![]() |
|
Miami Vice (2006) - Wersja do druku +- Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe (https://forumkmf.pl) +-- Dział: FILM i wszystko co z nim związane (https://forumkmf.pl/Forum-FILM-i-wszystko-co-z-nim-zwi%C4%85zane--3) +--- Dział: Filmy zagraniczne (https://forumkmf.pl/Forum-Filmy-zagraniczne--12) +---- Dział: Filmy Michaela Manna (https://forumkmf.pl/Forum-Filmy-Michaela-Manna--65) +---- Wątek: Miami Vice (2006) (/Thread-Miami-Vice-2006--130) |
- Mefisto - 07-07-2008 Mierzwiak napisał(a):Gdy Farrell i Foxx rozmawiają na dachu klubu na początku filmu na tle miasta... orgazm. ja tam wolę kobiety
- Mierzwiak - 07-07-2008 Ha ha, aleś ty zabawny :twisted: - Mental - 23-11-2008 MV kosztowało 130 baniek. moglby mi ktos wyjaśnić, na co poszła ta kasa? powiedzmy, ze Foxx i Farrell zgarnęli dla siebie po 20. do wydania ciągle zostaje 90. na co? na motorówki? a może zbudowali od podstaw te wille w dżungli nad wodospadem? pytam serio. - Mental - 23-11-2008 pomyłka:) AG to znakomity film, ale gdzie mu tam do MV. zamiast wyszukiwać moje posty sprzed 3 lat, lepiej skup się na rozwiązaniu tajemnicy tych 130 baniek:) - Corn - 23-11-2008 Te 130 baniek poszło pewnie na transportowanie całej ekipy z miejsca na miejsce. W końcu w MV trochę tych lokacji jest. - Mefisto - 23-11-2008 plus marketing
- Snappik - 23-11-2008 Pewnie z 10 baniek dostał Mental w ramach ciągłego zachwalania wszystkiego co nakręci Mann. Nawet jeśli byłaby to reklama podpasek.
- Mental - 22-04-2009 bardzo interesujący tekst, wart zapoznania się. wrzucam link do topicu o MV, bo autor często powraca do tego właśnie filmu. A Mann's Man's World Mann and I have moved on to his private office â pastel and uncluttered, with sweeping views of the Santa Monica skyline â when weâre interrupted by a cell phone call. Itâs Mannâs wife, Summer, asking about a replacement ink cartridge for their home computer printer. The interlude is a powerful corrective to those who might imagine that Mannâs Spartan protagonists are somehow alter-egos or examinations of self: Michael Mann has a wife. Of more than 30 years. Who calls him at work about printer ink. He also has four grown children, including a daughter, Ami, who has followed in her fatherâs footsteps, writing and directing for TV and the movies. But beyond that, Mann is loath to talk about himself or his personal life, and in that he is like one of his own characters, unwilling to confuse business with pleasure. (...) As Iâm leaving, he asks me how I think Miami Vice will do and I tell him that I wish it the best, but that it may be too smart of a summer movie to really take off. All that matters is that it do well enough to insure that Michael Mann can go on climbing mountains. - Snappik - 02-05-2009 Dałem filmowi Manna drugą szansę. Za pierwszym razem dobiła mnie scenariuszowa nuda, słabiutka Gong Li, brak chemii między Tubbsem, a Crockettem i parę mniejszych popierdółek. Po drugim seansie pisze to co następuje: to bardzo dobre kino policyjne, dosyć twarde, ciasne, niewygodne, ale bardzo klimatyczne. Mann ma świetną rękę do ukazywania miejsc w których toczy się akcja - nie boi się okazać przesadzonej technologicznie metropolii, ale z drugiej strony nie zapominam o tych gorszych zakątkach. I za to mu dziękuję. Realizm bije w łeb. Co jeszcze? Farrell jest dobry w roli Crocketta. Nie nazwę jego występu rewelacyjnym, bo sama postać nie jest jakaś przesadzona i ekspresyjna. O taki szaraczek z wąsikiem z PD. Foxx jako Tubbs maści niestety wiele scen, ale że jest go trochę mniej to prawie w ogóle mi nie przeszkadza. A co do braku chemii... Wyraźnie musiałem zrozumieć intencje Manna - przy tego typu akcjach nie ma miejsca na sranie w bajerę, całuski, hej-hej-ziom na do widzenia i wspólne kolacje. Jest się agentem dobrym, skutecznym, albo słabym. I jeszcze jedno - muzyka w filmie wymiata. Niemal każda scena to klimatyczne połączenie obrazu z dźwiękiem. Autorock pod koniec to absolutny strzał w dziesiątkę. Ale... to nie jest niestety najlepszy film Manna Co nie znaczy, że jest zły. Jest bardzo dobry. Tylko gdzie się podziało te 120 baniek z budżetu?8/10 - Craven - 02-05-2009 Nudne, wlekące się, obojętne widzowi, nieciekawe, po prostu fatalne. Nijak miało się do sugerowanego w trailerach kina akcji, nie oferowało również nic w zamian. Po prostu zły film ~3/10 - slepy51 - 04-05-2009 A ja zupełnie odwrotnie niż powyżej - Mega wciągające, angażujące widza bez reszty, w ciul ciekawe i po prostu genialne. Cieszę się, że gotowy film nijak miał się do sugerowanego w trailerach wakacyjnego kina akcji spod znaku wybuch + wybuch + wybuch = sensacja, zaoferował za to bardzo realistyczną opowieścią o partnerstwie, męskiej przyjaźni (takiej wieloletniej, odbywającej się na zasadzie "znamy się jak łyse konie, ja ci ufam, ty mi też, także nie gadamy ze sobą wierszem ani onlajnerami") i - przede wszystkim - o pracy wydziału do spraw dragów w obecnym Miami. Po prostu znakomity film (director's cut) - 10/10. Wg mnie zaraz po "Heat" najlepszy film Manna i w ogóle jeden z najlepszych filmów XXI wieku, który tak kapitalnie zagrał na nosie oczekiwaniom amerykańskiej (choć z tego co widac po opiniach zapodawanych tu i tam - nie tylko) widowni i fanów starego "Miami Vice", że piękniej się chyba nie dało. Mann jest wielki i to w sumie tyle mądrego, co potrafię na ten temat napisac ;-) - Mental - 10-05-2009 sorry, ze uruchamiam topic z tak błahego powodu, ale nie mogłem sobie odmówić wrzucenia tych oto czterech fotek. widać na nich, jak Michael Mann pracuje i to jest piękne. ![]() ![]() ![]()
- Anonymous - 10-05-2009 W sumie to fajny kawałek kina, nie wiem czemu tak krytykowany jako "nieudany". Sensacja to dość przeciętna co prawda, ale klimat serialu został zachowany w jakiś zaskakujący, nowatorski sposób, przystosowany do naszych czasów i współczesnej estetyki. Po prostu ta pastelowa melancholia odczuwana w serialu (pamiętam to jak dziś, gdy leciało to w tiwi) jest odczuwana w filmie. Fajne. Szkoda tylko tandetnego wątku melo, ale nikt nie jest doskonały. No i finałowa strzelanina - paluchy lizać. - Monika - 10-05-2009 Solo, pieprzysz - za przeproszeniem - zresztą jak zwykle. ;-) Prawda jest taka, że gdyby zmienić tytuł filmu i nazwiska bohaterów, to nikt nie prównywałby tego filmu do MV. Dwa zupełnie inne universa. - Mental - 13-07-2009 ciekawą rzecz zauważyłem podczas dzisiejszego oglądania. Mann nagminnie stosuje zabieg polegający na wyciszaniu: a to dialogów, a to odgłosów otoczenia. i znowu odwrotnie: bardzo często dzieje się tak, że rozmowa "przechodzi" z jednej sceny do drugiej, spajając dwa fragmenty, nadając im płynności. w ogóle słowo "płynność" sponsoruje tego posta. płynność rozumiana w kategoriach czegoś, co się przelewa, rozlewa, wylewa poza wyznaczone granice - jak ciecz. w przypadku muzyki to samo: nie kończy się wraz z cięciem montażowym, lecz trwa kilka sekund w nowym kontekście. co jeszcze? wuchata niebanalnych, zaskakujących sklejek i wcale nie mniej zaskakując kadrów. konia z rzędem temu, kto odgadnie ustawienie kamery w nastopnym ujęciu. świetny jest moment pożegnania rico i trudy: ona stoi na pierwszym planie, odwrócona tyłem do kamery, rico na drugim, odchodzi w stronę drzwi, wykonując charakterystyczny gest - przystawia palec wskazujący do skroni. w miarę oddalania się, rico rozpływa się w nieostrości, a głowa kobiety staje się coraz wyraźniejsza. logicznym byłoby ujrzeć teraz jej twarz, ale nie - ona przez cały czas jak na złość stoi tyłem do obiektywu. w tle dogasa dialog z poprzedniej sceny. nastrój urywa tu łeb. w filmie nigdy nie pada, choć wszędzie jest mokro, szyby pokryte są kroplami wody, jakby Mann za każdym razem uruchamiał kamerę tuż po ulewie. czarne, zachmurzone niebo rozświetlają błyskawice, słychać grzmoty, ale zawsze obywa się bez deszczu. niezmiernie podobało mi się takie rozwiązanie - nadawało scenom osobliwego, oryginalnego klimatu. jak rozmowa między pacino a crowe'em w "informatorze", kiedy obaj siedzą w aucie, a na zewnątrz zacina ulewa. potem wyciszenie, słychać jedynie deszcz bębniący o szyby, a potem kolejna scena, już po deszczu, pacino przesiadł się do przodu, na szybach wysychają krople. kino Manna jest mega sensualne, sugeruje nastroje, a MV to chyba szczytowe osiągnięcie reżysera w dziedzinie nienachalnego "podsuwania" widzowi tych nastrojów. wiele interesujących (kluczowych) rzeczy dzieje się na brzegach kadru, jak choćby na fotce zapodanej niżej - dłoń naziola trzymająca drzwi od lodówki w zakrwawionej rękawiczce. po cięciu dostaniemy ujęcie na naziola z boku (swasta na karku), a daleko w tle zamajaczą zwłoki kobiety leżące w kałuży krwi, a dokładniej nogi wystające zza zasłony. ile myśli przebiegło mi w tym momencie przez głowę: czy została zgwałcona? czy naziol zdetonował ładunki uwiązane dookoła jej szyi? jakim bezkarnym skurwysynem trzeba być, żeby po tym wszystkim otworzyć lodówkę i szukać żarcia? Mann jest bezwzględny. jeszcze bardziej masakryczne jest to, że całość została pokazana równolegle ze sceną na autostradzie, w której rico i sonny usiłują zakomunikować alonso, że jego kobieta nie żyje. kamera filmuje twarze gliniarzy, robi delikatną panoramę w lewo, ostrość ucieka na szosę, cięcie, alonso rzuca się pod koła nadjeżdżającej ciężarówki i jedyne, co po nim pozostaje, to podłużna plama posoki. tuż przed krytycznym cięciem (ujawnieniem szczątków) rozlega się wizg hamującego tira. jeśli jeszcze raz usłyszę od kogoś, ze ten film wyzuty jest z emocji, to nie ręczę za siebie mógłbym tak gadać i gadać - co druga scena/ujęcie to majstersztyk. weźmy dialogi: dozowane jak przez wężyk kroplówki, mega, ale to mega oszczędne w słowach. bez kitu, dialogowanie to jedno z najmocniejszych punktów MV. niezmiennie totalnie rozwala mnie motyw porozumiewania się partnerów za pomocą pogwizdywania. próbka dialogu, mówi jeden z nazioli przez telefon do rico o tym, że porwali joplin: I'll call you with the exact drop point. You fuck up, we fuck her up. i to jest to - na tym z grubsza polega prowadzenie rozmów w MV: żadnych dygresji, wyłącznie istotne informacje. wiadomo, że w normalnym życiu nikt tak nie gada, ale MV to nie jest filmu o życiu po pracy. to film o pracy. praca definiuje bohaterów, nie odwrotnie. dominujące wrażenia po filmie to płynność narracyjno-emocjonalno-wizualna oraz poczucie ogromu, jakbym oddychał pełną piersią. film jest tak piekielnie konsekwentny, nieubłagany i nieprzejednany w tym, czym jest, tak odmienny od tego, co Mann kręcił do tej pory, tak emocjonalnie zdyscyplinowany, że nie wiem co dalej powiedzieć. kurde pomyśleć, że planowałem nie popadać w tony ekstatyczno-służebno-nabożne, ale sorry, o tym konkretnym filmie inaczej niż w ekstazie pisać nie umiem.
- Guzeppe - 14-07-2009 Szczerze, Mental? Mi się wydaje, że jak aktorzy zobaczyli skrypt i zawarte w nim dialogi, to powiedzieli "Prędzej się zesram niż przekonująco powiem to przed kamerą" i w sumie jak oglądam MV to właśnie to widzę. Każda linijka tekstu wypowiadana przez któregokolwiek z aktorów wygląda, jakby delikwent miał w tej chwili strzelić w gacie wielkiego kasztana. Wspomniana przez Ciebie scena, w której Fox mówi, że ziomek nie ma do kogo wracać. Popisówa w stylu godnym braci Mroczków. Koleś mówi drugiemu najgorszą rzecz jaką ten typ może usłyszeć, ale nie widzę w tym żadnego zaangażowania, zmieszania, nic. Gówno mnie obchodzi, że to są cool twardziele z majami-pi-di. Obydwaj wyglądają jak Bolec i jego ochroniarz z "Chłopaki nie płaczą". IMO w tym filmie poza zdjęciami i fenomenalnym udźwiękowieniem nie ma kompletnie NIC wartego uwagi. Wtórna fabuła, denne aktorstwo, bad-assy rodem z peruwiańskich telenowel (dramaturgia sceny, gdy ziomek ogląda nagranie tańczącego Sony'ego z lasią idelanie wpasowuje się w nurt telenowel). Szanuję Manna, ale w tym przypadku zrobił mega-zakalca niestrawnego dla 99% odbiorców. Kino tylko dla hardcore'ów urywających od internetu. - Mental - 14-07-2009 Guzeppe napisał(a):dramaturgia sceny, gdy ziomek ogląda nagranie tańczącego Sony'ego z lasią idelanie wpasowuje się w nurt telenowel mówisz o tej scenie? ![]() jedna z najlepszych w całym filmie, a już z pewnością jedna z najlepiej zagranych (kamera tradycyjnie nie pokazuje twarzy aktora). swoją drogą, parokrotnie spotkałem się z podszytym kpiną zdziwieniem, czemu montoya wkurwił się dopiero na widok tego nagrania, a nie wcześniej, gdy laska wyznała mu z rozbrajającą szczerością, że pieprzyła się z crockettem. no to jest koronny dowód na to, jak nieuważnie niektórzy ludzie oglądają (słuchają) filmy Manna i jak destrukcyjne bywa ładowanie treści łopatą do łba. - Guzeppe - 14-07-2009 Oglądnąłem ten film RAZ i znalazłem w nim dwie sceny, które chciałem oglądnąć ponownie - rozstrzelanie agentów siedzących w samochodach i ostatnią strzelaninę. Poza tym dramaturgia w filmie jest zerowa, śmieszy mnie kij w dupie wszystkich machos, tak po stronie policji jak i bad-guyów. Fajnie, że trzymają nerwy na wodzy, ale każdego zżera stres, a w MV nie widzę ani jednej sceny, w której postacie dałyby temu wyraz. Sony i Tubbs tylko klepią się po pośladach mówiąc coś w stylu "I've got your back", patrzą beznamiętnie jakby jechali non stop na jakichś mocnych dragach. W każdym filmie o szpiegach, wtykach etc. są sceny, gdzie po akcji, która mogła skończyć się przedwczesnym zgonem, bohater idzie do kibla, żeby puścić pawia, idzie się uchlać, wpada w furię i rozpieprza co ma pod ręką, cokolwiek. Tutaj po takich akcjach (scena z granatem) gliniarze nawet nie spuścili powietrza z ulgą. To chyba najtwardsi twardziele. Sorry Mental, ale nie jestem wyznawcą kultu Manna. Nie podnieca mnie to, że w jednej scenie przekrącił kamerę o 5 stopni w lewo, a później w prawo. Od kina wymagam emocji, a MV zbyt bardzo ich skąpi. Wolę Manna w wersji dla "prostego widza" czyli "Collateral". Po tamtym filmie aż chciałem przyklasnąć z zadowolenia. Klasyczny, ale dobrze skrojony. - Mental - 14-07-2009 Cytat:Oglądnąłem ten film RAZ nie musisz tego akcentować - to widać gołym okiem ![]() ale nie będę cię kijem nawracał ani prawił komunałów, że raz to za mało: obejrzysz kiedyś ponownie - ok, nie obejrzysz - też ok. MV dorobiło się już tylu zajadłych przeciwników, że jeden więcej nie popsuje filmowi reputacji. na szczęście są na tej planecie (i na tym forum) ludzie, którzy uważają, że jest to extremely underrated film i że one day a lot of people will realize that the movie is a classic, some people already think so though - which kinda is a good thing. [ Dodano: Wto Lip 14, 2009 03:06 ] z cyklu: "za pierwszym razem też może się podobać" wypowiedź niejakiej *Zosi z pierwszej strony niniejszego topicu: *Zosia napisał(a):Najlepsza sensacja od czasu Gorączki. Koniec kropka. niezwykłe
- Koleś - 14-07-2009 MV ma tu niezły PR . Nagle się dowiaduję o rzeszy zajadłych przeciwników filmu i małej grupie wybrańców tej planety, którzy potrafią w pełni docenić MV :wink:. Niezły spin, szacuneczek. Szkoda, że MV to po prostu kiepski film i w zasadzie mogę się podpisać pod tym co powiedział Guzeppe. Nie ma spisku i loży masońskiej knującej jakby tu uwalić ten film z bliżej nieznanych powodów. Miami Vice to najzwyczajniej w świecie słaby film. Sorry.
|