Poniższy post wygląda tak, jak wygląda, ponieważ w założeniu miał być pierwszym postem nowego watku, ale okazało się, że wątek poświęcony serialowi już istnieje, a mi się już zmieniać wszystkiego nie chciało. Post został przeniesiony do właściwego tematu, niniejszym skreślam to z mojej listy... ;)
Po skończeniu wszystkich odcinków
"Scrubs" (
spin-off odrzuciłem po dwóch epizodach) szukałem jakiegoś równie pozytywnego, lajtowego serialiku komediowego bazującego na podobnym humorze, z jakimiś fajnymi, charakterystycznymi postaciami, do których chciałoby się wracać. Po krótkiej analizie tematu, znalazłem serial
"My name is Earl"...
Wszystko zaczyna się, gdy
Earl (
Jason Lee), drobny złodziejaszek, obibok i złośliwiec, który wiódł swoje pozbawione zasad moralnych życie, żyjąc kosztem innych, wygrywa 100.ooo dolarów na loterii. Podekscytowany wybiega ze sklepiku i - bach! - wpada pod samochód, tracąc przy tym szczęśliwy kupon. Leżąc w szpitalnym łóżku i oglądając telewizję trafia na program dotyczący
karmy - wiecie, "każde zło wyrządzone w życiu wraca", bla-bla-bla...
Earl doznaje olśnienia i postanawia zmienić swoje dotychczasowe życie - robi listę wszystkich niedobrych uczynków, jakie popełnił i jako cel stawia sobie naprawienie całego, wyrządzonego przez siebie zła.
Serial jest po prostu świetny! Generalnie opiera się na tym, że w każdym epizodzie
Earl naprawia po jednym złym uczynku, ale często jest tak, że naprawienie czegoś, prowadzi do różnych sytuacji, z którymi główny bohater musi sobie jakoś poradzić. Czasem wynagrodzenie komuś krzywdy (a
Earl upiera się, ze musi to zrobić za każdą cenę) prowadzi do większych kłopotów, niż materialny wymiar popełnionego uczynku, itp.
Gagi są wprost przezabawne. Poczciwość nowego
Earla bywa często kontrastowana z tym, co porabiał w poprzednim życiu, a to prowadzi do kolejnych, prześmiesznych sytuacji. Niektóre z popełnionych uczynków są wprost absurdalnie przegięte, jak choćby kradzież nogi jednonogiej dziewczynie, upozorowanie własnej śmierci, żeby uciec słodkiej do bólu narzeczonej, zamelinowanie się z rodziną w supermarkecie po tym, jak wydawało im się, że wszyscy ludzie na planecie umarli w wyniku działania pluskwy millenijnej, etc.
Duża część humoru opiera się na charakterystycznych postaciach, pierwszo- i drugoplanowych.
Earl to typowy
chłopek-roztropek, człowiek prosty i myślący prostymi kategoriami :) Jego z lekka ociężały umysłowo brat
Randy to wcielenie dobroci, a jego pojmowanie świata nieraz doprowadzało mnie do niekontrolowanych wybuchów śmiechu. Jest jeszcze
Joy, była żonka
Earla - konkretne ziółko, jakby żywcem wyjęta ze
"Świata wg Bundych" - kłamie, kradnie, cudzołoży a kiedy trzeba potrafi pójść na pięści w ostry
cats fight ;)
Do tego dochodzi masa postaci drugoplanowych - jednooki listonosz, nawrócony psychopata (z twarzą Jezusa wytatuowaną na piersi), najbrzydsza prostytutka świata, nielegalna i piękna emigrantka z
Meksyku, objęty ochroną świadków drugi mąż
Joy, zwany
"Faciem od Krabów" i masa, masa innych.
Ja obecnie jestem po drugim sezonie, zakończonym fajnym, mega-pozytywnym epizodem. Sezonów jest chyba ze cztery... Szkoda, bo w przeciwieństwie do
"How I Met Your Mother" pomysł wyjściowy daje szersze pole do popisu.
Jeśli szukacie pozytywnej, niegłupiej i autentycznie zabawnej komedii w odcinkach - szczerze polcam Wam
"My name is Earl" - kupa śmiechu i dobrej zabawy gwarantowana!
P.S. Na koniec, coby zachęcić - jak to ktoś tu powiedział, "tanim chwytem" ;) - do oglądania serialu: poniżej
Joy i
Catalina w wersji
deluxe :)
Tyler Durden napisał(a):"No jak dla mnie, to Earl zaczął mocno słabować już od drugiego sezonu. Średnio zabawny, z dialogami pisanymi przez kogoś z małym polotem, męczący do tego schematyzmem i ogólnym brakiem pazura."
Ej, właśnie w drugim sezonie jest dużo odskoczni od tematu (już choćby pierwszy odcinek, w którym w zasadzie
Earl zamiast dobra robi bardzo złe rzeczy). Są takie odcinki, jak
"Our 'Cops' Is On!" (
Mimi z
Drew Carrey Show, jako policjantka), dwuodcinkowa wycieczka do
Meksyku, czy epizod
"Buried Treasure", gdzie narracja przechodzi kolejno z
Earla na
Randy'ego, potem na
Joy i
Crabmana (wszystko w stylu czołówki). Dla mnie sezon drugi to zdecydowane podniesienie poprzeczki, a ostatni odcinek rozbroił mnie całkowicie.