Spider-Man Trilogy (2002-2007)
Wraz z premierą "Homecoming" na nośnikach domowych, poprzednie dokonania Sony także doczekają się wznowienia. Niespodziewanym dodatkiem jest alternatywna wersja "Spider-Man 3":

Cytat: Spider-Man 3: Editor's Cut – an alternate version of the 2007 blockbuster, supervised by Academy Award-winning original editor Bob Murawski

Myślicie że jest szansa, aby alternatywny montaż coś tutaj pomógł?

EDIT:

Ooo... jednak ta wersja istnieje od jakiegoś czasu:
http://www.movie-censorship.com/report.php?ID=628350
For my ally is the Force, and a powerful ally it is.


Odpowiedz
Są nawet fragmenty na YT nagrane kamerką, bo wersja była przez moment dostępna bodajże na Amazonie. Nie jest to nic wielkiego, ani ratującego S-M3, ale na przykład scena przekonania Harry'ego za pomocą starego zdjęcia ich trójki, a nie ojca Billa Paxtona nadaje się lepiej. Jest po prostu subtelniejsza, mocniej chwytająca za serce. Raimi był naprawdę w koszmarnej formie skoro wyleciała w montażu, w ogóle myśląc o jego pracy na planie S-M 3 cały czas mam w głowie zdjęcia z dnia kiedy chodził ubrany w strój marynarza. Dobre podsumowanie :) Niezła jest też scena z zamkiem z piasku.

Odpowiedz


Nie zmienia to faktu, że Mysterio od Bruce'a brałbym w ciemno :)

Odpowiedz
Tylko Bruce miałby mieć cameo tylko na początku filmu, a Mysterio nieudacznym złoczyńcą zaprowadzonym przez Spider-Mana na posterunek, gdzie wszyscy się z niego śmieją. Były w sieci storyboardy.

Odpowiedz
Obejrzałem Spider-Mana 3 w wersji "Editor's Cut". Wersja ta została wydana w 2017 roku z okazji 10-lecia premiery filmu (oraz zapewne z okazji zbliżającej się premiery "Homecoming"), ale ze względu na brak marketingu chyba mało kto o niej słyszał.

"Wersja Edytorska" (albo "Wersja Montażysty", nie wiem jakie tłumaczenie jest tutaj poprawne) jest krótsza od wersji kinowej o jakieś dwie minuty, ponieważ usuwa z filmu więcej materiału niż dodaje. Zniknęła na przykład scena, w której lokaj Harry'ego zdradza mu, jak umarł jego ojciec. Dodatkowo, film zawiera również kilka scen alternatywnych oraz zmian w muzyce. Najbardziej widoczną różnicą jest częściowa zmiana chronologii wydarzeń, która bardziej podkreśla stopniowe uzależnianie się Petera od czarnego stroju.

"Editor's Cut" mogę polecić przede wszystkim tym, którzy przynajmniej w miarę lubią "Spider-Mana 3". Różnice między obiema wersjami są na tyle niewielkie, że nowa wersja raczej nie przekona tych, którzy uważają ten film za totalną porażkę.

Odpowiedz
Od kilku tygodni, Polsat codziennie puszczał po kolei Spider-many Raimiego, więc sobie oglądałem do śniadania i choć uważam, że pierwszy film to perfekcyjny origin story, a drugi to jeden z najlepszych filmów superhero w ogóle i najlepszy film tej trylogii, to mimo wszystko trójkę ogląda mi się najlepiej i ją uwielbiam ze wszystkimi wadami i zaletami.

Mam nadzieję, że Marvel zatrudnił Raimiego by pozwolić mu kręcić jak chce i zaimplementować wszystkie swoje specyficzne elementy jakie widzieliśmy w poprzednich jego filmach.

Odpowiedz
Cytat:to mimo wszystko trójkę ogląda mi się najlepiej i ją uwielbiam ze wszystkimi wadami i zaletami.

Amen.

Na początku miałem problem ze zmarnowaniem Venoma, ale gdy po drugim seansie się już z tym pogodziłem już zawsze trójkę oglądało mi się najlepiej.
Na pohybel skurPiSynom.

Odpowiedz
Chyba czas sobie odświeżyć całą trylogię i upewnić się, że druga część to najlepsze co Raimi w tym temacie zrobił :)
"Wake the fuck up, Samurai. We have a city to burn."

Profil Letterboxd

Odpowiedz
Ja też miałem problem z Eddiem, szczególnie, że gdy byłem młodszy to miałem obsesję na punkcie tego by wszystko było jak najbliższe komiksowym wersjom.

Dopiero gdy dostrzegłem intencję za postacią Eddiego, czyli to, że miał być skrzywioną wersją Petera, takim samym przegrywem, tyle, że pozbawionym wszelkich zasad, zazdrosnym i mściwym to doceniłem ten koncept.

Peter jest szlachetny i bezinteresowny i w przeciwieństwie do Eddiego odrzuca symbionta. Eddie z kolei w pełni akceptuje swoją samolubność i egocentryczność i wybiera samozniszczenie i z perspektywy czasu stwierdzam, że taka wersja Eddiego jest nieporównywalnie ciekawsza i po prostu lepsza niż ta komiksowa.

Odpowiedz
I wielki plus tej serii jest, że... Została zamknięta. Nie jest tak że zrobiono 2 filmy i anulowano. Choc niby miał być czwarty.
Ale jak nie powstał to nic się nie stało. A kolejna wersja?
Ucięta po 2ch filmach i śmietnik.
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
Bardziej do sucharów, ale:
For my ally is the Force, and a powerful ally it is.


Odpowiedz
To jest złoto.


Odpowiedz
Po latach zdecydowałem powtórzyć sobie trylogię Raimiego. Ile to nasłuchałem się jakie to są kiczowate i głupkowate filmu. Po obejrzeniu trylogii nie odniosłem takiego wrażenia, a w porównaniu z niektórymi filmami MCU Raimowy Spider-Man jest naprawdę stonowany. Fakt, początek jedynki wygląda jak z Stary, gdzie moja bryka? czy innego American Pie, gdzie Peter jest uberprzegrywem, którego nawet kierowca szkolnego autobusu nienawidzi (nawet wspomniany Stan Lee tak nie przeginał). Ale reszta serii jest OK, a jak ma być dramatyczny moment, to trwa on do końca i nie jest zbywany jakimś sucharem. I finał jedynki jest dość brutalny i skąpany w mroku. W jedynce Peter również nie jest świętoszkowaty. Nie czuje wyrzutów sumienia, gdy Burglar zginął i nie miał oporów zabić Goblina. I wrogowie nie mają też głupich kostiumów. No, Goblin ma takowy, ale ma wiarygodną genezę (wojskowy kombinezon).  

Też nasłuchałem się, że Raimi zrobił specjalnie trylogię kiczowatą, bo Spider-Man w latach 60. taki był. Tak się składa, że mam dwa Essentiale ze Spider-Manem zbierające run Lee/Ditko od śp. Mandragory i powiem wprost - pierdolenie o Szopenie. Po pierwsze, Peter nie był nieogarniętą cipą, a był nielubiany przez rówieśników, ponieważ był cichym kujonem. Zresztą Stan Lee zdawał sobie z tego sprawę i wiele razy było tak, że Peter niechętnie ukrywał swoją siłę i zgrywał nerda, ale czasem potrafił pokazać pazury. Fakt, komiks był pełen łotrów w głupich kostiumach i niektóre akcje były durne (a wątek Bugle'a i nienawiści NY do Spieya był przegięty i nadużywany), tak Lee starał się pisać całość na poważnie i dawał postaciom jakąś głębię i konflikt.

Mary Jane, jezu Mary Jane. Za co można zjebać te filmy to MJ, która w komiksie była przebojową i zaradną dziewuchą, której dali wiarygodną nieszablonową trudną przeszłość i życie w dysfunkcyjnej rodzinie. A co dostałem? Niezaradnego pustaka, którego smutne backstory ogranicza się do posiadania stereotypowego ojca-alkoholika w żonobijce. Poza tym zmienia facetów rękawiczki i jest samolubną zazdrośnicą, dodatkowo niezbyt ładną. A finał filmów Saimiego zawsze polega na tym, że MJ porywa villain of week, a ta krzyczy i wymaga ratunku niczym Olive Oyl. Chociaż nie, Olive w jednym odcinku sama pokonała tabun złoczyńców. I co chwila wymaga on ratunku. No żesz, kura... Ciocia May mając z 80 lat, choroby współistniejące i możliwość stanu przedzawałowego będąca porwana przez Octopusa była bardziej zaradna i potrafiła palnąć go laską (gdy MJ chciała jebnąć go belką, to szybko to odparował), pomagając Spider-Manowi. Tak, w komiksie MJ też była damą w opałach, podobnie w Spider-Man TAS, ale... W komiksie (i wspomnianej animacji) ostatnie, co można powiedzieć o Mary Jane, to że jest bierna i czeka na zbawiciela. Jak znalazła się w kłopotach, to robiła wszystko by się wyplątać i jak na jej możliwości (zero supermocy) to wychodziło to jej z niezłym skutkiem. W komiksie z czasów TM-Semic (wznowionym w Epic Collection: Venom) była więziona przez stalkera, którego ostatecznie pokonała sama bez pomocy Spider-Mana.

Tyle ogólnych opinii na temat trylogii. To teraz poszczególne filmy (uwaga, rozwleczone):


Spider-Man - choć z obecnych współczesnych interpretacji genezy Spider-Mana to najlepiej przełożył Bendis w Ultimate Spider-Manie, to wersja Raimiego daje radę. To dobry origin story - początek jak wspominałem wygląda jak z młodzieżowej komedii, ale potem dość poważnie pokazano zdziwienie Petera nowym wyglądem i odkrywanie przez niego nowych mocy. Plus należy Raimiemu, że zamiast bawić się w sieciowody to wyposażył Petera w organiczną sieć (choć technicznie powinna mu wyłazić z tyłka :)). Naprawdę udana scena jak Peter chodzi po ścianie odkrywając ostateczną moc i nawet humor jest fajny i niecringowy. 

I Maguire idealnie oddał takiego nieudacznika, któremu nawet hipis chce zrobić wedgie. Ale mimo bycia zdeczka nieogarem, to Peter nie sprawia wrażenia głąba i jest dość rozsądny. Niestety Maguire nie domaga aktorsko, zwłaszcza w scenach płaczu. Jak jestem przy pierwszym akcie - Peter - oficjalna szkolna oferma - skopał dupę Flashowi na oczach całej szkoły. Wiem, że zdziwieni, ale powinni go wynosić na rękach i umieścić go wyżej w statusie szkoły, a nie patrzeć z pogardą na trędowatego.

Wujek Ben i ciocia May służą do rzucania frazesów. Trójka dostaje baty za zniszczenie sensu śmierci wujka Bena, ale... jedynka już to po części zrobiła. W komiksie po zyskaniu mocy Peter był dupkiem, który nie myślał o konsekwencjach i zwyczajnie olał złodzieja na zasadzie "nie moja sprawa i cmoknijcie mnie w odwłok", przez co kipnął wujek Ben - i stąd ta odpowiedzialność. A w filmie Peter miał powód, by nie zatrzymywać tego złodzieja - Janusz biznesu wrestlingowego zrobił go w bambuko. Ale nie, bądź pokorny i ciężko haruj za miskę ryżu - na pewno nie będą tobą pomiatać.

CGI beznadziejne. Pamiętam jak pierwszy raz oglądałem na komputerze piracką kopię i wtedy mówiłem, że niektóre sceny wyglądają jak z gry komputerowej. I te plastikowe balony na paradzie. O Jezu... 

Jak wspominałem MJ zmienia chłopów jak rękawiczki. Wpierw rzuca Flsha - OK, szczenięca miłość i sama widzi, że to kutafon. Więc chodzi z bogatym chłopem, choć naturalnym wyborem byłby Peter. No dobra. Ale potem zakochuje się w zupełnie obcym typie i idzie z nim w ślinę, mimo iż spotkała go dwa razy. I potem daję kosza bogatemu chłopowi, by prosić o chodzenie jego kumpla alias jej sąsiada. Ale powiem, że w tym filmie jeszcze jako tako uchodzi.

Innym minusem jest większość scen z Green Goblinem. Wiem, że ekranizacje komiksowe nie były traktowane poważnie, ale Spider-Man Raimiego nie traktował siebie tak serio i mogli pozwolić na halloweenowy kostium. Norman zarzuciłby na kombinezon fioletową tunikę i założyłby jakąś charakteryzację/częściową maskę z goglami imitujące oczy. Szczególnie, że mieli Defoe, który ma odpowiednią mimikę, a co gorsza zasłonili go tym głupim hełmem. Już kij z kostiumem. Z Osborna zrobiono dobrego wujaszka, który jest przymuszany do czynienia zła bo mu maska tak każe. Co kłóci z resztą filmu, gdzie Osborn przy zarządzie Oscorp i Harrym zachowuje (nie będący pod wpływem Green Goblina) jako władczy skurwysyn. Widzę, że sporo czerpali z Spider-Mana TAS, bo tam Norman Osborn zamiast być psychicznie chory, to dali mu rozdwojenie jaźni. Ale kreskówka zrobiła to lepiej, bo Osborn cały czas był wredną mendą. Wywalić motyw Jekylla i Hyde'a i np. scena jak Osborn chlipie i ukradkiem uruchamia glidera, lepiej wybrzmiewa, bo ukazuje Osborna jako dwulicową gnidę. W dodatku wątek jak Goblin chce przekabacić Spider-Mana na swą stronę, bo "wszyscy są tacy sami i inny bullcrap", trwa z jakieś 10 minut i idzie donikąd i generalnie jest kiepski z okropną sceną pogawędki na dachu na czele. A szkoda, bo mimo wszystko Dafoe daje radę i ma swoje złowieszcze momenty. Aha, scena nowojorczykami obrzucającym Goblina to oczywisty szmelc.

Ale mimo w/w wad to film nadal mi się podobał. Ma dobrą obsadę, wstrzymuje się z campem i humorem i wsadza je wtedy, gdy to naprawdę pasuje - jak scena z Bonesawem, która jest zajebista, nawet pozwolili na homofobiczny żart ;). Wspominałem, że film potrafi być brutalny i to w dobrym sensie. Tu wspomnę o scenie, jak Green Goblin zabija jakichś ważniaków swą bombą i zostają z nich tylko szkielety. Plus dodatkowy za w zasadzie brak happy endu. Harry chce zemsty na Spider-Manie, a Peter jednak musi się pogodzić z tym, że nie będzie z Mary Jane.

7/10

PS. Szkoda, że zabrakło tej sceny z WTC z trailerów, bo to byłoby dobre "pierwsze wejście" Spider-Mana.


Spider-Man 2 - serio, to miała być ta najlepsza adaptacja komiksowa i kamień milowy? Ba, bardziej to do tego miana pasowaliby X-Nen 2 powstali w tym samym czasie. Nawet nie rozwija fabuły i konsekwencji wydarzeń z jedynki. Harry myśli, że Spider-Man zabił Osborna. Jameson nie znosi Spider-Mana i szuka na niego haków. Aż prosi się o to, by pociągnąć w tym kierunku, że Harry obsmarowuje dupę Pająkowi na łamach Bugle'a i nowojorczycy patrzą krytycznym okiem na Spider-Mana, co odzwierciedlało komiksowy oryginał z okresu Ditko/Romity Sr. I Peter miałby logiczny powód porzucić kostium, zamiast "nie mam na nic czasu!". I wykorzystano by kontrast "hejże, tyle ludzi uratował i nagle morduje magnata biznesowego?". Albo Harry po cichu finansuje jakichś złoli. I owy złol wbija nóź w plecy i może Harry dowiaduje się, że Osborn sam się zabił i niechętnie przebacza Spider-Manowi, a Peter oczyszczony z zarzutów uczy się jakiegoś morału.
 
Ale nie, dostajemy przydługi romans i obyczajowe blubry, którym się poświęca zbyt dużo czasu, a scenarzyści J.M. DeMatteisami nie są. Jedynka miała idealnie wyważone proporcje. Szczególnie, iż wkurwiający romans nie idzie donikąd. Rany, jak ja nie znoszę Mary Jane, która sama nie wie czego chce. Zrywa z Peterem, bo ten nie ma czasu. I poleciała na dzianego gościa, bo ma mundur (co on sam sugeruje!) i nawet nie zaprasza Petera na ślub, bo to "osioł". I potem sprzed ołtarza opuszcza tego samego kolesia, bo "nie mogę bez ciebie żyć Peter". A idź ty wywłoko! W międzyczasie MJ zaprasza Petera do restauracji, żeby go testować - na pewno Peter na zawołanie da ci buziaka, tylko potem nie baw się w #metoo i #believeallwomen wywłoko! W finale to to też głąb - fajnie, że wyznajesz miłość, ale za chwile runie ściana kryjówki Octopusa i zginiecie i może romantyczną rozmówkę rozpoczniecie później. I nie, nie wierzę, że MJ domyślała się, kim jest Spider-Man. Zresztą ani razu też nie uwierzyłem, że tych dwojga mogło coś łączyć. W jedynce jako tako to działało - ale tu nie. Córka Ditkovitcha w scenie dawania ciasta miała więcej chemii z Peterem niż on i MJ przez trzy całe filmy. 

Ale przyznam, iż niektóre obyczajowe sceny nieźle mi się oglądało i kupuję fakt, że Peter przez działalność superbohatera nie ma na nic czasu i MJ z nim zrywa - co oddaje ducha materiału źródłowego. Także dobrze pokazali, że Peter traktuje bycie Spider-Manem jako ucieczka od problemów i zagłuszanie smutku. Szczególnie pochwalę scenę jak Peter mówi cioci May, że był odpowiedzialny za śmierć wujka Bena - nie tyle Harris pokazała talent aktorski, ale i Maguire. Uwielbiam moment, gdy ciocia w milczeniu odchodzi na górę i zamyka drzwi. Niestety, mamy słabe pay-off, jak szybko May wybacza Peterowi i rzuca komunały o bohaterach. Niestety, dostajemy przeciągnięty wątek utraty mocy, który nie idzie w żadną stronę. Wiem, symbolizuje brak zwątpienia, czego nie kupuję kompletnie - co, trwała od dwóch lat mutacja znika, bo Peterowi jest smutno? Szczególnie, że przez te dwa lata miał raczej pod górkę. W dodatku moce wracają mu w momencie, gdzie nie nabrał pewności siebie i został wręcz przymuszony. I również wiecznie się zamartwia. Odratował dzieciaka, ale ma doła, bo  nie ocalił jakiegoś gościa, o istnieniu którego nie wiedział.

Speaking of witch - Supermana Snydera krytykowano, że w pierwszym filmie zachowuje się out of charakter i wytyka, że nic z tym nie zrobili w sequelu. I Peter ma to samo. Że w pierwszym filmie był cipą - kupuję. Ale, że nic z tym nie zrobił? Nawet w ramotowych czasach Stan Lee pozwolił Peterowi się rozwinąć, potrafił zbyć Flasha i Gwen, robił się pewniejszy siebie i krok po kroku wzbudzał u rówieśników szacun. A ten jest ciapowatym popychadłem, które nie robi nic ze swoich supermocy - nawet nie scenarzyści spróbowali, żeby ta ciapowatość jest niechętną maską.

Na zbytnim skupieniu się na sferze obyczajowej ucierpiał wątek Octopusa, którego można było spokojnie wyciąć. I znów zabawili się w rozdwojenie jaźni, gdzie gościu jest dobry, ale tym razem złe macki każą mu rabować banki i porywać babcie. Zmarnowali potencjał dramatyczny w śmierci żony Octopusa. Przez moment miał smutek, a potem przez resztę filmu zaczął zacierać łapska i sączyć cygara (te czasy, gdzie w Marvelu można było palić - przynajmniej jeśli byłeś bad guyem albo dziennikarską hieną jak Jameson). I w słabej końcówce dostał redemption story. A szkoda, bo aktora dali dobrego i Molina dobrze się spisuje i Octopus wygląda świetnie.

Scena ze Spider-Jezusem w pociągu cringe'owa. I to "nie powiemy nikomu". Aha, kibole po śmierci papieża też obiecali się nie bić :P. Poza tym czemu zdjął Peter maskę?, OK rozumiem, że iksra paliła na oku, a Peter czemu szybko włożył z powrotem? I jakąś bezmyślnością się wykazał narażając na zdemaskowanie (co było big dealem w lore Spider-Mana). A i jeszcze "kak chcesz się dostać, to musisz się ze mną zmierzyć" - Octopus złapał by jednego macką, to wszyscy daliby mu Spider-Mana na tacy. Zresztą Octopus to zresztą robi logicznie.

Czemu wszystkie kobiety w tym filmie piszczą jakby nawiedziło ich stado myszy?

A co pochwalę? Humor jest fajny i niewymuszony - mój ulubiony, jak gościu widząc Spider-Mana z pizzą stwierdza, że ją komuś zajumał. Świetny moment omawiany zresztą przez jednego youtubera, jak Peter ściąga okulary i zaciska pięści gotów do walki. I efekty są tu przyzwoite i najlepsze z całej serii. I byłem zaskoczony, że macki Octopusa były animatroniczne. 
 
5/10


Spider-Man 3 - ma ten problem, że za dużo wątków i żaden z nich nie jest satysfakcjonująco zakończony. Jedynka i dwójka miały dość proste, acz konkretne fabuły.  Byłbym za tym, by Venom pojawił się w następnym filmie. Także jest za dużo wrogów - właściwie nie wiem, kto jest tym głównym złym. Niby Sandman miał robić, ale jego jest mało i można byłoby go wyciąć bez szkody dla filmu, Harry zmienia strony co chwila, a Venom jest zły i znaczący tylko w końcówce. Naprawdę, wystarczyłby Harry jako główny zły i jakiś henchman do brudnej roboty. A Venom jak wspominałem powinien być tylko w ostatniej scenie będącej cliffhangerem do czwórki.

Pierwszą połowę oglądało mi się - o dziwo - dobrze. Są dobre akcje, villain of week wreszcie nie ma rozdwojenia jaźni i Peter ruszył do przodu. Tak, są hiccupy (scena z Jamesonem i alarmem przypomina nieśmieszny sitcom), ale byłem optymistycznie nastawiony. Niestety, od momentu odzyskania przez Harry'ego pamięci, to film zaczyna zasysać. Ale po kolei.

Sandman wypada OK, mimo że scena z jego rodziną zalatuje kluchami i wiecznie ma minę zbitego psa. Scena jak się odradza i uświadamia czym się stał, jest świetna. Nie ma irytującego rozdwojenia jaźni i najlepiej wyszedł z villainów Raimiego. Niestety, popsuto śmierć wujka Bena, poprzez uczynienie mordercą Sandmanem, przez co motyw winy i obowiązku Petera traci na znaczeniu, bo w zasadzie niczemu nie zawinił. W dodatku na końcu okazuje, że Sandman zabił Bena niechcąco i generalnie on dindu nuffin. Ale Sandman szybko się zgodził na propozycję Venoma w ubiciu Spider-Mana i nie miał skrupułów, a to chyba nie pomoże mu w leczeniu córki. No dobra, też bym się zgodził gdybym napotkał jakiegoś straszliwego i psychopatycznego potwora.

Lepiej byłoby, gdyby Harry dopada Sandmana i zmusza go do zabicia Petera, obiecując mu leczenie córki lub zastraszając go. Usunęłoby to jeden z miliona wątków, korespondowało z komiksami, gdzie Sandman po jakimś czasie zrezygnował z przestępczości i niechętnie wracał do roli villaina. Szczególnie pokazano Sandmana jako gościa, któremu po prostu nie wyszło w życiu. Także lepiej by wybrzmiewał wątek symbionta, gdzie arogancki Spider-Man mógłby zwyczajnie znęcać się nad Sandmanem i wtedy mógłby się pierwszy raz zorientować, że ten nowy kostium negatywnie na niego wpływa. Tak jak było to w Spider-Man TAS.

Co pochwalę, to Peter wreszcie jest ogarniętym, pewnym siebie gościem. Nawet ma tą pewność podczas walki z Harrym. Potem fika Brockowi i stara wyperswadować Jamesonowi wypowiedzenie umowy. I <gasp!> rzuca sucharem podczas pierwszej walki z Sandmanem! I próbuje przemówić MJ, że trzeba zmierzyć się  z krytyką. Przecierałem oczy ze zdumienia. Ale potem pokrywa się symbiontem i... nadal jest dobrze! Jeszcze nie ma debilnej grzywki, jest brutalny i zaczyna grozić Ditkovitchowi - robi się super. Ale potem mamy tego emo-idiotę.

Symbiont jest tu bezcelowy - dopiero po pół godzinie scenarzyści przypominają, że symbiont musi opanować kostium i zmiana następuje nagle z dupy. Nie widać, że ten kostium poza kolorem jest jakiś dziwny. Wpływanie kostiumu na samopoczucie Petera wyszło do kitu, bo Peter był nabuzowany z powodu Sandmana i miał powód bycia gniewnym. Jak Mary Jane z nim zrywa, to Pete płacze jak beksa, choć mając w sobie symbiont, to powinien się na nią wydrzeć i wyzywać ją od samolubów. Kolejny moment, by Peter po chwili uświadomił, że coś jest nie tak. No i przeobrażenie w "złego Petera", które trwa pięć minut. O boziu, co za tragedia. Słyszałem usprawiedliwienie sceny tańcu przed ulicą, że ta scena pokazywała, że Peter nie wie jak być cool i robi z siebie idiotę. Nie, nie, nie i jeszcze nie! Peter już był dojrzały, miał w sobie optymizm, przestał być cipą i zaczął służyć radą innym. W życiu nie uwierzę, że na powrót staje się żałosnym kretynem. Generalnie Costume Saga został lepiej wykonana w Spider-Man TAS. Podobnie Eddie Brock i jego nawarstwiający się konflikt z Spider-Manem.  

Brock, Brock. Tragedia. Nie tylko Topher Grace jest fatalny. Domyślam się, że niby ma to być "zły Peter", ale nic nie wskazuje na to, że jest karierowiczem i oszustem - wręcz przeciwnie, jest sympatyczny, odnosi mile do Spider-Mana, a z Peterem bardziej się droczył. Jest wspomnienie, że Brock i Gwen są parą. Znowu wątek, z którego nic nie wynikło. Brock mówi, że z nią chodzi ale nie ma wspólnych scen (tylko jedna jak Gwen patrzy na niego i mija - aha, miłość). I przypominają o tym, gdy patrzy smutno. Potem zmarnowany od deski do deski Venom i ten cipkowaty głos Grace’a u Venoma, gdy nie odsłania się Brock z wampirzymi zębami. Bitch, please! Już lepiej byłoby, gdyby to syn Jamesona był Venomem i nie był taki narzędziem jak sugerował Nostalgia Critic.

Również wątek Gwen będącej różowym blond pustakiem (podejdź jak do okna, gdzie zbliża się belka od dźwigu, na pewno nic się nie stanie) nie prowadzi - zgadliście - donikąd. Gwen znika na pół filmu, by potem ujawnić  się podczas "upokarzania" MJ i Brocka. Swoją drogą, jak ją widzę to mam ochotę zdzielić ją po mordzie, chyba działa mi bardziej na nerwy niż MJ.

No i sama MJ. O ile Peter staje się powoli wygrywem, tak ona ma problemy z robotą i jest niezaradna, ale jej nie współczuję. To jest taki samolub, że aż bania mała. Peter ją pociesza i daje jej dobrą radę, a ona "tu chodzi o mnie!". Potem dostaje piany, jak na paradzie Spider-Man dostaje całusa od Gwen, "bo to nasz pocałunek". Ale jak żenisz się z synem Jamesona w dwójce, głównie na złość Peterowi - to OK. Poza tym to straszliwa zazdrośnica, która ubzdurała że Peter i Gwen ze sobą chodzą. A całus to był ewidentnie ustawiony dla publiki i nie widzę powodu do dramy. Wcale się nie dziwię, że Peter upokarza MJ - ta rzuca go z piętnaście razy, robi mu awanturę, że ma wśród znajomych kobiety i zmienia facetów od kaprysów. Zasłużyła na ten plaskacz. I znowu MJ musi być ratowana w finale - ale jest progres, palnęła Venoma cegłą :P.

Co by tu skrytykować? Wątek z lokajem czy ujęcie na flagę amerykańską już wszyscy zjechali. Aha, momentami walka w metrze z Sandamanem ma fatalne efekty specjalne przypominające jedynkę. I słabe cameo Lee - co pochwalę pochwalić Raimiego, tak jak w X-Men dwa pierwsze filmy były subtelne i nie szczuły Lee.

4/10

EDIT: PS. Harry to żaden New Goblin, bo w jego kostiumie praktycznie nie ma goblinowych motywów i równie dobrze mógł się nazywać "Terrific Skater" lub "Złowieszczy Snowboardzista". Mógł chociaż przefarbować hełmofon Normana i mielibyśmy Hobgoblina.

Odpowiedz
SM3 > SM/SM2.

Dziękuję za uwagę.
Na pohybel skurPiSynom.

Odpowiedz
(18-10-2021, 11:07)Gieferg napisał(a): SM3 << SM/SM2.
Here, I've fixed this.

Trójkę po premierze oblatywałem jedynie fragmentami - nie byłem w stanie zdzierżyć pełnego seansu tego paździerza. Jedynym plusem (wizualnym) była Gwen.
"Wake the fuck up, Samurai. We have a city to burn."

Profil Letterboxd

Odpowiedz
Spider-Man 2 jest najlepszy, później Spider-Man, ale dla mniej "najfajniejszy" jest Spider-Man 3, uwielbiam ten film.

Cytat:Brock, Brock. Tragedia. Nie tylko Topher Grace jest fatalny. Domyślam się, że niby ma to być "zły Peter", ale nic nie wskazuje na to, że jest karierowiczem i oszustem - wręcz przeciwnie, jest sympatyczny, odnosi mile do Spider-Mana, a z Peterem bardziej się droczył. Jest wspomnienie, że Brock i Gwen są parą. Znowu wątek, z którego nic nie wynikło. Brock mówi, że z nią chodzi ale nie ma wspólnych scen

Powiedz, że żartujesz?

Brock jest (w przeciwieństwie do Petera) egoistą, wszystko co mówi i robi, robi tylko po to by mieć z tego korzyść, słodzi Jamesonowi, żeby dostać pracę, krytykuje pracę Petera by Spider-Man chętniej pozował jemu, idzie jeden raz na kawę z Gwen, ale później przed jej ojcem, który jest kapitanem policji (pszypadek?) przedstawia się jako jej chłopak, a gdy ta mu wypomina, że byli tylko na jednej kawie, ma żal do niej i później Petera bo uważał, że Gwen już do niego należała.

Moim zdaniem wątek "złego Petera" jest idealnie poprowadzony. Peter jest bezinteresowny i empatyczny, a Brock egoistyczny i narcystyczny i choć Parker powoli pod wpływem sukcesów i symbiotu staje się podobny do niego to ostatecznie przechodzi refleksje, przyznaje się do winy i odrzuca symbiot, a Eddie tego nie potrafi i wini wszystkich poza sobą.

Odpowiedz
Z trójki wychodziłem z kina wkurzony, ale po jakimś czasie zauwazyłem, że gdy powtarzam trylogię, to na jej seans czekam najbardziej (a na dwójce się chwilami nudzę).
Na pohybel skurPiSynom.

Odpowiedz
Ludzie mówią, że ten film ma za dużo wątków, ale moim zdaniem Raimi pomimo presji ze strony studia poradził sobie po mistrzowsku ze wszystkim, film ani nie nudzi, ani nie sprawia wrażenia, że za dużo się dzieje, albo że brakuje skupienia na konkretnej części filmu.

Jedyne czego mi brak to niektórych pomysłów związanych z Venomem w tym filmie i wyciętej sceny z córką Sandmana i piaskownicą, nie trwała długo, a dodawała tak wiele do postaci.



Swoją drogą, oryginalnie to Gwen miała zostać porwana co miało sens, a MJ była tą która przekonała Harry'ego do pomocy, zmieniono to dopiero po reshootach, jak dla mnie obie wersje miały swoje plusy i minusy.

Odpowiedz
Swoją droga - córka Sandmana to także córka panny młodej z Kill Billa.
Na pohybel skurPiSynom.

Odpowiedz
i córka Steve'a Jobsa - przypadek? :)
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Spider-Man: Into the Spider-Verse (2018) & Spider-Man: Across the Spider-Verse (2022) Pelivaron 136 17,267 15-10-2021, 23:06
Ostatni post: Badus
  The Amazing Spider-Man 2 (2014) Pitero 992 127,489 17-09-2021, 17:48
Ostatni post: OGPUEE
  The Amazing Spider-Man (2012) koronex1989 847 151,625 06-08-2019, 22:42
Ostatni post: Gieferg
  Tytus, Romek i A’Tomek wśród złodziei marzeń (2002) Maik 2 2,145 07-09-2014, 13:52
Ostatni post: OGPUEE
  Spider-Man 3 (2007) Łukasz Waligórski 131 27,427 31-08-2013, 23:30
Ostatni post: Bogdan
  Superman: Doomsday (2007) Maik 18 3,587 24-09-2007, 18:08
Ostatni post: Hitch



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości