Mank (Netflix, 2020)
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...

Odpowiedz
Wymęczył mnie ten nowy Fincher, choć w teorii miał wszystko, czego oczekuje od dobrego kina. Niestety, w parze z niezłą stylizacją i dobrym aktorstwem nie idzie dobra, angazująca historia. Mam wrażenie, że fabuła celowo omija najciekawsze wydawołoby się wątki, skupiajac się nie na tym, co trzeba, co w efekcie prowadzi do tego, że nie ma tutaj żadnej godnej zapamiętania sceny, dialogu czy sekwencji. Ogląda się w miarę, bo Fincher to jednak perfekcjonista, więc ma to przyzwoity rytm i nie trzeba być specjalnie spostrzegawczym, żeby dojrzeć, ile pracy w to wszystko włożono, tym bardziej szkoda, że fabuła nie dojeżdża.

I może byłbym skłonny spojrzeć na to łaskawszym okiem, gdyby Fincher - na wzór Tarantino i Cuarona - chciał osiągnąć efekt impresji, historycznego fresku. Ale nie, film mimo nielinearnej struktury usiłuje opowiedzieć konkretną historię, w której poświęcono niewiele czasu na jakiekolwiek dygresje. I przez to cała para idzie w gwizdek, bo nie poczułem, że to opowieść o powstawaniu jednego z najważniejszych tekstów w historii kina, nie poczułem, że obcuje z wyjątkową postacią, scenariusz w kwestii starego Hollywood - smaczków, anegdot, mechanizmów - nie oferuje absolutnie niczego ciekawego. Film nawet przez moment nie przykuwa uwagi niczym innym niż stylizacją, ot, taka popisówka uznanego twórcy, któremu sypnięto kasą na projekt marzeń. Stanowiący niejako kręgosłup finałowego aktu wątek kreowania rzeczywistości poprzez fake newsy, jak się okazuje w całości zmyślony, to ostateczny gwózdz do trumny.

Odpowiedz
Zależało mi bardzo, by ten film obejrzeć w kinie i mimo, że rząd taką możliwość zjebał mi w końcówce 2020, to przy zapewnieniach Gutka wierzyłem że po otwarciu kin będzie jeszcze okazja. Niestety już całkowicie ową wiarę w to straciłem, więc skapitulowałem i odpaliłem w końcu Netflixa.

Podobał mi się. Nawet bardzo, ale jestem świadomy że to nie film dla wszystkich i się nie dziwię, że tylu ludziom nie przypadł do gustu. Widać ewidentnie, że Fincher nakręcił to głównie dla siebie i ewentualnie też dla innych zainteresowanych starym Hollywoodem, czyli dla osób takich jak ja. Warto w sumie przed seansem zapoznać się z "Obywatelem Kane'm" jakby ktoś wcześniej nie widział. Sam film Finchera jednak ogląda się nie tyle niczym kulisy powstania najwybitniejszego z najwybitniejszych filmów wszechczasów, co niczym lekcję historii o tym, że Holly nie zawsze kochało demokratów. Wniosek mi się nasunął z seansu, że pewnie taki Louis B. Mayer musi się nieźle w grobie przewracać widząc z zaświatów komu obecny hollywoodzki światek liże cztery litery na arenie politycznej Oczko Do tego scenariusz, mimo że nie pozbawiony wad to jednak zapewnia co nieco świetnych dialogów ("You can make the world swear King Kong is 10 stories tall and Mary Pickford a virgin at 40").

Realizacyjnie ten film miażdży i mimo, że oglądałem to na ekranie 40-calowego telewizora, to wciąż przy nocnym świetle me wrażenia nie zanikały. Z tych wszystkich produkcji XXI wieku imitujących stare kino (typu "Artysta" czy "Dobry Niemiec"), to tej zdecydowanie najdokładniej to wychodzi. Podoba mi się szczególnie to jak bardzo Fincher dba tutaj o detale charakterystyczne dla filmów z lat 30. i 40. - mgiełka na obrazie, zniekształcony dźwięk, dziury po papierosie w prawym górnym rogu... Te Oscary zarówno za scenografię, jak i zdjęcia jak najbardziej poszły tam gdzie trzeba. Mogli już w sumie dać tą statuetkę Fincherowi za całokształt reżyserię, bo widać że tu włożył w klimat znacznie więcej niż Zhao, ale cóż... Rozumiem ten medialny nacisk, by dać w końcu rycerzyka kobiecie.

Obydwie nomki aktorskie też zasłużone - zarówno Oldman, jak i Seyfried coś dają od siebie swoim bohaterom i to nawet pomimo pewnych ograniczeń nałożonych przez scenariusz. Najbardziej byłem ciekawy jednak Toma Burke'a w roli Orsona Wellesa, bo nie oszukujmy się - Welles to na tyle charakterystyczna postać, że zawsze ciężko znaleźć odpowiedniego aktora do jego sportretowania. IMO Burke wywiązał się z zadania - z pewnością pomogło mu to, że na facjacie jest całkiem podobny do Orsona, a i całkiem nieźle podrabia jego sposób mowy. Szkoda tylko, że tak mało się mu poświęca czasu w całym filmie.

8/10 - Może i trochę naciągam, ale wybaczcie, bo akurat mam słabość do tamtych klimatów. Uśmiech

Odpowiedz
Jak Fincher zjebau Manka od strony technicznej:



It’s the color depth, the shot composition, the camera movement that kills it. There’s too many grays, not enough stark shadows. The cameras move too fluidly and freely, the shots feel inspired by modern films. The backgrounds and foregrounds have too much depth, areas that would normally be projected pictures, videos, or matte paintings are cgi. You could’ve made it look like a 40s/50s film on digital with the right cameras and editing, I feel, he just didn’t do that.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  The Killer (Netflix, 2023) - reż. David Fincher Kryst_007 239 24,595 15-07-2024, 07:06
Ostatni post: Debryk



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości