Z groteską to jest tak, że malutki brak wyczucia twórcy (w przypadku tego filmu - twórców) robi z jego dzieła gniot, zamiast fajnego filmu. Tutaj wyczucia zabrakło. Historia (pretekstowa) sprowadza się głównie do kilkudziesięciu minut torturowania jednego gostka
(przy okazji, święte przekonanie oprawców o winie tego faceta na podstawie zeznań jednej dziewczynki to dla mnie jedna z największych bolączek "Wilków"), przy których, jakżeby inaczej, pan torturujący rzuca cool śmiesznymi hasełkami albo rozmawia z oprawcą drugim (pan policjant) na zasadzie ping-ponga, rzucając co chwila zabawnymi (w zamierzeniu) tekstami. Do tego szczyt szczytów - ojciec oprawcy numer jeden (dziadek zamordowanej dziewczynki). Po jego pojawieniu się film robi się jeszcze gorszy.
Ostatnie ujęcie - do wywalenia, ten film byłby dla mnie lepszy, gdyby twórcy na samym końcu nie wyłożyli kawy na ławę. W tym przypadku pozostawienie widzowi tożsamości porywacza w sferze domysłów widza byłoby ciekawszym wyjściem.
Na plus - aktorzy i, mimo wszystko, humor (kilka razy się uśmiechnąłem, m.in. na drugiej scenie z Arabem na koniu).
Generalnie, nie polecam. Nieudana zabawa w kino - coś jak Siedmiu Psychopatów, ale tamto dało się jeszcze jakoś oglądać. Tu zbyt często byłem zażenowany.
A, jest duża możliwośc, że nie filmu najzwyczajniej nie zrozumiałem, takoż proszę się nie sugerować za bardzo moim bredzeniem.
31-01-2014, 17:48 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-01-2014, 17:49 przez Norton.)
<jest ładny rip i napisy> Jesień 1992 roku, Abchazja walczy o odłączenie się od Gruzji. Dwaj plantatorzy mandarynek znajdują rannych żołnierzy walczących po przeciwnych stronach.
niebanalna historia, piękne zdjęcia, trzymający w napięciu, sporo moralizowania ale w przyjemny sposób. kameralny film, który spokojnie wlatuje do top5 2013.
Jesień 1992 roku, Abchazja walczy o odłączenie się od Gruzji. Dwaj plantatorzy mandarynek znajdują rannych żołnierzy walczących po przeciwnych stronach.
The Disappearance of Alice Creed - każdy film z nagą Gemmą powinien mieć 10/10. Niestety, mimo świetnego początku i wiadomych widoczków (urocze cycusie <3 ) z każdą minutą film się rozjeżdża na minus, z wątpliwej jakości końcówką. Szkoda - ale za Gemmę dam punkty powyżej średniej.
Jing cha gu shi (aka Police Story 2013)
Doświadczony gliniarz który poświęca całe życie pracy i ma przez to problemy rodzinne, umawia się ze swoją córką w barze. Chwilę później banda zwyroli bierze wszystkich klientów na zakładników.
Świetny film, może odrobinę przekombinowany jeśli chodzi o główną oś fabuły, ale ogląda się bardzo dobrze, zwłaszcza, że akcja praktycznie toczy się w jednym budynku (pomijając retrospekcje, ma się rozumieć). Niespieszne tempo, powolne budowanie napięcia, zagęszczanie atmosfery i w końcu potężne pieprznięcie. Nie ma tu aż tak dużo walk, ale jak się pojawiają, to stoją na świetnym poziomie. Nie są to radosne bitki, tylko męczące, krwawe i brutalne mordobicia, w dodatku wszystko jest fajnie zagrane. Jak się przymknie oko na tę skomplikowaną akcję i motywację paru postaci, to będzie jeszcze lepiej. Jackie Chan na poważnie? Czemu nie!
Grobowiec świetlików / Grave of the Firelies (1988)
W moim subiektywnym odczuciu mistrzem animacji dla mniej jest tylko jedno studio. Studio, szerzej znane jako japoński Disney, choć osobiście nie przepadam za tą nazwa. Studio Ghibli, na czele którego stoi sam Hayo Miyazaki, ojciec anime, wypracowało już sobie range kultowego, nie tylko w Kraju Kwitnącej Wiśni, ale wśród sympatyków kina zagranicznego. Tradycyjna kreska, głęboki przekaz i niesamowite historie, przedstawione w każdym anime tego studia, nie sposób przecenić. Tutaj zwykłe historie przeplatają się z specyficznymi. Gabinet osobliwości i szerokie spektrum doznań tworzy niezwykły charakter tej wytworni. Nic dziwnego, że gdy dopadłem kolejną perełkę, cieszyłem się jak dziecko. A potem już był tylko ślinotok.
Cieszyłem się, bo wiedziałem z góry czego się spodziewać. Prawdziwej filmowej sztuki, obok której nie sposób przejść obojętnie. O ile inne wytwórnie specjalizujące się w animacjach, bazują na szeroko pojętym mainstreamie, Ghbili zachowuje swój charakter, kształtując raczej intelektualne zmysły odbiorców. Kto miał do czynienia z "Krainą Bogów" czy obejrzał chociaż raz "Mój sąsiad Totoro" to dalsza dygresja wydaje mu się zbędna. Ot, cała tajemnica studia Ghibli. Zawsze trafia w wśrubowany gust widza.
Przejdźmy jednak do meritum. Grobowiec świetlików wydaje się raczej prawdopodobną wizją. Raz, że opiera się bezpośrednio na spisanych wspomnieniach podczas wojny toczącej się w Japonii, a dwa, że pozbawiona jest pierwiastka fantastycznego. Mamy realne miejsce zdarzeń oraz oczywiście czas akcji. Nie ujrzymy tutaj baśniowych postaci, dziwacznych osobliwości, tak jak to miało miejsce w poprzednich animacjach studia Ghibli. Twórcy poszli o krok dalej, zagłębiając swoją wizje, opierając się o zdarzenia, które faktycznie miały miejsce. Z jednej strony przez ten zabieg, twórcy pozbawili urokliwego charakteru tej produkcji, ale z drugiej strony cała snuta opowieść jeszcze bardziej wydaje się sugestywna.
Japonia. II Woja Światowa. 14-letni chłopiec wraz ze swoją młodszą, kilkuletnią siostrą, są zdani tylko na siebie, podczas gdy ich matka ginie w czasie nalotu na Kobe. Początkowo mieszkają u dalszej rodziny, jednak rzeczywistość z dnia na dzień wydaje się być coraz bardziej bezwzględna. Zmagając się z głodem, zdani jedynie na własne siły, próbują przetrwać w świecie, gdzie śmierć jest tylko kwestią czasu.
Cała opowieść jest bardzo eufemistyczna. Wojna przedstawiona w filmie, jest widziana jedynie z perspektywy zwykłych mieszańców Japonii, gdzie oprócz chowania się w schronie podczas nalotu prowadzą zwyczajne, prowincjonalne życie. Dwójka bohaterów próbuje się ustosunkować do społeczeństwa, mimo ogromnej starty. Tutaj liczy się dzień dzisiejszy, piękniejszy od wczorajszego. Świat przedstawiony w anime, pomimo iż dzieje się w czasach okrutnych, nie zdaje się przedstawiać w negatywnych barwach. Nadal istnieje piękno, lepsze jutro i radość oraz śmiech. Nadal świat potrafi olśnić. Grobowiec świetlików z jednej strony nie ucieka od tematu wojny, ale przedstawia ją jedynie przez pryzmat dwójki bohaterów. Spektakl barw i emocji, który potrafi zafascynować widza, mimo że dzieje się w czasach nędznych i wyjątkowo gorzkich.
Całość dopełnia niesamowita ścieżka dźwiękowa, ale do tego przyzwyczaiły nas inne produkcje studia Ghibli. Tak samo jak do tradycyjnej kreski. Warto nadmienić również niesamowite ujęcia, a ściśle mówiąc - wizualne piękno w nich przedstawione. To dowodzi, że bez wyśrubowanych efektów specjalnych, przy użyciu tradycyjnej animacji, idzie ukazać prawdziwe piękno i niesamowite zdjęcia, które potrafią oczarować. Grobowiec świetlików, to wciąż niesamowity dramat wojenny, który nie ustrzegł ukazania wojny w nieco cieplejszych barwach. Nadal jednak mamy do czynienia z dramatem, dla wielu wstrząsającym. Pomimo ekspresyjnego ukazania wojny, twórcy nadal przypominają nam, że wojna nigdy się nie zmienia, pochłaniając miliony istnień ludzkich.
Reżyser Isao Takahata bazując na wspomnieniach Akiyoku Noasaki przedstawia nam wojnę taką, jaką jest. Lecz podaje to w niezwykle barwny i piękny sposób. Bez intelektualnej paplaniny, z realnym podłożem i punktem zaczepienia, film może trafić w jeszcze większą liczbę odbiorców. Grobowiec świetlików to świetny przykład na rozpoczęcie przygody z animacjami studia Ghibli. Nikt nie musi tutaj oglądać przedziwnych postaci, baśniowych elementów oraz innych "japońskich dziwactw". Wszytko jest bardziej wiarygodnie i pomimo prostego środka przekazu, trafia do widza z większą, zdwojoną siłą. Animacyjny majstersztyk, który zalewa morzem miodnych detali. Mnie do tego wszystkiego, specjalnie zachęcać nie trzeba.
9/10
P.S. Marzy mi się taka kolekcja wszystkich filmów studia Ghibli na półce. To by było coś.
Boleję nad tym, ale na mnie Grobowiec nie zrobił wrażenia, jakie myślałem, że zrobi. Bohater wydawał mi się głupi w niesympatyczny sposób, przez co w ogóle nie mogłem się wczuć w jego sytuację i zaangażować w historię. Chyba emocjonalność jest największą zaletą tego filmu, a mnie niestety to wszystko było totalnie obojętne.
Miałem ten film za jakąś pomyłkę, zrobioną przez wielkie nazwiska, aby zgarnąć wielką kasę. Z tego powodu za każdym razem, gdy był w TV omijałem szerokim łukiem. Petersen na krzesełku reżysera, Oldman jako zły, Ford jako prezydent USA, w tle też niezłe asy, i oczywiście porwanie samolotu.. meh, zjeżdża totalnie sztampą. Od strony technicznej, czyli efektów wszelkiej maści samolotów na niebie, na lotnisku, na tle słońca, wybuchów jest naprawdę źle - każda z tych scen razi sztucznością, a uderzenie AFO w wodę jest zrobione tragiczne (Petersen chyba też o tym wiedział, w Perfect Storm zrobił wodę przednio). Z perełek technicznych na duży plus zasługuje scenka przestrzelenia z Mp5 drzwi ostrą amunicją (zakładam, że tak właśnie zrobili) - wygląda to obłędnie realistycznie, bo pewnie było na prawdę, heh.
Oldman zagrał świetnie, tak akcent jak i sam rosyjski (i jego użycie) wyszło naturalnie, Ford jako idealny-zawsze-doskonały presidento wyszedł bez jaj, ale tak wychodzą prawie wszyscy obrazowani prezydenci USA, więc nie mam żalu. I owa sztampa, której oczekiwałem od fabuły, wcale nie pojawiała się zbyt często, może dwa razy ziewnąłem na nudę rozwiązań, ale wszystkie akty zostały rozwiązane bardzo dobrze i film trzyma w napięciu. Dodatkowy plus za scenę egzekucji sekretarki (ach, ta niepewność) a minus za twista na końcu, jakby Marshall miał mało kłopotów.
ja z Grave... miałem inny problem - zdecydowanie historia była wypierana z mojej głowy przez fatalne udźwiękowienie, które na wespół z specyficzną animacją leciało okropną tandetą. Muszę to powiedzieć: anime w żadnej formie dla mnie nie jest czymś przyswajalnym i nawet największa sztuka po prostu zwyczajnie po mnie spływa, bo nie mogę się wczuć w fabułę. Jeszcze spróbuję Księżniczkę..., ale też niczego nie oczekuję od siebie.
Gliniarze to dranie - spojrzenie na życie członków włoskiej prewencji i włoskiego społeczeństwa. Generalnie dosyć pesymistyczny film z którego można wywnioskować, że włoskie społeczeństwo jest generalnie wkurwione na wszystko. Nie ma ani jednej zadowolonej i szczęśliwej osoby. Kryzys, eksmisje, wszędzie panoszą się imigranci. Cyganie zabijają Włochów, włoscy skini zabijają imigrantów, a policja pałuje każdego kto się nawinie. Niezłe kino z ambicjami, można w sumie określić film jako włoską Drogówkę. Szkoda tylko, że zakończenie zostało totalnie skopane, bo mogło być jeszcze lepiej.
Pomysł przedni. Dwóch studentów postanawia zabić kolegę, a potem urządzić imprezę, podczas gdy ciało cały czas znajduje się w mieszkaniu. Mamy nawiązania do Zbrodni i kary i Nietzschego. Mamy zamkniętą przestrzeń i akcję w czasie rzeczywistym. Mamy tylko dziesięć cieć. Za to wszystko wielki szacun dla Hitcha. Aktorstwo Stewarta i, przede wszystkim, Dalla też super. Irytuje za to postać Phillipa, który od początku kiepsko się odnajduje w całej sytuacji i ciężko stwierdzić czemu Brandon wybrał go sobie na partnera w zbrodni. No i od początku wiadomo jak to się mniej więcej skończy, przez co brakuje nieco napięcia. Solidne 7/10
Rzymskie wakacje/ Roman Holiday (1953)
Ile to podobnych filmów powstało od tamtej pory? Zwykły śmiertelnik i członek rodziny królewskiej (ewentualnie wielka gwiazda), ktoś próbuje kogoś wykorzystać, ale ostatecznie się w tej osobie zakochuje... Ten film wygrywa swoim staroświeckim czarem i dwójką głównych aktorów. Hepburn jest niezwykle dziewczęca i ma przepiękny uśmiech. Peck powala połączeniem szorstkości, męskości i uroku. Aż mnie naszło, żeby się bliżej zapoznać z innymi pozycjami z jego dorobku. 7/10
Whip it! - bardzo przyjemne, choć głównie dzięki żeńskiej obsadzie i świetnie dobranemu soundtrackowi, aniżeli faktycznej historii, bo to kolejna z rzędu drobnomiasteczkowa pogoń za marzeniem, w której trzeba dorosnąć, pozbyć się uprzedzeń, wyjść z muszli, etc., czyli nic specjalnego. Jedynie tematyka oryginalna, chociaż sam sport z deka bez sensu :) Niemniej bardzo sympatyczne filmidło.
Crash (2004) reż. Paul Haggis. - ile to już mieliśmy filmów, na których składa się kilka, oddzielnych historii, tworząc spójny obraz ze wspólnym przesłaniem i motywem przewodnim? Miasto Gniewu jest kolejnym filmem wykorzystujący ten sposób narracji. 8 głównych bohaterów, 8 rożnych historii, ten sam motyw przewodni. Film, który całkiem ciekawie wykorzystuje współczesny paradoks. To waśnie w największych aglomeracjach miejskich czujemy się samotnie. Filmidło, momentami ckliwe, przypomina czasem dramat drugiego sortu. Obraz Haggisa samą tematyką zachęca widza do głębszych przemyśleń i refleksji. Mimo, że jest godny polecenia, to daleki jestem od wystawienia chociażby "9". Niektóre wątki zbyt przerysowanie, przypominają opere mydlaną, która może zniechęcić do dalszego obcowania z filmem. A jednak zobaczyć wypada...
A Fantastic Fear of Everything - Pegg jest świetny, jak i pierwsza część filmu. Gorzej, że w pewnym momencie dostajemy dość nagłą zmianę nastroju i jeszcze 2 inne filmy w tym filmie, co się trochę gryzie. Generalnie jednak niecodzienne kino, warto luknąć.
6 / 10
The Book Thief - Przesłodzony, przewidywalny, ckliwy i pełen klisz hollywoodzki standard od linijki. Dość powiedzieć, że pojawia się w nim tak ograna scena śmierci, że w najśmielszych koszmarach nie sądziłem, iż w XXI wieku jeszcze zobaczę coś tak złego w filmie, który nie jest parodią, a poważnym kinem (w ogóle końcowe 20, może nawet więcej minut to największy problem obok dopowiadającego wszystko lektora, który jest tak subtelny, że ojapierdolę). Szczęsliwie dzieciaki ratują ten film. Sophie Nélisse jest niesamowita i przykuwa uwagę od początku do końca - nie jest to może kreacja stojąca wśród najlepszych dziecięcych występów ever, ale jeśli jest jakiś powód, żeby TBT w ogóle polecić, to jest nim właśnie postać Liesel.
Hitchcock - ależ płytkie filmidło. Od produkcji która powinna wylądować od razu w telewizji odróżnia to wyłącznie obsada, a i ona jest niemal cała zmarnowana. Niemal, bo świetna Helen Mirren napędza ten film i można sobie tylko wyobrażać, co zdziałałaby z dobrym scenariuszem. Hopkins bardzo się stara (fataljna charakteryzacja mu nie pomaga), ale nie gra tu człowieka, a jakąś karykaturę, najbardziej banalne, sztampowe przedstawienie Hitcha jakie można sobie wyobrazić. (do tego te tandetne wizje, litości) Szkoda Johannsson, szkoda Biel, szkoda w zasadzie wszystkich.
Nie żałuję, ale jeśli ktoś jest zainteresowany kulisami realizacji Psychozy, to jest to niewłaściwy adres. Tym jedynym słusznym jest dokument "The Making of Psycho" dostępny wśród dodatków na DVD i BD.
5.3/10
09-02-2014, 11:33 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-02-2014, 11:33 przez Mierzwiak.)
Wyprawa na księżyc - Nic specjalnego, ale nie jest jakieś fatalne, jak się obawiałem. Gorsze animki się widziało. Można bez obaw puścić dzieciom. OK, ta gruba mucha była wyjątkowo irytująca i przynosiła na bohaterów kłopoty, a wątek z Sowietami w zasadzie jest niepotrzebny. Jakby wystarczającym zagrożeniem nie byłaby sama podróż w kosmos. Z naszego dubbingu pochwalę gadkę radzieckich much, które brzmią jakby podkład robili autentyczni Rosjanie.
Mimo kilku dość poważnych mankamentów (takich jak choćby fakt, że większość postaci na ekranie jest potwornie schematyczna a Alex Russell nie do końca przekonuje jako główny antagonista) chcę zdecydowanie polecić ten znakomity, aczkolwiek dość mało znany australijski film, który w mojej opinii jednoznacznie pokazuje, iż jednak da się opowiedzieć o problemach współczesnej młodzieży bez uciekania się do pretensjonalnych zagrywek w stylu tych jakie serwuje nam „Sala Samobójców” aby całość robiła wstrząsające wrażenie i pozostawała w pamięci. Że aby zaciekawić widza wystarczy interesująca, wciągająca, nielinearnie poprowadzona i pomysłowo skonstruowana fabuła, ciekawa oprawa wizualna (zwłaszcza jeśli chodzi o wyśmienitą robotę wykonaną przez operatora tej produkcji czyli Dana Freene'a), kapitalnie budująca nastrój ścieżka dźwiękowa, bardzo mocne i emocjonalnie miażdzące zakończenie czy rewelacyjna gra aktorska dwójki głównych bohaterów czyli bardzo dobrego Oliviera Acklandowi i przeuroczej oraz niezmiernie utalentowanej Adelaide Clemens (którą można pamiętać ze świetnej dyspozycji zaprezentowanej choćby w "Silent Hill: Revelation" czy "No One Lives").
Moja ocena: 9/10
P.S. A tutaj trailer
Najlepszy film 2021: Titane Najlepszy film 2020: Pewnego razu w Hollywood Najlepszy film 2019: Parasite Najlepszy film 2018: Suspiria
Sous le soleil de Satan / Pod słońcem szatana (1987)
Powiem od razu, że nie miałem jakichś wielkich oczekiwań przed seansem. Toteż moje rozczarowanie nie osiągnęło rozmiarów stratosfery. Film opowiada historię pewnego księdza, który coraz bardziej wątpi w siebie i w wiernych, którzy go otaczają. Generalnie dzieło francuskiego wizjonera Maurice Pialata zadaje odbiorcy dwa najważniejsze pytania, których z racji zakończenia nie będę przytaczał. Warto zaznaczyć także, że film skupia się wokół wszystkich duchownych, którzy nie wiedza czego oczekują od samego Boga. Ciekawa rola Depardieu, to jedyny pozytywny aspekt tego filmu. Aktor zagrał tak fenomenalnie, że na moment zapominamy, iż miał kiedykolwiek styczność z groteskowymi produkcjami. Pod słońcem szatana to niestety nudna piguła, którą nawet nie można nazwać wizualnym arcydziełem. Przeciętne zdjęcia, muzyka nie zapada w pamięć. Ale odczują to tylko melomani.