(24-02-2017, 19:03)Grievous napisał(a): W zasadzie to cały film składa się głównie ze scen, w których czarnoskóra kobieta wchodzi do pomieszczenia pełnego białych którzy robią "WOOOOT!?". Oczywiście dialogi to większe niż życie przemowy o ucisku :P
Muszę jeszcze napisać o kluczowym problemie pokazywanym przez reżysera: laska biega dzień w dzień prawie kilometr do klopa w innym budynku, bo tylko tam mają specjalny dla murzynów, oczywiście biega w deszczu, bez parasola, bo wiecie, to były takie czasy, że czarna to nawet parasola nie mogła dostać, taki wielki rasizm. Nigdy nie mówi o tym przełożonemu, bo jakby powiedziała, to ten powiedziałby "luz, możesz używać najbliższej łazienki, a teraz wracaj do pracy" i nie byłoby dramatu, zaciska więc zęby i biega, a dopiero jak Costnera zaczynają wkurzać jej długie przerwy, to pyta o co chodzi i rozwiązuje problem w kilka minut.
To jest tak beznadziejnie napisany film, że głowa mała, no ale nominacja za scenariusz musiała być.
(24-02-2017, 18:53)simek napisał(a): Hidden Figures - liczyłem na coś ciekawszego, a to klasyczny, czarnoskóry Oscar bait jakich było wiele i powstanie jeszcze drugie tyle dopóki afroamerykanie nie opowiedzą o każdym zawodzie do którego nie mieli dostępu, a po tym jak ktoś był pierwszy, to teraz mają. Nudy, nudy i jeszcze raz nudy
[...]
Ode mnie 4/10
Też widziałem (przedwczoraj) i nie nudziłem się nawet przez chwilę. Porcja patosu i cukru dla czarnoskórych pionierek wręcz idealnie dobrana do moje krwiobiegu. To dobrze zagrany, dość lekki i zabawny film o tamtych czasach, na ważny temat. I w dupie mam ile z tego pokrywa się z faktami, bo już Braveheart pokazał, że nietrzymanie się ich czasami działa na korzyść filmu.
Ode mnie 8/10, a co? Niewiele to gorsze od The Help.
Wystarczy się nie skupiać na tych elementach (wyeksponowaniu segregacji i rasizmu z tamtych lat, clishe-postaci) i bawi niewiele gorzej. Obejrzyj, przekonasz się.
Aha, na minus mógłbym dodać trochę długaśny początek. Pierwszy prezentowany widzowi dzień pracy bohaterek trwa chyba ponad pół godziny!
Dobry film, podpisuję się pod opinią Juby'ego. Sporo to hollywoodzkiego lukru i naiwności, ale żeby od razu beznadziejnie napisany? Mi tam nic nie przeszkadzało, bo to właśnie taki film - przyjemny, wszystko na swoim miejscu, wykreślone od linijki, nic nie może zaskoczyć, ale też nic nie żenuje.
A że nie wspomniała przełożonemu o problemie z łazienką? W pełni to kupuję. Już sama obecność tam była cudem i nie dziwię się, że nie chciała naruszać tego kruchego status quo marudzeniem i - w jej mniemaniu pewnie wygórowanym- żądaniem możliwości korzystania z łazienki dla białych.
Z wczoraj. Byłem na Maratonie Grozy w Cinema3d, zestaw Aplikacja (USA), Bodom (Fin) oraz Lament (Korea Południowa).
Aplikacja - bardzo słaby horror, fabuła strasznie pogmatwana i w ogóle wygląda to bardziej na jakąś fanowską produkcję wygląda, dużo nawiązań do tego że czarny raczej przeżyje, ale heheszki że jednak to takie rasistowskie i bleh, czasami fajne CGI, ale ogólnie to wszystko takie beznadziejne, ze względu na scenariusz i obsadę, domowy seans dałbym 2.5/10 gdybym dotrwał, w kinie 4/10 bo się raz wystraszyłem i jakiś pomysł był, w tym najlepszy tekst "siedzicie cały czas w sieci i w komórkach i już kurwa ciężko odróżnić czy macie dupę czy głowę na górze" coś w ten deseń :)
Bodom - no tutaj najlepszy seans całego "maratonu", fiński horror, a raczej thriller, bardzo fajne ujęcia kamery, nawet ciekawe postacie, chociaż film jest zbyt krótki, a może to po prostu wina scenariusz, i akotrzy nie mogą się zbytnio wykazać, ale podobał mi się klimat, chociaż jest to strasznie niewykorzystany potencjał, ale w kinie w myślach dałem 6/10 ze względu na klimat, zdjęcia oraz aktorów, a także spodobała mi się jedna sekwencja z poniższym utworem (coś ala Stranger Things)
Lament - nie dałem już rady, klientela zaczeła się śmiać z języka i ogólnie komentować, ja sam byłem zmęczony, obejrzałem 20 min, z czego pierwsze minuty mogły zapowiadać jakiś detektywistyczny horror, jednak później akcja pokazuje jakiegoś myśliwego, który spada z przełęczy i znajduje jakiegoś demona i wtedy już mi się nie chciało dalej siedzieć na seansie.
25-02-2017, 06:35 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-02-2017, 06:38 przez MOLQ.)
(25-02-2017, 00:35)patyczak napisał(a): Dobry film, podpisuję się pod opinią Juby'ego. Sporo to hollywoodzkiego lukru i naiwności, ale żeby od razu beznadziejnie napisany?
Może przesadziłem ze słowem beznadziejny, scenariusz jest raczej przeciętny.
(25-02-2017, 08:29)patyczak napisał(a): Lament ma temat na forum i bardzo wysokie oceny (ja sam dałem 9/10), więc żałuj, że przyszło ci oglądać to jako trzeci film na maratonie :D
No tak ustawili kolejność, a to muszę poczytać, bo z tego co czytałem był najlepszy z tej trójki, ale już nie dałem rady :) a bilet miałem za free więc już mi tak nie zależało.
13th - netflixowa produkcja z nominacją do Oscara o systemie penitencjarnym w USA jako współczesnym odpowiedniku niewolnictwa. Już przed seansem można przewidzieć klimat dokumentu i elementy, które będą irytować. I mamy np. sporo emocjonalnych tekstów o tym, że policja morduje w stanach czarnoskórych nastolatków, co jest całkiem niepotrzebne i tylko osłabia rzeczowość wywodu. Mamy wyrwane z kontekstu nagrania brutalnych interwencji wobec Afroamerykanów, co wydaje się graniem na emocjach i zbyt łatwą drogą na skróty. Film trochę zbyt jednostronnie pokazuje zjawisko i pod koniec mogłoby się wydawać, że w więzieniach siedzą sami niewinni ludzie, skazani jedynie za kolor skóry. Sporo narzekam, ale szczerze mówiąc, nie wierzę, że zajmując się takim tematem w 2-godzinnym dokumencie można uciec od stronniczości i popadania w uproszczenia. Więc pomimo tych problemów oceniam "13th" dość wysoko, bo daje do myślenia i zwraca uwagę ważne kwestie, o których nie miałem pojęcia. A o to chyba chodzi w dokumentach.
7/10
Extremis - kolejny netflixowy dokument z nominacją, tym razem krótkometrażowy. Rozprawa o dylemacie w przypadku nieuleczalnie chorych, często pozbawionych świadomości pacjentów - pozwolić odejść czy utrzymywać za wszelka cenę przy życiu, nie bacząc na jego jakość. Niby tylko dwadzieścia minut, ale twórcy zdołali dobrze zarysować tak ciężki temat oddając głos i rodzinom pacjentów i lekarzom. Mocne i przejmujące.
Wrzucam te filmy razem, bo mają wiele podobieństw. Oba są czarno-białe. Oba trwają dość krótko jak na pełny metraż, bo niewiele ponad godzinę. W obu centralną postacią jest młoda, delikatna kobieta. Oba podejmują temat samotności i zaawansowanej psychozy, oba są po części horrorem, po części dramatem psychologicznym, oba mają niesamowicie gęsty klimat, w obu jest tyleż makabry, co smutku i mrocznej poezji, w obu od wiele ważniejszy od dialogów jest obraz (niewiele się w nich mówi). Oba zawierają sceny ćwiartowania zwłok.
W "Darling" montaż i muzyka znakomicie podkreślają to, co dzieje się w umyśle bohaterki, jak również złowrogość miejsca, w którym przebywa; film skojarzył mi się po części z "Lśnieniem" i "Wstrętem", choć ma swój własny, wyrazisty charakter. W "Eyes of my mother" atmosfera opuszczenia jest wręcz przytłaczająca, jest też więcej makabry - film szybko staje się obrzydliwy i taki już pozostaje, nie tracąc przy tym dziwnego, chorego uroku. Jeśli ktoś ma ochotę zatruć sobie wieczór zagęszczoną dawką szaleństwa, to polecam :)
Moonlight - spoko film, ale kilka z nominowanych podobało mi się zdecydowanie bardziej. Historia geja w afroamerykańskiej społeczności. Niezła muzyka, bardzo dobra reżyseria - szczegóły, drobne zabiegi jak wprowadzenie ciszy w danym momencie, ruch kamery, itd. sprawiają, że zwykłe sceny zaczynają intrygować. I np. scena nauki pływania jest tak nakręcona, że staje się symbolicznym chrztem - banalna metafora, gdyby nie to, że tu naprawdę czuć aurę religijnego uniesienia i jest to całkiem magiczna chwila. Ali zasłużył na nagrodę, każda scena z jego udziałem to mała perełka i szkoda, że dość krótko widzimy go na ekranie, ponieważ wprowadzał do tej historii odrobinę ciepła i życia, którego brakuje. I to jest chyba największy problem filmu - to wszystko jest trochę zbyt chłodne i wycyzelowane. Wiem, że chodzi tu o "wkładanie masek", o ukrywanie swojej autentyczności pod pancerzem konwenansów, ale definiowanie bohatera jedynie przez homoseksualizm czy "murzyńskość" skutkuje tym, że trudno zobaczyć w nim coś ponad figurę retoryczną. Jego kumpel lubi chociaż gotować i widać, że sprawia mu to przyjemność. To było zamierzone, ale osłabia zarazem emocjonalność seansu.
Drugim problemem jest łopatologiczność przekazu. W ostatnim akcie mamy takie wykładające kawę na ławę teksty, że głowa mała.
Tak jak nie lubię musicali, tak tym razem siedziałem przed ekranem jak zaczarowany! Co za cudowny film, zdecydowanie jeden z najlepszych jakie widziałem od dawna! Przesympatyczni bohaterowie, świetny Jack Reynor, prosta ale wciągająca historia, duża dawka kapitalnej muzyki (piosenka "Drive it like you stole it" będzie za mną chodzić jeszcze długo!) a przede wszystkim ten urzekający nastrój nostalgii za latami osiemdziesiątymi! Gorąco polecam ten film ponieważ w moim odczuciu zdecydowanie zasługuje na większy rozgłos!
OCENA: 9/10
Najlepszy film 2021: Titane Najlepszy film 2020: Pewnego razu w Hollywood Najlepszy film 2019: Parasite Najlepszy film 2018: Suspiria
02-03-2017, 04:04 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02-03-2017, 04:05 przez Bradesinarus.)
Najlepsze jest to, że punkt wyjścia dla fabuły jest niemal identyczny jak w La La Land, a choć zakończenie jest dużo bardziej naiwne, to jednak całą historię kupuje się bez kręcenia nosem i mówienia o bajkowej otoczce. Carney wyrasta na mojego ulubionego obok braci McDonagh Europejskiego twórcę. Czekam na kolejny film :)
No i to film, który choć umiejscowiony w latach 80tych, to jednak tak umiejętnie kierujący nostalgią, że nie przytłacza, nie jest ona tandetna a i wybory muzyczne nie są oczywiste. To też świadczy o dużym wyczuciu. Mamy Dublin lat 80tych a ani razu nie atakuje nas U2. Szacun :)
Central Intelligence - skusiłem tylko i wyłącznie przez Rocka, którego bardzo lubię, ale ten film jest tak strasznie zły i to pod każdym możliwym względem, że aż brakuje słów. Tylko Dwayne na niewielki plus, ale to jest o wiele, wiele za mało, żeby uczynić film choćby minimalnie strawnym. Jest sztucznie, drętwo, nieśmiesznie, żenująco. Bezpowrotnie zmarnowane dwie godziny.
Moonlight - obejrzane dla zabawy i ku pokrzepieniu serca (i otarciu łez) patyczaka.
Zaskoczenia brak - jest artsy-fartsy, jest rozpaczliwy oscar bait, nie ma dobrego filmu. Nie ma też scenariusza ani logicznie umotywowanych relacji między bohaterami, z których to najciekawsi (hehe) wydają się szablonowy diler o złotym sercu i szablonowa matka-ćpunka. Rozwinięcie charakteru Chirona (aktorzy z każdego wcielenia solidarnie drewniani) to banał i pójście po linii najmniejszego oporu. Film przed kompletnym blamażem ratuje średnia realizacja i solidne aktorstwo Aliego i Harris (Oscar i nominacja to wszakże śmiech na sali).
Najgorszy obok Slumdoga zwycięzca Best Picture z ostatnich 10 lat.
Maria Skłodowska-Curie - nienawidzę sytuacji, gdy prosty i nośny materiał na film komplikuje się specjalnie, aby reżyser (reżyserka w tym przypadku) mogła zrobić sobie dobrze. Jak powinny wyglądać "wycinki" z życia znanych osobistości pokazał Fincher w TSN i Boyle w Jobsie. MSC jest absolutnym zaprzeczeniem - skupia się na sferze prywatnej, a nie na odkrywaniu. Tym bardziej, że życie prywatne Polki nie było aż tak interesujące aby zagospodarować nim 90% fabuły. Film jest nudny, również wizualnie (zachwytów nad zdjęciami nie pojmuję bo trafiło się tu wiele słabych motywów). Rola Gruszki niezła, ale bez efektu wow. Generalnie to jest ten tytuł, który za 3-4 miechy wyląduje w TVN lub TVP. Szkoda czasu.
3/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
Gdyby film skupił się wyłącznie na wątku naukowym i nie wyglądał jak nudna buła to pewnie byłoby to ciekawe. Ogólnie najlepsze sceny to właśnie te związane z nauką (np. spotkanie Einsteina - inna spawa że gra go ucharakteryzowany Głowacki:)), ale jest ich mało bo reżyserkę interesuje głównie to, że Skłodowska pyka się na boku z koleżką po fachu.
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.