Psycho / Elevator to the Gallows / Touch Of Evil
#1
trzy filmy, których nikt jeszcze nie pokolorował i które przetrwały próbę czasu, nie zestarzały się ani o jotę i ciągle są tak samo wypasione ideowo jak w momencie powstania.

[Obrazek: beztytuuec4.jpg]

na deser: Psychoza II, Psychoza III, Psychoza IV: Początek oraz Psychol.

w ostatnią niedzielę widziałem Psychoze po raz drugi w życiu i normalnie ochujałem z zachwytu. w sumie uważam ją za najwspanialszy film Hitchcocka. co prawda, wahałem się, czy przypadkiem nie lepiej ustawić na szpicy Okno na podwórze, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że Psychoza to jest to, co lubię ponad wszystko, i basta: odludne odludzie, redneck-impotent, dobra laska w roli wiodącej (szkoda tylko, ze blondyna), detektyw pojawiający się w połowie filmu, mega fabuła porównywalna jedynie z kryminalnym arcydziełem książkowym No Orchids For Miss Blandish. te i inne czady zdecydowały ostatecznie o przyznaniu Psychozie najwyższego miejsca na pudle. konkurencja może jedynie kawę parzyć. ale do rzeczy.

jedna sprawa mnie wpienia nieludzko, taka mianowicie, że przez lata w różnych książkach i z ust różnych autorytetów musiałem wysłuchiwać farmazonów w rodzaju: "najgenialniejsza scena to scena pod prysznicem", "scena pod prysznicem jest najgenialniejsza", "najgenialniejsza pod prysznicem jest scena", "pod prysznicem jest scena najgenialniejsza" i tak dalej do zrzygania. postanowiłem na własną rękę zweryfikować to powtarzane niczym zaklęcie zdanko. efekt: najgenialniejsza scena to scena PRZED wizytą Very Miles pod natryskiem - utrzymana w tonie towarzyskiej pogawędki rozmowa bohaterki z właścicielem motelu w bezpośredniej bliskości rozwieszonego na ścianach wypchanego ptactwa oraz poczęstunek mlekiem i kanapką. rozumiem, że dla publiczności sprzed 50 lat to był mega szok takie dźganie bez opamiętania, ale sorry - dla mnie to jest po prostu dobra scenka (montaż wymiata) z absurdalnie małą ilością krwi jak na częstotliwość zadawania kolejnych pchnięć nożem. lasia krwawi, jakby - nie przymierzając - chomik dziabnął ją w kciuk. wiadomo: na początku lat 60 kodeks Haysa zabraniał spłukiwać wodę w klozecie tak, żeby publika słyszała, a co dopiero pokazywać tryskająca juchę. o tym nikt nie mógł nawet marzyć. Hitchcock i tak spisał się na medal, akcentując w kilku króciutkich ujęciach rozcieńczone strugi posoki spływające po ściankach wanny do otworu odpływowego, niemniej jednak oglądanie sceny prysznicowej wcale nie przyprawiło mnie o szybsze tykanie pikawy. poczułem raczej nieprzyjemne rozluźnienie. tak się bowiem złożyło, że największe czady miały niebawem nadejść, a wśród nich knyf z topieniem samochodu w pobliskim bagnie i moment, w którym auto - zamiast iść na dno - zatrzymuje się w połowie drogi. mina Batesa na widok niechcącego się utopić pojazdu - nie do skopiowania przez nikogo.

słów parę na temat kontynuacji: ktoś mógłby pomyśleć, że filmowi pod tytułem Psychoza II brakuje gdzieś tak około miliona lat świetlnych do oryginału. no cóż... to nie do końca prawda. Psychozie II brakuje raptem sto lat świetlnych do oryginału. naprawdę polecam ją do wglądu, bo to kino wybitnie solidne, rzetelne i z klimatem, trzyma w napięciu i tchnie takim fajowym oldskulem, że głowa mała.

aż tyle dobrego nie mogę niestety powiedzieć o Psychozie III, która słabuje i to ostro. gdyby nie Perkins w składzie, to bym nazwał to całe przedsięwzięcie jednym wielkim marnotrawieniem czasu. pełno tu dorodnych absurdów, sporo błazeńskiego aktorstwa i szczypta taniej przemocy z porno-horrorów (trochę przesadzam z tym porno, ale w zestawieniu z poprzednimi częściami PIII stanowi zjazd niemal na samo dno pod względem budowani klimatu niepewności oraz permanentnego zagrożenia życia). tak czy owak, polecam fanom grindhousów i innych bajerów.

Psychoza IV. hmm... jej oglądanie to jak podróż sentymentalna do epoki Puppet Mastera IV, Syndromu Pinokia, Karzełka 2 i Laleczki Czaki 3. zdecydowanie odradzam. nazywanie scenariusza piramidalnym kretynizmem jest obrazą piramid, nawet tej z AVP.

Psychol Van Santa - ze wszystkich wyżej wymienionych prób żerowania na popularności pierwowzoru ten tutaj twór jest największym rzygiem. syf nad syfami mistrza syfu - Van Santa. gdyby to ode mnie zależało, wyrokiem sądu skazałbym frajera na 20 lat robót w kamieniołomach i obłożył jego szanowne dupsko dożywotnim zakazem zbliżania się do urządzeń rejestrujących ruch. zresztą już za Gerry'ego należało go potraktować cyklonem B. krótko: Psychol to najbardziej buracki, frajerski i niepotrzebny film w historii kina. paszkwil postmodernizmu. panie Van Sant, spieprzaj pan na drzewo banany prostować. po tym jakże prostackim ulżeniu sobie przechodzę do filmu zatytułowanego:

Windą na szafot

[Obrazek: elevator.jpg]

filmik jest spoko. dobry kryminał prosto z Francji, trochę się z lekka po europejsku snuje, ale w ogólnym rozrachunku daje radę i pozostawia miłe wspomnienia. siłą spektaklu jest na maksa dopracowana fabuła, w której - pomimo usilnych prób - nie zdołałem odnaleźć nielogiczności. szacun dla scenarzysty. oto eks-komandos, niejaki Julien, na prośbę kochanki morduje swojego szefa (i zarazem męża owej kochanki), pozorując samobójstwo. ma już opuścić budynek, kiedy nagle dzwonek telefonu zmusza go do zrobienia małego w tył zwrot. zapomina przy tym o usunięciu jednego z dowodów zbrodni. w drodze powrotnej do biurowca spotyka go okrutna niespodzianka - na skutek awarii w gmachu wyłącza się prąd i facio utyka w windzie. jak dla mnie SUPER pomysł i co najważniejsze zajebiście rozwinięty filmowo. nie będę się zbytnio rozpisywał - wszak to czystej wody kryminał. powiem tylko, że muze do filmu skomponował sam Miles Davies i że to jeden ze zwiastunów tzw. nowej fali w kinie francuskim, która spłodziła całkiem pokaźną liczbę konkretnych dzieł do oglądania. tak więc jeśli nie widzieliście, to se zobaczcie, bo warto.

Dotyk zła

[Obrazek: touchofevilvn6.jpg]

największy - zaraz obok Key Largo - klasyczny czarny kryminał amerykański. rzecz jest tak dojebana do pieca, że nie wiem, co mam pisać. film otwiera długie ujęcie. jedno z najwspanialszych długich ujęć, jakie widziałem. zamachowiec instaluje bombę w bagażniku samochodu pewnego ważnego jegomościa. obserwujemy, jak kierowca wsiada do auta, uruchamia silnik, wyjeżdża z parkingu i włącza się do ruchu. przez cały czas śledzimy trasę pojazdu: wóż mija parę głównych bohaterów, granych przez Charltona Chestona i Janet Leigh, zatrzymuje się na skrzyżowaniu, potem przed rogatką graniczną. keep in mind: samochód może w każdej chwili eksplodować. zegar tyka. jak na moje wymagania - akcyjka hen pod niebiosa.

fabuła dzieje się na pograniczu meksykańsko-amerykańskim. powietrze jest duszne, ulice brudne, ludzie nieuprzejmi, a policja do szpiku kości skorumpowana i kładąca lachę na wszelkie przejawy zbrodni. nad całokształtem meksykańsko-jankeskiego pejzażu góruje jedna postać: monstrualnie otyły detektyw Quinlan (rola życia Orsona Wellesa), który mając na sumieniu śmierć własnej żony (zamordował ją), oddelegowany karnie na zadupie, ostro tankuje i jakby dla rozrywki prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa. jak to bywa w świecie noir, moralnie dwuznacznych postaci jest tu cała wuchta. finał - będący epickim pojedynkiem między Vargasem a Quinlanem - jawi się jako realizacyjny Mount Everest, przewyższający wszystkie triki z Obywatela Kane'a. zresztą co ja będę wielce gadał - Touch of Evil to bezdyskusyjnie najdoskonalsze dzieło w reżyserskim dorobku Orsona Wellsa i jeden z niewielu starych kryminałów, który nie wali po gałach infantylizmem i dobrodusznym cynizmem.

Odpowiedz
#2
Mental napisał(a):które przetrwały próbę czasu, nie zestarzały się ani o jotę
Hmm, moim zdaniem Psychoza troche sie zestarzala. Sceny wklejania otoczenia gdy kobitka jedzie samochodem sa juz stanowczo zbyt staroswieckie. Scena pod prysznicem nie zrobila na mnie wrazenia (podobal mi sie jedynie moment gdy cien pojawil sie za zaslona prysznicowa) skoro kiedys to wgniatalo w fotel to znaczy ze filmowi wyraznie przybylo zmarszczek. Wyglad zasuszonej mamusi i wyskoczenie Normana w kobiecej wersji dla mnie juz bylo elementem humorystycznym a z pewnoscia nie takie byly zamierzenia tworcy. Wystrachalem sie za to okropnie w momencie zabojstwa detektywa, glownie za sprawa tej niesamowicie napastliwej muzyki. Zwroc uwage Mental na biodra mordercy wowczas gdy nachyla sie nad detektywem i go dzga. Czy tylko mi sie wydaje ze takie bioderka raczej nie moga nalezec do Normana Batesa? Mnie rowniez najbardziej podobala sie scena rozmowy tej kobitki z naszym "maminsynkiem". Niepokojace bylo to jak z niewypowiedzianie milego, serdecznego chlopaka zaczelo momentami wyplywac zlo i ciezkie przejscia. Podobal mi sie tez odjazd kamery od pustych oczu naszej miss prysznica.

Przykladem starocia, ktory sie dla mnie nic nie zestarzal jest Casablanca.

Odpowiedz
#3
Tylko by spróbowali pokolorować Psychozę, brrr.

Co do starzenia się - wiadomo że niektóre sceny mogą trącić myszką, ale film jako całość, scenariusz, sposób realizacji wielu scen i ciekawe zabiegi reżyserskie czynią Psychozę filmem, który się nie zestarzał. Ponadczasowe arcydzieło. Odnośnie sceny prysznicowej - jest świetna i pomysłowa, to wszystko. Niepotrzebnie przyklejono jej kilka łatek, bo - jak widać poniżej - wiele osób jest nią rozczarowanych.

Wspomniane ujęcie zaczynające się od oka Marion uważam za jedno z najlepszych ujęć ever. W sumie to chyba najlepsze, bo żadnego innego mogącego z nim konkurować, które aż tak zapadło mi w pamięć, sobie nie przypominam.

Psychoza II faktycznie trzyma zaskakująco wysoki poziom, chwilami bardzo fajnie bawiąc się nawiązaniami do oryginału.

Odpowiedz
#4
Obejrzałem sobie w końcu, na obecnej fali popularności Hitchcocka Psychozę i oczywiście jest boska. Lubię, gdy klasyk oglądany pierwszy raz absolutnie nie zawodzi i zapewnia znakomitą rozrywkę przez całą swoją długość. Gęsta atmosfera, mistrzowsko budowane napięcie, poczucie niepokoju przez cały film, znakomita intryga - duży plus dla scenariusza za to, że przez większość czasu projekcji nie idzie przewidzieć o czym to będzie(przed obejrzeniem wiedziałem tylko tyle, że blondie umiera pod prysznicem, nie miałem np. pojęcia, że Bates jest mordercą), w którą stronę zmierza i do jakiego finału dąży, można powiedzieć, że Hitchcock aż do czasu zabójstwa detektywa rozkłada powoli przed widzem karty, aby później rozegrać nimi popisową partię. Wcześniej nie doceniałem go jako reżysera, ale po Psychozie rozumiem czemu ma swoje miejsce w Panteonie kina.
Obejrzeć po raz pierwszy taki film w czasach, gdy większość produkcji jest robiona od linijki, według utartych schematów to jak zaczerpnięcie świeżego powietrza. Kapitalny film nawet dzisiaj, dla mnie nie zestarzał się zupełnie.

I nie wierzę, że Psychoza II może być fajną kontynuacją ;)

Odpowiedz
#5
aleś dojebał spoiler.
Im częściej na mnie kamieniem rzucicie,
sami złożycie stos - - stanę na szczycie.


Grastroskopia - Bortal dobrze wpływa na trawienie gier


Odpowiedz
#6
Psychoza 2 jest spoko, to jest po prostu "normalny" film nakręcony konwencjonalnie. Dość podobna sytuacja jak z Odysejami.
Why are you firing wallnuts at me?

Odpowiedz
#7
simku, to oczywiste, że Psychoza 2 w żaden sposób nie może równać się z oryginałem, ale - biorąc pod uwagę poziom jedynki - zdecydowanie jest to jeden z lepszych sequeli ever :)

Nie wnikam jak to się stało, że dopiero teraz obejrzałeś Psycho (a już niewiedza na temat tego, że Bates morduje - WOW), ale fajnie, że Ci się podobało. Nie łatwo ogląda się dzisiaj filmy-legendy, ale tak, Psychoza dysponuje potężnym orężem w walce z ewentualnym rozczarowaniem. Gwarantuję, że z kolejnymi seansami będzie jeszcze zyskiwać.

PS. KONIECZNIE obejrzyj kuriozalny remake Gusa Van Santa!

Odpowiedz
#8
Widziałem kiedyś ten remake, ale słabo pamiętam, można spytać czemu jest kuriozalny? (nie poddaję tego stwierdzenia w wątpliwość, po prostu nie pamiętam filmu na tyle by go ocenić).

Co do Psychozy - widziałem raz, było to 7-8 lat temu, żona miała to jako "lekturę obowiązkową" na studiach, raczej więcej tego oglądać nie będę; no ale ja nie jestem miłośnikiem filmu więc nie muszę :P

Odpowiedz
#9
Psychoza (1960) - akcja się dzieje w grudniu? I w jednym momencie kamera uchwyciła świąteczne ozdoby? Czyli jest to bożonarodzeniowy klasyk i zaliczam go do swego maratonu.

To dość interesujące podejście do struktury filmu. Przez pierwsze pół godziny tytułowa psychoza to odnosi się do Marion i paranoi, że odkryją co zrobiła z zajumaną kasą. A potem niemal w połowie filmu dokonuje się główny twist. Dziś jest znany jak diabli, tak samo tożsamość mordercy, ale wyobrażam sobie szok widowni czy nowych widzów, którzy coś tam słyszeli o jakimś średniowiecznym filmie. Z tej perspektywy fajne było dla mnie układani wszystkich puzzli, zwłaszcza że Hitch umiejętnie trzyma tajemnice motelu i je stopniowo ujawnia do samego końca. Jak chociażby postać Normana znakomicie zagranego przez Perkinsa - ot, wycofana i sympatyczna klucha, która w szkole nie wszczynała bójek. I nawet można mu współczuć z powodu dominacji matki. Fajne ujęcie było jak Norman z tacą jedzenia sterczał przy Marion i było jego odbicie w oknie. 

Mimo 60-tki poza niektórymi detalami nic się nie zestarzał. I tak myślę, że dziś scena sprzątania zbrodni przez Normana byłaby skrócona, a sama sekwencja z Marion trwałaby 5 minut. Zdecydowany klasyk i czołówka Hitchcoka. 

9,5/10

Odpowiedz
#10
Obejrzałem wczoraj "Psychozę" w Kinotece. Kurczę zajebisty film - mimo tego, że "Psychoza" jest z 1960 r. to mało sie zestarzała, a niektóre ujęcia robią wrażenie do tej pory (zbliżenie na martwe oko ofiary Batesa). W ogóle to dosyć niezwykły obraz i w pełni rozumiem czemu obrósł takim kultem. Jedyne co mi nieco przeszkadzało to końcowy monolog psychiatry, który na końcu filmu po ujęciu mordercy tłumaczy publiczności czemu Bates popełnił swoje zbrodnie, niemniej końcowe ujęcie Batesa idealnie kontruje tamte ględzenie. W ogóle film wpisujecie się idealnie w te zachłyśniecie się amerykańskiej klasy średniej psychologią w l. 50-tych. Było jej wszędzie od powieści obyczajowych po groszową fantastykę, a czerstwy monolog psychiatry pod koniec filmu też jest jakby symbolem. Zamiast bowiem bystrego detektywa to ktoś zajmujący się ludzkim umysłem odsłania zagadkę co stało się z zaginioną siostrą bohaterki filmu kim w istocie jest Norman Bates.

Monolog psychiatry:




BTW megabeka też ze sceny jak Marion która ukradła 40 000 dolców decyduje się na powrót i ich zwrócenie, no ale w międzyczasie wydała już 700 dolarów. I nagle jest pokazane jak kobieta z blisko dziesięcioletnim doświadczeniem zawodowym liczy pod kreską 40 000 - 700 :P :D

Normalnie prawie

Odpowiedz
#11
Najwyraźniej kontrowersyjna opinia: monolog psychiatry to jeden z moich ulubionych elementów filmu.
1. Występ Simona Oaklanda jest zwyczajnie zajebisty i kradnie całą uwagę widza na te kilka minut monologu. Hitch powiedział mu później: 'Pan ocalił mój film.'
2. Patologia Batesa jest tak szczególna i fascynująca że zasługuje na głębszą i dosłowną analizę, zwłaszcza w 1960 roku, gdy pojęcia jak "transseksualizm' i 'w sumie nie do końca transseksualizm' były równie egzotyczne.
3. Finałowy monolog Mamusi perwersyjnie podważa całą racjonalną analizę psychiatry. ALE CZY NA PEWNO?!
4. Śmierć prywatnego detektywa jest nadal chujowa i postarza film o 30-40 lat. Wspomniane zbliżenie na źrenicę ofiary jest fizjologicznie chybione i sam Hitchcock poprawił je w swoim najlepszym filmie (Frenzy dzifki).

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości