Zależało mi bardzo, by ten film obejrzeć w kinie i mimo, że rząd taką możliwość zjebał mi w końcówce 2020, to przy zapewnieniach Gutka wierzyłem że po otwarciu kin będzie jeszcze okazja. Niestety już całkowicie ową wiarę w to straciłem, więc skapitulowałem i odpaliłem w końcu Netflixa.
Podobał mi się. Nawet bardzo, ale jestem świadomy że to nie film dla wszystkich i się nie dziwię, że tylu ludziom nie przypadł do gustu. Widać ewidentnie, że Fincher nakręcił to głównie dla siebie i ewentualnie też dla innych zainteresowanych starym Hollywoodem, czyli dla osób takich jak ja. Warto w sumie przed seansem zapoznać się z "Obywatelem Kane'm" jakby ktoś wcześniej nie widział. Sam film Finchera jednak ogląda się nie tyle niczym kulisy powstania najwybitniejszego z najwybitniejszych filmów wszechczasów, co niczym lekcję historii o tym, że Holly nie zawsze kochało demokratów. Wniosek mi się nasunął z seansu, że pewnie taki Louis B. Mayer musi się nieźle w grobie przewracać widząc z zaświatów komu obecny hollywoodzki światek liże cztery litery na arenie politycznej

Do tego scenariusz, mimo że nie pozbawiony wad to jednak zapewnia co nieco świetnych dialogów ("You can make the world swear King Kong is 10 stories tall and Mary Pickford a virgin at 40").
Realizacyjnie ten film miażdży i mimo, że oglądałem to na ekranie 40-calowego telewizora, to wciąż przy nocnym świetle me wrażenia nie zanikały. Z tych wszystkich produkcji XXI wieku imitujących stare kino (typu "Artysta" czy "Dobry Niemiec"), to tej zdecydowanie najdokładniej to wychodzi. Podoba mi się szczególnie to jak bardzo Fincher dba tutaj o detale charakterystyczne dla filmów z lat 30. i 40. - mgiełka na obrazie, zniekształcony dźwięk, dziury po papierosie w prawym górnym rogu... Te Oscary zarówno za scenografię, jak i zdjęcia jak najbardziej poszły tam gdzie trzeba. Mogli już w sumie dać tą statuetkę Fincherowi za
całokształt reżyserię, bo widać że tu włożył w klimat znacznie więcej niż Zhao, ale cóż... Rozumiem ten medialny nacisk, by dać w końcu rycerzyka kobiecie.
Obydwie nomki aktorskie też zasłużone - zarówno Oldman, jak i Seyfried coś dają od siebie swoim bohaterom i to nawet pomimo pewnych ograniczeń nałożonych przez scenariusz. Najbardziej byłem ciekawy jednak Toma Burke'a w roli Orsona Wellesa, bo nie oszukujmy się - Welles to na tyle charakterystyczna postać, że zawsze ciężko znaleźć odpowiedniego aktora do jego sportretowania. IMO Burke wywiązał się z zadania - z pewnością pomogło mu to, że na facjacie jest całkiem podobny do Orsona, a i całkiem nieźle podrabia jego sposób mowy. Szkoda tylko, że tak mało się mu poświęca czasu w całym filmie.
8/10 - Może i trochę naciągam, ale wybaczcie, bo akurat mam słabość do tamtych klimatów.