Jesli ktoś myślał, że nie da się już zrobić gorszej ekranizacji niż "D'artagnan" to nie ma wiary w Hollywood.
Zaraz... czy to można nazwać ekranizacją w ogóle?
Trzej muszkieterowie (2011)
Niedorzeczne, kretyńskie, wtórne, męczące, jedna z gorszych wydzielin na holiłódzką modłę "przerabiamy WSZYSTKO i jeb... też wszystko".
3/10 za kilka ładnych obrazków i za nią. Czyli w sumie... za kilka ładnych obrazków.
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
Posejdon - zabawne, że tak drogi film wygląda jak własna podróbka straight-to-tv. CGI jest koszmarne, poziom jak z 1998 roku, a nie z 2006. Scenografia jakaś taka tania, a akcja, choć momentami widać, że musiała kosztować (woda, statyści), wygląda niesamowicie nieimponująco. Nakręcone toto bardzo, ale to bardzo słabo, a jedyna fajna rzecz jest taka, że końcowy skład uratowanych trochę różnił się od tego, którego się spodziewałem. 3/10
Mimo wszystko uważam, że to fajny film i każdy z bohaterów tego filmu i każda z osób zaangażowanych w jego produkcję jest w stanie kupić film BD poniżej stówy bez intelektualnego napinania się.
04-05-2014, 00:16 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-05-2014, 00:20 przez unknown.)
Devil's Due - kolejne found footage, tym razem o problemach przyszłej rodzinki (dziecko w drodze) naznaczonej przez jakąś sektę okultystyczną. Bardzo, bardzo słaby horror, który właściwie ciężko nazwać horrorem bo zupełnie nie straszy. Twórcy budują klimat tak bardzo schematycznie i w takim wolnym tempie, że po 45 minutach myślałem, że zasnę a tu jeszcze było drugie tyle do obejrzenia. Końcówka jest cholernie bolesna i nie warta czekania. To już wszystko było, a katowanie się nad debilizmem bohaterów przestało być zabawne przy okazji Paranormal Activity.
1/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
Festiwal cycków..., cycków, i jeszcze raz cycków. Film odzwierciedla brazylijską telenowelę, w której byle spotkanie może zrodzić wielką miłość (choć w prezentowanym dialogu i zachowaniu NIE MA OPCJI NA TAKOWĄ) i z błahych przyczyn ludzie robią awanturę (i tu tak samo - nie powinno tak być). Ale show jest to wielkie, i choć zagrane w sposób jaki Verhoeven uwielbia (czyli przerysowana tandeta), to sfilmowane i zmontowane doskonale. Gena jest wielka - nawet w tym filmie gra świetnie, z pazurem (a może tylko w tym... i Boud).
7/10
I tutaj zaznaczę, że Berkley to zaniża jakość filmu.
Pamiętniki Księżniczki
Oh my fgod. Serio ten film jest tak dobrze oceniany? Owszem, nie mogę powiedzieć aby Hataway grała źle albo źle wyglądała, ale scenariusz jest tak debilny, że obraża intelekt nastolatka a to do nich jest kierowany. Dobra, zbyt surowo może to oceniam, wszak to bajka i film młodzieżowy, ale jednak mogli się bardziej wysilić, ponieważ potencjał jest znacznie, znacznie większy.
Innymi słowy II WŚ widziana oczami Zacka Snydera :) rany, jaki głupiutki to film, takiej chamskiej propagandówki to jak żyję nie widziałem. Wszystko tu jest od linijki - szlachetni, dobrzy Rosjanie i do szpiku kości przesiąknięte złem Niemiaszki (mroczne do tego stopnia, że palą przypadkową matkę z dzieckiem w obowiązkowym slo-mo tłumacząc to... złożeniem ofiary germańskim bóstwom! Normalnie czil i kul! Obligatoryjny jest też jeden dobry Niemiec rodem z "Pianisty" karmiący atrakcyjną, rosyjską blondynkę. Moja ulubiona scena jednak pochodzi z mniej-więcej pierwszego kwadransa projekcji: oto bohaterscy Rosjanie ruszają z pepeszami na Niemców... płonąc. Dla dramatyzmu. Apokalipsa the movie normalnie. I to się dzieje w slo-mo. W rzeczonym slo-mo jest też zdzieranie szat wspomnianej wyżej Rosjanki przez dobrego Niemca . Jeśli macie równie narąbane we łbie co ja i chce wam się marnować dwie godziny życia na "Stalingrad", kupcie sobie pierwsze "Call of Duty" i odpalcie misje "rosyjskie". Tam przynajmniej wojna to jest wojna, a nie teledysk MTV.
(03-05-2014, 15:48)Mierzwiak napisał(a): a stanowiąca sedno filmu wystawa w Muzeum Sztuki Współczesnej, podczas której Abramović przez 3 miesiące po 7 godzin dziennie po prostu siedziała na krześle (odwiedzający mieli do dyspozycji drugie krzesło postawione naprzeciw artystki) to coś autentycznie poruszającego.
Ale jak Shia ostatnio zrobił coś podobnego, to mówiono, że kolesiowi odbiło :) Seem legit. Jak dla mnie to ten sam poziom artystycznego nadęcia - jestę artystką, siedzę na krześlę
Ale ja nie neguję jej dorobku, tylko ten sam idiotyczny akt, wyniesiony do rangi sztuki, tylko dlatego, że to Abramowicz. Jak dla mnie to idealny przykład współczesnego hipokryzmu: osoba ze znanym, uznanym nazwiskiem usiądzie i zacznie czytać gazetę = arcydzieło formy i poruszająca sztuka! To samo robi przeciętny aktor = kolejny stopień pogrążania się w szaleństwie. A dla mnie to jedno i to samo gówno, w którym nie wiadomo o co kaman.
Ale to chyba oczywiste, że - niezależnie od tego co sądzisz o takiej sztuce - jednorazową, wziętą z dupy prowokację odbiera się inaczej niż podobny akt w wykonaniu kogoś, kto czymś takim się po prostu zajmuje i jest z tego znany?
(04-05-2014, 16:36)Mierzwiak napisał(a): Ale to chyba oczywiste, że - niezależnie od tego co sądzisz o takiej sztuce - jednorazową, wziętą z dupy prowokację odbiera się inaczej niż podobny akt w wykonaniu kogoś, kto czymś takim się po prostu zajmuje i jest z tego znany?
Nie jest to oczywiste.
Po pierwsze: to nie jest jednorazowa prowokacja w wykonaniu Shiai, tylko cykl, nazwijmy to dziwacznych, zachowań - być może za nimi coś się kryje (remember, remember, Phoenix in november ;), a być może kolesiowi faktycznie odbiło. Couldn't tell ya.
Po drugie: oba te hmm "akty" stanowią dokładnie to samo - coś, co można odczytać, jako próbę nawiązania kontaktu z odbiorcą. Próbę moim zdaniem nieudaną, bo od samego siedzienia i gapienia się w pustkę przez x godzin bez żadnej reakcji można co najwyżej dostać bólu dupy.
Po trzecie: Abramowicz jest od lat znana z tworzenia sztuki (jakkolwiek miejscami wielce wątpliwej), wobec czego tym bardziej powinna być nastawiona na większy krytycyzm, zwłaszcza, że jej wcześniejsze "dzieła" nie ograniczają się do podobnych bezsensów bez choćby odrobiny myśli przewodniej i autentycznie coś za nimi stoi. A tu po prostu sobie siedzi i, mówiąc dosadnie, pierdzi w stołek. Tak więc, skoro można naskakiwać na takiego Spielberga za tworzenie ostatnio chujowych, względem jego wcześniejszych dokonań, filmów, tak i nie widzę przeszkód, by posiadówkę by Abramowicz odebrać dokładnie to samo, jak posiadówkę by Shia - wzruszeniem ramion.
(04-05-2014, 17:15)Mefisto napisał(a): nie widzę przeszkód, by posiadówkę by Abramowicz odebrać dokładnie to samo, jak posiadówkę by Shia - wzruszeniem ramion.
Nie widzę przeszkód, by tak samo zareagować na Twój post :)