![]() |
|
Książki - Wersja do druku +- Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe (https://forumkmf.pl) +-- Dział: Działy tematyczne (https://forumkmf.pl/Forum-Dzia%C5%82y-tematyczne--5) +--- Dział: Książki (https://forumkmf.pl/Forum-Ksi%C4%85%C5%BCki--38) +--- Wątek: Książki (/Thread-Ksi%C4%85%C5%BCki--70) Strony:
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57
58
59
60
61
62
63
64
65
66
67
68
69
70
71
72
73
74
75
76
77
78
79
80
81
82
83
84
85
86
87
88
89
90
91
92
93
94
95
96
97
98
99
100
101
102
103
104
105
106
107
108
109
110
111
112
|
- Artemis - 10-04-2008 "to" nie ma glupiego finalu. "to" jest opowiescia o konfrontacji ze zlem absolutnym, ktorego nie mozna pokonac, z fenomenalnymi postaciami i tlem opisanym z dziewietnastowiecznym rozmachem. powiesc zaczyna sie dwoma poteznymi uderzeniami (smierc malego george'a - "w kanale znajdowal sie klown", i smierc adriana mellona pod mostem - "facet w kostiumie klowna. facet z balonami") i konczy wstrzasem. poza tym, to jest jedna z tych ksiazek, ktora z czytelnikiem rozmawia, narzuca osobiste skojarzenia. wielka powiesc i juz :). EDIT: stark, "miasteczko salem" jest przy "tym" blaha opowiaska o nieciekawym miasteczku w stanie maine. - Sana - 10-04-2008 Miasteczko Salem to klasyka gatunku i King w najczystszej postaci. Nie ma tu żadnych durnych, niestrasznych clownów ani przedpotopowych majaczeń :> - Sulej - 11-04-2008 Moje ulubione powieści Kinga to: 1. Bastion (uwielbiam!) 2. Lśnienie 3. Smętarz dla zwierzaków - Mental - 11-04-2008 Sana napisał(a):Nie ma tu żadnych durnych, niestrasznych clownów niestrasznych? gdybys ty wiedziala, ile ja nieprzespanych nocy zaliczylem z winy owego clowna, to bys sie chyba nade mna rozczulila:) Kingowskie "TO" uwazam za bardzo, ale to bardzo dobra powiesc... do pewnego momentu rzecz jasna. ostatnie 200 stron nie podchodzi mi zbytnio, a koncowka to juz w ogole parodia. - Artemis - 11-04-2008 Sana napisał(a):Miasteczko Salem to klasyka gatunku i King w najczystszej postaci. Nie ma tu żadnych durnych, niestrasznych clownów ani przedpotopowych majaczeń :>miasteczko salem pada gdzies po polowie. i co tam jest wlasciwie strasznego? o ile pamietam, naprawde budzaca groze jest tylko jedna scena - kiedy ta laska, o imieniu bodajze susan, wchodzi na pietro po schodach, a czytelnik mysli, ze w pokoju na gorze spotka wampira (nic takiego sie nie dzieje). miasteczko przegrywa tez, jezeli chodzi o opis zycia w malej miejscowosci - miasteczko to jedynie proba wieloplaszczyznowego spojrzenia na niewielka spolecznosc gdzies na prowincji, rodzaj wprawki... no i bohaterowie; chlopiec nazywal sie mark, prawda? postaci z miasteczka nie sa tak silnie zindywidualizowane jak bohaterowie tego, ja ich juz prawie nie pamietam, nie maja tak silnych osobowosci; zespol bill-ben-beverly-richie-eddie-stan-mike to najlepiej wykreowane postaci w karierze kinga, w ktorych losy zaglebiasz sie raz i drugi, i trzeci, bo po prostu nie mozesz usunac ich z pamieci. plawisz sie i plawisz... EDIT: nienawidze klownow. jak bylam mala, to w cyrku wchodzilam pod krzeslo, tak sie balam. spotkac klowna pod mostem - klowna z peczkiem balonikow (I LOVE DERRY!)... - Sana - 11-04-2008 Mental napisał(a):Kingowskie "TO" uwazam za bardzo, ale to bardzo dobra powiesc... do pewnego momentu rzecz jasna. ostatnie 200 stron nie podchodzi mi zbytnio, a koncowka to juz w ogole parodia. to jest właśnie jeden z najważniejszych powodów, dla których nie trawię tej książki. ale OK, wy się straszcie clownami, a ja zostanę przy wampirach (: - Artemis - 11-04-2008 klown jest symbolem oszustwa. mowi zza maski, nosi groteskowy makijaz, nieszczery usmiech i nieszczere lzy. i to jest przerazajace. - Don Vito - 06-05-2008 Nie wiedziałem gdzie to się nadaje, więc napisałem to tu: Życie jest piękne. Kilka razy na forum wyrażałem to, że uwielbiam Grishama. Dzisiaj na maturze z angielskiego był fragment Klienta - powieści, która jest dla mnie tym, czym LOTR dla fanów Tolkiena. :D Kocham CKE :) - Strummer - 07-05-2008 Skończyłęm wreszcie "Rozbitka' Palahniuka(gość, który napisał m.in. "Podziemny Krąg"). Niezła rzecz, ale praktycznie w 70% procentach identyczna jak Fight Club. Narrator ma podobny charakter, podobnie komentuje rzeczywistość itp. Bez rewelacji, ale 7/10. - D'mooN - 08-05-2008 Seagalogy - Jakuzzi - 08-05-2008 Cos dla Tomaszka. - Bartholomew - 15-06-2008 aktualnie czytam wiedzmina, a raczej "Ostatnie zyczenie". Kumpel powiedzial mi ze to niby pierwsza czesc, ale przczytalem w necie ze to jest ksiazka wyadana pozniej, ze pierwsza byla jakas saga wiedzminska. moze ktos mi powiedziec czy dobrze robie czytajac "ostatnie zyczenie" czy moze powinienm raczej siegnac po ta sage? - Gladius - 15-06-2008 Wg mnie dobrze robisz, najpierw lepiej przeczytać zbiory opowiadań [drugi to "Miecz przeznaczenia"], a dopiero potem zabioerać się za Sagę. Pozwoli to na lepsze 'wczucie' się w historię przedstawioną w Sadze i zrozumieć lepiej relacje między postaciami. Ale to tylko moje zdanie :) Ja ostatnio po raz pierwszy czytam całą 'sagę Ryana' + "No remorse" i "Rainbow Six" [gdzie głównym bohaterem jest John Clark] Clancy'ego, kolejność książek ustalając wg chronologiczności wydarzeń przedstawionych w powieściach, mimo iż wcześniej wszystkie ksiązki czytałem oddzielnie. Aktualnie kończę "Dekret" i cholernie mi się podoba jak Clancy przeplata historie jednych postaci z innymi. Generalnie Tom Clancy to dla mnie autor takiego kalibru, co Michael Mann jako reżyser - czyli bóg :) Nikt inny nie poświęcił CAŁEGO rozdziału swojej książki, tylko na przedstawienei reakcji zachodzących w bombie wodorowej w czasie detonacji. - Azgaroth - 15-06-2008 Bartholomew napisał(a):moze ktos mi powiedziec czy dobrze robie czytajac "ostatnie zyczenie" czy moze powinienm raczej siegnac po ta sage? Nie ma znaczenia co czytasz pierwsze, byle tomy sagi czytać po kolei :) - Tyler Durden - 24-06-2008 "Lęk i odraza w Las Vegas" Huntera S. Thompsona - rzecz równie odjechana jak filmowa adaptacja w reżyserii Gilliama. Smakowita rzecz, pierwszorzędnie napisana, opisy narkotycznych paranoi i wizji autora walą po głowie, rzecz niebanalnie pisana, zmieniająca czasami delikatnie stosowaną stylistykę, obrazowana równie pokręconymi jak treść ilustracjami Ralpha Steadmana. Czyta się to przyjemnie, styl bardzo lekki, niejedna osoba zaliczy to za jednym wieczorem, nie mogąc się oderwać od lektury. Jak dla mnie jeszcze lepsza - i przystępniejsza - od filmu. - desjudi - 24-06-2008 ostatnio czytam coraz mniej, ale coś tam liznę: - "Bocian i Lola" Nahacza - pretensjonalny shit wypływający bez korekty z mózgu zwichrowanego nastolatka, który myśli, że coś wie, że widzi więcej, lecz nie każdy w wieku 21 lat może być Proustem... się Artemis na mnie teraz obrazi 8) - "Sklepik z marzeniami" Kinga - postanowiłem w tym roku zaliczyć te dzieła Króla, które w jakiś sposób mnie ominęły. Ta historyjka o diable w małym mieście jest całkiem niezła, przynajmniej do 3/4, potem lekka jazda w dól tak pod względem jakości narracji i fabuły, która idzie na skróty. Zresztą nie po raz pierwszy odnoszę takie wrażenie czytając powieść Kinga. teraz kolej na "Bastion", który zdobyć w tym kraju nie tak łatwo 8) - Ciuniek - 24-06-2008 Po pierwsze - wiem, że swoim postem Ameryki nie odkrywam, ale wcześniej nie miałem żadnej styczności z tą książką. Znawcy Literatury i Inni Podobni - nie krzyżujcie mnie ;). Nareszcie dopadłem "Fahrenheit 451" Ray'a Bradbury'ego i muszę powiedzieć, że jestem mile zaskoczony. Wizja przyszłości, w której książki są prawnie zakazane, a strażacy zajmują się ich paleniem (451 stopni Fahrenheita to temperatura, w której pali się papier). Na pierwszy rzut oka szczęśliwi mieszkańcy bliżej nieokreślonego miasta żyją bez zmartwień, a ich główną rozrywką jest oglądanie w telewizji oper mydlanych, których bohaterowie są im bliżsi niż rodzina. Główny bohater jest wzorowym strażakiem, w którym jednak coś pęka po tym, jak jego żona przedawkowuje środki nasenne. To co mnie najbardziej uderzyło to aktualność książki - zakaz czytania nie jest wziętym z powietrza pomysłem jakiegoś despoty, tylko odezwą na oczekiwania społeczeństwa. To ludzie sami zaczęli odchodzić od czytania książek, w poszukiwaniu czegoś mniej skomplikowanego, czegoś co da rozrywkę nieskrępowaną ukrytymi przekazami i zastanawiającymi podtekstami. Nikt ich do niczego nie zmuszał. Nietrudno odnieść wymowę książki do współczesnego kina, które wykazuje bardzo podobną tendencję. I w tym momencie czuję rozdarcie wewnętrzne - przecież "Transformers", który tak mi się podoba, praktycznie nie ma scenariusza. W tym filmie nie ma nic poza efektami specjalnymi i paroma fajnymi tekstami. Pojawia się pytanie: Czy w obliczu wszystkich tych wad (których jestem świadom) mam wbrew sobie znienawidzić film, na którym byłem w kinie trzy razy za każdym razem świetnie się bawiąc? Z drugiej jednak strony czuje się trochę winny współudziału w zarzynaniu lepszego kina. Nie jestem typem widza, który poszukuje w filmach większej prawdy i oczekuje po seansie iluminacji, ale boję się myśleć co może być za paręnaście lat, jeśli w filmach będzie jeszcze mniej treści. PS. Pytanie do kogoś, kto oglądał film - warto? - D'mooN - 24-06-2008 Zdecydowanie warto, ale francuska Nowa Fala to kino dość specyficzne. Zaopatrz się w kubek mocnej, gorącej kawy i oglądaj:) - Artemis - 26-06-2008 Tyler Durden napisał(a):Smakowita rzecz, pierwszorzędnie napisana, opisy narkotycznych paranoi i wizji autora walą po głowie, rzecz niebanalnie pisana,a dupa, nie wiem, co padlo, tlumaczenie?, w kazdym razie zawiodlam sie strasznie, jezykowo ksiazka ani na chwile nie wkreca, a wrecic powinna, co nie? Cytat:obrazowana równie pokręconymi jak treść ilustracjami Ralpha Steadmanarysunki sa zajebiste. dla steadmana warto kupic te ksiazke. desjudi napisał(a):się Artemis na mnie teraz obraziczemu? chyba nigdy nie czytalam ksiazki, ktorej jakosc moznaby tak doskonale przedstawic na wykresie sinusoidy. kawalki totalnej zajebistosci przeplataja sie z pretensjonalna, nieznosna grafomania. ale to ma jakas sile, no nie wiem. poza tym my sie z kumplem strasznie nakrecalismy na niektore rzeczy - i tak juz zostalo. Cytat:teraz kolej na "Bastion", który zdobyć w tym kraju nie tak łatwono co ty, egzemplarze kameleona wciaz gdzies kibluja, a rok temu bylo wznowienie w wiekszym formacie poza tym "bastion" to shit:) u mnie "dwanascie" swietlickiego. szkoda, ze intryga sie rozjezdza, szkoda stylu, konwencji, krakowa, biura, bohatera. a teraz beda "zatrute czekoladki" berkeleya. za mentalem. ciuniek napisał(a):To co mnie najbardziej uderzyło to aktualność książki - zakaz czytania nie jest wziętym z powietrza pomysłem jakiegoś despoty, tylko odezwą na oczekiwania społeczeństwa. To ludzie sami zaczęli odchodzić od czytania książek, w poszukiwaniu czegoś mniej skomplikowanego, czegoś co da rozrywkę nieskrępowaną ukrytymi przekazami i zastanawiającymi podtekstami. Nikt ich do niczego nie zmuszał.dlatego tu i teraz i w tym swiecie w ktorym zyjemy "fahrenheit..." jest jedna z najbardziej aktualnych antyutopii - chyba obok "nowego, wspanialego swiata". "rok 1984" sie zestarzal, bo sami przeciez wybieramy nowomowe, aby lepiej sie czuc - a u orwella ta nowomowa to okropna i w ogole. - Mental - 26-06-2008 No Orchids for Miss Blandish James Hadley Chase od mniej więcej trzech lat żadnych problemów nie nastręcza mi odpowiedz na pytanie o najlepszy film. podobnie rzecz się ma z najlepszą gierką. nieco gorzej, jeśli chodzi o najlepszą książkę. dotychczas do tego zaszczytnego tytułu kandydowało kilka pozycji - Ubik Dicka, Rok 1984 Orwella, Śledztwo Lema (w tym miejscu polecam naprawdę przyzwoita adaptacje w reżyserii Piestraka z roku bodaj 73), Proces Kafki, Zew Cthulhu Lovecrafta czy wreszcie Krwawy Południk McCarthy'ego. wszystko "wyprostowało się" całkiem niedawno, kiedy powtórnie - już bez bariery percepcyjnej będącej rezultatem młodego wieku - przeczytałem nowele Chase'a. pozwólcie, że dobitnie zaakcentuje: ![]() to najlepsza książka, jaką w życiu czytałem (na zdjęciu okładka wydania hiszpańskiego - wydania amerykańskie przypominają harlequiny, wydanie polskie z kolei jest świetne, ale niestety nie mam go pod ręką, żeby pokazać). Chase pisał nierówno, tj obok takich perełek jak Just A Matter Of Time (kryminał więcej niż niepoprawny: przez cały czas śledzimy proces przygotowywania morderstwa, żeby w pod koniec skapować, iż do morderstwa wcale nie dojdzie, ponieważ wygasły przyczyny, dla których miało ono zostać popełnione) tudzież Hit And Run spod jego pióra wychodziły mdłe średniaki w rodzaju The Double Shuffle czy Last Page. tak wiec prawdopodobieństwo trafienia na dobrą powieść w przypadku tego akurat autora wynosi mniej więcej pół na pół. bym zapomniał: Miss Blandish to pisarski debiut Chase'a. gang drobnych złodziejaszków organizuje najbardziej zuchwały w swojej karierze skok na kasę. koniec z okradaniem sklepów czy prowincjonalnych banków. pora na coś większego. łup w postaci cholernie drogocennej diamentowej biżuterii ozdabia szyje panny Blandish. z pozoru szybka i łatwa robótka rychło przemienia sie w morderstwo plus porwanie. tak, dobrze dedukujecie: panna Blandish zostaje uprowadzona. w tym momencie pomijam istotny fragment powieści i od razu przechodzę do sedna: gangsterzy porywają córkę milionera, inkasują okup, ale nie zwracają dziewczyny! dlaczego? z dwóch powodów: po pierwsze, bo tak się nie robi, a po drugie, bo panna Blandish wywarła niezwykle silne wrażenie na synu przywódczyni gangu, psychopatycznym mordercy o pseudonimie Slim. musicie coś wiedzieć na temat Slima: umysł tej istoty zatrzymał się na etapie ucznia drugiej klasy szkoły podstawowej i od tamtej pory podlegał jedynie redukcji. co więcej, kolo jest prawiczkiem, jego kontakty z kobietami ograniczały sie dotychczas wyłącznie do prymitywnych aktów przemocy (bohater po mistrzowsku włada nożem). i jeśli myślicie, że pod wpływem zauroczenia panna Blandish Slim nagle postanowił zmienić sie ze skurwysyna-neandertalczyka w do rany przyłóż, to się grubo mylicie. chwila, w której Slim przejmie władze nad losem kobiety, otworzy nowy etap w jej życiu - niekończące się pasmo tortur. dziewczyna będzie bita, gwałcona i pojona narkotykami. w przerwach między fizycznym i psychicznym katowaniem swojej ofiary Slim skoczy na miasto kupić upominek: a to bukiet róż, a to znowu sukienkę sprezentuje... raz nawet powie: "Kocham cię". w takim klimacie permanentnego maltretowania mijają kolejne tygodnie. ojciec porwanej w końcu decyduje się wynająć prywatnego detektywa (środek powieści i dopiero teraz pojawia się główny bohater!) David Fenner - tak się nazywa śledczy-łaps. wynajmuje go nie po to, żeby odnalazł córkę - jest bowiem przekonany, że ta już nie żyje - ale po to, by odnalazł morderców i... wybił wszystkich do nogi. trzecioosobowy głos narratorski bywa bardzo elegancki, eliptyczny, utkany z metonimii oraz innych "odwracających uwagę" metafor. kiedy jednak przychodzi opisywać "ziemie, beton i krew", staje się z marszu bezwzględny dla świata przedstawionego. powieść obfituje w sceny wizualnie drastyczne, zwłaszcza pod koniec, gdy "oglądamy" szturmowanie meliny przez oddział policji. niestety, tę drastyczność za bardzo wzięli sobie do serca twórcy filmowych ekranizacji, które miałem nieszczęście widzieć. zarówno wersja z 1948, jak z 1971 to prymitywne, poddane ideowej amputacji, przygłupawe kryminalne historyjki, które nie mają praktycznie nic wspólnego z trzonem książkowej opowieści. na domiar złego wersja z 1971 roku, zatytułowana The Grissom Gang, rezygnuje niemal ze wszystkich zwrotów akcji, które w tak cudowny sposób napędzały fabułe oryginału. o postaciach kobiecych nawet nie wspominam. fatalnie obsadzona rola panny Blandish to niewybaczalne olewactwo obydwu ekranizacji. nawiasem, w roli porwanej widziałbym Mie Krishner - to jej fascynujący, acz skandalicznie krótki występ w mega dennej Czarnej Dalii De Palmy ostatecznie uchronił film przed całkowitą zagładą. powieść jawi się wyjątkowo także z innego powodu - ogniskuje uwagę na problematyce ofiary. kryminał to taki gatunek, w którym ofiara pełni ważna funkcje poboczną - funkcje dźwigni, inicjującej powieść. jej życie przypada na czas przed rozpoczęciem opowieści lub na pierwsze jej karty. innymi słowy, w kryminale należy najpierw kogoś poświęcić, żeby morderca i detektyw mogli stoczyć pojedynek. fakty są okrutne: gdy pada trup, momentalnie o nim zapominamy, człowiek przestaje istnieć - jeśli powraca w toku narracji, to jedynie w charakterze, bo ja wiem, dowodu rzeczowego albo zwłok przeznaczonych do ekshumacji, ba, autor z reguły palcem nie kiwnie, abym poznał za życia ofiarę. zazwyczaj poznaje ja dopiero tuz po śmierci albo w stanie kompletnego rozkładu. wieje pustką, prawda? no cóż... nie u Chase'a. u Chase'a ofiara to postać kluczowa dla zrozumienia motywacji złych. pomimo długich okresów nieobecności (dziewczyna przetrzymywana jest w specjalnie do tego celu urządzonym pokoju), panna Blandish nie daje o sobie zapomnieć. wiemy o tym, czego nie wiedzą ojciec i Fenner - wiemy, że ona żyje. zakończenie rozwala: jest genialne, paraliżujące i odznacza się niezmiernie rzadko spotykana w kryminałach głębią tajemnicy. nie zdradzając zbyt wielu szczegółów - końcowa akcyjka rozgrywa się daleko poza miastem, na wsi, w blasku porannego światła. ostatnie strony zaś, wypłukane do cna z jakiegokolwiek odautorskiego komentarza, budzą grozę i usuwają grunt spod nóg. Chase stawia bardzo ciemne pytania. Orwell w jednym ze swoich esejów napisał o powieści, że jest ucieleśnieniem faszystowskiego modelu przemocy. zachowanie panny Blandish uznał natomiast za wynaturzenie. stwierdził, że kobieta zrobiła to, co zrobiła, ponieważ dzięki Slimowi zaznała seksualnych rozkoszy, jakich żaden inny mężczyzna nie byłby w stanie jej zapewnić. w książce "If They Move ⌠Kill 'Em!": The Life and Times of Sam Peckinpah możemy przeczytać, co na temat epilogu noweli Chase'a miał do powiedzenia "Krwawy" Sam. otóż według niego panna Blandish zrobiła to, co zrobiła, ponieważ rozsmakowała sie w złu i... pokochała je. jeśli chodzi o mnie, to nie zgadzam się ani z Orwellem, ani z Peckinpahem. moim zdaniem kobieta postąpiła, jak postąpiła, ponieważ była w ciąży ze Slimem. P.S. powieść nosi jedną bliznę. pod względem fizycznym szefowa gangu przedstawiona została w sposób sztampowy jako gruba, obleśna raszpla. co prawda, niewielkie to uchybienie w kontekście całości, ale nie ukrywam, że mam do Chase'a mały żal. |