trzy filmy, których nikt jeszcze nie pokolorował i które przetrwały próbę czasu, nie zestarzały się ani o jotę i ciągle są tak samo wypasione ideowo jak w momencie powstania.
![[Obrazek: beztytuuec4.jpg]](http://img112.imageshack.us/img112/4176/beztytuuec4.jpg)
na deser: Psychoza II, Psychoza III, Psychoza IV: Początek oraz Psychol.
w ostatnią niedzielę widziałem Psychoze po raz drugi w życiu i normalnie ochujałem z zachwytu. w sumie uważam ją za najwspanialszy film Hitchcocka. co prawda, wahałem się, czy przypadkiem nie lepiej ustawić na szpicy Okno na podwórze, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że Psychoza to jest to, co lubię ponad wszystko, i basta: odludne odludzie, redneck-impotent, dobra laska w roli wiodącej (szkoda tylko, ze blondyna), detektyw pojawiający się w połowie filmu, mega fabuła porównywalna jedynie z kryminalnym arcydziełem książkowym No Orchids For Miss Blandish. te i inne czady zdecydowały ostatecznie o przyznaniu Psychozie najwyższego miejsca na pudle. konkurencja może jedynie kawę parzyć. ale do rzeczy.
jedna sprawa mnie wpienia nieludzko, taka mianowicie, że przez lata w różnych książkach i z ust różnych autorytetów musiałem wysłuchiwać farmazonów w rodzaju: "najgenialniejsza scena to scena pod prysznicem", "scena pod prysznicem jest najgenialniejsza", "najgenialniejsza pod prysznicem jest scena", "pod prysznicem jest scena najgenialniejsza" i tak dalej do zrzygania. postanowiłem na własną rękę zweryfikować to powtarzane niczym zaklęcie zdanko. efekt: najgenialniejsza scena to scena PRZED wizytą Very Miles pod natryskiem - utrzymana w tonie towarzyskiej pogawędki rozmowa bohaterki z właścicielem motelu w bezpośredniej bliskości rozwieszonego na ścianach wypchanego ptactwa oraz poczęstunek mlekiem i kanapką. rozumiem, że dla publiczności sprzed 50 lat to był mega szok takie dźganie bez opamiętania, ale sorry - dla mnie to jest po prostu dobra scenka (montaż wymiata) z absurdalnie małą ilością krwi jak na częstotliwość zadawania kolejnych pchnięć nożem. lasia krwawi, jakby - nie przymierzając - chomik dziabnął ją w kciuk. wiadomo: na początku lat 60 kodeks Haysa zabraniał spłukiwać wodę w klozecie tak, żeby publika słyszała, a co dopiero pokazywać tryskająca juchę. o tym nikt nie mógł nawet marzyć. Hitchcock i tak spisał się na medal, akcentując w kilku króciutkich ujęciach rozcieńczone strugi posoki spływające po ściankach wanny do otworu odpływowego, niemniej jednak oglądanie sceny prysznicowej wcale nie przyprawiło mnie o szybsze tykanie pikawy. poczułem raczej nieprzyjemne rozluźnienie. tak się bowiem złożyło, że największe czady miały niebawem nadejść, a wśród nich knyf z topieniem samochodu w pobliskim bagnie i moment, w którym auto - zamiast iść na dno - zatrzymuje się w połowie drogi. mina Batesa na widok niechcącego się utopić pojazdu - nie do skopiowania przez nikogo.
słów parę na temat kontynuacji: ktoś mógłby pomyśleć, że filmowi pod tytułem Psychoza II brakuje gdzieś tak około miliona lat świetlnych do oryginału. no cóż... to nie do końca prawda. Psychozie II brakuje raptem sto lat świetlnych do oryginału. naprawdę polecam ją do wglądu, bo to kino wybitnie solidne, rzetelne i z klimatem, trzyma w napięciu i tchnie takim fajowym oldskulem, że głowa mała.
aż tyle dobrego nie mogę niestety powiedzieć o Psychozie III, która słabuje i to ostro. gdyby nie Perkins w składzie, to bym nazwał to całe przedsięwzięcie jednym wielkim marnotrawieniem czasu. pełno tu dorodnych absurdów, sporo błazeńskiego aktorstwa i szczypta taniej przemocy z porno-horrorów (trochę przesadzam z tym porno, ale w zestawieniu z poprzednimi częściami PIII stanowi zjazd niemal na samo dno pod względem budowani klimatu niepewności oraz permanentnego zagrożenia życia). tak czy owak, polecam fanom grindhousów i innych bajerów.
Psychoza IV. hmm... jej oglądanie to jak podróż sentymentalna do epoki Puppet Mastera IV, Syndromu Pinokia, Karzełka 2 i Laleczki Czaki 3. zdecydowanie odradzam. nazywanie scenariusza piramidalnym kretynizmem jest obrazą piramid, nawet tej z AVP.
Psychol Van Santa - ze wszystkich wyżej wymienionych prób żerowania na popularności pierwowzoru ten tutaj twór jest największym rzygiem. syf nad syfami mistrza syfu - Van Santa. gdyby to ode mnie zależało, wyrokiem sądu skazałbym frajera na 20 lat robót w kamieniołomach i obłożył jego szanowne dupsko dożywotnim zakazem zbliżania się do urządzeń rejestrujących ruch. zresztą już za Gerry'ego należało go potraktować cyklonem B. krótko: Psychol to najbardziej buracki, frajerski i niepotrzebny film w historii kina. paszkwil postmodernizmu. panie Van Sant, spieprzaj pan na drzewo banany prostować. po tym jakże prostackim ulżeniu sobie przechodzę do filmu zatytułowanego:
Windą na szafot
![[Obrazek: elevator.jpg]](http://www.divinecipher.com/blog/images/elevator.jpg)
filmik jest spoko. dobry kryminał prosto z Francji, trochę się z lekka po europejsku snuje, ale w ogólnym rozrachunku daje radę i pozostawia miłe wspomnienia. siłą spektaklu jest na maksa dopracowana fabuła, w której - pomimo usilnych prób - nie zdołałem odnaleźć nielogiczności. szacun dla scenarzysty. oto eks-komandos, niejaki Julien, na prośbę kochanki morduje swojego szefa (i zarazem męża owej kochanki), pozorując samobójstwo. ma już opuścić budynek, kiedy nagle dzwonek telefonu zmusza go do zrobienia małego w tył zwrot. zapomina przy tym o usunięciu jednego z dowodów zbrodni. w drodze powrotnej do biurowca spotyka go okrutna niespodzianka - na skutek awarii w gmachu wyłącza się prąd i facio utyka w windzie. jak dla mnie SUPER pomysł i co najważniejsze zajebiście rozwinięty filmowo. nie będę się zbytnio rozpisywał - wszak to czystej wody kryminał. powiem tylko, że muze do filmu skomponował sam Miles Davies i że to jeden ze zwiastunów tzw. nowej fali w kinie francuskim, która spłodziła całkiem pokaźną liczbę konkretnych dzieł do oglądania. tak więc jeśli nie widzieliście, to se zobaczcie, bo warto.
Dotyk zła
![[Obrazek: touchofevilvn6.jpg]](http://img136.imageshack.us/img136/3976/touchofevilvn6.jpg)
największy - zaraz obok Key Largo - klasyczny czarny kryminał amerykański. rzecz jest tak dojebana do pieca, że nie wiem, co mam pisać. film otwiera długie ujęcie. jedno z najwspanialszych długich ujęć, jakie widziałem. zamachowiec instaluje bombę w bagażniku samochodu pewnego ważnego jegomościa. obserwujemy, jak kierowca wsiada do auta, uruchamia silnik, wyjeżdża z parkingu i włącza się do ruchu. przez cały czas śledzimy trasę pojazdu: wóż mija parę głównych bohaterów, granych przez Charltona Chestona i Janet Leigh, zatrzymuje się na skrzyżowaniu, potem przed rogatką graniczną. keep in mind: samochód może w każdej chwili eksplodować. zegar tyka. jak na moje wymagania - akcyjka hen pod niebiosa.
fabuła dzieje się na pograniczu meksykańsko-amerykańskim. powietrze jest duszne, ulice brudne, ludzie nieuprzejmi, a policja do szpiku kości skorumpowana i kładąca lachę na wszelkie przejawy zbrodni. nad całokształtem meksykańsko-jankeskiego pejzażu góruje jedna postać: monstrualnie otyły detektyw Quinlan (rola życia Orsona Wellesa), który mając na sumieniu śmierć własnej żony (zamordował ją), oddelegowany karnie na zadupie, ostro tankuje i jakby dla rozrywki prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa. jak to bywa w świecie noir, moralnie dwuznacznych postaci jest tu cała wuchta. finał - będący epickim pojedynkiem między Vargasem a Quinlanem - jawi się jako realizacyjny Mount Everest, przewyższający wszystkie triki z Obywatela Kane'a. zresztą co ja będę wielce gadał - Touch of Evil to bezdyskusyjnie najdoskonalsze dzieło w reżyserskim dorobku Orsona Wellsa i jeden z niewielu starych kryminałów, który nie wali po gałach infantylizmem i dobrodusznym cynizmem.
![[Obrazek: beztytuuec4.jpg]](http://img112.imageshack.us/img112/4176/beztytuuec4.jpg)
na deser: Psychoza II, Psychoza III, Psychoza IV: Początek oraz Psychol.
w ostatnią niedzielę widziałem Psychoze po raz drugi w życiu i normalnie ochujałem z zachwytu. w sumie uważam ją za najwspanialszy film Hitchcocka. co prawda, wahałem się, czy przypadkiem nie lepiej ustawić na szpicy Okno na podwórze, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że Psychoza to jest to, co lubię ponad wszystko, i basta: odludne odludzie, redneck-impotent, dobra laska w roli wiodącej (szkoda tylko, ze blondyna), detektyw pojawiający się w połowie filmu, mega fabuła porównywalna jedynie z kryminalnym arcydziełem książkowym No Orchids For Miss Blandish. te i inne czady zdecydowały ostatecznie o przyznaniu Psychozie najwyższego miejsca na pudle. konkurencja może jedynie kawę parzyć. ale do rzeczy.
jedna sprawa mnie wpienia nieludzko, taka mianowicie, że przez lata w różnych książkach i z ust różnych autorytetów musiałem wysłuchiwać farmazonów w rodzaju: "najgenialniejsza scena to scena pod prysznicem", "scena pod prysznicem jest najgenialniejsza", "najgenialniejsza pod prysznicem jest scena", "pod prysznicem jest scena najgenialniejsza" i tak dalej do zrzygania. postanowiłem na własną rękę zweryfikować to powtarzane niczym zaklęcie zdanko. efekt: najgenialniejsza scena to scena PRZED wizytą Very Miles pod natryskiem - utrzymana w tonie towarzyskiej pogawędki rozmowa bohaterki z właścicielem motelu w bezpośredniej bliskości rozwieszonego na ścianach wypchanego ptactwa oraz poczęstunek mlekiem i kanapką. rozumiem, że dla publiczności sprzed 50 lat to był mega szok takie dźganie bez opamiętania, ale sorry - dla mnie to jest po prostu dobra scenka (montaż wymiata) z absurdalnie małą ilością krwi jak na częstotliwość zadawania kolejnych pchnięć nożem. lasia krwawi, jakby - nie przymierzając - chomik dziabnął ją w kciuk. wiadomo: na początku lat 60 kodeks Haysa zabraniał spłukiwać wodę w klozecie tak, żeby publika słyszała, a co dopiero pokazywać tryskająca juchę. o tym nikt nie mógł nawet marzyć. Hitchcock i tak spisał się na medal, akcentując w kilku króciutkich ujęciach rozcieńczone strugi posoki spływające po ściankach wanny do otworu odpływowego, niemniej jednak oglądanie sceny prysznicowej wcale nie przyprawiło mnie o szybsze tykanie pikawy. poczułem raczej nieprzyjemne rozluźnienie. tak się bowiem złożyło, że największe czady miały niebawem nadejść, a wśród nich knyf z topieniem samochodu w pobliskim bagnie i moment, w którym auto - zamiast iść na dno - zatrzymuje się w połowie drogi. mina Batesa na widok niechcącego się utopić pojazdu - nie do skopiowania przez nikogo.
słów parę na temat kontynuacji: ktoś mógłby pomyśleć, że filmowi pod tytułem Psychoza II brakuje gdzieś tak około miliona lat świetlnych do oryginału. no cóż... to nie do końca prawda. Psychozie II brakuje raptem sto lat świetlnych do oryginału. naprawdę polecam ją do wglądu, bo to kino wybitnie solidne, rzetelne i z klimatem, trzyma w napięciu i tchnie takim fajowym oldskulem, że głowa mała.
aż tyle dobrego nie mogę niestety powiedzieć o Psychozie III, która słabuje i to ostro. gdyby nie Perkins w składzie, to bym nazwał to całe przedsięwzięcie jednym wielkim marnotrawieniem czasu. pełno tu dorodnych absurdów, sporo błazeńskiego aktorstwa i szczypta taniej przemocy z porno-horrorów (trochę przesadzam z tym porno, ale w zestawieniu z poprzednimi częściami PIII stanowi zjazd niemal na samo dno pod względem budowani klimatu niepewności oraz permanentnego zagrożenia życia). tak czy owak, polecam fanom grindhousów i innych bajerów.
Psychoza IV. hmm... jej oglądanie to jak podróż sentymentalna do epoki Puppet Mastera IV, Syndromu Pinokia, Karzełka 2 i Laleczki Czaki 3. zdecydowanie odradzam. nazywanie scenariusza piramidalnym kretynizmem jest obrazą piramid, nawet tej z AVP.
Psychol Van Santa - ze wszystkich wyżej wymienionych prób żerowania na popularności pierwowzoru ten tutaj twór jest największym rzygiem. syf nad syfami mistrza syfu - Van Santa. gdyby to ode mnie zależało, wyrokiem sądu skazałbym frajera na 20 lat robót w kamieniołomach i obłożył jego szanowne dupsko dożywotnim zakazem zbliżania się do urządzeń rejestrujących ruch. zresztą już za Gerry'ego należało go potraktować cyklonem B. krótko: Psychol to najbardziej buracki, frajerski i niepotrzebny film w historii kina. paszkwil postmodernizmu. panie Van Sant, spieprzaj pan na drzewo banany prostować. po tym jakże prostackim ulżeniu sobie przechodzę do filmu zatytułowanego:
Windą na szafot
![[Obrazek: elevator.jpg]](http://www.divinecipher.com/blog/images/elevator.jpg)
filmik jest spoko. dobry kryminał prosto z Francji, trochę się z lekka po europejsku snuje, ale w ogólnym rozrachunku daje radę i pozostawia miłe wspomnienia. siłą spektaklu jest na maksa dopracowana fabuła, w której - pomimo usilnych prób - nie zdołałem odnaleźć nielogiczności. szacun dla scenarzysty. oto eks-komandos, niejaki Julien, na prośbę kochanki morduje swojego szefa (i zarazem męża owej kochanki), pozorując samobójstwo. ma już opuścić budynek, kiedy nagle dzwonek telefonu zmusza go do zrobienia małego w tył zwrot. zapomina przy tym o usunięciu jednego z dowodów zbrodni. w drodze powrotnej do biurowca spotyka go okrutna niespodzianka - na skutek awarii w gmachu wyłącza się prąd i facio utyka w windzie. jak dla mnie SUPER pomysł i co najważniejsze zajebiście rozwinięty filmowo. nie będę się zbytnio rozpisywał - wszak to czystej wody kryminał. powiem tylko, że muze do filmu skomponował sam Miles Davies i że to jeden ze zwiastunów tzw. nowej fali w kinie francuskim, która spłodziła całkiem pokaźną liczbę konkretnych dzieł do oglądania. tak więc jeśli nie widzieliście, to se zobaczcie, bo warto.
Dotyk zła
![[Obrazek: touchofevilvn6.jpg]](http://img136.imageshack.us/img136/3976/touchofevilvn6.jpg)
największy - zaraz obok Key Largo - klasyczny czarny kryminał amerykański. rzecz jest tak dojebana do pieca, że nie wiem, co mam pisać. film otwiera długie ujęcie. jedno z najwspanialszych długich ujęć, jakie widziałem. zamachowiec instaluje bombę w bagażniku samochodu pewnego ważnego jegomościa. obserwujemy, jak kierowca wsiada do auta, uruchamia silnik, wyjeżdża z parkingu i włącza się do ruchu. przez cały czas śledzimy trasę pojazdu: wóż mija parę głównych bohaterów, granych przez Charltona Chestona i Janet Leigh, zatrzymuje się na skrzyżowaniu, potem przed rogatką graniczną. keep in mind: samochód może w każdej chwili eksplodować. zegar tyka. jak na moje wymagania - akcyjka hen pod niebiosa.
fabuła dzieje się na pograniczu meksykańsko-amerykańskim. powietrze jest duszne, ulice brudne, ludzie nieuprzejmi, a policja do szpiku kości skorumpowana i kładąca lachę na wszelkie przejawy zbrodni. nad całokształtem meksykańsko-jankeskiego pejzażu góruje jedna postać: monstrualnie otyły detektyw Quinlan (rola życia Orsona Wellesa), który mając na sumieniu śmierć własnej żony (zamordował ją), oddelegowany karnie na zadupie, ostro tankuje i jakby dla rozrywki prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa. jak to bywa w świecie noir, moralnie dwuznacznych postaci jest tu cała wuchta. finał - będący epickim pojedynkiem między Vargasem a Quinlanem - jawi się jako realizacyjny Mount Everest, przewyższający wszystkie triki z Obywatela Kane'a. zresztą co ja będę wielce gadał - Touch of Evil to bezdyskusyjnie najdoskonalsze dzieło w reżyserskim dorobku Orsona Wellsa i jeden z niewielu starych kryminałów, który nie wali po gałach infantylizmem i dobrodusznym cynizmem.
16-07-2008, 02:31


Spoiler![[Obrazek: ?u=https%3A%2F%2Fpaczaizm.pl%2Fcontent%2...024a5dc1a3]](https://external-content.duckduckgo.com/iu/?u=https%3A%2F%2Fpaczaizm.pl%2Fcontent%2Fwp-content%2Fuploads%2Fno-ja-pierdole-powinno-wyjsc-inaczej-bubbles-chlopaki-z-barakow.jpg&f=1&nofb=1&ipt=7c0b0b7374d7a7af2fd047d2dc42bc5b9db9ee81de6ae2c171b46d024a5dc1a3)





