Przytoczę słowa Desjudiego:
Jarmusch potrafi doskonale opowiadać nudne historie. W jego filmach praktycznie nic się nie dzieje - przeciętni bohaterowie idą, stoją, jadą, siedzą, jedzą, piją, myślą, chrząkają, rozmawiają. Facet stosuje minimum środków i mikroskopijną porcję emocji, aby opowiedzieć niebanalną historię o czymś, co nazwać można różnie (miłość, nienawiść, samotność, radość i tak dalej, najczęściej wielkimi literami), choć ani on, ani jego bohaterowie o tym czymś nie mówią, bo nie chcą. A nie chcą, bo są zwyczajnymi ludźmi, a w życiu zazwyczaj bywa tak, że o uczuciach się nie mówi, tylko je czuje. Dlatego Jarmusch, mimo kinowego minimalizmu, jest bliżej życia niż niejeden twórca tzw. kina społecznego. O nudzie trzeba umieć opowiadać, a Jarmusch to mistrz zajmującego kina o nic-się-nie-dzianiu, w którym dzieje się na tyle dużo, że trudno dzianie się zignorować i przejść obok obojętnie.
Uwaga: fragment o Paryżu zawiera spoiler. O Rzymie też;
Krótko o fabule:
Czas akcji- od zmierzchu do świtu.
Miejsce akcji: 5 miast oddalonych tysiące kilometrów od siebie.
Bohaterowie: taryfiarz i pasażer(owie).
Tematyka: relacje między przypadkowo poznanymi ludźmi, ograniczone kabiną auta.
Los Angeles: manager hollywoodzki(Gena Rowlands) rozmawia przez telefon na lotnisku. Na tym samym lotnisku,telefonicznie, ze swoim szefem konwersuje 19 letnia Corky (Winona Ryder), kierowca taksówki. Pani manager w średnim wieku decyduje się pojechać właśnie z nią. Po drodze odkrywa, że dziewczyna, którą potrzebują do filmu trzyma właśnie kierownicę.
Ciekawy, dobrze, zagrany epizod, w dodatku pod koniec ironia wobec fabryki gwiazd(przynajmniej ja tak to odebrałem). Historia idealna na dobry początek.
Nowy Jork: pewien wyszczekany mu...to jest afroamerykanin, trafia na niezbyt zdolnego kierowcę, emigranta z NRD. Zirytowany pasażer oferuje, że sam zasiądzie za kierownicą.
Lekki zamęt spowoduje pojawienie się Angeli, dla której nasz afro jest szwagrem...
Ciepły, na przemian wzruszający i śmieszny(celowo nie pisałem nic o ich czapkach, ani o tym jak mają na imię główni bohaterowie;), świetnie rozpisany i zagrany. Dla mnie najlepszy epizod
Paryż: inny emigrant, tym razem z Wybrzeża Kości Słoniowej oferuję podwózkę pewnej niewidomej. Z początku kierowca(Isaach de Bankole, ulubiony aktor Jarmuscha) odczuwa
wyższość nad kaleką. Z każdą sekundą jednak jego fascynacja rośnie, przeradza się w coś w rodzaju...miłości(?). Ale nic z tego-happy endu nie ma, ich znajomość to był tylko jeden kurs...
Plus dla Jarmuscha, że z niewidomej nie zrobił łagodnej i uduchowionej istoty. Tutaj kpi ona z murzyna, i to w dość niewybredny sposób...
Ta historia nie ma w sobie takiego ładunku emocjonalnego jak dwa poprzednie, ale i tak prezentuje wysoki poziom.
Rzym: chyba najsłynniejszy odcinek. Roberto Benigni (tutaj jako znajomy transwestytów, ma daleko posunięte ADHD) przyjmuje kurs od księdza; po drodze spowiada się ze swych zboczeń pasażerowi.
Muszę przyznać, że mordercze wyznanie grzechów cudzołożnika, zoofila i florofila <rotfl> dały mi dużo śmiechu. Więlkie brawa dla kreacji Benigniego, bo z takim pomysłem, można było z łatwością zrobić "suchara"...
Helsinki: kierowca Mika(św. pamięci fiński aktor Matti Pellonpaa) przyjmuje 3 skacowanych roboli, w tym jednego zalanego w trupa. W czasie nocnego kursu koledzy opowiadają o najgorszym dniu fina- spóźnił się do pracy, wylano z pracy, ukradziono samochód, córka w ciąży, żona chce rozwodu...na Mice nie robi to wrażenia. Zachęcony przez piwoszy zaczyna snuć swoją własną, łzy wyciskająca opowieść...
W zasadzie ten epizod to koncert jednego aktora, wspomnianego już przeze mnie. Mika to zwykły facet, a jego historia mogła się przydarzyć każdemu z nas. I dlatego tak mocno na nas działa...
Skoro tak zachwalam, czemu nie daję najwyższej noty? Z dwóch powodów; nie odczułem w trakcie seansu tego trudnego do zdefiniowania uczucia, gdy doświadczam kontaktu z arcydziełem. Nie podobało mi się też(ale to już argument z kategorii"szukanie dziury w całym";) schemat: Paryż romantyczny, Rzym wesoły i rozpustny, Nowy Jork-cool, Helsinki-smutek.
Poza tym to prawdziwe cacko, które zyskuje dzięki szczegółom- takim jak zastosowaniem miejscowych języków i slangu, a także oprawie muzycznej Toma Waitsa.
9/10
Nie wierzycie mi? Uwierzcie Desowi
Edit
Najlepsze wg mnie
1 Nowy Jork
2 Los Angeles
3 Rzym
4 Helsinki
5 Paryż
13-02-2010, 16:39








