Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe
Książki - Wersja do druku

+- Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe (https://forumkmf.pl)
+-- Dział: Działy tematyczne (https://forumkmf.pl/Forum-Dzia%C5%82y-tematyczne--5)
+--- Dział: Książki (https://forumkmf.pl/Forum-Ksi%C4%85%C5%BCki--38)
+--- Wątek: Książki (/Thread-Ksi%C4%85%C5%BCki--70)



RE: Książki - Phlogiston2 - 26-12-2024

(26-12-2024, 13:38)Craven napisał(a): U mnie rekordowy rok. Plan - 20 książek, realizacja - 31 książek i może uda się dokończyć jeszcze jedną.

Kontynuuję cyk Kultury Banksa. "Use of Weapons" i "The State of the Art" są spoko, wciąż planuję kontynuować bo ponoć są jeszcze perełki, ale cały czas uważam, że pierwszy tom jest najlepszy.

Z wydanych po polsku koniecznie obadaj Gracza(chyba, że juz czytałeś), z tych niewydanych po polsku - zdecydowanie Excession, potem Look to windward(nibysequel Phlebasa, ale bardzo luźny).


RE: Książki - Mefisto - 26-12-2024

(26-12-2024, 14:49)Pelivaron napisał(a): Siłą rzeczy musi pozostać w wyrku i żeby sobie jakoś umilić czas podejmuje się zadania rozwiązania zagadki historycznej - otóz wszczyna śledztwo w sprawie Ryszarda III i morderstwa książąt w Tower.

To brzmi tak absurdalnie, że pierwsze, co przychodzi na myśl, to Kod Da Vinci :D


RE: Książki - Pelivaron - 26-12-2024

Nie no, samo śledztwo jest całkiem fajnie napisane, a główny bohater poddaje analizie różnego rodzaju źródła historyczne.


RE: Książki - Craven - 26-12-2024

(26-12-2024, 14:17)Melvin27 napisał(a): Ostatnio szukałem sci fi z dużą ilością akcji i na reddicie dużo osób wspominało o Red Rising. Jest to rzeczywiście takie ostre?
Nie ma nudy :) I jest dość ostro, choć pierwszy tom to takie trochę Battle Royale, niby low-techowe (w pewnym sensie). Ale z świetnym finałem.

(26-12-2024, 15:05)Phlogiston2 napisał(a): Z wydanych po polsku koniecznie obadaj Gracza(chyba, że juz czytałeś), z tych niewydanych po polsku - zdecydowanie Excession, potem Look to windward(nibysequel Phlebasa, ale bardzo luźny).

Jestem po "Wspomnij Phlebasa", "Graczu", "State of the Art", "Use of Weapons".
"Excession" jest następne w kolejce. Co ciekawe chyba ten ostatni w cyklu jest też chwalony (wiem, że tu kolejność nie ba zbytnio znaczenia).


RE: Książki - OGPUEE - 08-02-2025

[Obrazek: images?q=tbn:ANd9GcQj-sO6KitN3H9CuxTeGMc...RNn1NWYw&s]
Frost Dancers: A Story of Hares - jak w poprzednim roku poczytałem sobie kolejną prozę o zającowatych. Ta opowiada o zającu bielaku imieniem Skelter, który zostaje schwytany przez ludzi, by na drugim końcu Wielkiej Brytanii służył jako wabik na psy myśliwskie. W końcu bielak ucieka i kieruje się w samotności ku nieznanemu.

Pewnie wielu to się skojarzy z Wodnikowym Wzgórzem. Też jest pójście w naturalizm, większość bohaterów to zającowate i te mają rozwiniętą kulturę, zgrabny komentarz nt. jak ludzkość wpływa (głównie negatywnie) na przyrodę, ludzie jako kij wie co i są zgony. I psy (przynajmniej 90%) nadal są bestiami. Nawet autor ma kilka punktów wspólnych z Adamsem - też jest Brytyjczykiem, a także służył w wojsku (dokładnie w RAF) po czym zajął się pisaniem. Zresztą Frost Dancers mrugnęli do Wodnikowego Wzgórza - w jednym momencie króliki, u których gości się główny bohater, wspominają o wielkiej odysei prowadzonej przez La Leszczynka i wielkiego proroka Le Piątka.

Garry Kilworth bardziej uderza w tony ekologiczne, m.in. krytykując gonitwy psów myśliwskich za dzikimi zajęczakami (co już w latach 60./70. jeden brytyjski minister chciał zabronić. Dziś obecnie zakazane, a i sam zając bielak w UK jest pod ścisłą ochroną. I słusznie). Spodziewałem się, że będzie to zwierzęcy Jeniec: Tak daleko jak nogi poniosą. Czuje się to przerażenie, gdy ludzie wyłapują klan Skeltera i trzymają w klatkach, nie wiedząc co będzie dalej. Jak i szybko okazuje, że jednak to lądowe drapieżniki są mniejszym złem, bo przynajmniej zabijają z konieczności, gdy psy to czerpią radochę z zabijania.

Potem w 1/3 fabuła skręciła w innym kierunku i opiera się głównie na różnicach kulturowych bielaków i szaraków. Richard Adams miał ułatwione zadanie, ponieważ w Europie jest tylko jeden gatunek królika. A europejskich gatunków zajęcy są dwa i każdy z innym behawiorem nie mówiąc o siedlisku, wrogach naturalnych itp. I Kilworth sam we wstępie pisze, że publikacji naukowych nt. zajęcy było mało. I jestem pełny podziwu, że udało się mu stworzyć wiarygodny świat przedstawiony. Szaraki mają inną kulturę i nawet nie wiedzą co to orzeł (bo wówczas tylko w Szkocji takowe występowały). I niektóre biorą Skeltera jako niewyrośniętego dzieciaka. A Skelter wiele razy popełnia faux pas i dostaje zimne spojrzenia od szaraków, a i on sam się wścieka na nie.

I świat ten jest zgodny z wiedzą przyrodniczą. Widać, że autor poczytał fachowej literatury i wspomniał, m.in. że śmiertelność wśród zajęczych kociąt jest bardzo wysoka nawet w bezludnych miejscach. Jak i samice są większe (co jest jest odskocznią od większości ssaków), i zajęczaki zjadają własne odchody. I kumplują się z tymi gatunkami, które im nie zagrażają. Uwzględnił też, że króliki europejskie oryginalnie występowały jedynie w Iberii i części Francji i stąd ich imiona są z francuskiego. Odnośnie języków, każda grupa zwierząt ma swój własny język - zajęczaki angielski, krukowate niemiecki, łasice i tym podobne jakiś gaelicki itd. Nawet wiejski inwentarz ma swój język zwany farmidae.

Drugim wątkiem jest nawiedzanie okolicy przez nieznanego złego ptaka drapieżnego określanego latającym ogrem. Można sądzić, że to szok kulturowy związany z pojawieniem się nowego drapieżnika, szczególnie iż ptaki szponiaste, z orłami na czele, są traktowane jako demony równe ludziom. Sam ciekawiłem się tożsamości głównego złego, bo myślałem, że to reintrodukowany orzeł przedni, a potem okazuje się, że sam bielak nie wie co to za ptak. Ewentualnie potem brałem bielika. I dopiero autor w posłowiu ujawnia tożsamość ptaszora dając znowu komentarz nt. negatywnej działalności człowieka. Antagonista sądzi, że jest częściowo człowiekiem, przez co używa języka znanego tylko sobie i odczuwa samotność. I jego jedynym kumplem jest wieża kościelna, w której mieszka. I ludzie powinni jemu kłaniać, ale nie jakiemuś drewniakowi na krzyżu. A z kolei zając sądzi, że owy drewniak został ukrzyżowany, bo wszedł na czyjeś pole i ma służyć innym za ostrzeżenie. 

Podobnie jak w Wodnikowym Wzgórzu zające z wielką nieufnością podchodzą do rzeczy z metalu i choć nie mają nazwy własnej dla pojazdów ruchomych też traktują je jak żywe istoty, które nie przejeżdżają zwierząt, tylko zjadają. A samo schwytanie i dotyk przez człowieka to nieprzyjemne i przerażające uczucie, gdzie nawet największy kozak zesra się ze strachu (dosłownie). I zastanawiają, dlaczego ludzie nie jedzą bardziej zepsutego mięsa, skoro jastrzębie takowe jedzą bez grymaszenia. Nawet zdrada małżeńska u ludzi (kończąca się śmiercią) to dla nich dziwny rytuał godowy.

Do tego dochodzą dobrze napisane postacie, którym daleko do bycia płaskim. Skelter to z początku marzyciel, który kompletnie ma gdzieś, że jego przyjaciółka do niego się zaleca i umieszcza ją w friendzone (a ta wybiera zajęczego kapitana Firleta). Potem szybko zostaje sprowadzony na ziemię i staje zdeterminowany w przeżyciu w nowych miejscach. A także nie jest goody-goody, bo potrafi być szorstki i jest rasistą. I także przejąłem się śmiercią jednej z głównej postaci. Ogólnie daleko zającom do szlachetnym istotkom dziubciącym kwiatki, bo są pełne uprzedzeń, niektóre potrafią być dupkami, a rządzące nimi samice panują żelazną łapą i stosują przemoc wobec partnerów ;). I oba gatunki zajęcy traktują goj... znaczy króliki za jakieś podróby stworzone przez człowieka, i protagonista zniesie wszystko, ale przyjmowanie rozkazów od królika to już przegięcie pały i ujma na honorze. I że bajka o żółwiu i zającu to propaganda utworzona przez zawistne króliki :). A króliki też nie lubią zajęcy i uważają je za wywyższające się ćwoki traktujące innych z góry i - o zgrozo - matriarchalne.

Co miałbym zarzucić, to ostatnie rozdziały pisane tak na łapu-capu i końcówka dość po łebkach i pobieżna. I jest jedna fejkowa śmierć, którą autor mógł odpuścić zwłaszcza, że wcześniej nie bał się zabijać zwierząt dając do zrozumienia, że natura jest okrutna (pierwszy trup to jakiś maluch zabrany przez orła na oczach głównego bohatera). Ale mimo wszystko polecam przeczytać, jeśli się jest fanem xenofiction. Dobra, ciekawa fabuła, pamiętni bohaterowie, a także laik może się dowiedzieć wiele rzeczy o zającach bielakach i szarakach w przystępny sposób. Byłby z tego dobry film animowany (lub serial), który też pewnie stałby się klasykiem.

8,5/10


RE: Książki - Scheckley - 09-02-2025

[Obrazek: be497b8b3b27618cfcc7a686fcae5c767015ba31...5f0d0e83c7]

„Człowiek w labiryncie” („The Man in the Maze”) z 1969 r. autorstwa Roberta Silverberga (ur. 1935) to niewątpliwie książka, którą powinien przeczytać każdy miłośnik science fiction. Nie tylko dlatego, że nie wypada nie znać klasyki, ale przede wszystkim bo jest to po prostu dobra historia o nieoczywistej w tej gatunku inspiracji… Sofoklesem.

W odległej o kilkaset lat przyszłości ludzkość skolonizowała spora cześć Kosmosu, nie ograniczając się tylko do naszej Galaktyki. W trakcie tej bezprecedensowej ekspansji nie nawiązano jednak kontaktu z żadna inteligentną forma życia, zamiast tego natykając się od czasu do czasu na ruiny ongiś wielkich obcych cywilizacji. Richard Muller jest członkiem nieoficjalnego korpusu dyplomatycznego, którego celem działania jest zachowanie komunikacji pomiędzy odległymi zamieszkanymi przez ludzi koloniami. Jego kolega Charles Boardman namawia go do wzięcia udziału w misji mającej na celu nawiązanie kontaktu z niedawno odkrytym na planecie Beta Hydri IV obcym inteligentnym gatunkiem. Powodowany ambicją, jak również obowiązkiem wobec ludzkości Muller zgadza się wziąć udział w misji, gdzie prawdopodobieństwo przetrwania wynosi 1 do 65. Po kilku miesiącach Muller wraca z niebezpiecznej misji całkowicie odmieniony. Obcy zrobili coś z jego jestestwem co sprawia, że otacza go niemal toksyczna psychologiczna aura, która odpycha od niego innych. Wykluczony ze społeczeństwa, któremu ofiarował wszystko Muller umyka na planetę Lemnos gdzie znajduję się pradawny śmiercionośny labirynt zbudowana przez obcą cywilizację. Udaje mu się dostać do jego samego centrum, gdzie oddzielony od innych zamierza dożyć swych dni w gorzkiej samotności...

Po dziewięciu latach jego odosobnienia na Lemnos ląduje ludzka ekspedycja mająca na celu pozyskanie Mullera dla jeszcze jednej, ostatniej misji…

Otwierając książkę spodziewałem się nieco staroszkolnej space opery, i chociaż znajdują się w niej jej elementy to jednak jej zasadnicza treść to kwestie samotności, obowiązku, odrzucenia, młodzieńczego idealizmu i naiwnego cynizmu – heavy stuff jak piszą Anglicy. Muller czuje się oszukany i zdradzony przez innych ludzi, którzy po tym co go spotkało na Beta Hydri IV całkowicie go odtrącili. Jak można przekonać do do dalszego poświęcenia w jej imieniu? Przez całą książkę obserwujemy mechanizmy psychicznej manipulacji mającej na celu złamanie, a w istocie przywrócenie Mullera ludzkości. Przyznam, że czytałem powieść z zaciekawieniem jak to wszystko się zakończy. Jak wytłumaczył Silverberg w posłowiu, jego utwór jest w istocie adaptacją science fiction greckiej tragedii Sofoklesa „Filoktet”, opowiadającej o tym jak grecki bohater Filoktet, zostaje ranny w trakcie wyprawy na Troję. Jego rana zaczyna okropnie cuchnąć a jego jęki stają się nieznośne dla towarzyszy podróży, którzy pozostawiają na wyspie Lemnos. Gdy okazuje się, że według przepowiedni jego obecność pod murami Troi jest konieczna by miasto upadło, Grecy wysyłają po niego Odyseusza, który ma go nakłonić do powrotu do tych, którzy go odtrącili.

Silverberg w bardzo umiejętny sposób przełożył tragedię Sofoklesa na język fantastyki naukowej nie tracąc przy tym głębokiej humanistycznej warstwy opowieści. Warto polecić, tym bardziej, że według wielu jest to jedna z najlepszych książek Silverberga. Co ciekawe została ona dosyć szybko, bo cztery lata po amerykańskiej edycji, wydana w Polsce, w serii Fantastyka-Przygoda wydawnictwa Iskry, w tłumaczeniu Zofii Kierszys, doczekując się następnie jeszcze kliku wydań w naszym kraju, na trwałe zapisując się w świadomości polskiego miłośnika literatury science fiction.



RE: Książki - OGPUEE - 25-02-2025

Raven Quest - jak obrazić kruka? Wedle tej książki nazwać go wroną. Znów proza o zwierzątkach i tym razem głównym gatunkiem jest kruk zwyczajny. Tym razem nie ma wielkiej podróży grupy zwierzaków z zniszczonego przez człowieków habitatu, a tylko jeden zwierz (młody kruk imieniem Tok), którego wrobiono w morderstwo piskląt i skazano na banicję. I może wrócić, jeśli wykona jakiś heroiczny czyn. I za radą nastoletniej wrony decyduje sprowadzić mistycznych Szarych Lordów, czyli po naszemu wilki.
 
Jako sympatyk krukowatych cenię, że Sharon Stewart uczyniła głównymi i pozytywnymi bohaterami te zwierzęta. Właściwie nie tyle kruki (no... może kilka czarnych owiec, jak główni źli) przedstawione jako honorowe i rodzinne, co też wrony. Te są jeszcze w lepszym świetle ukazane, bo są bardziej pokojowo nastawione i bez problemu przyjmują głównego bohatera. Jedna wronia nastolatka po uratowaniu przez Toka ze szponów puchacza zostaje jego groupie, a młody chce zostać jego Robinem. I generalnie nie są uprzedzone do kruków - bez wzajemności, bo kruki to taka arystokracja stosująca tytulaturę i dla nich wrony to chłopstwo godne pogardy. Wierzę, że w prawdziwym życiu tak kruki spostrzegają swych mniejszych kuzynów :).

Wzorem dobrej xenofiction przedstawiła krucze społeczeństwo tak jak można sobie wyobrazić w naturze. U kruków małżeństwo daje profity w postaci terytorium i innych przywilejów. I rodzina jest tu najwyższą wartością. Zresztą Stewart oparła się na badaniach jednego profesora z Vermont. Co do badań - książka jest z 2003 roku, a i tak jest bardziej zgodna naukowo niż większość późniejszych wilkocentrycznych utworów (np. Zakochany wilczek). Zaskakująco dla mnie autorka uwzględniła fakt, że wilcze watahy to grupy rodzinne, gdzie para alfa to starzy, a reszta to ich dzieci (tutaj plus jedna świekra). Jedyną w sumie niezgodność (albo może się mylę i musiałbym się douczyć) to, że rola lidera watahy jest dziedziczna i schedę przejmuje najstarszy syn/córka lub zięć/synowa i w watasze są dwa wilki z zewnątrz. Przy czym zwalam na celowe działanie autorki, by uniknąć dziur fabularnych, bo jak część wilków zdecydowała osiedlić na nowym bezwilczym terenie, to w ich paczce jest wspomniana wadera z zewnątrz (a potem dołącza Szósty Ranger), inaczej skazane byłyby na kazirodztwo.

Wpływ człowieka na przyrodę też jest wyczuwalny, ale bez nachalnej łopaty i kreskówkowych zbirów, a także wychodzący poza pudełko. Jest klasyczne niszczenie habitatu i zabijanie, ale jest równie dający do myślenia komentarz nt. różnic "kulturowych" między leśnymi a miejskimi zwierzętami. M.in. Tok spotyka miejskie kruki będące lewakami i bezbożnikami bez tradycji (chyba, że chodzi o rasizm wobec wron). Nachodzi refleksja, że synantropijne zwierzęta wcale tak lepiej nie mają od tych z terenów nieprzekształconych przez ludzi. Niby mają dobry dostęp do jedzenia, mniej zagrożeń i nikt nie strzela z ognistych patyków, ale się rozleniwiają i w innych warunkach miałby problem przetrwać.

I znów ludzie nie są źli per se i idzie to w niuanse. Książka daje im powody, dlaczego nie lubią wilków (bo te polują na ich żywy inwentarz i same wilki rozumieją, że źle robią) i reszta działań jest nieświadoma. Gdyż z kolei do krukowatych nic nie mają i te były tylko pośrednimi ofiarami ich działań. I kiedy Tok walnął w słup telegraficzny, dwunogi go wzięły na leczenie i obandażowali mu nogę. Pamiętam jak w liceum zajmowałem się kawką ze złamanym skrzydłem, mój kolega zastanawiał się co takie zwierzę musi myśleć jak człowiek się nim opiekuje zamiast go od razu zabić. Całe życie uczony, że ludzie to zagrożenie, a tu nagle karmią najlepszym jedzeniem. Podobny dylemat ma Tok, początkowo oskarżający ludzkich opiekunów o niecne zamiary. 
 
Co do reszty... Z zaciekawieniem się to czyta. Sporo się dzieje i jakby mieliby to ekranizować to lepszy byłby serial. A ostatnie rozdziały czyta się z napięciem. Payoff z villainami był słaby i na szybcika, jakby autorka chciała już to odbębnić. Nie mówiąc, że dostrzegłem nielogiczność względem poprzednich wydarzeń. Na początku wiarygodne pokazano, dlaczego wyrok sądowy został tak zasądzony (bo taki jest materiał dowodowy, plus nie każdy bierze za pewnik winę bohatera, jak jego matka, jego dziewczyna i stary mądrzec w stylu Obi-Wana). I wystarczy zrobić jakiś heroiczny uczynek i już zostaje się oczyszczonym z zarzutów, a oskarżyciela skazuje się za składanie fałszywych zeznań. Przydałoby się też dlaczego przy rzekomej zbrodni ojca Toka kort (określenie na kruczy sejm) łatwo zawierzył Grohowi - np. Groh miał lepszy status albo ojciec Toka podpadł wywrotowymi ideami np. życie w zgodzie z wronami. Mnie zaskoczyło, że dwaj główni antagoniści - kruczy Skaza i kruczy Rupert von Hentzau - działali niezależnie od siebie i spodziewałem się, że obaj zmówili, bo mieli ten sam cel. Albo że zawiążą sojusz.

Lewa strona się też zadowoli, ponieważ tym razem więcej jest postaci kobiecych w wiodących rolach, w tym najgłówniejszy z wilków (raczej najgłówniejsza), która nie jest jakąś typową dla YA buntowniczą nastką i chcącą coś udowodnić - to już dojrzała w pełni suka niekwestionująca doświadczenia innych. I jest jedna stara wadera udowadniająca, że mimo wieku jeszcze może pokazać zęby. Oczywiście muszą padać ofiary, bo literatura tego typu musi zawierać zgony. Ale mają uzasadnienie fabularne i mają dobry payoff, bo często to postacie, którym się kibicuje i zależy mi. Szczególnie zasmuciłem losem jednej postaci. Zarówno kruki jak i wilki mają osobne religie i Jahwe, jak i określenia na różne rzeczy (kruk nazywa samochód żukiem, a wilk warkotem). Także jest miniwgląd w wronią kulturę. Stewart subtelnie przedstawia lore zwierząt bez szkody dla akcji; mitologia i przysłowia ptaków/wilków są umieszczone jako cytaty pod tytułami rozdziałów. I trochę mnie śmieszy, iż dają fantasy-nazwy jak kora czy kort , a postacie nazywają się rodem z generatora imion krasnoludów, ale ich miejscówy nazwali najbardziej nudno jak się da - Krucze Góry czy Wzgórza Obfitości.

Ma nieco potknięć i kilka rzeczy fabularnych wymagałoby rozwinięcia lub innego kierunku, ale mimo to mogę polecić.

7/10


RE: Książki - Norton - 27-02-2025

W końcu mogę się do tego odnieść:

(20-03-2022, 19:46)BezcelowyAlbatros napisał(a): ..."Egipcjanina Sinuhe" Waltariego, do których bym tę książkę porównał, to Noahowi Gordonowi daleko...

Kolejny dowód na to, jak oczekiwania wpływają (przeważnie negatywnie) na odbiór dzieła. To wszak osobny temat i nie czas tu i miejsce na jego kontynuację (a i przecież w zasadzie wszystko na tle Medicusa wypada blado).

Skoro jednak doszło już do porównań (kilka punktów wspólnych by się w sumie znalazło), to do sedna: cudo Gordona wygrywa z książka Waitariego protagonistą. Rob bierze sprawy w swoje ręce, odbywa długą, interesującą podróż, będąc sam sobie sterem (żegłarzem & okrętem), a przy okazji zapoznajemy się z historycznym i społecznym tłem opowieści. W sercu historii jest jednak (medyczna) droga młodego Cole'a. Sinuhe zaś jest tylko pretekstem do przedstawienia polityczno-religijno-społecznego systemu starożytnego egiptu, wynikających z niego niesprawiedliwości, wpływu przypadku, kaprysu czy głupoty na losy jednostki (i tłuszczy). Przeważnie pozostaje w roli biernego obserwatora, czasem zaś możni używają go jako narzędzia w intrygach. Bywa też (żałośnie często) durniem (i doprowadza do śmierci innych), przez co trudno było mi się z nim zżyć. Na błędy młodości (Neferererererereerete, czy jak jej tam) można przymknąć oko, niestety facet u schyłku życia popełniał kolejne błędy. Pewnie jestem niesprawiedliwy, a Sinuhe (ze swoimi przejściami) miał być kimś w rodzaju marzyciela-oszołoma, płomykiem surowej moralności w kloace zepsucia. Rozumiem, acz zgrzytam zębiskami. Lubię, ale mogłem bardziej. Druga wada: tempo. Niby wraz z tytułowym lekarzem odwiedzamy kilka charakterystycznych miejscówek, w Egipcie dochodzi do wielu "przetasowań" na szczycie, a fabuła obejmuje ponad pół wieku, niemniej nie dzieje się aż tak dużo, by uzasadnić objętość powieści. Czasem napadało mnie znużenie, nie wszystkie wątki były równie ciekawe (choćby podboje Horemheba).

To rzekłszy przechodzę do zalet. Przede wszystkim więc język i jego stylizacja. Dzięki kunsztowi Fina monologi "rozpięte" na całą stronę czyta się z niekłamaną przyjemnością (tekst o mowie niczym brzęczenie much wszedł już do słownika wyrażeń nortonowych). Królem bajania oczywiście Kaptah, wspaniała postać. Doceniam również rozmach i głębię; sporo tu "mądrości", i nie chodzi mi tu o mędrkowanie dla mędrkowania, tylko autentycznie głębokie, wyważone refleksje (moc przekazu nigdy chyba nie osłabnie). Werdykt: dobra, może i bardzo dobra powieść, którą zapewne doceniłbym jeszcze mocniej, gdyby nie wisiał nad nią cień wielkiej góry (tzn. Medicusa). Dzięki za polecenie, Albatrosie.


RE: Książki - Norton - 08-03-2025

Skończyłem właśnie najgorszy wysryw książkopodobny w dziejach homo sapiens. Martyrologia jednostki, bombardowanie sadyzmem, powszechne gnojenie chłopaczka-narratora, ogólny rozkład moralny. Za toną opisów okrucieństw wszelakich rozciągająca się hen daleko pustka. Co wynika z epatowania zezwierzęceniem? Gówno. Gęste i głębokie, niczym kloka, do której zgraja bogobojnych, prymitywnych chłopów wrzuciła syneczka-odmieńca. Kompletnie bezwartościowy druczek zapełniający dobre 200 stron. Że niby w ekstremalnych warunkach wychodzą z nas brutalne zwierzęta, a ludzkie barbarzyństwo odziera czasem z resztek człowieczeństwa? Wielkie mi odkrycie. Obrzydliwa wydmuszka, autor zaś zdał mi się cynicznym mizantropem, a następnie (gdym się wczytał) okazał się również (między innymi) oszustem. To jedna z tych chwil, kiedy nie za bardzo czaję, jak to coś można doceniać. Nieironicznie i bez złośliwości, po prostu nie pojmuję. Tytuł i nazwisko pisarza pomijam dla zachowania dobrego smaku, przeca wiadomo, o co i o kogo chodzi.


RE: Książki - shamar - 08-03-2025

Powyższy post potwierdza tylką filozofię: czytac tylko to, co na 100% jest warte przeczytania. Albo przynajmniej coś, co mnie interesuje.


RE: Książki - Paszczak - 08-03-2025

Norton napisał(a):nazwisko pisarza pomijam dla zachowania dobrego smaku
Oy vey.


RE: Książki - OGPUEE - 08-03-2025

Początkowo chciałem się pytać o tytuł, ale szybko połączyłem kropki i to ta powieść o tym że zwierzęta hejtują malowanie się :). Co pewnie też jest jakimś niepopartym bulszitem, bo nawet osobniki leucystyczne są akceptowane. I mimo zmiany koloru rozpoznałyby swoich, chociażby po zapachu.

(08-03-2025, 21:49)Norton napisał(a): To jedna z tych chwil, kiedy nie za bardzo czaję, jak to coś można doceniać.
Czytałem, że jak ta pozycja wyszła, to spotkała się z krytyką i że co za turpistyczne gówno. Ale gdy autor powiedział, że to autobiografia (i oparta na oficjalnie największej tragedii w dziejach), to o panie! Jakie wspaniałe i w ogóle celnie uchwycony obraz ludzkości i to obowiązkowa lektura dla zapoznania tematu. I lata później wyszło, że autor ordynarnie kłamał.


RE: Książki - Phlogiston2 - 08-03-2025

Najbardziej komiczne jest to, że po całym festiwalu gwałtów, zbrodni i przemocy w okupowanej Polsce przybywaja krasnoarmiejcy....i od tamtej pory zero gwałtów i kradzieży :)


RE: Książki - Scheckley - 22-03-2025

[Obrazek: a91ef4d70e65e1cd5617d010b5da71654d641c7e...5f0d0e83c7]

Blake Crouch (ur. 1978) jest autorem całkiem udanych thrillerów science fiction, które częstoe goszczą na listach amerykańskich bestselerów. W Polsce jest znany głównie jako autor intrygującej trylogii o miasteczku Wayward Pines, która została zekranizowana swego czasu w formie serialu. „Mroczna materia” z 2016 r. jest jego kolejną powieścią, która zyskała drugie życie na srebrnym ekranie – w zeszłym roku Apple TV+ wypuściło (podobno całkiem dobrą) miniserię na podstawie powieści, a w głównych rolach wystąpili Joel Edgerton oraz Jennifer Connelly.

Początek ksiązki wygląda tak: Jason Dessen, były naukowiec specjalizujący się w mechanice kwantowej, jest profesorem fizyki na studiach, który mieszka w Chicago ze swoją żoną Danielą i synem Charliem. Pewnego dnia Jason zostaje porwany i odurzony przez tajemniczą zamaskowaną postać. Gdy budzi się w laboratorium naukowym i wychodzi z metalowego sześcianu, odkrywa, że znajduje się w alternatywnym Chicago, gdzie piętnaście lat wcześniej postanowił nie poślubić Danieli i zamiast tego kontynuował karierę fizyka. W tym świecie zbudował sześcian, który umożliwia poruszanie się między niezliczonymi światami stworzonymi z każdego możliwego wyniku każdego zdarzenia…

Brzmi znajomo? Cóż koncepcja alternatywnych rzeczywistości była rozwijana w dziełach popkultury już wielokrotnie. Mi osobiście z głowy przychodzą chociażby dwa tasiemce sf - „Quantum Leap” czy „Sliders”. Crouch nie tworzy więc tutaj czegoś oryginalnego, ale wykorzystuje istniejący koncept do stworzenia szkieletu intrygi, w którą zamieszany jest Deesen. Jeden z czytelników napisał w sieci, że Crouch robi w powieści dla science fiction to co Stephen King dla horroru. Moim zdaniem, jest w tym komentarzu sporo prawdy, Motywacje bohaterów są bowiem czysto obyczajowe – chęć powrotu do rodziny, zmiany niektórych decyzji życiowych itp. Nie należy się jednak oszukiwać - na lepsze czy gorsze Crouch to nie King. Akcja prze wartko i nie zwalnia tempa, a książka to idealny akcyjniak na jesienny wieczór.

W sumie lektura skłoniła mnie do tego czym ta powieść różni się od typowego sci-fi. Według mnie chodzi tutaj głównie o rozłożenie akcentów. U takiego Grega Beara czy Isaaca Asimova głównym bohaterem książki byłaby sama idea wieloświata i konsekwencji wynalazku Jasona. U Croucha technologia opracowana przez Deesena to w gruncie rzecz gdzieś w tle, gdzie na pierwszym miejscu jest nadal człowiek i jego rozterki. Ma to swoje zalety (chociażby większa przystępność dla zwykłego czytelnika), ale też i wady (niewykorzystanie do końca kapitalnego pomysłu). Niemniej autor chciał napisać po prostu thriller z oryginalną fabułą gdzie (lekki spoiler) powiedzenie, że sami jesteśmy swoim największym wrogiem, zyskuje posmak niepokojącej realności.

Ogólnie dobre 7 na 10.



RE: Książki - zombie001 - 23-03-2025

Pytanko mam, bo z FB Albatrosa niewiele wyniosłem, a może ktoś jest tutaj na bieżąco z wiedzą :D

Widziałem, że jakiś czas temu Albatros wydał "Mroczną wieżę" Kinga w nowych wydaniach. No niezbyt mnie - delikatnie to ujmując - przekonują.
Orientuje się ktoś, czy tomy z poprzedniego, twardookładkowego wydania będą dodrukowane? Czy może Albatros zwinie to wydanie z rynku? Ostatnio coś mnie tknęło na uzupełnienie kilku pozycji Kinga i pomyślałem o zakupie tej serii, ale brakuje w sklepach tomu I.


RE: Książki - Mefisto - 12-04-2025

[Obrazek: m%25C3%25B3j+ch%25C5%2582opiec.jpg]

Na co dzień raczej nie czytam tego typu rzeczy, ale tę mogę gorąco polecić. Bardzo fajny zapis eskapady sprzed blisko stu lat. Fantastyczna kapsuła czasu, bo było to w zupełnie innym świecie, kiedy Wilno było polskie, a na mapie próżno było szukać fałszywego państwa izrael, a więc i Bliski Wschód nie był taką mordownią jak obecnie, jak również gros Azji pozostawało wciąż pod wpływem brytyjskim i francuskim. Nie znaczy to bynajmniej, że nasi bohaterowie byli bezpieczni przez cały czas, niemniej nie mieli takich nieprzyjemności jak ich współcześni naśladowcy. Poza tym całość jest naprawdę świetnie napisana - sam język, konstruowanie zdań i opisywania spotkanego na swojej drodze świata oraz wyrażania emocji słowem potrafi ująć. Zdecydowanie czuć tu zarówno talent, jak i przepaść kultury i edukacji dwudziestolecia międzywojennego a tym obecnym. Kolejnym bonusem są słówka i stwierdzenia, które dziś są na wymarciu albo w ogóle nie obecne. Dodatkowo jest to, jakby nie patrzeć, dziennik, więc rozdziały są na tyle krótkie i wciągające, że jest to idealna lektura "z doskoku". Normalnie całość do wchłonięcia w jeden dzień, góra dwa, ale z uwagi na powyższe, racjonowałem sobie tę przygodę jak najdłużej, przez co dała mi dużo przyjemności. Materiały dodatkowe także bardzo fajne, nawet jeśli wraz z posłowiem przychodzi pewien smutek po poznaniu późniejszych losów tej pary. Duży kciuk w górę.


RE: Książki - Scheckley - 04-05-2025

[Obrazek: 652992d89fbfa864737dde64cb2c60e0c1fdd9fd...5f0d0e83c7]

„Statek widmo” ([b]"The Phantom Ship"[/b]) Fredericka Marryata z 1839 r. to książka łącząca w sobie między innymi powieść marynistyczną oraz gotycką powieść grozy, przy czym robi to hmm… nieco gorzej niż się spodziewałem.

Tytułem wstępu należy wskazać, że autor powieści - Frederick Marryat (1792-1848), był zasłużonym oficerem Royal Navy, odpowiedzialnym między innymi za opracowanie systemu znaków w żegludze, będącego pierwowzorem obecnego międzynarodowego kodu sygnałowego. Po zakończeniu swojej żeglarskiej kariery Marryat świetnie odnalazł się w londyńskim światku literackim pierwszej połowy XIX wieku, zapoczątkowując w praktyce swoją autobiograficzna powieścią „The Naval Officer, or Scenes in the Life and Adventures of Frank Mildmay” nurt marynistyczny w literaturze popularnej.

W „Statku widmo” autor wziął na warsztat legendę Latającego Holendra – wywodzącą się z XVII wieku opowieść o przeklętym statku i jego załodze, który przez bluźnierstwa kapitana Hendrika Van der Deckena został skazany na wieczne tułanie się po morzach i oceanach, zaś jego widok niechybnie przynosi nieszczęście.

Umiejscowiona w XVII wieku powieść opowiada losy syna pechowego dowódcy - Filipa Vanderdeckena (tak zapisał te nazwisko Marryat), który usiłuje zdjąć ciążąca na jego ojcu klątwę. Nie zagłębiając się zbytnio w fabułę, mogę napisać, że przygody Filipa dosyć szybko nabierają charakteru melodramatycznego romansu przeplatanego od czasu do czasu kolejnymi katastrofami morskimi poprzedzonymi ukazaniem się przeklętego statku. Miłość życia Filipa, córka skąpego lekarza Pootsa, piękna Amina staje się niemal równorzędną postacią książki a końcowy los ich targanej przeciwnościami miłości był jak dla mnie szokujący. Niemniej przyznam szczerze, jakkolwiek książka ma w sobie sporo dobrych fragmentów, nie do końca rezonują one w sprawiającym wrażenie wymuszonego finale. Same zaś zawarte w rozdziałach opowieści niezbyt składają się w spójną całość, co być może jest wynikiem tego, że książka ukazywała się pierwotnie jako powieść w odcinkach na łamach magazynu „The New Monthly Magazine” w latach 1837-1839. Marryat dał czytelnikowi w gruncie rzeczy zbiór historii z wiodącym motywem Latającego Holendra, który jednakże gdzieś w dwóch trzecich powieści znika, by pojawić się dopiero na kilku ostatnich stronach (co ciekawe pod sam koniec otrzymujemy ni mniej ni więcej opowieść o… wilkołakach).

W ostateczności trudno uznać mi „Statek widmo” za powieść udaną, a bardziej literacki kocioł, gdzie uświadczymy nieco powieści przygodowej, marynistycznej, melodramatu a nawet krytyki wczesnego kapitalizmu czy antykatolickiego pamfletu, nie otrzymując przy tym spójnej narracji. Rafał Nawrocki w posłowiu dwoi się i troi by nadać książce większą wagę niż ma ona w istocie, niemniej nie zmieniło mi to jej końcowej oceny.

6 na 10, pozycja dla zagorzałych fanów literatury gotyckiej.



RE: Książki - JohnnyCash - 05-05-2025

(04-05-2025, 17:20)Scheckley napisał(a):
co ciekawe pod sam koniec otrzymujemy ni mniej ni więcej opowieść o… wilkołakach.
Czytałem tę książkę w wakacje 1986 (wtedy wydana była jako "Okręt widmo"). Potężnie zryła mi banię, zwłaszcza sceny inkwizycyjne i właśnie wspomniana historia z gór Harzu. Chyba nigdy wcześniej ani potem nic mnie tak literacko nie przestraszyło.
Kupiłem nowe wydanie ale... boję się wracać :)


RE: Książki - Scheckley - 05-05-2025

No te oddzielne element są same w sobie świetne, ale ich połączenie trzeszczy w szwach. BTW koniec wiernego towarzysza bohatera jest mistrzowski - ni z gruchy ni z piteruchy po wyjawieniu mrocznej historii swojej rodziny facet ginie porwany przez tygrysa. Aż parsknąłem śmiechem.


RE: Książki - OGPUEE - 13-05-2025

Lis i pies - jak mam fazę na czytanie książek o zwierzętach to zdecydowałem poczytać książkowy pierwowzór animacji Walt Disney Productions. I ja pierdolę. Słyszałem, że oryginał jest ciężki. Nie wiem, kto wpadł w Disneyu by akurat TĄ książkę adaptować. To bardziej materiał dla Martina Rosena niż Walta Disneya i jego następców (inna sprawa, że sama ekranizacja wciąż jest mroczna i depresyjna i oryginalnie nowa gwardia była za dużo mniej familijnym kierunkiem).

A fabuła jest też inna. Tod i Miedziak bynajmniej się nie zaprzyjaźnią, a nawet nie mają większej interakcji. Właścicielką Toda nie jest jakaś babunia, a myśliwy który wymordował mu matkę i rodzeństwo. Pierwszą partnerką Toda jest lisia Minclowa, która nim pomiata. Generalnie powieść (a zwłaszcza ostatnie rozdziały) sprawia wrażenie, jakby napisał ją Smarzowski. Tytułowe psowate to dwa antypatyczne sierściuchy. Toda raduje zabijanie słabszych (no dobra, trochę ma sympatii dla młodych lisów), nabija się z psów myśliwskich, a jednego celowo prowadzi pod pociąg. A Miedziak z kolei cieszy się ze śmierci owego psa, ponieważ był o niego zazdrosny od samego początku. Z kolei właściciel Miedziaka, myśliwy jest tu najsympatyczniejszą postacią. Krytyka urbanizacji, który wpływa negatywnie na wszystkich. Lisy zmieniają się w ćpunów z Los Angeles i się demoralizują seksualnie. Zaś w tle rozgrywa dramat starego samotnego człowieka, który traci wszystko.

Widać, że autor sporo zrobił dokumentacji. Napomyka, że lis jest w takim samym stopniu jaroszem co mięsiarzem, choć hodowca kur nie dałby się przekonać. I w posłowiu pisze, że użył wobec niedolisków "pup" zamiast z łowieckiego "cub", bo lis to praktycznie pies, a nie miś. A też nie wygładza, bo opisuje bardzo naturalistycznie zachowania zwierząt nie unikając tych gorszących szczegółów, jak lisy obwąchują odbytnice czy rosnące im jaja podczas rui. Odnośnie tego, w polowaniu na niedźwiedzia Miedziak wbija się zębami w jajca :D. Zgrabnie jest też wpleciona krytyka urbanizacji, jak i niektórych aspektów kontroli zwierząt. Zwłaszcza rozdział o trutkach dość horrorowy i kończący się jak w starym brytyjskim ogłoszeniu społecznym. Jest parę przekleństw jak "damned" czy "son of a bitch" (książka z lat 60.). Niestety, przy formie można się odbić. Zwierzętom nie są włożone w dialogi i towarzyszy im jedynie narracja jak w dokumencie przyrodniczym (a autor jako przyrodnik-amator za cel wziął jak największy naturalizm). I trzeba nastawić się na duże ilości tekstu. Szczególnie, że jakikolwiek dialog pojawił się tylko w bodaj pierwszym rozdziale, a reszta książki to praktycznie opis opisem poganiający. i ciężko mi się czytało, mimo że książka krótka.

Choć bardzo cenię disneyowską ekranizację, chciałbym ujrzeć wierną adaptację filmową. Mimo że po tym poszedłbym po depresanty.


Zwierzęta z Zielonego Lasu - okazuje się, że na archive.org znajduje się książkowy oryginał, który nigdy nie miał polskiego wydania (co mnie dziwi, bo serial cieszył u nas renomą). Pierwszy sezon adaptuje pierwszą książkę z serii. Lepiej się czyta, bo są dialogi. Rozczarowanie nieco, bo sądziłem z automatu że oryginał będzie lepszy.

Czuć, że od początku była pisana jako powieść dla mniejszych dzieci, bo np. zwierzęta wyrażają ludzką ekspresje (coś co dobrzy autorzy w tego typu literaturze unikają) i więcej jest antropomorfizacji. Używają ludzkich nazw miesięcy, nie ma wymyślnych fantasy-rzeczowników jak u Richarda Adamsa i bohaterowie mają proste imiona - np. żmija ma na imię "Żmija". Słyszałem, że zwierzęta nazywają się tak jak ich gatunek, ponieważ autorowi nie chciało się wymyślać imion :D. I jak na dzikie zwierzęta mają sporo wiedzy nt. ludzkiej kultury i znają legendę o potworze z Loch Ness (ale dzierzba to już wielka tajemnica i jest nazywana jedynie "ptak-rzeźnik"). I mniej przywiązał uwagę do faktów przyrodniczych - trochę mnie rozbraja jak zwyczajowo pustułkę określa się "jastrzębiem" (gdy jest to sokół) xD. W jednym momencie jakaś Anglograżyna mówi na Pustułkę na "jastrząb", ale narrator (więc w domyśle Colin Dann) raczej jest mądrzejszy.

Postacie są płaskie - Lis i reszta koliderów tak samo stoiccy i ogarnięci. Trochę charakteru ma Borsuk będący nieco dupą wołową. I może Kret z Żmiją. Reszta to tło bez pogłębionej osobowości, a nawet śmierci nie robią większego wrażenia. Widać to po bażantach robiących za tło, gdy przynajmniej serial to rozwinął (robiąc z samca bażanta znęcającego się nad żoną). I wszyscy są dobrzy do bólu z wyjątkiem Żmii jako antysocjala bez kolegów. Relacje są jednostajne - wszyscy od razu składają przysięgę o nieagresji i akceptują przywództwo Lisa. W adaptacji było ciekawiej - przysięga była brana pod uwagę dopiero, gdy Zając wytknął Borsukowi, że jego chyba pokiełbasiło żeby roślinożercy wspólnie będą szli z ich potencjalnymi mordercami (a wcześniej Lis i Łasica sugerują, że borsuk zna wszystkich mieszkańców lasu, bo na nich poluje). I średnio są zadowolone, że jakiś rudy śmierdziel będzie ich wodzem (i Sowa konspirowała przeciw Lisowi i Borsukowi). A Lis nielepszy - wpierw był oportunistycznym cwaniakiem czekającym na okazję by się nażreć, dopóki Lisica go nie naprostowała. Drużyna też była mniej zgrana. Więcej. Lisica od razu chce iść w ślinę z Lisem, gdy w animacji początkowo odrzuciła propozycję małżeństwa, zauważając że za krótko zna Lisa (mądra sunia).

I jako, że to powieść z lat dawnych (dokładnie 1979 rok), jest tu silny sausage-feast i wiele postaci na potrzeby serialu zmieniono płeć. Partnerka Zająca stanowi tło, podobnie rodzina Królika. Ale sama historia jest w porządku (i polepsza się w drugiej połowie), jest tu stawka, a choć to lekka powieść, nie ma głaskania po głowach - m.in. jest ta najbardziej brutalna śmierć (dzierzba cosplayjąca Vlada Palownika), a przejście przez pole spryskane chemią to horror. I jednak pamięta, że zwierzątka wzajemnie się zjadają. Też nie jedzie mocno na schematach, bo Żmija później dokonuje najbardziej heroicznego uczynku w książce. A napotkany przez Lisa słowik, choć ładnie śpiewa, jest bucem i rasistą. Gdy gawrony są przyjazne. Też Dann pamięta, że krukowate to ptaki śpiewające, bo gawrony raczą tytułowe zwierzęta śpiewem. A Puszczyk olał ptasią drobnicę (śpiewające i gołębie) do wezwania na zgromadzenie, bo w jego opinii są właściwie udomowione i nie są prawdziwymi dzikimi zwierzętami :). I autor dość logicznie stwierdza, że taka migracja jest niecodzienna. Np. strażak wskazuje kumplom, że nad bagnami jest "całe zoo".

Przesłanie mocno pro-ekologicznie, ale Dann fajnie podnosi kwestię często olewaną w utworach o ochronie środowiska, nawet tych najnowszych - otóż nie wszyscy ludzie są źli i choć nie dają się zrozumieć, to też zależy na kogo trafi. Lis słysząc opowieści z dzieciństwa reaguje na polowania z naganką ze zgrozą, a Lisica traktuje je jako normalny akt natury. I autor podkreśla, iż cel wyprawy - rezerwat - założyli ludzie właśnie. I dzikie zwierzęta zdają się bardziej obiektywne w ocenie ludzi niż te udomowione. Mają parę osobistych refleksji nt. stosunku ludzi do zwierząt. Dwie rzeczy ku memu zdziwieniu spłycił serial - kiedy w konfrontacji z wiejskim burkiem Lis mówi, że nigdy nie jadł kur z farmy i zostawia burka z refleksją. A potem Lis rozmawia z koniem używanym do myślistwa, który zgadza się że to okrutna forma zabijania. I jak animacja nadała postaciom głębię, tak Łasica (tutaj łasic) została najbardziej wkurwiającą postacią.

Książka nie jest jakaś zła, ale nie wykorzystuje swego potencjału, co dopiero zrobiła animacja. No i widać, że Dann miał dobre chęci i spełnił swój cel, zwracając uwagę na ekologiczne przesłanie. Swoją drogą Bambi jest odsączany od czci i wiary, że infantylny i nierealistycznie przedstawia stosunki przyrodnicze. A w sumie Zwierzęta z Zielonego Lasu (książkowe jak i rysunkowe) są jeszcze gorsze, jak się tak głębiej zastanowi. Przecież zwierzęta nie założyłyby jakiejś przysięgi międzygatunkowej i realistycznie rzecz biorąc do Rezerwatu dotarliby tylko Lis i Borsuk, bo resztę kompanów dawno by osobiście zeżarli :).