Jak ostatnio zobaczyłem, że będzie robin hood w tv to najpierw się trochę ucieszyłem, ale potem patrzę, że to ten zz crowem i aż się wzdrygnąłem z obrzydzenia.
Robin hoody ustawiają sie u mnie w takiej kolejności:
Robin of sherwood - Kult z dzieciństwa.
Faceci w rajtuzach - Kult z dzieciństwa.
Ksiaże złodziei, tzw, Robin z Costnerem - można obejrzeć jak już człowiek nie ma wyjścia.
Robin z Crowem - obrzydliwa poczwara.
Kingdom of Heaven to dla mnie jeden z najlepszych filmów ever, tak samo Baraveheart. Tymczasem Robin z Crowem to jakieś obrzydliwe monstrum, jakaś taka przeróbka, weźmy Robin Hooda i zróbmy z niego Williama Walaca. Zamiast sympatycznego faceta, który swoją leśną partyzantką nęka lokalnych bonzów dostajemy jakiś z dupy wysilony film o przodowniku w walce o demokrację i zbawienie świata. Ani to sensowne, ani fajne, ani w żadnym wypadku nie epickie, co najwyżej kuriozalne.
Powinien Scott z 10 razy obejrzeć Joanne d'Arc Besona, żeby zobaczyć jak można zrobić ciekawy, skomplikowany film o średniowiecznej legendzie na poważnie, albo, poluzować poślady i zrobić porządną przygodówkę.
Typowo amerykańska historia o walce o równości i demokracje nijak nie pasuje do świata, w którym za zabicie królewskiego jelenia płaciło się obcietymi kończynami albo i głową, a historia Robina jest na tyle niejednoznaczna i ciekawa, że można ją pokazać na wiele ciekawszych sposobów - mistycznie jak w serialu, przygodowo jak z costnerem, czy właśnie bazując na dwuznaczności tej postaci w niedoszłym Notingham.
Robin hoody ustawiają sie u mnie w takiej kolejności:
Robin of sherwood - Kult z dzieciństwa.
Faceci w rajtuzach - Kult z dzieciństwa.
Ksiaże złodziei, tzw, Robin z Costnerem - można obejrzeć jak już człowiek nie ma wyjścia.
Robin z Crowem - obrzydliwa poczwara.
Kingdom of Heaven to dla mnie jeden z najlepszych filmów ever, tak samo Baraveheart. Tymczasem Robin z Crowem to jakieś obrzydliwe monstrum, jakaś taka przeróbka, weźmy Robin Hooda i zróbmy z niego Williama Walaca. Zamiast sympatycznego faceta, który swoją leśną partyzantką nęka lokalnych bonzów dostajemy jakiś z dupy wysilony film o przodowniku w walce o demokrację i zbawienie świata. Ani to sensowne, ani fajne, ani w żadnym wypadku nie epickie, co najwyżej kuriozalne.
Powinien Scott z 10 razy obejrzeć Joanne d'Arc Besona, żeby zobaczyć jak można zrobić ciekawy, skomplikowany film o średniowiecznej legendzie na poważnie, albo, poluzować poślady i zrobić porządną przygodówkę.
Typowo amerykańska historia o walce o równości i demokracje nijak nie pasuje do świata, w którym za zabicie królewskiego jelenia płaciło się obcietymi kończynami albo i głową, a historia Robina jest na tyle niejednoznaczna i ciekawa, że można ją pokazać na wiele ciekawszych sposobów - mistycznie jak w serialu, przygodowo jak z costnerem, czy właśnie bazując na dwuznaczności tej postaci w niedoszłym Notingham.
For us, there is no spring. Just the wind that smells fresh before the storm.
21-10-2013, 15:50







