Miss Avatara 2012
Liczba postów: 1,149
Liczba wątków: 14
"Projekt X" (2012) - jestem zdemoralizowany do granic możliwości, a i tak uważam, że produkcje tego typu są bardziej szkodliwe społecznie niż wszystkie filmy, prezentujące psychopatów i seryjnych morderców jako urokliwych dżentelmenów, na których warto się wzorować. I już naprawdę nie chodzi o to, że kino powinno mieć misję zbawiania świata, bo uwielbiam czysto rozrywkowy odłam kinematografii, ale nie w takim wydaniu. To właściwie półtoragodzinny teledysk z bardzo fajnymi młodymi tyłeczkami i jędrnymi cycuszkami w kadrze. Poza tym to pusta bezwartościowa wydmuszka złożona ze zlepku oklepanych motywów i stereotypów. I jestem absolutnie przekonany, że twórcy już na etapie kreowania pierwszych zarysów samego pomysłu, wiedzieli, że młodzi tępi ludzie będą czerpać z niego garściami i naśladować bohaterów filmu. Taki viral marketing to promocyjne cacko, ale z drugiej strony pójście najłatwiejszą linią oporu. Kurde, nawet ja przez krótką chwilę miałem ochotę założyć kapcie i iść szukać jakiejś imprezki, jak Łona w jednym ze swoich szlagierów. A najgorsze, że ta wydmuszka jest bardzo dobrze zrealizowana, jak na swoją paskudną teledyskową formę, i przez seans przechodzi się bezboleśnie. Dam 4/10.
"Fisher King" (1991) - staroć Terry'ego Gilliama z Jeffem Bridgesem i Robinem Williamsem. Ta para aktorów gra w filmie pierwsze skrzypce i robi to rewelacyjnie. Pierwsza scena: skąpany w mroku studia radiowego Jeff w ciemnych okularach siedzi za mikrofonem i odbiera telefony od zdesperowanych słuchaczy. Dlaczego do niego dzwonią? Nie mam pojęcia, bo Jeff jest burakiem, który gardzi ludźmi i sponiewiera ich na antenie. Mimo wszystko jest z siebie cholernie dumny. Do momentu, w którym dowiaduje się, że jeden z jego słuchaczy pośrednio przez jego "radę" wparowuje z bronią do bogatej restauracji i czyni krwawą masakrę na burżujskim towarzystwie. Po tak cholernie mocnym początku film siada na około dwadzieścia minut, ale potem jest już tylko lepiej. Jeff poznaje jedną z osób, która była w restauracji podczas masakry i pośrednio z poczucia winy, pośrednio ze względu na dług wdzięczności, zaprzyjaźnia się z nią. A właściwie z nim - Williamsem - niegdyś bogatym profesorkiem, dziś chorym psychicznie bezdomnym, który ma poważną misję do spełnienia - zdobyć Święty Graal. Jak zwykle u Terry'ego Gilliama fikcja perfekcyjnie przeplata się z rzeczywistością, a lęki bohaterów przenoszą się również na widza. Fajnie ukazana niewygodna na pierwszy rzut oka relacja i specyficzna przyjaźń. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to według mnie warto poświęcić trochę swojego czasu. 7/10
"Beaver" (2011) pol. "Podwójne życie" (lol) - ostatni na mojej liście filmów z Jennifer Lawrence, które miałem do obejrzenia. I choć ona sama wypadła jak zwykle czarująco, film jest totalnie przedziwny i miałem ogromny problem z wystawieniem noty. Oglądam go, a tam obsada taka, że urwało mi lewy poślad: Mel Gibson, Jodie Foster, Anton Yelchin (którego karierze mocno kibicuję) i wspominana wcześniej Jennifer Lawrence (którą po prostu kocham). Później dostaję fabułę wyłożoną na tacy i zadaję sobie już tylko jedno pytanie. Jak ci ludzie zgodzili się zagrać w tym filmie?! A no tak, że to pierwszy po szesnastu latach film w reżyserii Jodie Foster. A oto fabuła. Mel Gibson, ojciec dwójki synów, niegdyś przykładny mąż pod wpływem dręczącej go depresji zmienił się w życiowego nieudacznika. Zostaje wyrzucony z domu, a jedyne co mu towarzyszy to pluszowa pacynka bóbr znaleziona w śmietniku. Zakłada ją na rękę, upija się i próbuje popełnić samobójstwo. Nieskutecznie. W zamian za to w wyniku przypadku na głowę spada mu telewizor, a kiedy odzyskuje przytomność, bóbr tkwiący na ręce do niego przemawia. Tzn. Mel mówi, ale to myśli bobra. Bóbr mówi, że postawi go na nogi i pomoże mu zebrać się do kupy.
Komedia? Skądże znowu! Pomimo mylącego trailera to ma być naprawdę poważny dramat o rozpadzie rodziny; o walce żony o odzyskanie człowieka, którego niegdyś pokochała; o tragedii dorastającego syna, który dostrzega w sobie cechy ojca, znajdującego się na granicy szaleństwa. Szkoda tylko, że nie sposób traktować ten film poważnie, widząc jak Mel popindala przez 3/4 czasu ekranowego z pacynką na ręku. Nie wspominając już o pewnej przekomicznej scenie
I jak traktować taki film? Jako żart? Zgrywa z określonych reguł gatunkowych? To nie jest ani dramat, ani komedia. Nie jest to też gorzka komedia, ani wesoły dramat. Nie jest to zatem komedio-dramat. To dziwny twór, który ciężko zakwalifikować, więc ostatecznie porzuciłem próby i po prostu oceniłem fun, jaki czerpałem z seansu. Nie będę ukrywał, że ocenę i cały odbiór obrazu znacznie poprawił wątek Antona oraz jego relacji z Jennifer. Pomimo oscarowych gwiazd w obsadzie, to młodzi ciągną ten film.
6/10 ode mnie leci.
"Byłem królem traktorzystów przy wyrębie lasu na cały Oregon i sąsiednie stany, a królem szulerów od powrotu z Korei i nawet królem opielaczy groszku na farmie w Pendleton - więc pomyślałem sobie, że skoro już mam być wariatem, to też muszę być pierwszym i najlepszym." Randle McMurphy
11-10-2012, 01:17
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-10-2012, 02:53 przez Persona non grata.)
II Wicemiss Avatara 2010
Liczba postów: 3,195
Liczba wątków: 18
(11-10-2012, 01:17)Persona non grata napisał(a): Pomimo oscarowych gwiazd w obsadzie, to młodzi ciągną ten film.
Bzdura. Gibson zagrał tu jedną z lepszych ról w karierze. Dzieciaki stanowią dla niego i Foster tylko tło. Nie wspominając o tym, że wątek Lawrence jakoś dziwnie odstawał od całej historii. Nie pamiętam dlaczego, musiałbym sobie zrobić powtórkę.
Ode mnie wciąż 9/10. Znakomity film.
11-10-2012, 01:47
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-10-2012, 01:50 przez Perfik.)
Miss Avatara 2012
Liczba postów: 1,149
Liczba wątków: 14
Nie twierdzę, że źle zagrał. Zagrał na tyle dobrze, na ile pozwalała mu rola. Ale jego postać była kompletnie odrealniona, jak na tak poważny temat. Widziałem już wiele filmów o niewidzialnych przyjaciołach, alter ego posiadających odseparowaną fizyczną postać, rozdwojeniach jaźni i tym podobnych, ale pacynka przejmująca władzę nad ciałem - choć, nie powiem, oryginalny pomysł - to coś czego nie mogę potraktować poważnie.
A młodzi stanowili tło tylko dlatego, że dostali mało czasu na ekranie. Wolę dzieciaka bojącego się szaleństwa, niż szaleństwo skupione w pluszowym bobrze.
"Byłem królem traktorzystów przy wyrębie lasu na cały Oregon i sąsiednie stany, a królem szulerów od powrotu z Korei i nawet królem opielaczy groszku na farmie w Pendleton - więc pomyślałem sobie, że skoro już mam być wariatem, to też muszę być pierwszym i najlepszym." Randle McMurphy
11-10-2012, 02:41
II Wicemiss Avatara 2010
Liczba postów: 3,195
Liczba wątków: 18
Magic Mike - czyli film Soderbergha o facetach kręcących za kasę dupami. Na rottenach 79% na imdb 6,3 i skłaniał bym się raczej ku tej drugiej ocenie. Niby ogląda się to bezboleśnie, całość jest ładnie sfotografowana i nieźle zagrana, ale za cholerę nie mam pojęcia co poeta miał na myśli. O czym właściwie był ten film? O ciężkim zawodzie striptizera? Chyba nie, bo w sumie nie dowiedziałem się o ich pracy czegoś, czego nie mógłbym się domyśleć. Romans też nie, bo ten jest prowadzony gdzieś z boku, jakby przy okazji. To może o młodym kolesiu, który dopiero wkracza w ten świat i daje się ponieść? W sumie na dobre by Soderberghowi wyszło, gdyby poszedł w tym kierunku, ale wątek ten prowadzony jest pokracznie, po łebkach i na końcu zostaje nagle urwany.
Miałem wrażenie, że twórcy montując ostatnie pół godziny przypomnieli sobie, że film nazywa się Magic Mike, więc postanowili olać jego padawana i skupić się na jako tako sensownym zakończeniu wątku Tatuma.
Ot takie 5/10 (panie 16+ mogą sobie dołożyć ze 2 czy 3 oczka)
13-10-2012, 20:20
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-10-2012, 20:21 przez Perfik.)
Red Crow
Liczba postów: 12,666
Liczba wątków: 50
Twarze na sprzedaż (1966) - Pierwsze 30 minut zapowiadało ciekawszy film - było napięcie, była tajemnica, były wolty fabularne, i ogromna ciekawość tego, co będzie dalej. A co jest dalej? Niewiele. Niby dobrze się to ogląda, ale już bez tych emocji, co wcześniej. Ale końcówka ratuje ten film przed ostatecznym zjazdem w przeciętność. Jest fenomenalna, nawet pomimo faktu, że słabo umotywowana wcześniejszą częścią filmu.
7/10
Kac Wawa - rozczarowałem się. To nie jest najgorszy film wszechczasów. Ba, to nawet nie jest najgorszy film tego roku (pozdro dla Battleship!). Owszem, to przaśna, zrobiona bez jakiegokolwiek polotu, idiotyczna komedyjka, która w dodatku kompletnie nie śmieszy (poza dosłownie kilkoma tekstami i jedną sceną) i jest męcząca w odbiorze, ale na tak szeroko zakrojony hejting moim zdaniem nie zasługuje. Z polskiego podwórka chociażby "Ciacho" było zdecydowanie gorsze.
2/10
13-10-2012, 23:34
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-10-2012, 23:34 przez nawrocki.)
pernikovy tatko
Liczba postów: 3,354
Liczba wątków: 30
Ok, uzbierało się trochę niemainstreamowego tatałajstwa. Jedziemy:
Vaterland - łykam w ciemno historię opowiadające historię alternatywną. Czytam, oglądam, czasem wymyślam. Ogólnie lubię. I temu filmowi dałem duży kredyt zaufania. Przeliczyłem się.
Punkt wyjścia jest świetny - Niemcy wygrały wojnę i dwadzieścia lat po wojnie przechodzą mniej więcej to, co Związek Radziecki po zakończeniu stalinizmu. Głównym bohaterem jest oficer SS grany przez Rutgera Hauera. Założenie filmu jest takie, że SS zmieni się coś w rodzaju zwykłej policji, co trochę zgrzyta, jeśli wie, jak hardkorowe plany miał w tej kwestii Himmler ;) No, ale nic, intryga jest, Hauer jest, klimat jest, jedziemy. I jest zajebiście przez jakąś godzinę. Potem niestety już nie.
Trzy motywy, które zabiły film
1. Rutger jest zniesmaczony opowieścią synka, o tym, jak pani w przedszkolu ich indoktrynuje, i przytacza anegdotkę o niepełnosprawnym - dziwne jak na faceta, który przez większość dorosłego życia musiał być ładowany nazistowską propagandą.
2 Reakcja prezydenta US of A na dowody zbrodni Niemiec, jakieś pięć minut przed wejściem na mównicę. Takiego focha to może strzelić kawiarniany inteligencik, a nie przywódca supermocarstwa. Pomijam już fakt, że skoro w naszym świecie służby państw zachodnich wiedziały o łagrach i Katyniu w zasadzie od początku, to pomysł, iż Holocaust da się ukryć przed wspomnianymi służbami, jest naciągany jak diabli.
Z tym punktem wiąże się też MEGA naiwny tekst z końcówki.
3. Rutger na dziecięcym rowerku... 5/10
Czytał ktoś książkę?
Shakma - really good shit. Jest to film z gatunku slasher, więc wiadomo, że bohaterowie zachowują się jak idioci, a najlepszą rolę ma szwarccharakter. Tak jest też tym razem. Tyle, że wspomnianym szwarccharakterem jest wściekły pawian :D
Całkiem niezły animal attack, który opiera się na ciekawym myku; bohaterowie zamiast rozdzielać się próbują odnaleźć jedno drugiego. Tj, jak przychodzi co do czego, większość postaci i tak działa w trybie retard mode, ale plusik za same chęci. Reżyser odwalił kawał dobrej roboty, bo film nie ma dłużyzn i ogląda się go przyjemnie, a niektóre sceny potrafią dać po tyłku. Bardzo dobre ostatnie ujęcie
7+/10.
Big Love czyli film, o którym wszyscy słyszeli, ale nikt nie widział 8)
We wszystkich materiałach promocyjnych pisano o toksycznej miłości, a przez pierwszą połowę mamy miłość gówniarską, zaś w drugiej połowie mamy...chvj wie co mamy, bo miłości czy ekranowej chemii między Emilią(gra ją Aleksandra Hamkało; rola tak pamiętna, że musiałem wyguglać, jak jej postać miała na imię) a Maćkiem nie uświadczymy.
Niechętnie, ale jednak, muszę przyznać Barbie Białowąs rację: takiej pary nie widziałem.
On jest popaprańcem i psychopatą(i nie mówię tego dlatego, że nie lubię Pawlickiego, stwierdzam fakt), ona jest głupią cipą i "nikt jej nie rozumie." (I pozostaje taką do końca filmu. A ponoć te wielkie love toczy się na przestrzeni 5 lat.- notatka na marginesie).
Najlepszy jest jednak brak konsekwencji charakterologicznej. Otóż Pawlicki na wieść o tym, że jego dziewczyna dostaje się na ASP, naskakuje na nią, podnosi głos, bierze za kołnierz i ją bluzga. Jakiś czas potem, w sytuacji w której każdy normalny facet rzuciłby mięchem pod adresem flamy, on reaguje jak baranek.
Pierwsza połowa filmu jest nawet niezła, jeśli przymknąć oko na zabawy kolorami w Windows Movie Makerze, ale gdzieś tak od pójścia bohaterki na studia poziom filmu leci na łeb na szyję, zaś dialogi wołają o pomstę do nieba.
PS. Siekiera dla każdego, kto dostrzeże w tym filmie JAKIEKOLWIEK nawiązania.
3/10
Innoncent Blood a.ka. Krwawa Maria - Anna Parillaud gra tu wampirzycę z zasadami; wysysa tylko bandziorów i męty społeczne, a po konsumpcji odstrzeliwuje ofierze łeb, coby problemów w przyszłości nie sprawiał. Nie dokończyła roboty raz - konsumując bossa mafii...
Najlepszym elementem Don Vampiro, czyli wspomniany Robert Loggia, który daje w tym filmie takiego czadu, że aż miło. Postanawia pociągnąć za sobą na ciemną stronę mocy resztę mafijnych kompanów. Założenie to ma duży potencjał, i dobrze tenże wykorzystano, banan miałem praktycznie przez cały seans.
Miło było też nacieszyć oczy widokiem tylu kultowców (Angela Basset, Luis Guzman, Chazz Palminteri, Kim Coates)naraz.
Jedyne, do czego bym się przyczepił to
zbyt szybkie załatwienie gangu , no i efekty specjalne lipne były.
Polecam
8/10
14-10-2012, 00:08
^^
Liczba postów: 5,286
Liczba wątków: 73
My Wife Is a Gangster - gówna bohaterka Cha jest jedną z przywódczyń gangu. Głównie zajmuje się zabójstwami i starciami z konkurencją. Cha posiada również siostrę, która nic nie wie o jej karierze. Niestety siostra jest śmiertelnie chora. Cha postanawia zrealizować ostatnią prośbę siostry i wyjść za mąż. Jako, że sama ma lepsze rzeczy do roboty zleca członkom swojego gangu znalezienie odpowiedniego kandydata.
Bardzo przyjemna gangsterska komedia. Poszukiwanie przez gang kandydata na męża swojej przełożonej wypada bardzo komicznie. Do tego oprócz spraw matrymonialnych należy jeszcze prowadzić wojnę z konkurencyjnym gangiem. Dużo akcji, bijatyk i humoru to główne zalety tego filmu. Niestety gdzieś w połowie filmu siada trochę tempo akcji i jest mniej humoru. Mimo wszystko jak ktoś lubi azjatycki humor i chce lekką komedię akcji mogę polecić. 6/10
www.filmweb.pl/user/Azgaroth_2
14-10-2012, 12:56
Talking Head
Liczba postów: 16,007
Liczba wątków: 264
Leaving Las Vegas - fajne romansidło, choć trochę na siłę udziwnione, tzn. wszystko, co zachodzi między bohaterami, jest tak bardzo surrealistyczne, że czułem się, jakbym oglądał Zakochanego kundla. Film wręcz hipsterski pod względem dziwacznych zachowań bohaterów. Ale fajny. Dość przewidywalny, a niekiedy śmiesznie naiwny (Jurij i polscy gangsterzy - parodia), ale fajny. Świetny Cage, świetna Shue. 7/10
14-10-2012, 20:49
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-10-2012, 20:49 przez military.)
Talking Head
Liczba postów: 16,007
Liczba wątków: 264
Poultrygeist: Night of the Chicken Dead - to, co się w tym filmie wyprawia, przechodzi ludzkie pojęcie. Po prostu Troma. Na indiańskim cmentarzu powstaje fast food w stylu KFC. W dniu otwarcia... Nie, tego się nie da opowiedzieć. Fabuła tego filmu jest nieopowiadalna. To dziwne, wulgarne, pomysłowe, szalone widowisko. Nakręcono z rozpieprzającą energią. Myślałem, że nakręcono to między 1988 a 1993, ale zostałem zszokowany przez IMDB: to jest film z roku 2006. Wymyka się ocenom.
- Jak mawiał mój ojciec: młody, chono tu, ten krzyż sam się nie podpali!
15-10-2012, 18:12
Nowy
Liczba postów: 232
Liczba wątków: 0
Deszczowa piosenka - tym razem seans z blureja. kocham ten film najszczerszą miłością więc nie będę się rozpisywać tylko daję dyszkę i przechodzę do głównej myśli: jak polski rynek wydawniczy chłodno obszedł się z takim gatunkiem jakim jest musical to boli. mam na myśli głównie lata '40/'50, bo współczesny szajs pokroju Mamma Mia! można dostać zawsze i wszędzie. pozostaje tylko dziękować za TCM.
15-10-2012, 23:54
.
Liczba postów: 27,528
Liczba wątków: 60
Przecież to nie kwestia gatunku, tylko roku powstania. U nas na półkach ogólnie ciężko znaleźć coś sprzed 1960, tylko same hiciory a i to nie zawsze
16-10-2012, 15:01
Blade Runner
Liczba postów: 602
Liczba wątków: 0
(14-10-2012, 00:08)Phlogiston2 napisał(a): Czytał ktoś książkę?
Tak, ja. Dobrych parę lat temu. O ile pamiętam to film jest wierną ekranizacją. W książce nie ma wiele więcej ponad to, co przeniesione zostało na ekran.
Quite an experience to live in fear, isn't it?
That's what it is to be a slave.
16-10-2012, 16:26
Talking Head
Liczba postów: 16,007
Liczba wątków: 264
Men in Black 3 - wiedziałem, że będzie lepiej od dwójki, bo dwójka jest nieoglądalną kupą. Ale oprócz tego, że jest lepiej, jest po prostu całkiem dobrze. Wizualnie niestety bliżej dwójki niż jedynki - czyli jak najwięcej CGI-gówna na ekranie. Szkoła Lucasa, niestety. Momentami film jest zbyt przegadany, za dużo tu silenia się na humor, który w jedynce był naturalny. Ale i tak jest fajnie. Historia niby ograna, ale sympatyczna. O dziwo, nawet nieźle wykorzystano potencjał epoki, w której osadzono film - totalne przeciwieństwo np. Dark Shadows. Do tego świetny Brolin i, o dziwo, całkiem ładne zamknięcie intrygi. Sympatyczny filmik. 6/10
16-10-2012, 20:35
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-10-2012, 20:35 przez military.)
Nowy
Liczba postów: 294
Liczba wątków: 0
(16-10-2012, 15:01)simek napisał(a): Przecież to nie kwestia gatunku, tylko roku powstania. U nas na półkach ogólnie ciężko znaleźć coś sprzed 1960, tylko same hiciory a i to nie zawsze
Stare filmy najłatwiej chyba znaleźć w pakietach, np. filmy Hitchcocka, kino samurajskie i takie tam.
- Are you an idiot?
- No, sir, I'm a dreamer.
16-10-2012, 20:37
Banned
Liczba postów: 20,755
Liczba wątków: 63
(13-10-2012, 20:20)Perfik napisał(a): Magic Mike - czyli film Soderbergha o facetach kręcących za kasę dupami. Na rottenach 79% na imdb 6,3 i skłaniał bym się raczej ku tej drugiej ocenie. Niby ogląda się to bezboleśnie, całość jest ładnie sfotografowana i nieźle zagrana, ale za cholerę nie mam pojęcia co poeta miał na myśli. O czym właściwie był ten film? O ciężkim zawodzie striptizera? Chyba nie, bo w sumie nie dowiedziałem się o ich pracy czegoś, czego nie mógłbym się domyśleć. Romans też nie, bo ten jest prowadzony gdzieś z boku, jakby przy okazji. To może o młodym kolesiu, który dopiero wkracza w ten świat i daje się ponieść? W sumie na dobre by Soderberghowi wyszło, gdyby poszedł w tym kierunku, ale wątek ten prowadzony jest pokracznie, po łebkach i na końcu zostaje nagle urwany.
To film obyczajowy o striptizerach. To jest historia Mike'a. Postać Pettyfera pokazuje, jaki Mike prawdopodobnie był dawniej (nie bez powodu chłopaki tak mocno sie zaprzyjaźniają, a Mike tak dobrze rozumie motywację swojego podopiecznego). Z kolei starzy wyjadacze sceniczni to ta droga, która podąży Mike jeśli nie ucieknie (podpowiedź: dość żałośni dzieci-mężczyźni szukający poklasku). To nie film o tym, jak im ciężko czy jak im łatwo. Ot, to film pokazujący jak to jest. Mogłeś sie domyślić? Super, to można powiedzieć o każdym filmie. Jak dla mnie bardzo przyjemna rozrywka. Trochę takie lżejsze Boogie Nights.
16-10-2012, 21:17
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,524
Liczba wątków: 374
Doomsday - dowód na to, że kategoria R wiosny nie czyni (choć do wiosny z nią bliżej). Film tak beznadziejny, że dupa mi odpadła. 1/10.
Jedno oczko za super efekty gore w scenach postrzałów (prolog i akcja na statku).
16-10-2012, 23:31
Agent Mossadu
Liczba postów: 31,806
Liczba wątków: 4
Mental, a po kiego Ty to znowu ogladales? Pytam, bo zdaje mi sie wieki temu zaliles sie juz na to scierwo :)
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.
17-10-2012, 00:03
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-10-2012, 00:04 przez Bucho.)
悟
Liczba postów: 11,556
Liczba wątków: 37
Pewnie w celach badawczych odnośnie różnych kierunków rozwoju społeczeństw post-apokaliptycznych :)
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
-- Laozi
17-10-2012, 00:04
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-10-2012, 08:37 przez Hitch.)
Agent Mossadu
Liczba postów: 31,806
Liczba wątków: 4
Odwazny temat maturalny <rotfl>
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.
17-10-2012, 00:21
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,524
Liczba wątków: 374
Cytat:Mental, a po kiego Ty to znowu ogladales?
"Oglądałeś" to trochę za mocne słowo. Powiedzmy, że przeskakiwałem ze sceny na scenę. Pierwsze 15 minut obejrzałem jeszcze w całości, ale potem już tylko wyrywkowo. Jak zobaczyłem średniowieczny zamek i jakichś rycerzy, to uznałem, że konwencja konwencją, a chujnia chujnią. Wcześniej totalnie odbiła mnie i za przeproszeniem wpierdoliła do grobu akcja z kanibalami-punkami organizującymi jakiś rodzaj cyrku-dyskoteki.
17-10-2012, 00:40
|