niż cokolwiek.
Ktoś się przyłączy do chóru wyznawców Felliniego? 8)
14-07-2008, 21:16





