The Beatles: Get Back (reż. Peter Jackson)
#1


Co tam nowy P.T Anderson, co tam dwa nowe filmy Ridleya Scotta, co tam jakieś Diuny: to jest najważniejsza premiera roku. Pierwszy odcinek na Disney+ już jutro, a ja jaram się jak pochodnia.

O co chodzi? O montaż spośród ponad 60h archiwalnych materiałów z okresu nagrywania albumu Let It Be. Co prawda z tego samego źródła powstał już film, nazwany po prostu Let It Be (zespół dostał za muzykę do niego Oscara), ale po pierwsze ówczesny reżyser Michael Lindsay-Hogg nie mógł pozwolić sobie na pokazanie wszystkiego, po drugie film wyszedł w niesprzyjających okolicznościach, bo już po rozpadzie zespołu, więc każdy odbierał go wtedy jako film "o rozpadzie" zespołu. Jackson zajrzał jeszcze raz do tego materiału i uznał, że można to pokazać o wiele lepiej, pełniej, weselej.
Początkowo miał powstać po prostu pełnometrażowy film, ale w trakcie pracy uznano, że trzeba pokazać więcej i zdecydowano się na miniserial składający się z trzech odcinków, podobno po ~2h każdy. Więcej takiej postawy wśród filmowców, a nie żadne chowanie materiału i twierdzenie, że to ich ostateczna wizja!

Czemu to będzie zajebiste? Możliwość dogłębnego spojrzenia na największy zespół w historii podczas pracy w kulminacyjnym momencie ich kariery, zakończonym ikonicznym koncertem na dachu - taki materiał aż woła o 10/10, tak samo jak oryginalne nagrania z lądowania na księżycu, to ten sam kaliber :) Mi staje już przy oglądaniu trailerów ;) 

Chyba tylko jedna rzecz może sprawić, że to nie będzie sześciogodzinna ekstaza: aspect ratio. Jacksona należałoby wychłostać za zbezczeszczenie oryginalnych materiałów z I WŚ w jego poprzednim projekcie, więc liczę na to (a trailery wskazują, że mogę mieć rację), że Peter zostawi 4:3 w spokoju i pokaże materiał tak, jak trzeba. Póki co potwierdził, że nie będzie żadnych gadających, współczesnych głów, 100% to nagrania z 1969.

Odpowiedz
#2
Kojarzę, że ktoś na forum pisał o tym, ale jakoś nie śledziłem i nie wiedziałem, że to już. Nie jestem jakimś wielkim fanem The Beatles, ale uwielbiam muzyczne dokumenty a już szczególnie o kulisach tworzenia, nagrywania, z zakulisowymi nagraniami ze studia itp. Więc to wygląda przepysznie. Jedyne wątpliwości to nazwisko Jacksona. Z jednej strony, wiadomo, że to niezły reżyser. Z drugiej, nie wiem czy nie wolałbym, żeby zrobił to ktoś z mniejszym nazwiskiem, ale większym czuciem muzyki. Todd Heynes na przykład. Który swoją drogą zrobił ostatnio dokument o The Velvet Underground. Czy niepotrzebnie wątpię w Petera? Jak mu wyszło to o I WŚ?

No, ale szanujmy się PTA ważniejszy.


Odpowiedz
#3
Mam nadzieję, że to dokument z kategorii tych, których wystarczy nie zepsuć, więc Jackson powinien ogarnąć. They Shall Not Grow Old jest w porządku, nie licząc skandalicznego AR. Jest moja opinia w krótkiej piłce.

(24-11-2021, 15:50)PropJoe napisał(a): No, ale szanujmy się PTA ważniejszy.
Sęk w tym, że PTA żyje, ma się dobrze, nakręci jeszcze wiele filmów, zapewne ciekawszych niż Licorice Pizza, a Beatlesi rozpadli się 50 lat temu i to ostatni taki obszerny, autentyczny materiał z ich pracy. Swoją drogą taśmy leżały schowane w sejfie przez dekady nie dlatego, że ktoś to blokował (jak przy The Last Dance), tylko dlatego, że nikt nie sądził, że jest tam coś ciekawego, nikt do nich po prostu nie zaglądał.

Odpowiedz
#4
Oby się nie okazało, że "jest w porządku" to za mało, ale w sumie masz rację, że tu broni się sam materiał. Zajebiście to wygląda. Podobnie jak w przypadku materiału w Apollo 11. Taśma to jednak taśma.


Odpowiedz
#5
Wszystkie odcinki już na dysku. Cudowne czasy trwania:
I 2h36m
II 2h53m
III 2h18m
<3

Odpowiedz
#6
Jackson nawet jak Śródziemie opuszcza, to kręci trylogię składającą się z gigantów.

Odpowiedz
#7
Jestem mniej więcej w 3/4 pierwszej części. Kilka luźnych myśli, z zastrzeżeniem, że moja wiedza o The Beatles jest niewielka. Oczywiście, znam mniej więcej dyskografię, ale szczerze mówiąc, na przykład nie na tyle, żeby wymienić więcej niż 2-3 kawałki z albumu, o którym jest dokument. Jeśli chodzi o biografię, znam właściwie tylko najważniejsze punkty i elementy dynamiki pomiędzy Beatlesami. Nie znam też wersji z 1970. Więc być może poniżej trochę oczywistości i głupot, ale...

Miewacie/miewaliście fantazję o tym, żeby magicznie przenieść się w czasie i przestrzeni i być świadkiem konkretnych historycznych zdarzeń? Dopóki wirtualna rzeczywistość nie dokona jakiegoś znacznego skoku w kwestii immersyjności, to jest najbliższe spełnienia takiej fantazji, co w życiu widziałem. Zazdroszczę fanom, bo w połączeniu z większą wiedzą i pasją to musi być niesamowita sprawa. Z tego co czytam i słucham, dla wielu jest to przeżycie niemal mistyczne i spełnienie takiego fanowskiego marzenia, które niemal nie ma prawa się spełnić. Niesamowicie intymne, bliskie spojrzenie na takie postaci. Nie wiem co sam bym chciał w ten sposób zobaczyć. Z muzyki tego kalibru może nagrywanie Dark Side..., może sesje Nevermind. Z kina, pracę Kubricka nad 2001, Barrym Lyndonem. Chociaż nie wiem w przypadku filmu, chciałbym aż tak bliskiego dostępu do kulis no a poza tym przecież jest masa making of'ów z klasycznych filmów...

Bo tu robotę robi też fakt, że oni jak rozumiem przynieśli jakieś tam szkice i pomysły, ale generalnie większość kompozycji jest do zrobienia i my to oglądamy niemal na żywo. Odpowiednikiem w przypadku na przykład arcydzieł Kubricka musiałoby być towarzyszenie mu codziennie od momentu pomysłu na film, poprzez pisanie scenariusza, całą preprodukcję, pracę na planie i montaż. A przynajmniej większość z tego procesu. No i biorąc pod uwagę skalę przedsięwzięcia i przede wszystkim te kilkanaście dni, jakie mają do dyspozycji, to wydaje się na początku totalnie niewykonalne a proces chaotyczny jak to tylko możliwe. W połowie pierwszego odcinka trochę się to klaruje, ale na początku trochę mi przeszkadzał ten chaos. Oczekiwałem chyba, że będą po kolei odhaczać utwory. Mniej więcej kojarzę jaki był efekt końcowy, specjalnie nie doczytuję teraz jak to było, żeby poznać to wszystko poprzez ten dokument no, ale jak rozumiem weszli na te próby z myślą o skomponowaniu kilkunastu kawałków, nagraniu ich (?) i przećwiczeniu przed występem na żywo, pierwszym od dawna. A oni jamują, grają fragmenty jakichś bluesowych klasyków, wybierają dekoracje do koncertu, zastanawiają czy popłynąć statkiem do Afryki i tam zagrać itd. Całe życie miałem obraz George'a Martina jako takiego piątego Beatlesa, jak Nigel Godrich dla Radiohead. Czemu on ich tam za modry nie trzyma i nie ogarnia tego wszystkiego? 

Ogarnia za to na swój sposób McCartney i tu dla mnie kolejne małe zaskoczenie. Miałem takie ogólne rozeznanie w układzie sił w zespole, ale nie wiedziałem, że Paul aż tak dominował. W tym w relacji z Lennonem. Bardziej mu zależało na tej sesji niż Lennonowi czy tak zawsze było? Harrisona to momentami żal jak oferuje swoje kawałki a jest olewany. Też mniej więcej kojarzę co się wydarzy później, ale na razie oceniam przez pryzmat tych pierwszych kilku dni. Ringo za to mogłoby nie być w ogóle. Słuchałem właśnie fanowskiego podcastu, w którym krótko wymieniają się pierwszymi wrażeniami z pierwszego odcinka i tłumaczą, że Ringo znał swoje miejsce i w ogóle jako perkusista był spoko, bo robił swoje, ale się nie wychylał. No, ale bez przesady. Wygląda na razie jakby kompletnie nie ogarniał co się dzieję, nie mówiąc już o jakimkolwiek wartościowym wkładzie w materiał. Praktycznie się nie odzywa na razie. Rozłożenie sił i różnice w talentach to coś co mnie na razie chyba najbardziej zaskoczyło. Pomimo ewidentnych tarć, niemal wzruszający jest przy tym moment, w którym Harrison wpatrzony w MacCartneya jak fan przyznaje, że mógłby go słuchać godzinami.

Trochę w związku z obiema powyższymi kwestiami. Wydawało mi się, że szczególnie na tym etapie kariery, goście, którzy w dużej mierze popchnęli do przodu nie tylko muzykę rozrywkową, ale też proces nagrywania i wykorzystania studyjnych sztuczek do wniesienia kompozycji na wyższy poziom będą bardziej świadomie i profesjonalnie rozmawiali o nagrywaniu. Przynajmniej liderzy. A nawet Paul i John planują niektóre rzeczy w stylu "wczoraj widziałem na BBC występ jakiegoś tam zespołu i oni nie śpiewali jednocześnie, tylko na zmianę, też tak spróbujmy" albo "akustyka tu jest słaba". No, ale może się czepiam, bo jak przychodzi co do czego to Paul może jest bucem, ale ten moment, jak wymyśla Get Back na przestrzeni dosłownie kilkudziesięciu sekund. Jeśli to nie jest specjalnie tak zmontowane. A chyba nie jest. Obserwowanie procesu rzeźbienia tego motywu, usłyszenie jak wyłania się z czegoś co jeszcze przed chwilą brzmiało jak rozgrzewka. Ze świadomością, że gość właśnie napisał, niemal od niechcenia taki hit. Zajebiste! W tym fragmencie jest to najbardziej ewidentne, ale w innych też po prostu widać, że nawet w tym chaosie i w stanie, w jakim był zespół tych dwóch to po prostu geniusze. Mam nadzieję, że Lennon też wyraźniej da próbkę swojego talentu, chociaż wydaje mi się, że MacCartney poza tym, że na razie bardziej mu zależy i stoi wyraźnie na czele ma też po prostu taki ekshibicjonistyczny styl komponowania co w połączeniu z pewnością siebie (chyba też najmniej przejmuje się obecnością kamer, chociaż to też wielki plus całości - nie ma poczucia, że są skrępowani albo jakoś szczególnie odgrywają swoje role) skutkuje takim właśnie momentem, który mam wrażenie może być muzycznym highlightem całości.

Myślałem, że Yoko Ono jako czarny charakter to trochę taki ciągnący się od pół wieku mem, ale LOL - ona na razie codziennie siada nie dalej niż dwa metry od Lennona, nikt z nią nie gada.

Takie na szybko krótkie wrażenia niafana. Brakujące dwie części właśnie wjechały na dysk. Na razie jest zajebiście i nie zapowiada się, żeby miało nie być tak do końca. 


Odpowiedz
#8
Dzięki za opinię. Rozważałem obejrzenie, bo w temacie TAKIEGO zespołu mamy wyjątkową biedę biograficzną. Ksiażka Daviesa to niby najbliższe, najbardziej intymne spojrzenie na zespół, ja natomiast po przeczytaniu miałem wrażenie, że autor ledwie liznął temat, prześlizgnął się po powierzchni oceanu (chociaż czytało się dobrze, nie ukrywam). Najbardziej brakowało mi mięcha, czyli relacji z nagrywania największych dzieł (tego było ledwie kilka stron).

Szkoda tylko trochę, że dokument obejmuje ostatnie miesiące działalnośći zespołu z Let It Be (spoko album, ale raczej w dolnej połówce osiągnięć Bitli), a nie na przykład okres od Rubber Soul do Magical Mystery Tour (albo samo Abbey Road, aaaaaaaale by było), no ale nie będę narzekał. Obejrzę na bank.

Co do Paula - też się zdziwiłem odnośnie jego roli. Był przeważnie główną siłą napędową i jednocześnie menedżerem. Lennon napisał te "większe" arcydzieła, a przy okazji był z niego niezły burak. Żonę napieprzał i w ogóle, o czym zresztą potem śpiewał w "Getting Better". Kurna, ostrzę sobie zęby, na jakiś weekend wejdzie to pięknie.

Odpowiedz
#9
(30-11-2021, 16:23)Norton napisał(a): Dzięki za opinię.
Nie ma za co. Raczej takie luźne myśli, w dodatku jak rzucam teraz okiem to napisane pokracznie dosyć, jak to mam w zwyczaju, ale jeśli cię zachęci do obejrzenia to super. Myślę, że warto. Z tego co czytam i słucham, to wiadomo, wśród die-hardów pewnie znajdą się tacy, co będą na coś tam narzekać, ale generalnie wygląda na to, że hype nie wynika tylko z tego, że Peter Jackson, że to ten zespół a taśmy leżały pół wieku i że tytuł trenduje na twiterze.

Cytat:Szkoda tylko trochę, że dokument obejmuje ostatnie miesiące działalnośći zespołu z Let It Be (spoko album, ale raczej w dolnej połówce osiągnięć Bitli), a nie na przykład okres od Rubber Soul do Magical Mystery Tour (albo samo Abbey Road, aaaaaaaale by było), no ale nie będę narzekał. Obejrzę na bank.
No właśnie. Między wierszami może to trochę wybrzmiewa, bo wymieniając tego Kubricka i Pink Floyd pominąłem inne ich albumy, ale tak jak piszesz - trochę szkoda, że nie jest to sesja jakiejś lepszej, bardziej napakowanej hitami płyty, bo nawet gdyby tam kontekst byłby mniej ciekawy i ładunek emocjonalny mniejszy (byłyby?) to słuchałoby się tego jeszcze lepiej. Gdyby takich momentów jak ten z Get Back było więcej, z lepszymi kawałkami...

Cytat:Lennon napisał te "większe" arcydzieła, a przy okazji był z niego niezły burak.
No właśnie na razie Lennon wydaje się całkiem spoko. Bywa szczery niemal do bólu, trochę zblazowany, ale też na tle Paula, bardziej zrównoważony, świadomy tego co się dzieje, możliwości zespołu w tym konkretnym momencie.

Aha, gdyby ktoś się wahał z tego powodu - są napisy, w tym polskie.


Odpowiedz
#10
Cytat: Zazdroszczę fanom, bo w połączeniu z większą wiedzą i pasją to musi być niesamowita sprawa.
Jestem Beatelsomaniakiem od dziecka, odkąd w podstawówce na angielskim nauczycielka puściła nam Yellow Submarine i myslałem, że oszaleję jakie to dobre jest. Później nie dałem rodzicom żyć i wymusiłem by przywieźli mi ze Stadionu Dziesięciolecia piracką kasetę, która okazała się być pusta (smuteczek).

Natomiast mam problem z filmami jak i z dokumentami o zespole. Większość to chłam, który po prostu nie dostarcza. Taki poprzedni dokument od Rona Howarda "8 Days a Week", też był szumnie zapowiadany, a koniec końców nie był specjalnie interesujący. Kupiłem na Blu i teraz się kurzy. Mam nadzieję, że ten faktycznie dostarcza. Zostawiam go sobie do obejrzenia w święta (na spokojnie)

Cytat:Czemu on ich tam za modry nie trzyma i nie ogarnia tego wszystkiego?
Piątym Beatlesem to był Brian Epstein. Martin zajmował się techniczną stroną produkcji, ale nie miał za dużo do gadania bo zespół sam dyktował warunki gry.

Co do podziału sił to McCartney z Lennonem po równo pchali zespół do przodu (Help!, Tomorrow Never Knows, Helter Skelter), ale po pojawieniu się Yoko zainteresowanie tego drugiego dalszą pracą schodziło powoli na drugi plan (Come Together to z resztą jest uzewnętrzniony beef jaki chłopaki mieli ze sobą). Harrison odchodził z zespołu i wracał jak bumerang. Swego czasu Clapton po rozpadzie Cream miał dołączyć do Beatlesów na stałe zamiast Harrison, ale ten znowu wrócił pogodzony ze swoją rolą tego trzeciego. George miał chyba w kontrakcie zapisane, że minimum jeden utwór na płycie ma być jego, a czy będzie więcej to już kwestia czy Paul z Johnem nie dostarczyli za dużo (chociaż nie wiem czy to nie jest jakaś miejska legenda). Ringo był pociesznym dodatkiem, wrzuconym na sam koniec kompletowania składu - nie przyjaźnił się z żadnym z pozostałych członków przed dołączeniem na ostatniej prostej przy nagrywaniu pierwszego albumu. Jako perkusista był po prostu kompetentny, ale nie był to wirtuoz. Funkcjonował jako maskotka bardziej. Z resztą jego kariera po rozpadzie dokładnie odzwierciedla jego status w branży.
http://www.filmweb.pl/user/Corn

"Pierdu-pierdu, siala-lala; Braveheart kosmos rozpierdala" - Bucho


Odpowiedz
#11
Ja za chwilę kończę robotę i odpalam ile wlezie :)
(30-11-2021, 16:06)PropJoe napisał(a): Jestem mniej więcej w 3/4 pierwszej części. Kilka luźnych myśli, z zastrzeżeniem, że moja wiedza o The Beatles jest niewielka. Oczywiście, znam mniej więcej dyskografię, ale szczerze mówiąc, na przykład nie na tyle, żeby wymienić więcej niż 2-3 kawałki z albumu, o którym jest dokument.
Fanem z jednej strony jestem sporym, ale zbytnie interesowanie się całą historią zespołu to nie w moim stylu: większość piosenek znam na pamięć, ale obudzony w środku nocy nie potrafiłbym powiedzieć nawet kiedy się rozpadli, więc spodziewam się, że sporo rzeczy oprócz samej muzyki będzie dla mnie nowością.

Co do tego z jakiego okresu najlepiej byłoby zobaczyć taki materiał: powiedziałbym, że z Sierżanta Pieprza, ale na to nie ma dobrej odpowiedzi innej niż taka, że najlepiej z całości kariery :) Zresztą Sierżant ma wypasione wydanie Super Deluxe, gdzie na 4 CD (jest w całości na Spotify) mamy sporo dialogów i przymiarek do nagrań, więc podobnie jak teraz w Get Back.

Cytat:Wydawało mi się, że szczególnie na tym etapie kariery, goście, którzy w dużej mierze popchnęli do przodu nie tylko muzykę rozrywkową, ale też proces nagrywania i wykorzystania studyjnych sztuczek do wniesienia kompozycji na wyższy poziom będą bardziej świadomie i profesjonalnie rozmawiali o nagrywaniu. Przynajmniej liderzy. 
Obstawiam, że bardziej przyziemne, techniczne sprawy po prostu Jackson wyciął, bo pewnie wolał, żeby film miał dobry flow, a nie żeby ludzie przez kilkadziesiąt godzin materiału oglądali jak Paul z Johnem gadają o nutach i technikach nagrywania.

Odpowiedz
#12
(30-11-2021, 16:47)Corn napisał(a): Piątym Beatlesem to był Brian Epstein. Martin zajmował się techniczną stroną produkcji, ale nie miał za dużo do gadania bo zespół sam dyktował warunki gry.
Serio? Myślałem, że Epstein był właśnie typowym menadżerem a Martin piątym członkiem zespołu. Nawet jeśli w tamtych czasach i przy takich osobowościach jak Lennon i MacCartney rola producenta nie była tak znacząca jak później (nie była?). Wkreciłem sobie to porównanie z Radiohead, gdzie Godrich ma duży wpływ na brzmienie, aranżację i nadzoruje w studiu nie tylko sam proces nagrywania. 

Cytat:Obstawiam, że bardziej przyziemne, techniczne sprawy po prostu Jackson wyciął, bo pewnie wolał, żeby film miał dobry flow, a nie żeby ludzie przez kilkadziesiąt godzin materiału oglądali jak Paul z Johnem gadają o nutach i technikach nagrywania.
No właśnie nut jest w sam raz to znaczy na bieżąco przekazują sobie progresje akordów, upewniają się, że dany kawałek będzie w takiej a nie innej tonacji. Ale jeśli chodzi o produkcję to nie chodzi mi o to czego nie mówią, tylko o to co mówią. W zaskakująco ogólnikowy sposób. Może to wynika z faktu, że płyta miała być prostsza, mniej eksperymentalna, ale spodziewałbym się, że będą inaczej gadać o tym, co chcą osiągnąć jeśli chodzi o brzmienie, aranżacje, sposób nagrania poszczególnych kawałków czy ogólny pomysł na płytę. No, ale może wynika to z tego, że na razie są na etapie komponowania i najważniejsze jest żeby ogarnąć melodie i wokale a na studyjne rzeźbienie w tym przyjdzie czas. Albo nie.  


Odpowiedz
#13
Pierwszy odcinek obejrzany i cóż, z jednej strony oczywiście jest kapitalnie: oglądanie na żywo jak wielkie hity rodziły się przy porannym papierosku i wspomnieniu, że fajny film wczoraj widziałem, tam była taka melodyjka, więc pomyślałem, że ją zmodyfikuję i zagralibyśmy to tak i siak - no to jest niesamowita, absolutnie unikatowa sprawa i dzięki istnieniu takiego materiału światowa kultura jest po prostu bogatsza, pełniejsza.
Ogólnie radość z oglądania jest wielka, oryginalne materiały są 10/10 (jeśli w ogóle można je oceniać, ale ja uważam, że tak), jednak musi pojawić się ale: po pierwszym odcinku trudno ocenić pracę Jacksona i jego ekipy jakoś bardzo pozytywnie. Po pierwsze to nieszczęsne aspect ratio: nie jest to taka kastracja jak w tym dokumencie o I WŚ, ale niestety mechanizm jest ten sam, czyli bierzemy ujęcie nagrane w 4:3 i wycinamy je do 16:9 coby dobrze wyglądało na nowych telewizorach. Może to tylko ja jestem takim purystą, że uważam, że nic nie trzeba było przybliżać, ucinać, tylko po prostu wypuścić film w 4:3?
Druga kwestia wiąże się z kompletnością nagrań: prawie 60h materiału wideo, podobno drugie tyle audio, a ostatecznie w gotowym materiale i tak jest mnóstwo ujęć, gdy dźwięk sobie, a obraz jest tylko ilustracyjny, bo nie przedstawia rzeczywistego obrazu dialogu jaki słyszymy. Domyślam się, że Jackson chciał jak najlepiej, ale źródło było tak poszatkowane, że musiał się uciekać do takich zagrań, więc nie traktuję tego jako wadę.
Po trzecie już sama struktura i montaż, przynajmniej tego pierwszego odcinka: jako fan mógłbym oglądać takie nagrania godzinami, ale wyobrażam sobie, że ktoś, kto nie jest tak zajawiony mógłby się zacząć poważnie nudzić, bo powiedzmy sobie szczerze, że jest sporo monotonii. Oczywiście ciężko oceniać, czy to decyzja Jacksona, czy taki materiał miał do dyspozycji, no ale nie podoba mi się wybór fragmentów: zbyt wiele jest rozmów, często zupełnie zbędnych albo takich, gdzie bez znajomości kontekstu w ogóle nie wiadomo o czym oni gadają, a zbyt mało muzyki. Brzmi to dosyć paradoksalnie, bo tej muzyki jest mnóstwo (ileż piosenek jest w pierwszym odcinku? kilkadziesiąt) , ale jest straszliwie poszatkowana: kilkukrotnie miałem tak, że Paul z Johnem zaczynają coś śpiewać, bardzo mi się podoba, myślę sobie "wow, ekstra, dajcie mi na to popatrzeć przez 3-4 minuty!", a tutaj po 10 sekundach ciach i jedziemy do kolejnej piosenki, gdzie po 30 sekundach jest cięcie i skaczemy do rozmowy Ringo z jakimś producentem. Utworów powinno być o połowę mniej, ale poświęcić im dwa razy tyle czasu. Ja bym w ogóle wyrzucił z filmu wszystkie (albo przynajmniej większość) starych piosenek, które Beatlesi grają sobie dla rozgrzewki i skupił się tylko na nowych, bo tak to jest ich zbyt wiele i mam wrażenie, że jest pierdolnik.

Tak jeszcze bardziej pozytywnie: film jest świetnym dowodem na wielkość zespołu. Gdy słucha się ich płyt po raz pierwszy, albo nawet już ze świadomością jak ważna kapela to była, to można zlekceważyć, odnieść wrażenie, że to takie tam tylko radosne, skoczne piosenki, pomaga w tym również fakt, że zazwyczaj trwają 2-3 minuty, więc szybko zlatują. Dopiero gdy się w nie porządnie wsłucha, to dostrzega się bogactwo i geniusz kompozycyjny. Lubię porównywać ich piosenki do biżuterii: niewielkiej, ale z najlepszej jakości kruszcu, wykonanej z wielką starannością, składającej się z wielu warstw i ozdobników. Cudownie jest obserwować proces ich powstawania mając z tyłu głowy ostateczne brzmienie, ma się wrażenie, że to jak wielkie puzzle, które bezbłędnie trafiają na swoje miejsce, żeby ostatecznie dać piękną, harmonijną całość. No cudowna sprawa.

Odpowiedz
#14
(01-12-2021, 11:41)simek napisał(a): jednak musi pojawić się ale: po pierwszym odcinku trudno ocenić pracę Jacksona i jego ekipy jakoś bardzo pozytywnie. Po pierwsze to nieszczęsne aspect ratio: nie jest to taka kastracja jak w tym dokumencie o I WŚ, ale niestety mechanizm jest ten sam, czyli bierzemy ujęcie nagrane w 4:3 i wycinamy je do 16:9 coby dobrze wyglądało na nowych telewizorach. Może to tylko ja jestem takim purystą, że uważam, że nic nie trzeba było przybliżać, ucinać, tylko po prostu wypuścić film w 4:3?
Druga kwestia wiąże się z kompletnością nagrań: prawie 60h materiału wideo, podobno drugie tyle audio, a ostatecznie w gotowym materiale i tak jest mnóstwo ujęć, gdy dźwięk sobie, a obraz jest tylko ilustracyjny, bo nie przedstawia rzeczywistego obrazu dialogu jaki słyszymy. Domyślam się, że Jackson chciał jak najlepiej, ale źródło było tak poszatkowane, że musiał się uciekać do takich zagrań, więc nie traktuję tego jako wadę.
A widzisz, czyli jednak miałem rację obawiając się czy Jackson jest najlepszym wyborem tutaj. Ale oczywiście najgorszym też nie jest. Być może akurat on chciał się za to zabrać a nie nikt inny o porównywalnym statusie. Może komuś z mniejszym nazwiskiem by tego nie dali ruszyć. Na pewno nie jest to pierwszy z brzegu reżyser. Na pewno magia jego nazwiska zadziałała. No a już na pewno krzywdzące byłoby nie docenienie na pewno ciężkiej, mozolnej pracy.

Mi aspect ratio szczerze mówiąc w ogóle nie przeszkadza. Rozdźwięk pomiędzy audio a obrazem też nie jest dokuczliwy a tak jak piszesz, trzeba przyjąć, że pomimo obszernego materiału czasami po prostu Jackson lepił z tego, co było to co chciał pokazać.

Cytat:zbyt wiele jest rozmów, często zupełnie zbędnych albo takich, gdzie bez znajomości kontekstu w ogóle nie wiadomo o czym oni gadają, a zbyt mało muzyki. Brzmi to dosyć paradoksalnie, bo tej muzyki jest mnóstwo (ileż piosenek jest w pierwszym odcinku? kilkadziesiąt) , ale jest straszliwie poszatkowana: kilkukrotnie miałem tak, że Paul z Johnem zaczynają coś śpiewać, bardzo mi się podoba, myślę sobie "wow, ekstra, dajcie mi na to popatrzeć przez 3-4 minuty!", a tutaj po 10 sekundach ciach i jedziemy do kolejnej piosenki, gdzie po 30 sekundach jest cięcie i skaczemy do rozmowy Ringo z jakimś producentem. Utworów powinno być o połowę mniej, ale poświęcić im dwa razy tyle czasu. Ja bym w ogóle wyrzucił z filmu wszystkie (albo przynajmniej większość) starych piosenek, które Beatlesi grają sobie dla rozgrzewki i skupił się tylko na nowych, bo tak to jest ich zbyt wiele i mam wrażenie, że jest pierdolnik.
Ja winiłem wyżej zespół za ten chaos, ale być może rzeczywiście Jackson mógł to bardziej uporządkować. Tak jak piszesz, wywalić stare kawałki, większość tych rozgrzewek a przynajmniej kilka razy pozwolić wybrzmieć jakiemuś hitowi w trakcie jego narodzin. Tylko, że z drugiej strony, jeśli tak rzeczywiście wyglądała ta próba - Paul od niechcenia męczy jakiś motyw, fragment, pokazuje go reszcie, ale niekoniecznie ciągną temat do końca i wracają lub wrócą do tego po jakimś czasie to... no chciałem pisać, że bez sensu byłoby to montować w całość, ale w sumie dlaczego nie. Może dało się wyłowić chociaż 2-3 kawałki, których narodziny można by było pokazać w całości. Jedna czy dwie takie sekwencje w półtoragodzinnym odcinku, trwające chociaż z 10 minut i byłoby super. Z drugiej strony taki a nie inny montaż jest konsekwentny jeśli przyjęto, słusznie przecież, koncepcję fly on the wall. Jak dla mnie rozmów jest może odrobinę za dużo i nie przeszkadza mi, że czasami nie znam kontekstu albo wydają się niezwiązane z pracą. Dodaje to do poczucia bliskiego obcowania z zespołem i przy takim metrażu jest do zaakceptowania. Trochę mnie męczy ciągłe omawianie planów na ten koncert. Tego bym trochę wywalił. Lindsay-Hogg swoją drogą strasznie irytuje.

No, ale trudno powiedzieć co jest tu artystycznym wyborem Jacksona a co wynika z dostępności takiego a nie innego materiału. Intuicja podpowiada, że jednak można było się skupić bardziej na muzyce i zmontować to ciekawiej pod tym względem a Jackson trochę za bardzo skupił się na pokazaniu intymnego obraz, Beatlesów z bliska jak nigdy itd. Ale też trudno go zdecydowanie krytykować bez większej wiedzy o materiale źródłowym i decyzjach, które podejmował.


Odpowiedz
#15
Skończyłem całość. Drugi i trzeci odcinek są lepsze od pierwszego, pewnie dlatego, że terminy się zbliżają, trzeba przejść do konkretów, zresztą chyba przenosiny do studia w centrum Londynu też zespołowi posłużyły. Zarzuty mam te same co na początku: cały gotowy album ma jakieś 35 minut, więc spokojnie możnaby wstawić do filmu wszystkie wykonania, które ostatecznie trafiły na krążek, w całości, a tutaj znowu mamy pięć przymiarek do jednej piosenki, w końcu wjeżdża najlepsza wersja i słuchamy jej przez 30 sekund zamiast 3 minut.
To, na co czekałem najbardziej, czyli koncert na dachu jest idealnym zwieńczeniem dokumentu: zmontowane jest to (w końcu!) znakomicie. To przenoszenie się między ulicą, recepcją budynku i dachem jest fantastyczne, a napięcie związane z tym, czy policjanci wbiją z buta i każą skończyć było lepsze niż w niejednym thrillerze. Reakcje przechodniów równie cudowne, zwłaszcza tych, którym się nie podobało :P W każdym razie te kilkadziesiąt minut to chyba najlepsze co widziałem na ekranie w tym roku - pełna satysfakcja w 3. odcinku.

Całości daję 9/10 bo uważam, że po prostu można to było zmontować ciut lepiej. Sam materiał archiwalny, muzyka, satysfakcja z seansu 10/10. Poproszę takie same 8h z nagrywania każdej innej płyty :)

Odpowiedz
#16
Ja skończyłem trzeci i owszem drugi chyba lepszy (przy czym oczywiście poruszamy się tu w rejonach 9-10), ale wkręciłeś mi ten rozjazd pomiędzy obrazem a dźwiękiem i zaczęło mi to bardziej przeszkadzać. Rozumiem, że w niektórych sytuacjach nie dało się inaczej. Na przykład w momencie, jak odchodzi Harrison. Ktoś tam pyta czy się nagrywa i wygląda na to, że albo ktoś kazał wyłączyć kamery albo kamerzyści się sami wystraszyli. A dźwięk się nadal nagrywał. Tutaj oczywiście niewybaczalnym grzechem było nie dać chociaż tego audio. No, ale nie jest to jakaś wielka wada. Gorzej z tym przycinaniem piosenek. Jakoś pod koniec pierwszego odcinka, właśnie po odejściu Harrisona jest taki beznadziejny montaż kilku piosenek, maksymalnie po kilkanaście sekund na piosenkę...

No, ale rzeczywiście w drugim wygląda to już trochę lepiej. Może rzeczywiście ze względu na deadline. Trochę też chyba dlatego, że w końcu wiedzą po co mniej więcej tam są no i w studiu czują się wyraźnie lepiej niż w tej hali. No i w końcu jest więcej rozkminiania, aranżowania, nagrywania (świetne momenty, jak odsłuchują po raz pierwszy nagranie, szkoda, że nie jest to jakiś większy hicior). No i w dużej mierze drugi odcinek odpowiada na moje "zarzuty" dotyczące zaskakująco mało profesjonalnego omawiania aranżacji i sposobu nagrywania. Po pierwsze właśnie cały proces się porządkuje w studio. Po drugiej, jak (już teraz) rozumiem to miała być luźniejsza, prostsza sesja z nagrywaniem na żywo a nie studyjne dłubanie. Po trzecie, no oni to wszystko rozkminiają, ale w bardzo naturalny, intuicyjny sposób. Może Jackson powycinał tego trochę, oby nie. Tak czy inaczej, zajebiste jest jak, pomimo spięć, się rozumieją, wystarczy im kilka słów, dwa trzy dźwięki, Lennon popuka w ścianę i Ringo już wie co zagrać itd. No i jest ten moment, w którym dłużej dyskutują o strukturze chyba Get Back właśnie - po zwrotce i refrenie tu solówka a wtedy ty grasz to, tu harmonia, to powtarzamy itd. Zajebiście, myślę, teraz Jackson  odkupi winy za to puszczanie krótkich, podobnych fragmentów tych samych kawałków i pozwoli posłuchać poukładanego w końcu w całość hiciora. Zespołowe zamknięcie tematu otwartego tym magicznym szkicem MacCartneya, który od kilku dni jest zasłużenie viralem będzie czymś na co czekałam ze strony reżysera, niech nie tylko sam materiał i główni bohaterowie dźwigają tę dychę (no może mocną dziewiątkę). I co? I chuja. Jackson przycina występ. ;(

No, ale nie narzekam bo i tak jest świetnie. Nawet chyba na tym forum wygłupiłem się pisząc przy okazji wrzucania jakiegoś kawałka The Smiths, że co tam Lennon-MacCartney, Marr i Morrisey to najlepszy  sowngwriterski duet ever. Łatwość z jaką Beatlesom przychodzi rozwijanie tych melodii, muzykalność, intuicja - dokument pokazuje na jakim poziomie pod tym względem jest szczególnie Paul. Szkoda, że bardziej się w to nie wgryza, bo nie chcę mi się wierzyć, że nie było więcej stosownego materiału. Pewne rzeczy, hooki, melodie, zagrywki mogą wydawać się z dzisiejszej perspektywy oczywiste. Ale one są oczywiste przecież w dużej mierze właśnie dzięki tym gościom. Nie wiem czy byli najlepszym zespołem wszech czasów. W sumie dlaczego nie. Ale pod względem wpływu na muzykę rozrywkową nie mają sobie równych. Nie ma zbyt wiele przesady w stwierdzeniu, że pojedynczymi kawałkami dali podstawy pod całe muzyczne podgatunki. A fragmentami piosenek, prostymi z pozoru pomysłami zostawili następcom gotowe songwriterskie puzzle, po które wystarczy się schylić. No, ale to banał, nie?

Wracam sobie przy okazji do dyskografii i z zaskoczeniem, ale przede wszystkim z radością odkrywam, że jest w niej całkiem sporo fragmentów, które nie są dla mnie oczywiste, jak myślałem. Na przykład druga strona Abbey Road, szczególnie od Mean Mr. Mustard do samego końca to jest 10/10 jak mało co. 

Jak się nie wyleczę w najbliższych dniach, to mam zadatki na zostanie fanem tak z 20 late za późno. ;)

PS. Ktoś poza mną i simkiem ogląda?


Odpowiedz
#17
Tak, ta łatwość komponowania piosenek w ich wykonaniu jest niesamowita. To trochę podobnie co z piłkarzami: gdy jesteś już na mistrzowskim poziomie, to możesz wykonać zagranie jakby od niechcenia, bez wysiłku i wtedy cały świat się zachwyca, że piłka to taka prosta gra. No muzyka też jest prosta, gdy ma się naturalny talent :)

Cytat:Wracam sobie przy okazji do dyskografii i z zaskoczeniem, ale przede wszystkim z radością odkrywam, że jest w niej całkiem sporo fragmentów, które nie są dla mnie oczywiste, jak myślałem. Na przykład druga strona Abbey Road, szczególnie od Mean Mr. Mustard do samego końca to jest 10/10 jak mało co.
Cała Abbey Road (swoją drogą nagrywana była parę tygodni po wydarzeniach z filmu, ale wyszła wcześniej) jest 10/10 jak mało co :P

Ja miałem to szczęście, ze Beatlesów znam od dziecka, na wielu piosenkach uczyłem się angielskiego :) Co ciekawe, nikt mi ich szczególnie nie pokazywał: mając kilka lat przeczytałem w jakiejś książce czy gazecie, że uu jakiż to jest zespół i najlepszy w historii. Pomyślałem sobie, że spoko, trzeba będzie posłuchać, ale kojarzyłem ich tylko z kilkoma rubasznymi piosenkami i jakoś mi się nie spinało, że to ma być wielki zespół.
Wtedy do gry wchodzi mój ojciec oraz przaśne polskie wydawnictwo Selles. W życiu nie widziałem ojca, żeby słuchał jakiejkolwiek muzyki z CD, ale za to jest zakupoholikiem i jak widzi dobrą okazję, to kupuje nawet jeśli nie zamierza używać :) W każdym razie firma Selles to piękna historia dzikich lat 90. w Polszy: podobno było takie prawa, że utwory z analogowych nośników sprzed 1974 nie są objęte żadną ochroną, więc taka firma mogła kupić sobie winyla Abbey Road (czy każdego innego) i po chamsku przegrać go na CD i legalnie sprzedawać :) W taki sposób przyswoiłem całą dyskografię The Beatles, Pink Floyd, Led Zeppelin i sporo innych. Ojciec to kupował, wrzucał do pudła, które ja ostatecznie znalazłem i sobie używałem. Co jeszcze ciekawsze: Selles mogło sprzedawać muzykę jako taką, ale już do okładek nie mieli prawa, więc wstawiali tam jakąś fuszerkę. Piękne czasy :)


Jeszcze co do niedostatków materiału: bardzo czekałem na moment, gdy ktoś rzuci pomysłem, żeby zagrali na dachu. Jackson pokazuje wiele minut tej dyskusji, aby zrobić cięcie i wrzucić napis, że to jakiś gość pierwszy przedstawił ten pomysł Paulowi i od razu wszyscy uznali, że tak zrobią. Łączy to z ujęciem Paula robiącego zdziwioną/zachwyconą minę. Czyli co? Była nagrana cała dyskusja, ale nie uchwycono kluczowego momentu tuż po? Albo uchwycono go tylko na wideo, a audio nie ma? Irytują takie momenty, no ale pewnie tak musi być.

Odpowiedz
#18
Cytat:Co jeszcze ciekawsze: Selles mogło sprzedawać muzykę jako taką, ale już do okładek nie mieli prawa, więc wstawiali tam jakąś fuszerkę. Piękne czasy :)
Takie białe kruki to muszą chodzić po miliony cebulionów teraz :)

Cytat:Cała Abbey Road (swoją drogą nagrywana była parę tygodni po wydarzeniach z filmu, ale wyszła wcześniej) jest 10/10 jak mało co
W sumie cała dyskografia od Rubber Soul do Abbey Road to jest jeden wielki majstersztyk i 10/10. Nawet jak są utwory, których osobiście nie trawię (Yesterday działa mi na nerwy), to i tak doceniam ich ponadczasowość.

Ja Beatlesów odkryłem na lekcji angielskiego w 4 klasie, a potem poszło z górki. Rodzice kompletnie nie słuchali niczego ciekawego, więc muzykę odkrywałem sam. Zeppelinów, Floydów, Cream, Jethro Tull, ogólnie całe lata 70te i 60te przerobiłem mocno swego czasu, obsesyjnie wyznając ideę, że "kiedyś to była muzyka!". Na szczęście mi przeszło i współcześnie też odnajduję sporo dobra
http://www.filmweb.pl/user/Corn

"Pierdu-pierdu, siala-lala; Braveheart kosmos rozpierdala" - Bucho


Odpowiedz
#19
(07-12-2021, 16:32)Corn napisał(a):
Cytat:Co jeszcze ciekawsze: Selles mogło sprzedawać muzykę jako taką, ale już do okładek nie mieli prawa, więc wstawiali tam jakąś fuszerkę. Piękne czasy :)
Takie białe kruki to muszą chodzić po miliony cebulionów teraz :)
Serio? To aż zajrzę na strych, bo miałem tego mnóstwo, sentymentu nie mam żadnego, więc mogę sprzedawać :)

Odpowiedz
#20
Nie wiem czy na 100%, ale myślę że są kolekcjonerzy (zwłaszcza wśród beatlesomaniaków), którzy za takie rzeczy rzuciliby groszem, zwłaszcza jeśli masz w dobrym stanie
http://www.filmweb.pl/user/Corn

"Pierdu-pierdu, siala-lala; Braveheart kosmos rozpierdala" - Bucho


Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości