Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe
127 hours - Wersja do druku

+- Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe (https://forumkmf.pl)
+-- Dział: FILM i wszystko co z nim związane (https://forumkmf.pl/Forum-FILM-i-wszystko-co-z-nim-zwi%C4%85zane--3)
+--- Dział: Filmy zagraniczne (https://forumkmf.pl/Forum-Filmy-zagraniczne--12)
+--- Wątek: 127 hours (/Thread-127-hours--1947)

Strony: 1 2 3 4


- patyczak - 10-01-2011

Świetne, lepsze od Buried:)

Na początku trochę irytowało mnie dzielenie ekranu na trzy części, ale przyzwyczaiłem się. Zdjęcia świetne. Franco autentyczny. W pełni zaangażowałem się w losy bohatera. Piękny film.

Podobały mi się nawet te, pozornie kiczowate halucynacje:D

9/10


- mroziek - 10-01-2011

Podobnie jak patyczakowi film podobał mi się bardziej od Buried (chociaż to bardziej wina samem historii i rozłożenia jej w czasie). Film po prostu zrobiony w ciekawszy sposób, z lepszymi i to znacznie zdjęciami, pasującą do fabuły muzyką i wiarygodnym, pełnym różnych pomysłów bohaterem.

Co do halucynacji to również mogę je zaliczyć, podobnie jak motyw z Scooby-Doo i przeprowadzaniem wywiadu z samym samym z sobą.


- kałuża - 10-01-2011

[Obrazek: 512_471732de198644127_hours_aron_ralst.jpg]

Przeczytałem już kilka artykułów poświęconych historii Arona Ralstona i z fascynacją czekam na pojawienie się filmu w polskich kinach.

Cudem ocalały wspinacz również i finansowo radzi sobie całkiem nieźle; swoją historię opisał w książce: a Rock and a Hard Place; i zagościł w najbardziej znanych programach rozrywkowych. Udziela też publicznych wykładów, za które pobiera honorarium od 25 000 do 37 000 dolarów.

Facet nawet bez ręki nadal się wspina używając specjalnej protezy. W zasadzie najbardziej ciekawi mnie fakt opowiedzenia historii. Podobnie jak w Buried (którego jeszcze nie widziałem) i Phone Booth akcja toczy się w ,,jednym miejscu''. Sama konstrukcja fabuły jest dla mnie wystarczającym powodem, aby wybrać się do kina, więc czekam ...


- TylerD - 10-01-2011

Jak dla mnie bardzo dobre kino. Franco kozacki! Piękne zdjęcia, trochę hmm czarnego humoru?! Na początku wesoły, kolorowy a później... 8/10

PS. http://www.astantin.com/aron-ralston-astantin-20101107/aron-ralston-video1-astantin-20101107/


- Jakuzzi - 17-01-2011

nawrocki napisał(a):Ale lepiej filmowi by zrobiło, gdyby był wykonany w bardziej surowej konwencji, zero efektownych ujęć, zero efektownego montażu, a scenę amputacji powinno się nakręcić tak, by widz syczał z niesmakiem, a tak nie jest (najwyżej drobne ciarki). Aha, i humor też raczej zbędny.

Nie krytykuj filmu za to, ze nie zgral sie z twoimi preferencjami.

127 hours jest, zgodnie z przewidywaniami, bardzo dobry. Glownego bohatera nie sposob nie polubic, chocby z tego wzgledu, ze w krytycznej sytuacji nie opuscil go humor. Boyle trafnie zalozyl, ze ograniczona pod wzgledem miejsca fabule musi wspierac atrakcyjna forma, dlatego postawil na odjechany montaz oraz retrospekcyjno-oniryczne wtrety. No i zachwycajace zdjecia - ten film warto zaliczyc chocby po to, zeby zobaczyc co Anthony Dod Mantle wyczynia za kamera. I pomyslec, ze na Camerimage wygrala w zeszlym roku Wenecja, pomimo uczestniczenia 127 hours w konkursie glownym...


- Jakuzzi - 17-01-2011

nawrocki napisał(a):Ale lepiej filmowi by zrobiło, gdyby był wykonany w bardziej surowej konwencji, zero efektownych ujęć, zero efektownego montażu, a scenę amputacji powinno się nakręcić tak, by widz syczał z niesmakiem, a tak nie jest (najwyżej drobne ciarki). Aha, i humor też raczej zbędny.

Nie krytykuj filmu za to, ze nie zgral sie z twoimi preferencjami.

127 hours jest, zgodnie z przewidywaniami, bardzo dobry. Glownego bohatera nie sposob nie polubic, chocby z tego wzgledu, ze w krytycznej sytuacji nie opuscil go humor. Boyle trafnie zalozyl, ze ograniczona pod wzgledem miejsca fabule musi wspierac atrakcyjna forma, dlatego postawil na odjechany montaz oraz retrospekcyjno-oniryczne wtrety. No i zachwycajace zdjecia - ten film warto zaliczyc chocby po to, zeby zobaczyc co Anthony Dod Mantle wyczynia za kamera. I pomyslec, ze na Camerimage wygrala w zeszlym roku Wenecja, pomimo uczestniczenia 127 hours w konkursie glownym...


- nawrocki - 17-01-2011

Chodziło mi raczej o to, że ten film to taka kolorowa wydmuszka, a nie poważny survival. Co z tego, że ładnie nakręcony. "Slumdog" też był ładny.


- nawrocki - 17-01-2011

Chodziło mi raczej o to, że ten film to taka kolorowa wydmuszka, a nie poważny survival. Co z tego, że ładnie nakręcony. "Slumdog" też był ładny.


- Jakuzzi - 17-01-2011

Ale forma nie zabija tresci tego filmu. Boyle przeciez nie chcial dokumentalnie odtworzyc pieciu dni uwiezienia bohatera w skalnej rozpadlinie, ale pokazac rowniez jak to ograniczenie go zmienilo, do jakich wnioskow sklonilo i co motywowalo go do wydostania sie, nie pozwalalo mu sie poddac.


- Jakuzzi - 17-01-2011

Ale forma nie zabija tresci tego filmu. Boyle przeciez nie chcial dokumentalnie odtworzyc pieciu dni uwiezienia bohatera w skalnej rozpadlinie, ale pokazac rowniez jak to ograniczenie go zmienilo, do jakich wnioskow sklonilo i co motywowalo go do wydostania sie, nie pozwalalo mu sie poddac.


- desjudi - 18-01-2011

Właśnie - zmiana. To chyba najważniejsze w tej historii, która posłużyła Rolstonowi trochę inaczej spojrzeć na siebie. Motywacja, hart ducha, wola walki, poświęcenie - to mi imponuje, serio. Nie dopingowałem bohaterowi, bo wiedziałem jak się cała historia skończy, niemniej podziwiam.
Sam film jest ok, po prostu dobry. Świetne zdjęcia, jeszcze lepszy montaż, przyjemna muzyczka w tle, Franco daje radę. 90 minut bez większej nudy, ale szczerze mówiąc bardziej zaintrygował mnie (podobny w konwencji) "Buried". 7+


- Mierzwiak - 09-02-2011

Rewelacyjny montaż i zdjęcia, bardzo fajna muzyka, może nie powalająca, ale co najmniej fajna rola Franco, ale film totalnie po mnie spłynął. W przeciwieństwie do Slumdoga, który również mógł się pochwalić kapitalną stroną audio-wizualną, w 127h zabrakło nie tylko emocji, ale przede wszystkim treści. Strasznie błahy i na dobrą sprawę pozbawiony treści film.

6/10


- simek - 12-02-2011

Wow! Dla mnie ogromne pozytywne zaskoczenie. Po Boyle'u spodziewałem się ponownie jakichś ciepłych, ale kolorowych kluch jak w Slumdogu, którego nie cierpię, a dostałem kapitalny film. Bardzo dobrze zrobiłem nie widząc kompletnie jak się film skończy(tylko tyle wiedziałem, że to na faktach i koleś jakoś przeżył) i co w nim będzie, więc byłe zdziwiony takim długim początkiem, całkiem niezłym, który swoją drogą mógłby robić za reklamę tamtych okolic, ja na przykład od razu nabrałem chętki żeby się tam kiedyś wybrać. Dla mnie ten film to wzorowy przykład na to jak wielką empatię może wywołać dobrze nakręcony survival - przez większość seansu siedziałem z nogą położoną mocno na ręce, żeby się lepiej wczuć:P Pochłonęła mnie opowieść tak, że calutki czas kombinowałem co ja bym zrobił w tej sytuacji, a to chyba dokładnie to o co chodziło Boyle'owi. Zdjęcia, montaż, dźwięk na Oscara, nominacja dla Franco jak najbardziej zasłużona, a z Boylem jako reżyserem jest ta sama historia co ze Scorsese, tylko że na odwrót - dostał statuetkę za jeden ze swoich gorszych filmów, podczas gdy najlepsze kończą z niczym.

Moja klasyfikacja Oscarowa wygląda w tym momencie dosyć dziwnie:
Toy Story 3
127 Godzin
Social Network
Czarny Łabędź
Do szpiku kościu
Incepcja


- Craven - 13-02-2011

Jakuzzi napisał(a):
nawrocki napisał(a):Ale lepiej filmowi by zrobiło, gdyby był wykonany w bardziej surowej konwencji, zero efektownych ujęć, zero efektownego montażu, a scenę amputacji powinno się nakręcić tak, by widz syczał z niesmakiem, a tak nie jest (najwyżej drobne ciarki). Aha, i humor też raczej zbędny.
Nie krytykuj filmu za to, ze nie zgral sie z twoimi preferencjami.

W swoim stylu się wtrącę, bo mam podobne wrażenia. Tu nie chodzi o preferencje, tylko moim zdaniem sposobem realizacji film sam sobie szkodzi. Jak dla mnie ten film to nie męczarnia faceta uwięzionego przez kamień, tylko rozpaczliwe męki reżysera, który staje na głowie, żeby wyczarować 90 minut z historii, która nadaje się na 10 minutowego szorta. Głupio dobrana muzyka, kombinowanie z majakami Arona, ze zdjęciami z montażem, wszystko, żeby tylko jakoś zająć widza. Jak już chyba pisałem zamiast tego filmu lepiej obejrzeć to:

Robi znacznie większe wrażenie, wzbudza więcej emocji. 127 hours to niestety wydmuszka.


- Mental - 13-02-2011

Craven napisał(a):sposobem realizacji film sam sobie szkodzi. Jak dla mnie ten film to nie męczarnia faceta uwięzionego przez kamień, tylko rozpaczliwe męki reżysera, który staje na głowie, żeby wyczarować 90 minut z historii, która nadaje się na 10 minutowego szorta. Głupio dobrana muzyka, kombinowanie z majakami Arona, ze zdjęciami z montażem, wszystko, żeby tylko jakoś zająć widza.

zgadzam się w 100%. jak to się mówi, dramaturgiczna para poszła w gwizdek. film o koleżce, który sobie na żywca tępym nożem made in China "odpiłował" przedramię, a ja zieeew.

zamiast 127 hours oglądajcie Touching the Void.


- Fidel - 13-02-2011

Mental napisał(a):oglądajcie Touching the Void.

Słuchać Mentala !!! <ok>


- Jakuzzi - 13-02-2011

Mental napisał(a):film o koleżce, który sobie na żywca tępym nożem made in China "odpiłował" przedramię

Jezeli tak sie postrzega ten film to nic dziwnego, ze sie na ziewanie zbiera. ;)


- Mierzwiak - 13-02-2011

A jak inaczej go postrzegać? Film o koleżce który pod wpływem 127-godzinnej walki z głazem pojmuje co w życiu ważne, np. oddzwanianie do matki?

To jest tak głębokie, że chyba nie wydostanę się na powierzchnię przez najbliższy tydzień.


- Craven - 13-02-2011

No właśnie coś w poczułem w kościach, że zaraz się dowiemy, ze 127 hours to podróż do zrozumienia samego siebie i odnalezienia w sobie siły by znaleźć żonę. No i uwalić sobie rękę, ale to tło.


- Karol - 13-02-2011

Ale czemu od tego filmu wymagacie Wielkiej Głębi, Ważnego Przesłania itd.? "127 godzin" to po prostu zapis kilkudniowej agonii i stanów emocjonalnych jej towarzyszącym, przelotnym myślom, pomysłom, wyrzutom. Nie musi się za tym kryć jakieś prożyciowe przesłanie - chodzi o zwykłe przedstawienie 127 bardzo ciężkich godzin, które w sytuacji Aarona mogą być jego ostatnimi i koleś sobie dobrze zdaje z tego sprawę.