![]() |
|
Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Wersja do druku +- Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe (https://forumkmf.pl) +-- Dział: Działy tematyczne (https://forumkmf.pl/Forum-Dzia%C5%82y-tematyczne--5) +--- Dział: Serie filmowe (https://forumkmf.pl/Forum-Serie-filmowe--21) +---- Dział: GWIEZDNE WOJNY (https://forumkmf.pl/Forum-GWIEZDNE-WOJNY--56) +---- Wątek: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] (/Thread-Rogue-One-A-Star-Wars-Story-2016-re%C5%BC-Gareth-Edwards-SPOILERY--4272) |
RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Pelivaron - 18-12-2016 (17-12-2016, 20:55)Mierzwiak napisał(a): w ogóle Vader, Vader, Vader W drugiej scenie, jak zapala wiadomo co to myślałem, że w portki narobię z podjarki ;P ciary do końca sceny
RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Snappik - 18-12-2016 (17-12-2016, 23:56)Huntersky napisał(a): Wiadomo jaka scena w niezłej jakości: <3 Fajny komentarz znaleziony gdzieś w recenzji na YT: I like Vader goes full Sith and squash some motherfuckers! RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Badus - 18-12-2016 (17-12-2016, 23:56)Huntersky napisał(a): Wiadomo jaka scena w niezłej jakości: Nieco ponad minuta metrażu, a emocjonalnym ładunkiem wciąga cokolwiek, co Lucas kazał zagrać aktorom w NT. Słodki Jezu, jakie to jest dobre, nawet w tej jakości
RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Mierzwiak - 18-12-2016 Jeśli chodzi o sceny z udziałem Dartha Vadera ze wszystkich pięciu filmów w których się pojawia ta jest moim numerem jeden. RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Dr Strangelove - 18-12-2016 (18-12-2016, 13:42)Mierzwiak napisał(a): Jeśli chodzi o sceny z udziałem Dartha Vadera ze wszystkich pięciu filmów w których się pojawia ta jest moim numerem jeden. No jednak Vader z "Imperium kontratakuje" jest dla mnie nadal numero uno. Ale tutaj sentyment gra zbyt dużą rolę by coś z tym wygrało. Co do drugiej sceny Vadera z "R1" to po drugim seansie zwracam honor. Scena jest kapitalna, a samego Vadera w filmie tyle ile potrzeba. Ani za mało ani za dużo. RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Doppelganger - 18-12-2016 To przejdzie do historii SW jak "I find your lack of faith disturbing". 10/10 RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Gieferg - 18-12-2016 Ok, Mierzwiak, przekonałeś mnie, jednak się wybiorę (choć nie wiem jeszcze kiedy), liczę na to, że ten film mnie wyleczy z obrzydzenia do Starwarsów tak, jak to kiedyś zrobiła Zemsta Sithów, ale jak będzie źle, to wisisz mi dychę
RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Arahan - 18-12-2016 Wtorek 20:00. Dla Vadera RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Paszczak - 18-12-2016 Ależ jest więcej powodów by obejrzeć ten film, naprawdę. Np. finałowa bitwa toczy się wśród palm - toż to praktycznie las! RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Huntersky - 18-12-2016 Wybudowali jebaną wyspę! RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Snappik - 18-12-2016 Wybudowali je*ana planetę! ![]() Vader w tym filmie to 10/10 bez dwóch zdań. I co najważniejsze - jest go tyle ile powinno być, aby nie zaburzyć historii oraz działań bohaterów. RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Mierzwiak - 18-12-2016 Wiecie co jest fajne? Dostaliśmy nazwę każdej NOWEJ planety. Nazwa Mustafar nie pojawiła się na ekranie, bo na tej planecie już "byliśmy". Bomba. RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Huntersky - 18-12-2016 Swoją drogą, będąc Vaderem to byłoby ostatnie miejsce, w którym chciałbym wybudować swoją chatę. Disney/LucasFilm głupi nie jest i pewnie uważnie słucha jakie są opinie ludzi. O ile zakład, że przed filmem o Boba Fecie, który utknął w martwym punkcie, dostaniemy film o Vaderze? RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Arahan - 18-12-2016 Czy Wy mi ten las do końca życia będziecie wspominać? RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Badus - 18-12-2016 (18-12-2016, 18:34)Huntersky napisał(a): Disney/LucasFilm głupi nie jest i pewnie uważnie słucha jakie są opinie ludzi. I dlatego nie będą chcieli przeszarżować, co by Vadera w filmach nie zdeprecjonować. Stawiałbym na taktykę stopniowego podbudowania hajpu (po kilka sekund w nadchodzącym Solo/Fecie?) przed ewentualnym solo (hehe) występem astmatyka. RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Predator895 - 18-12-2016 No nieźle się porobiło Jeszcze tydzień temu zapierałem się w sobie, że po odtwórczym i nudnym do bólu Przebudzeniu Mocy nigdy już nie popełnię tego samego błędu i nie zaufam kolejnym obietnicą i nagonce reklamowej STAR WARS A jednak przyznam, że pierwszy teaser bardzo mnie zaintrygował, spodobał mi się sam pomysł przedstawienia działań rebelii, ale od strony zwykłych żołnierzy, a nie od rycerzy Jedi i ich magicznych mocy. Cała ta mitologia została tu zepchnięta na trzeci plan i dostałem film, którego bym się w życiu nie spodziewał. Wszyscy piszą, że nie podobał im się pierwszy akt, to skakanie po planetach i opisywanie poszczególnych światów>> Wrong !!! Dla mnie to było najlepsze, ukazało mi świat który jest sterroryzowany przez Imperium, w którym wszelkie obyczaje są zdegradowane i tylko jak to się okazuje podzielona garstka rebelii jest w stanie coś z tym zrobić, zbuntować się. Nie są to uwaga istoty o nadzwyczajnych mocach ( Joda , rycerze Jedi i ich cała mitologia), tylko zwykli ludzie, którzy odważyli się powiedzieć dość. Tytułowy Łotr 1 to nie tylko kobieca postać Jyn Erso ( która ma nie małą rolę w tej całej rebelianckiej akcji ), tylko cała ekipa. Najbardziej podobała mi się postać niewidomego Donnie Yena. Boże każde jego filozoficzne bajdy "Moc jest ze mną, z Mocą jestem silny", czy jak to tam było dodawały mi takiego powera podczas seansu, że po chwili zacząłem odczuwać to samo co szczęśliwcy w 1980 na seansie Imperium Kontratakuje. No i kilka słów o samym Vaderze Pierwsza scena z jego udziałem nie przypadła mi do gustu, być może za bardzo skupiłem się na jego nieco podstarzałym głosie w porównaniu starej trylogii, ale potem daje takiego czadu, że znowu wróciłem do 1980 roku CGI powala, zrekonstruowany Admirał z Nowej Nadzi budzi respekt i oddaje wielki sentyment do starej trylogii. Jego wykonanie było znakomite, księżniczka Leia już nieco od niego odstawała, ale też jest bardzo wiarygodnie odwzorowana. Myślę, że w jej sekwencji mocne, jasne oświetlenie zdradziło jej wirtualną rekonstrukcję. Tak czy siak jestem POWALONY, tym jak dobry jest ten film i tym czym wniósł do legendarnej Trylogii tak Trylogii, bo wszytko co po epizodzie VI, oraz prequele Lucasa dla mnie nie istnieją. Daje mocne 8+/10 dla Rogue One i niech Moc będzie z tymi reżyserami, którzy czują ducha STAR WARS jak Gareth Edwards !!!
RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Mefisto - 18-12-2016 Cytat:Pokazanie Vadera w RO jak najbardziej uzasadnione, przecież nawet jakby to nie był ten legendarny Vader, to całkiem słuszne jest pokazać mega wkurwioną, drugą osobę w Imperium, która bierze sprawy we własne ręce i próbuje ratować sytuację w ostatniej chwili. Leia za to jest tam z dupy, bo dla kogoś kto nie oglądał OT, to ona jest anonimową laską, więc co nas obchodzi po prostu kolejna osoba, która bierze do łapy dysk z planami? Jakby była wprowadzona już na naradzie, to ok. OK, będąc wywołanym do tablicy muszę napisać co mi między innymi w tym filmie nie gra i zarazem fakt, że śmieszy mnie swoista hipokryzja co poniektórych, którzy na TFA nie zostawili suchej nitki, bo bazowała na taniej nostalgii i była kalką, a R1 wychwalają pod niebiosa, bo Tarkin, Vader i Ponda Baba w jednym - i kij z tym, że każdy jeden włożony od czapy, bez pomyślunku i opatulony fabułą jako żywo rżnącą z epizodu, który przecież ma poprzedzać, a tymczasem jest jego, i Powrotu Jedi poniekąd też, jawną kalką. Aha, uwaga! - spojleruję tę jakże oryginalną, pełną zaskoczeń, niebanalną (lol) fabułę, której meandry są tak głębokie, że aż mózg wrze. Przede wszystkim dla mnie widać jak na dłoni brak niekonsekwencji, przypuszczalnie podyktowany decyzją kierownictwa. Podejrzewam, że oryginalnie film Edwarda był odważniejszy i być może także bardziej nieoczywisty (jeszcze mniej gwiezdnowojenny), ale po dokrętkach to się zmieniło. Stąd 200 baniek przy braku mega gwiazd w obsadzie i większości fabuły dziejącej się na czarnym tle (tak, ironia lekka). Pragnę bowiem zauważyć, że film zaczyna się i oscyluje głównie wokół Rebelii. Rebelii prześladowanej z niebywałą wręcz precyzją (większą od Vadera w OT, a koleś miał przecież Moc!) przez Dyrektora Kranika – zważywszy na stopień i zaangażowanie winącego raczej siedzieć za biurkiem, na misje wysyłając sługusów, no ale to kolejny mankament tego "dzieła", że na dobrą sprawę nie wiadomo kim ten kolo tak naprawdę jest i jaką ma funkcję; ot lata wszędzie i tak sie składa, że zawsze pojawia się tam na moment po lub na chwilę przez naszą wesołą gromadką „I rebeli”. Tenże Kranik ma być niejako motorem napędowym akcji i głównym złym. Po kiego chuja zatem wprowadzać dwóch większych złych (w dodatku publice dobrze już znanych) do fabuły? Nie wiem. Vader to bonus dla fanów i owszem, ale ani on, ani Tarkin nie powinni świecić swoimi licami w co drugiej scenie, kontynuując dialogi o niczym. Nie takie jest założenie filmu, nie tak rozłożony jest ciężar dramatyczny, by dawać im więcej do zagrania, w końcu nie takie jest ich zadanie w tym uniwersum. Leci więc Kranik na odległą planetę tylko po to, by dostać dwuzdaniową zjebkę od Wiadernego. Kij z tym, że do takich prostych rozmów używano kiedyś hologramów i to działało. Kij z tym, że Vader mógłby go poddusić przez taki hologram bez problemu. I kij z tym, że w sumie przyjmuje kolesia w swoim domu praktycznie, wychodząc z wanny. Gorzej, że to w sumie nic nie wnosi do fabuły, bo Kranik dostaje zjebki od wszystkich – w tym także od Tarkina, który również przewyższa go stopniem. Czyli co, poszedł naskarżyć? Trochę żałosne. I niepotrzebnie kradnie czas antenowy. Vader zresztą nie traciłby czasu na takiego figuranta. Podobnie zresztą jak nie traciłby czasu na siekanie kilku ziomków z Rebelii – to jest dopiero scena, która ni chuja nie lepi się z jego wizerunkiem z EIV. Pamiętacie tam jego pierwsze wejście? Kolo pokazuje się na długo po tym, jak szturmowcy oczyścili teren. Wchodzi dostojnym, niespiesznym krokiem i przygląda się przez moment ciałom poległych. Absolutnie nie wierzę w to, że taki boss dosłownie 5 minut wcześniej bawiłby się w Wolverine'a. Raz, że wystarczyłoby, aby Mocą przyciągnął do siebie pendrive'a z danymi, nawet nie musząc się przy tym pokazywać. A dwa, że zwyczajnie nie pasuje to do charakteru tej postaci. Zew krwi uprawiał Hayden, nie podstarzały już Vader, który w wolnej chwili bierze ciągłe kąpiele w soli i na różne sposoby podtrzymuje swoje życie, a poza tym postępuje raczej dyplomatycznie (sort of speak) i działa półgębkiem, bo wie, że i tak nie ma co marnować energii, skoro nikt nie jest w stanie mu podskoczyć. Ni chuja tego nie kupuję. W ogóle zresztą gość pojawia się totalnie od czapy tam (chyba, że było to wyjaśnione, a ja nie pamiętam, może tak być) i robi to tylko po to, by fani mieli mokro. Fajna scena sama w sobie, ale nie w tym filmie, nie w tym momencie i nie w takim wykonaniu. Nie pisząc już o tym, że skoro już się tam pojawił, to by te dane odzyskał. C’mon! To Vader, a nie jakiś szeregowiec.
Obecność Tarkina rozumiem już bardziej, bo dziad w końcu bezpośrednio nadzorował latające jebadło z laserem, ale szczerze powinien on zostać przedstawiony półgębkiem w jakiejś jednej, konkretnej scenie, a nie cały czas straszyć CGI, które jest koszmarne i jedynie postarza (!!!) wizerunek tej postaci, jednocześnie osłabiając siłę Kranika. Bo w tym momencie Kranik nie tyle staje się marnym figurantem, nie wspominanym już potem w ogóle w sadze, co kolesiem, który musi jakoś odreagować okres studiów. Złe miny, okazjonalne krzyki nie wychodzące poza standard wizerunku bad guya (scena gdy wybucha pół bazy z danymi), powiewający na wietrze płaszczyk i padające w ust niby ważkie słowa. A działania brak. Strachu przed nim jeszcze mniej – co zresztą dobitnie pokazuje finał, z obowiązkowym "nie zabiję cię, tylko będę gadoł" i "powstałem z martwych". Niggaz, please. Jak dzisiaj rano po mleko sięgałem to były wyższe emocje, niż w tej konfrontacji w R1.
A tej nie pomaga ani trochę główna bohaterka – m.in. właśnie dlatego też, iż jej background i nakreślenie charakteru ustępuje miejsca wyżej wymienionym panom. O Lei już nawet nie wspominam, bo to już jest kładzenie treści łopatą do głowy w najgorszy sposób. Już wcześniej przecież senator Organa mówi, że wie, komu powierzyć tę misję. I styknie. Fani wiedzą, o co kaman. Początkujący przekonają się w kolejnym filmie. But nooooo – musimy zobaczyć jak po sznurku cała drogę, którą pokonują legendarne dane, musimy zobaczyć Leię we "własnej osobie". Zabrakło jedynie strzałki z wyjaśnieniem kto to albo podpisu a la Tarantino – tak właśnie Disney bawi się z marką i oczekiwaniami.
Gwoli ścisłości – cameo C3PO, R2D2 oraz Ponda Baby i brzydala sympatyczne, ale wszyscy oni powinni być wtedy gdzie indziej. Zwłaszcza ci ostatni to takie wciśnięcie na chama. Mam uwierzyć, że dwójka zakapiorów poszukiwanych w 13 systemach przylatuje na jedną z najbardziej kontrolowanych przez Imperium planetę, na której mieszka także jeden z najbardziej radykalnym zwolenników Rebelii, po czym wylatuje stamtąd na moment przez zniszczeniem wszystkiego przez Gwiazdę Śmieci? Przecież to wygląda jak parodia w stylu Taga i Binka – notabene dużo zgrabniej i z większą znajomością sagi wplecionych w znane wydarzenia.
Wracając jednak do clou – całe to trio VTL jest zbędne, bo film osadza się przecież na spojrzeniu z perspektywy Rebelii. Spojrzeniu w dodatku drugorzędnym, czysto wojskowym, wręcz szeregowym, bo oczami skłóconej z nimi dziewczynki. Charakteru, który przypominać powinien Jamesa Deana za najlepszych lat i porywać charyzmą niczym William Wallace (albo przynajmniej Scarlett O’Hara), a tymczasem dostajemy siódmą wodę po kisielu. Zero osobowości, zero woli walki, zero inteligencji – zero-zero, a nie jakieś tam Rogue 1 (moment, w którym ta nazwa zostaje zresztą wymyślona, powala na kolana). Laska w jednej scenie rozwala ratujący ją oddział rebeliantów (choć dobrze wie kto to), by za moment wzruszyć ramionami i jak potulny piesek ruszyć dla nich na misję w jedną stronę, bo tak i chuj. Jakieś moralne dylematy? Brak. Specjalne umiejętności? Brak. Cechy wyróżniające ją przed szereg? Jest córką projektanta Gwiazdy Śmierci – szok, mam ciary! Mroczna przeszłość? Brak (wybaczcie, ale nie jestem w stanie traktować poważnie całego prologu, w którym na hasło "wiecie co robić", tatuś staje jak tępy chuj w polu, matka daje się zastrzelić jak ostatnia siksa, a potem jakiś czarny z Brooklynu otwiera właz i tyle z budowania napięcia oraz relacji; swoją drogą to zadziwiające jak Kranik kompletnie nie zestarzał się przez te lata – must be da fors!).
Chemia między nią a resztą obsady? Latynos chciałby ją przelecieć, to pewne (on za to ma mroczną przeszłość!). Robot czasem sobie żartuje z nią, czasem z niej. Reszta chyba wie, że leci z nimi jakaś kobieta. Chyba, bo gdy ta na stateczku daje im płomienną przemowę mającą zagrzewać wszystkich do walki, to odzew jest zerowy – nikt nawet nie kwestionuje faktu, że nagle to ona wydaje rozkazy. Ot, poszli za nią, bo tak w scenariuszu z poprawkami za pięć baniek stało, na resztę mają więc wyjebane, choć oczywiście giną bohatersko, bo tak i chuj – szkoda jedynie, że zabrakło slo-mo i odpowiedniej ścieżki dźwiękowej, wtedy może nimi bym się jakoś przejął. Pojawiają się jeszcze jacyś mnisi, którzy z zaskoczenia dla samych siebie ratują siksę z opałów i siup! – nagle dołączają do niej, bo tak i chuj. Jeden jest ślepy i gada cały czas o mocy, której nie ma; drugi jest brzydki i wprawnie posługuje się karabinem (do momentu ostatniej sceny, w której nagle musi zacząć go z niewiadomych przyczyn przeładowywać po każdym strzale). Czemu się przyłączyli, choć wcześniej przez lata strażnikowali jedynie świątyni? Czekam na wstrząsające teorie Wołoszyńskiego, gdyż film pokazuje mi fucka większego od mojego wacka.
Mógłbym się zresztą jeszcze trochę nad nim poznęcać. Napisać, że finałowa potyczka to kopiuj-wklej z Return of the Jedi, wliczając w to niektóre kwestie, pole siłowe i wciągnięcie w bezpośrednią walkę niszczycieli, które w tamtym filmie czekały, bo dostały rozkaz, a tutaj stoją i nie ingerują w nalot Rebelii (używającej dokładnie tych samych modeli statków! Najwyraźniej mają nadmiar i mogą je poświęcić), bo tak i chuj. Ponarzekać, że w Imperium kontratakuje AT-AT były niezwykle trudnym przeciwnikiem do zniszczenia, a tutaj padają jak muchy. Że szturmowcy chyba w żadnym innym filmie nie byli tak nieefektowni – serio, w trakcie seansu idzie się poważnie zastanowić nad tym, jakim cudem Imperium tak długo działa, skoro jego żołnierze nie potrafią nic zrobić, na nic nie zwracają uwagi („jakiś niski, nieogolony chłop z wąsami wchodzi do naszej mega chronionej bazy? Phi!”) i generalnie nie ma tam żadnego chain of command ani innych restrykcji (zresztą podobnie jest w Rebelii, gdzie każdy może sobie zebrać ekipę i bez problemu wystartować z mega tajnej bazy, bo tak i chuj). Wytknąć w końcu mega idiotyczny plan odzyskania danych, zwieńczony przepychaniem dwóch ogromnych niszczycieli „maluchem” i cudownym poświęceniem się wszystkich zaangażowanych, na których i tak mamy wyjebane (serio, robot to najlepsza postać w całym filmie, co chyba mówi wszystko względem reszty). Wspomnieć o kompletnie zmarnowanym Madsie, który przez gros filmu łazi z miną mopsa i wygłasza drętwe kwestie – już chyba lepszą rolę miał w Doktorze, bez kitu...
EOT. RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - zombie001 - 18-12-2016 Cytat:Wiecie co jest fajne? Dostaliśmy nazwę każdej NOWEJ planety. Nazwa Mustafar nie pojawiła się na ekranie, bo na tej planecie już "byliśmy". Bomba. Dużo fajniejsze jest to, że w czymś, co można traktować jako bezpośredni prolog do Epizodu IV, w ogóle dostaliśmy nowe planety. Nie jak w wiadomym filmie, gdzie dano nam „stare”, pod nowymi nazwami
![]() W każdym razie..
Ja seans mam za sobą. Muszę przyznać, że byłem sceptycznie nastawiony i choć teoretycznie „RO” powiela pewne błędy „Godzili”, to mogę z czystym sumieniem napisać, iż Edwards (z ekipą od reschotów) wybronili się tym filmem. Nie jest to produkt idealny, twórcy popełnili trochę „grzechów”, ale w najgorszym razie, ktoś może powiedzieć o „RO”, że to zbędny i kompletnie niepotrzebny prequel „New Hope”. Jednakże zdecydowanie nie jest to poziom fanservice jaki oferował „TFA”.
Jeśli chodzi o plusy, to niczego specjalnego nie napiszę. Strona wizualna robi takie samo, bardzo dobre wrażenie, jak u Abramsa. Ora PT niebotycznie. Widać wręcz, że Lucasfilm ma z góry obraną koncepcję i będzie się jej trzymał przez wszystkie następne produkcje; Do tego filmidło oferuje naprawdę fajny, ciężki klimat wojenny, zupełnie odmienny od tego, który prezentowały poprzednie produkcje cyklu; do tego mamy tu kilku naprawdę sympatycznych bohaterów i taką, względną, autonomiczność historii. Wiadomo, że bardzo trudno o coś takiego, w przypadku produktu, który jest właściwie wykalkulowanym Epizodem 3.5, ale czuć tutaj, że ekipa robi co może, aby to było coś więcej, niż prolog „New Hope”. Film momentami rzeczywiście za bardzo skręca w te rejony, ale i tak, jako całość, broni się zaskakująco dobrze.
Ahh, no i oczywiście bym zapominał, Vader. Vader to czysta perfekcja. Od pierwszej, aż do ostatniej sceny. Wbrew tego, czego się wcześniej bałem. Niema go za dużo, niema go za mało. Nawet ktoś nie obeznany z Epizodami IV-VI może do niego poczuć respekt i szacunek. A to zaledwie jeden trybik opowieści, a nie pełnoprawny bohater.
Z minusów? Hmm, trochę by tego było, ale jeśli skupimy się na takich najistotniejszych, to wychodzi mi:
- przesadzony 3 akt – naprawdę, „RO” mógł być dużo skromniejszym filmem i to co wyczynia się na końcu, jeśli chodzi o sceny akcji, mogło zostać zredukowane o połowę;
- za dużo CGI postaci - mówię tu przede wszystkim o Tarkinie i Lei. Ta druga kompletnie zbędna (mogli poprzestać na ujęciu, gdy widzimy jej tył), a Tarkina – jeśli chciano dawać mu tyle czasu – należało lepiej maskować, a nie wystawiać CGI gębę na wierzch :/
- mocno cięty i chaotyczny 1 akt – takie początkowe przeskakiwanie z jednej lokacji, do drugiej, zapowiadało naprawdę coś kiepskiego. Już myślałem, że cały film taki będzie. To chyba była najmniej dopracowana część, bo później już lepiej to „śmigało”.
Na koniec pozostał.. pewien zgrzyt. A mianowicie, to podobieństwo do Godzilli Edwardsa. Tak samo, jak w przypadku jego poprzedniego filmu, mamy tutaj problem z głównymi bohaterami – absolutny brak emocjonalnej więzi z nimi. Tzn. robot był super, mnich wiadomo, też interesujący, no i był jeszcze ten kompletnie niewykorzystanego osiłek z bronią oraz pilot, który gdzieś się tam plątał. Ale mniejsza z nimi. Chodzi mi przede wszystkim o Jyn i Cassiana :/ No cóż.. Można wiele złego mówić o „TFA”, ale pod tym względem Abrams góruje – stworzył tam postacie, których przygody chce się oglądać – nawet jeśli one same, nie chcą ich przeżywać
Aczkolwiek w przypadku „RO” nie można uznać tego za wielką wtopę Edwardsa. O ile w „Godzilli” wynikało to wszystko z miernej jakości scenariusza, tak tutaj, ma nieco inne, według mnie lepsze, uzasadnienia.
Za to jak ta historia się kończy - tzn. tak jak powinna, mocne 7/10 oraz pewność, że ocena "TFA" poleci w dół przy najbliższym seansie (o ile taki będzie). RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Huntersky - 18-12-2016 @Mefi Krennic: Orson Krennic to oczywiście socjopata i karierowicz, który ma nadzieję, że Gwiazda Śmierci zapewni mu upragnione poważanie, szacunek i awans w imperialnej hierarchii. To poniekąd stara sobie zapewnić już wcześniej, stąd biały mundur, który chyba przysługuje tylko admirałom i osobista gwardia dojebanych czarnych szturmowców (co nie dziwi tak bardzo, bo gość jest szefem Advanced Weapon Research). I dlatego patent z Vaderem i Tarkinem jest fajny, być może nie wpływa znacząco na fabułę (pomijając zniszczenie Scarif), ale pokazuje Krennica z innej strony. Imperialne elity nim gardzą, a on stara się udowodnić swoją wartość. Dzięki temu gość nie jest totalnie czarno-biały, ale wzbudza minimalną sympatię, mimo wszystko. Jyn: Jej motywacja jest wyjaśniona w scenie z hologramem ojca, potem jego śmierci. Można to albo kupić albo nie, sama bohaterka też mogłaby być bardziej charyzmatyczna, ale bohaterowie podążają za nią bo po pierwsze: sami mają motywację, żeby dokopać Imperium, po drugie: ona jako jedyna chce działać, podczas gdy Mon Mothma i reszta pierdzi w stołek. Ostatnia bitwa to Powrót Jedi: Dokładnie to połączenie bitwy o Endor, Hoth i infiltracji pierwszej Gwiazdy Śmierci z ANH. Ale w przeciwieństwie do takiej bitwy w TFA ma na wielu płaszczyznach duży ładunek emocjonalny, z podkreśloną stawką o jaką toczy się gra. (w TFA jest to równie pretekstowe, co sama baza Starkiller) A z chwilą śmierci K2-SO (zajebista scena!) nagle uświadamiam sobie, że to może nie być kolejne pewne zwycięstwo jak poprzednich częściach, gdzie ginęły tylko randomy.A w filmie są słabiej opancerzone, puste w środku AT-ACT, służące do przenoszenia zaopatrzenia, nie AT-AT.
RE: Rogue One: A Star Wars Story (2016) reż. Gareth Edwards [SPOILERY] - Grievous - 18-12-2016 Jeżeli kogoś interesuje tożsamość lokaja w zamku Vadera, to jest to Kren Blista-Vanee. Jest on obecny na drugim planie w ROTJ, jako jeden z imperialnych dygnitarzy: ![]() To ten pan w centrum. |