![]() |
|
Książki - Wersja do druku +- Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe (https://forumkmf.pl) +-- Dział: Działy tematyczne (https://forumkmf.pl/Forum-Dzia%C5%82y-tematyczne--5) +--- Dział: Książki (https://forumkmf.pl/Forum-Ksi%C4%85%C5%BCki--38) +--- Wątek: Książki (/Thread-Ksi%C4%85%C5%BCki--70) Strony:
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57
58
59
60
61
62
63
64
65
66
67
68
69
70
71
72
73
74
75
76
77
78
79
80
81
82
83
84
85
86
87
88
89
90
91
92
93
94
95
96
97
98
99
100
101
102
103
104
105
106
107
108
109
110
111
112
|
RE: Książki - Norton - 16-05-2025 Teraz z kolei mogę odnieść się do tego: (20-03-2022, 19:46)BezcelowyAlbatros napisał(a): ...do cyklu o Kingsbridge Kena Folletta, czy "Egipcjanina Sinuhe" Waltariego, do których bym tę książkę porównał, to Noahowi Gordonowi daleko... To nie jest żadna złośliwość, przekora czy rozpaczliwa chęć postawienia na swoim (tym bardziej, że książkę Folletta miałem na liście już od dawna i tak czy siak bym przeczytał), po prostu z trójki: Medicus, Egipcjanin i Filary najsłabsza jest pozycja numer trzy. To wciąż dobra (momentami bardzo dobra) powieść, ale nie wybaczę autorowi dziecinnych wręcz uproszczeń. Od pewnego momentu fabuła sprowadza się do prostej formuły: dobry przeor, budowniczy i jego lasia kontra wredne, wstrętne, spiskujące dranie. Młody Hamleigh jest wręcz karykaturalny: wcielone zło, zero pozytywnych cech, miłośnik okrucieństwa, staje mu tylko wtedy, gdy gwałci. No kurna. Szkoda, że druga połowa powieści to w zasadzie wyłącznie wymiana pingpongowa, przeciąganie liny między siłami dobra i zła. Liczyłem na coś bardziej złożonego i treściwego (zwłaszcza po bardzo dobrej, hehe, podbudowie). 4/6 w skali szkolnej. Zapewne oleję kontynuację. Jest jeszcze serial z panem aktorem Ianem, no ale opinie raczej umiarkowane, więc chyba na Filarach skończę z twórczością Folletta. RE: Książki - Dr Strangelove - 16-05-2025 (05-05-2025, 10:09)JohnnyCash napisał(a):No to mieliśmy dokładnie to samo doświadczenie :)(04-05-2025, 17:20)Scheckley napisał(a):Czytałem tę książkę w wakacje 1986 (wtedy wydana była jako "Okręt widmo"). Potężnie zryła mi banię, zwłaszcza sceny inkwizycyjne i właśnie wspomniana historia z gór Harzu. Chyba nigdy wcześniej ani potem nic mnie tak literacko nie przestraszyło. Roku dokładnie nie pamiętam, ale to mniej więcej był ten czas. Bardzo mgliście, ale pamiętam że to była jedna z tych książek, która mnie naprawdę wystraszyła. Pewnie ze względu na wiek. RE: Książki - OGPUEE - 16-05-2025 Sądziłem, że kolejnego posta wrzucę poźniej, ale w praktyce obie książki które teraz przeczytałem są krótkie, więc dajem teraz: Wierny Rusłan - o psie, który warował przy łagrze, a po jego likwidacji nie co ze sobą począć, bo zostało mu zboczenie zawodowe. A właściwie wyprana mózgownica, bo Rusłana i część jego kamratów tak silnie wytresowano, że są gotowi traktować przyjezdnych robotników jako zbiegów, a także brak im wyobraźni. Wierności nie można im odmówić - Rusłana obrzydza, że największy przechuj z psów stróżujących merda ogonem u jakiegoś wioskowego chłystka. Nawet nie spojrzy na okoliczne suki, które chcą z nim spółkować bo taki przystojny. To na swój przykre, bo jakoś podświadomie Rusłan czuje, że coś jest nie tak i z tego zdaje sprawę zbyt późno. A jeszcze to przykre, bo w obozie psy traktowano relatywnie dobrze - zaskakująco jak na tego typu literaturę jest sporo sympatii wobec czworonogów i nie ma zbędnego okrucieństwa. Były opiekun zamierza nauczyć Rusłana moresu w kawiarni, to wszyscy zgromadzeni łącznie z bufetową zaczynają zrzędzić, "że panie, co męczysz biednego psa" - powieść dziejąca w latach 60., ale mentalność ta sama :). A psi instruktor uważa, że Radzianie są najlepsi w kynologii, bo traktują psy z miłością i szacunkiem. Lecz wciąż jest ta dawna mroczna strona - np. kiedy instruktorzy uznają szczenięce rodzeństwa Rusłana za nieodpowiednie, nakazują je utopić. I nie jest tak, że wszystkie psy są takie same. Jeden - Dżulbars jest zbyt służbisty, gdy Ingus, uważany za niesamowitego przez ludzi, to pozer i bumelant, któremu nie zależy na przodownictwie. Ładnie można to odnieść do mentalności ludzkiej. Też zarysowano postacie ludzkie - Wycieruch chlejący na umór i wspominając dawne czasy stolarza czy Stiura będąca gospodynią, która nie daje w kaszę dmuchać. Niezłe to. No i dość zgrabne opowiedzenie o manipulacjach systemu i zrobieniu z siebie marionetki. Bambi: Opowieść leśna - obejrzałem wszelkie możliwe ekranizacje filmowe, jakie znam. Ale ciekawy byłem samej powieści. Wcześniej też poczytałem informacji na ten temat i spodziewałem jakiegoś horroru, bo Salten pisał dla dorosłych i nalegał, by nie kwalifikować jako powieści dla dzieci. Cóż, jest na tyle przystępna, że można dać do poczytania młodszym. Nawet jest motyw, jak matka zbywa Bambiego zadającego problematyczne pytania, mówiąc że jest za mały. Mniej idylliczna natura, bo zwierzęta są dla siebie dupkami. Przyjaciel Zając, czyli pierwowzór Tuptusia, jak zostaje uratowany, to odbiega bez słowa "dziękuję" albo "poliż mnie w dupę". A jeleni też lepiej unikać. Podczas godów Bambi jest tak zdeterminowany, że jest gotów zabijać konkurentów, nawet tych którzy byli dla niego serdeczni*. Jednakże mimo chłodnej neutralności, zwierzęta żyją w zgodzie i najgorszy jest ON (tj. człowiek rozumny, nie ten LGBDiabeł z Atomówek). Bodaj to pierwszy utwór xenofiction, gdzie przedstawiono homo sapiens jako cthulhu. Salten daje dość niepokojący opis człowieka jako nienaturalnej istoty, niemalże kosmity i odczuwa się te przerażenie zwierząt, które widzą w nim niezniszczalną i superinteligetną istotę. I jak po latach się okazuje się, że ten strach przed NIMI jest całkowicie zgodny z badaniami naukowymi. I przesłaniem Bambiego jest, że jednak ta natura jest lepsza bez człowieka. Co ciekawe - Felix Salten sam był zapalonym myśliwym (ja tam umiem rozdzielać dzieło od twórcy). I też mniej szablonowo podchodzi do ukazania gatunków. Jeleniowate czy zającowate i wiewiórki są spoko, ale kraski to dresy i głupki, a zimorodki to mruki. Za to wrony i sroki są ukazane jako jedne z najsympatyczniejszych zwierząt ostrzegających innych przed ludźmi (przypomnę, że powieść jest z czasów, gdy krukowate miały do dupy PR i mogły pomarzyć o okresie ochronnym), więc nie dziwi mnie promocja wrony jako jednego z głównych bohaterów w francuskiej ekranizacji. I Disney, mimo uproszczenia fabuły, też był całkiem wierny i jak u niego psy są znienawidzone i uważane za zdrajców i lizodupców. Całkiem też to ambitne i zmuszające do refleksji - np. matka Bambiego wspomina, że może nie wszyscy ludzi są źli. Z kolei brat Faliny zostaje odchowany przez człowieka i popada w drugą skrajność. Jest też to ponadczasowa, ponieważ działalność człowieka ogranicza do polowań, a te zawsze będą. A są teorie, że sarny w tym dziele to alegoria Żydów, ale w sumie nie odczuwa się tego i taki człek jak ja widzi w nich arystokrację, bo sarny są określani jako diukowie. Co potem puszczyk, gdy Bambi znika mu bez pożegnania, mówi z pogardą, że księciowie to wyniosłe ćwoki :). Z książnicy wypożyczyłem wydanie z lat 80., na którym ilustracjach Bambi jest wiecznie smutny (cóż, sarny jako zwierzę łowne mają przesrane). Jak dowiedziałem, że nadal obowiązuje tłumaczenie Tarnowskiego z lat 30. Nawet jakieś nowsze wydanie dało wstęp, że tłumaczenie pochodzi z dawnych lat i trzeba się przygotować. Moim zdaniem nic w nim nie ma zdrożnego, a sam przekład jeszcze długo wytrzyma próbę czasu. A też jest świadectwem czasów, bo na młode saren mówi się "sarnięcie" (gdy bardziej weszło "koźlak") i do czasowników dają końcówkę "-że". Zdecydowanie warto, a też adaptacje nic nie tracą. * Babcia chrześnicy miała dwa koguty będące braćmi, które razem się chowały i były zżyte, aż w końcu jeden zabił drugiego. Jak możecie domyśleć, poszło o kobietę. RE: Książki - Kluski - 16-05-2025 (16-05-2025, 17:19)Dr Strangelove napisał(a):(05-05-2025, 10:09)JohnnyCash napisał(a):No to mieliśmy dokładnie to samo doświadczenie :)(04-05-2025, 17:20)Scheckley napisał(a):Czytałem tę książkę w wakacje 1986 (wtedy wydana była jako "Okręt widmo"). Potężnie zryła mi banię, zwłaszcza sceny inkwizycyjne i właśnie wspomniana historia z gór Harzu. Chyba nigdy wcześniej ani potem nic mnie tak literacko nie przestraszyło. Plus jeszcze ta okładka:
RE: Książki - Dr Strangelove - 16-05-2025 To na pewno to. Z treści prawie już nic nie pamiętam, ale to jedna z tych książek, które mnie naprawdę i solidnie wystraszyły :) Chyba faktycznie lepiej będzie nie wracać bo czar zapewne pryśnie. RE: Książki - OGPUEE - 25-05-2025 Po Frost Dancers sięgnąłem po dwie wcześniejsze książki Garry'ego Kilworth dziejące się w tym samym uniwersum: Hunter's Moon: A Story of Foxes - tutaj Kilworth na tapetę wziął lisy. Pierwsza i najlepiej oceniana z trylogii. A jak ja oceniam? Świetnie zbudowany świat przedstawiony i mitologia/kultura lisów. Np. Lisy są anarchistami i indywidualistami, dlatego nie dali się wytłuc jak wilki prowadzone przez swych dowódców w idiotycznych powstaniach. A z kolei dla nich słowo "kita" to jakiś n-word. Jak dla mnie to chyba będzie złoty standard lisiej kultury w literaturze xenofiction. I też wyjaśnia skąd pojawiły mityczne stwory - ano wedle legend ludzki awatar mający podbić świat miał tworzyć repliki zwierząt, a w efekcie powstały jednorożce, gryfy i inne parodie zwierząt. Historia? Zdecydowanie obyczajówka i zbiór różnych przygód głównych bohaterów. Trochę też nieco gritty reboot Fantastycznego pana Lisa i Liska Pablo. Także mocno rozciągnięte i niekiedy dialogi zbyt długie. Jak w Frost Dancers najciekawsze jest zderzenie kulturowe. Głównym wątkiem jest związek brytyjskiej lisicy (głównej bohaterki) z amerykańskim lisem, który ma inne spojrzenie na ludzi (jako że w Ameryce inaczej traktują lisy niż w Europie), a także jako podmiejski zwierz nie widzi nic w złego w padlinożerstwie jako formie zdobywania żarła. A brytyjskie lisy mają inny system wartości - np. to mężowie przyjmują nazwiska swych żon i on uważa, że to debilna tradycja. Dodatkowo jako "światowiec" i mieszkaniec zoo wie więcej o otaczającym i nawet brytyjskie psy i lisy nie wiedzą co to lew czy słoń (bo skąd niby?). I dziwi go, że w UK nie ma kojotów i szopów. Jak w Frost Dancers autor krytykuje pewne formy polowania, tutaj par force. Ale podszedł dość nieszablonowo - nie tyle skupia się na cierpieniu dzikiej zwierzyny, co na losie psów gończych. Główny foxhound, Breaker, po przejściu na "emeryturę" kończy jako uwiązany przy budzie głodujący burek. Też foxhoundy nic nie mają do lisów na poziomie personalnym. Niby Breaker mówi, że zabijałby lisy przy pierwszej okazji, ale gdy przychodzi co do czego, to okazuje się ich sprzymierzeńcem w walce z głównym złym. A tym jest pies stróżujący rasy rhodesian ridgeback, w sumie strona neutralna w konflikcie lisy-polowania. Autor podkreśla też, że nie wszyscy ludzie są źli np. przypadkowi przechodnie pomagają rannemu lisowi, zawożąc go do weterynarza. Generalnie to zapis czasów (utwór z 1989 r.) - zwraca się na coraz większy protest wobec polowań, odbywa u ludzi zmiana światopoglądowa, a lisy w UK zaczęły się urbanizować. Mnie zaskoczyło, że wtedy zaczęła się telemetria w badaniach zwierząt (co potwierdza monografia lisa, z której Kilworth korzystał). Ma za to zajebistego villaina. Rhodesian to skończony psychopata budzący u wszystkich szczere przerażenie i rozdziały budza w czytelniku grozę i kibicowanie bohaterom. A z praktyki wiem, iż rhodesiany to groźne kreatury - szczekną znienacka przyprawiając o ryzyko zawału lub zniszczą słuchawki za kilka baniek. W dodatku dziad jest rasistą, z pogardą patrzącym się na inne psy (zwłaszcza na te polujące na lisy). Nawet nazywa bernardynkę Betsy zdzirą, której odjebuje gdyż pewnie nie ruchała :). Jakby powstała wierna ekranizacja, to spokojnie znalazłby się w temacie "Lista złych Murzynów". Też dobry był rozdział, kiedy jeden z lisów idzie szkolić sie u jakiejś lisiej wiedźmy będącej odpowiednikiem tej czarownicy z Conana Barbarzyńcy. No i ze wszystkich trzech pozycji najlepiej są rozwinięci bohaterowie z racji ich małej ilości i też dobrze rozporządzonego czasu... kartkowego. Definitywna proza o dzikich lisach i nie dziwię dobrym ocenom, choć wciaż u mnie na podium jest Frost Dancers. 8/10 Midnight's Sun: A Story of Wolves - chyba to pierwszy utwór literacki w XX wieku, gdzie wilk szary jest w pełni pozytywną postacią. We wstępie Kilworth wspomina, że najwyższy czas zrobić dobrego PR-u wilkom. I wziął to do serca, bo w głównej watasze są jako tako serdeczne stosunki, a nawet antagonista ma uzasadnione powody swojej niechęci do głównego bohatera, która z czasem przeradza się w szacunek. A powodem wyrzucenia głównego bohatera z watahy jest błędnie zinterpretowanej jego napadów padaczki jako opętania. Bucho w poprzednim wcieleniu był wilkiem, bo wedle tej książki wilki nienawidzą okultyzmu, kabały i innych mistycznych lisich mambo-jambo :). I działa u nich inkwizycja karząca za ćpanie magią. I też znowu nie rozumieją działań człowieka. Kiedy naukowcy łapią go do badań, to dziwi się, czemu go nie zabili o razu i wnioskuje, że zostanie złożony w rytualne. Też reaguje nerwowo, kiedy dostaje zastrzyk w dupsko. Zdecydowanie najsłabsza z trylogii. Fabuła stara wciskać trzy wątki, które mogły być odrębnymi powieściami. Kwestia choroby Athaby jest w sumie nierozwiązana. Najlepsza jest część środkowa będąca wilczym Piekłem na Pacyfiku i widać interesujące zderzenie gatunkowe. Motyw relacji międzykulturowej, typowy dla Kilwortha, wypada tu słabo: wilk algonkiński i polarny różnią się tylko kolorem sierści i nawet się tolerują (a główna postać kobieca sprowadza się do roli obiektu miłosnego). Trzeci wątek nieświadomie utrwala negatywny wizerunek wilków, bo antagonista po tym jak ludzie wytłukli jego watahę z samolotu, zbiera inne wilki i te mordują każdego napotkanego człowieka. Ja bym inaczej zrobiłbym, bo nawet wtedy (i dzisiaj) niesprowokowany atak wilka na człowieka to był margines błędu i szybciej człowiek zginie z ręki z innego człowieka (relacje z zakłamanej Rosji i pamiętniki z czasów, gdy wierzono w wampiry nie liczą się jako wiarygodne źródła). I jeśli tamten dynks się weźmie jako licenca poetica (i trza przyznać, że zwraca się na konsekwencje), z tą książką jest ten problem, że zawiera sporo przeinaczeń nt. wilczego behawioru. Przy czym nie można odmówić researchu autorowi, bo jak w przypadku Frost Dancers i Hunter's Moon korzystał z dostępnych badań naukowych, a i tak przyznał we wstępie, że na tym etapie mało wiemy o wilkach. No i na jego korzyść przemawia fakt, że sama książka jest z roku 1990, gdy jeszcze obowiązywał koncept alfy i omegi. Dziś nieco więcej wiemy, jak to że wilcze watahy to prostu rodzina, a nie plemienna zbieranina jak u niektórych gatunków czy że jeleniowate wolą już dać się zabić tym wilkom niż przebywać z człowiekiem. I wszyscy w watasze są równo traktowani, gdy w Midnight's Sun panuje hierarchiczna, więzienna atmosfera, zaś wadera karze nieposłuszne szczenię I pewnie Kilworth nie miałby nic przeciwko, bo mimo to dalej ma dobre przesłanie przyrodnicze, zmusza do refleksji - zwraca uwagę na hipokryzję ludzi, że czepiają sposobu zabijania ofiar przez wilki, a przymykają oczy na kotowate i inne drapieżniki. Wilki rozpoznają poziom zagrożenia ludzi, np. nie krytykują traperów, którzy żyją ze skórowania, czy mieszkańców ludzkich osad broniących swego dobytku. I z głową krytykuje pewne aspekty polowania. W dwóch poprzednich utworach Kilwortha miałem pamiętnych i świetnych villainów. Tu fajnie, że tutejszy antagonista nie jest zły, bo potrafi przyznać się do błędu i targają nimi sprzeczne emocje. Przypominał mi Ramzesa z Księcia Egiptu. Do tej książki raczej będę wracał najmniej i mogła powstać później, bo widać że autor jest po jasnej stronie przyrody. 7/10 RE: Książki - Scheckley - 26-06-2025 ![]() Greg Bear (1951-2022) był wielokrotnie nagradzanym amerykańskim autorem fantastyki, specjalizującym się w jej podgatunku zwanym hard science fiction. Tego rodzaju literatura zazwyczaj na pierwszym planie stawia zagadnienia naukowe czyniąc to kosztem pogłębienia postaci, które służą zasadniczo do popychania fabuły jako takiej do ustalonego przez autora miejsca. Bądźmy jednak szczerzy - wybierając książkę o kosmitach, podróżach w czasie itp. nie oczekujmy by autor pisał „Ziemię obiecana” tyle, ze w przyszłości czy w innym wymiarze. Po prostu szukamy historii, która oderwie nas od zwykłej egzystencji i zapewni kilka godzin dobrej rozrywki, a czasami zainspiruje do ciekawych rozmyślań.
Powieść Beara „The Forge of God” zaczyna się z przytupem. Mamy niedaleką przyszłość lat dziewięćdziesiątych (jakby nie było to powieść z l. osiemdziesiątych). 26 lipca 1996 r. Arthur Gordon były doradca prezydenta USA ds. nauki dowiaduje się, że Europa, szósty księżyc Jowisza, zniknął - nie ukrył się, nie stał się czarny, ale po zniknął. Trzy miesiące później Edward Shaw, geolog pracujący w Dolinie Śmierci, znajduje tajemniczy nowy wulkaniczny stożek w bardzo dobrze zmapowanym obszarze. Na całym świecie pojawiają się kolejne niewyjaśnione zjawiska: granitowa góra pojawiająca się w Australii, dźwięki wydobywające się z jądra Ziemi, błyski światła wśród asteroid, dla niektórych staje się jasne, że ludzkość stoi u progu pierwszego kontaktu…
Skala wydarzeń przywodzi na myśl nieco „Dzień Niepodległości” Rolanda Emmericha. Mamy więc politykę rządowa na najwyższych szczeblach, rosnące napięcia międzynarodowe w obliczu nieznanego - po prostu wszystkie elementy książki rozrywkowej… i wtedy autor dokonuje nagłej subwersji oczekiwań czytelnika. Zamiast bowiem heroicznej walki o naszą planetę otrzymujemy niemal całkowita kapitulację wobec nieznanego - ba po prostu ludzie z wyjątkiem garstki, nie rozumieją co się dzieję i są bezradni wobec wysoce zaawansowanych obcych, którzy notabene używają nie tylko swojej przewagi technologicznej, ale też zaawansowanego podstępu.
Przyznam, że gdy zaczynałem czytać oczekiwałem czegoś zupełnie innego niż końcowo otrzymałem. To chyba też charakterystyczna cecha Beara, który zwykle zaczyna swoje książki jako całkiem sprawnie napisane thrillery by w pewnym momencie docisnąć gaz do dechy i wprowadzić element science fiction. Tak było w „Muzyce krwi” gdzie inżyniera genetyczna wymyka się spod kontroli, czy w „Eonie” gdzie rywalizacja o tajemniczą asteroidę staje się katalizatorem wojny nuklearnej. Tutaj Greg Bear bierze na warsztat temat pierwszego kontaktu i rozwija go w sposób przywodzący na myśl późniejsze o ponad dwadzieścia lat książki Cixina Liu. Ludzkość w powieści Beara to kwilące w ciemnym lesie dziecko, które swym płaczem przyciąga wilki… siła rzeczy nie może się to dobrze skończyć.
Ogólnie jednak po lekturze jestem całkiem zadowolony, „The Forge of God” to świetna fantastyka skoncentrowana na określonym problemie pierwszego kontaktu. Widać, że autor postarał się przedstawić w spójny sposób i zaimplementować w treść powieści sporo hipotez i teorii dotyczących biologii, socjologii czy astronomii i nadać im fabularnego kształtu. Z czystym sercem polecam każdemu, nie tylko miłośnikom fantastyki.
RE: Książki - simek - 27-06-2025 Mamy murowany bestseller na najbliższe lata: RE: Książki - Albertino - 27-06-2025 Można postawić na półce obok tej: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5191435/debil-studium-przypadku RE: Książki - Phlogiston2 - 27-06-2025 "Rafal" będzie mieć mocno konkurencję :) Książki - zombie001 - 27-06-2025 Widziałem kilka Twittow tej Sarny. "Wybitna" postać :D I jaka pracowita https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5195419/alfons-studium-przypadku Wysłane przy użyciu Tapatalka RE: Książki - Pelivaron - 30-06-2025 Na sklepie internetowym DADADA pojawiły się fajne promocje. Sam skorzystałem, dzisiaj paczka mi przyszła, więc legitnie. Np. ksiązka Tarantino za... 8 zł. https://dadada.pl/pewnego-razu-w-hollywood-praca-zbiorowa,p713351 RE: Książki - Mefisto - 05-07-2025 ![]() Petarda, polecam każdemu. Absolutnie przytłaczająca ilość informacji na temat produkcji, spisanych przez pryzmat miejsca, w którym powstawała oraz lokalnych mieszkańców, którzy w dużej mierze stworzyli Szczęki. Wiele, naprawdę wiele dotychczas nieznanych (przynajmniej dla mnie) ciekawostek z pierwszej ręki oraz, rzecz jasna, mnóstwo archiwalnych zdjęć, schematów i innych wizualiów, pokazujących nie tylko jak trudna była to przeprawa dla wszystkich biorących w niej udział (świadomy bądź nie), ale też jak wyjątkowe i właściwie nie do powtórzenia, szczególnie dziś, było to przedsięwzięcie, które chyba tylko cudem się nie posypało lub nie zostało zabite w zarodku. Po lekturze docenia się znacznie bardziej zarówno film, jak i rękę Spielberga. Zresztą sama książka to równie niezwykła podróż sama w sobie i na pewno nie było łatwo jej stworzyć. Jedyny minus to wymiary tego potwora, który jest strasznie ciężki i nieporęczny, przez co chwilami trudno się czyta - zwłaszcza przy takim natłoku różnorodnych informacji na każdej stronie. Tak czy siak absolutny must have dla każdego kinomana. RE: Książki - Mefisto - 01-08-2025 (01-08-2025, 01:17)Paszczak napisał(a): Szklarski z żoną Krystyną napisali całą trylogię o indiańcach i napierdalaniu się z białymi (w trzecim tomie): Złoto Gór Czarnych. Bardzo dobra trylogia, wciąż mam na półce to piękne, białe wydanie w twardej oprawie. Ale przydałoby się odświeżyć, bo mało co pamiętam. Mieliśmy zresztą trochę tego typu rzeczy. Ciepło wspominam Wernica, którego powieści to gotowce pod filmy, choćby i B klasowe. RE: Książki - Dr Strangelove - 01-08-2025 W temacie indiańskim to jest jeszcze trylogia Longina Jana Okonia o Ryszardzie Kosie i Tecumsehu. Tutaj biali są białymi diabłami a Indianie szlachetnymi wojownikami, ale jak mnie pamięć nie myli napisane to było bardzo przyzwoicie. RE: Książki - Bibliomisiek - 01-08-2025 Maszynopis "Tecumseha" z furą odręcznych poprawek autora miałem w rękach kiedy pracowałem w bibliotece, gdzie on leży. A "Złoto..." mam w wydaniach jeszcze z lat 70. Czteroksiąg Okonia zresztą też trzymam od młodości. A propos westernów - "Księżyc Komanczów" McMurtry'ego jest już w przedsprzedaży w Vesperze. RE: Książki - Mefisto - 01-08-2025 O, i to jest news, a nie jakieś tam Supermany i Bondy od lewactwa :) RE: Książki - Scheckley - 08-08-2025 ![]() „Cieniste ognie” („Shadowfires”) to powieść Deana Koontza (ur. 1945) z 1987 r. opublikowana pierwotnie przez Koontza pod pseudonimem Leigh Nichols. U nas książka została wydana w 1993 r. nakładem wydawnictwa Amber pod tytułem „Nieśmiertelny”, po latach zaś, w 2005 r., doczekała się reedycji przez wydawnictwo Prószyński i Spółka już z bardziej właściwym tytułem.
Tyle jeśli chodzi o historię wydawniczą tego specyficznego „dzieła”. Specyficznego, bo Koontz to szczególny przypadek pisarza klasy b, sprzedawanego na naszym rynku jako towar klasy a, dorównujący samemu Kingowi. Cóż, przyznam szczerze – tak nie jest, a potwierdza to niestety ta książka.
Powieść opowiada historię Rachael - młodej kobiety, która w trakcie rozwodu z mężem – genialnym naukowcem i multimilionerem Ericem Lebenem, z którym była siedem lat, owdowiała po wypadku samochodowym. Trup jej męża wkrótce znika jednak z kostnicy, a w pobliżu odnajdywane są ciała młodych kobiet zamordowanych w okrutny sposób. Rachael, i jej partner, Ben Shadway, odkrywają tajemnicę zbyt straszliwą, by ktokolwiek mógł w nią uwierzyć. Podążają za nimi siły, które pragną je uciszyć i zabić, bowiem jak się okazuje Eric prowadził przed śmiercią szczególne badania genetyczne mające na celu przedłużenie życia, teraz zaś na ich wynikach chcą położył ręce chciwi wspólnicy oraz szemrane agencje federalne na czele ze złowrogim agentem Ansonem Sharpem.
Brzmi w sumie nawet zachęcająco, a początek gdy Eric po sprzeczce z Rachael wybiega na ulicę, gdzie przejeżdża go śmieciarka (tak, tak dobrze przeczytaliście) zapowiada wesołą jazdę bez trzymanki rodem z l. osiemdziesiątych. I tak jest… przez około jedną trzecią książki. Karykaturalne i melodramatyczne zawiązanie akcji jest genialne w swoim przerysowaniu, niemniej zaraz po nim autor usiłuje nadać nieco głębi bohaterom i wychodzi mu groch z kapustą, bo wątki te przywodzą na myśl co wymyślniejsze odcinki „Dynastii”. Romans Rachael i Bena jest kartonowy, a same postacie to chodzące klisze. Zwłaszcza Ben – rycerz bez skazy i zmazy, weteran z Wietnamu, który usiłuje zapomnieć o mrocznej przeszłości. Ta jednak nie daje o sobie zapomnieć, bo ściga go osobisty wróg z azjatyckich dżungli – Anson Sharpe. Cytując klasyka - no, co za przypadek!
Przy czym Koontz nie ogranicza się do jednak tylko do „Dynastii”, bowiem poczynania Erica i jego byłej żony obserwują też dwaj gliniarze rodem z „Miami Vice”, co akurat dodaje nieco kolorytu akcji.
Co do Erica to okazuje się, że prowadził badania nad nieśmiertelnością z powodu obsesji na punkcie oszukiwania śmierci, wynikającej z molestowania seksualnego (wujek dosłownie właził mu do wanny), którego doświadczył w dzieciństwie, oraz strachu, że jego oprawca czeka na niego w piekle. Eric eksperymentował na sobie, używając nieprzetestowanego serum, które miało zapewnić mu niesamowite zdolności regeneracyjne. Gdy budzi się w kostnicy, jego „nieśmiertelność” okazuje się wadliwa; nie jest w stanie prawidłowo naprawić uszkodzeń mózgu, ponieważ „umysł” składa się z sygnałów elektrycznych, a nie tylko z ciała i białka. Eric mimowolnie zaczyna przeistaczać się w genetyczny wybryk natury, o coraz mniejszej świadomości. Miało by to nawet interesujący wydźwięk gdyby nie to, że Eric był kawałem egoistycznego, przemocowego, narcystycznego skurwiela już wcześniej. To nie genialna „Mucha” Cronenberga z 1986 r., gdzie naukowiec grany przez Jeffa Goldbluma jest przed tragicznym w skutkach eksperymentem całkiem spoko gościem zafiksowanym na punkcie swoim badań. Eric jest zaś po prostu zły - nie tylko zresztą on. Anson Sharp – nemesis Bena z Wietnamu, to też narcystyczny sadysta, niemal brat Erica z jednej matki (czy ojca). Dzielący z nim zainteresowanie zdecydowanie zbyt młodymi dziewczynami.
Ech, trudno mi tutaj całościowo dać ocenę powieści. Z jednej strony była to fragmentami całkiem niezła jazda rodem z jakiego zakurzonego horroru klasy b na VHS, z drugiej telenowelowate elementy rodem z opery mydlanej. Takie 5,5 na 10, miejscami ocierające się o 6,5 na 10. Można przeczytać gdy nie ma się nic lepszego pod ręką i sporo wolnego czasu.
RE: Książki - Mefisto - 08-08-2025 Rozumiem, że to był Twój pierwszy Koontz? RE: Książki - Scheckley - 08-08-2025 Drugi, ale "Odwiecznego wroga" czytałem sześć lat temu. Tylko we "... wrogu" był lepszy pomysł - całe górskie miasteczko znika. Był też tam wyjęty z kapelusza psychopata, jakby mało było prehistorycznego świadomego bloba-zabójcy, ale to już pod sam koniec i pełnił on poboczną rolę.
|