Stały bywalec
Liczba postów: 13,282
Liczba wątków: 77
Mine - włoska produkcja, ale absolutnie nie widać, że robili to makaroniarze. W roli głównej Armie Hammer na misji, w której musi wyeliminować jakiegoś islamskiego oficjela. Nie wszystko jednak idzie jak po maśle i snajper razem ze swoim spotterem musi uciekać przez pustynię. Po kilku kilometrach koleś ginie od miny, a sam Hammer następuje stopą na drugą. Tak uziemiony musi przetrwać kolejne 52 godziny, do czasu przybycia posiłków. Pachnie nieco Cast Awayem, ale "Mina" czerpie z niego tylko połowicznie.
Pierwsze 45 minut jest naprawdę spoko, przede wszystkim główny bohater zaczyna szybko myśleć i stara się przetrwać kombinując z radiem. A że towarzyszą mu tylko rozczłonkowane zwłoki towarzysza - nie ma lekko. Można się nawet trochę wczuć i współczuć Hammerowi w jego doli. Dalej jednak jest już gorzej, a wynika to z wjazdu różnorakich wątków obyczajowych (w tym antywojennych co wypadło WTFowo). Gdyby był to 100% survival, na pewno zostałyby jednym z moich ulubionych. Tak czy siak zakończenie mnie absolutnie zaskoczyło, bo "tego" właśnie rozwiązania nie brałem pod uwagę. Dodam, że film jest zrobiony za czapkę gruszek, a scenografia to właściwie piasek, skały i trochę niebieskiego nieba. Gdyby całość była o 20 minut krótsza, dałbym ocenę w okolicach ósemki.
6/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
13-08-2017, 17:29
Legions of the Fog
Liczba postów: 2,290
Liczba wątków: 25
"Rising Sun" ( Philip Kaufman ,1993)
Jak na prozę Crichtona temat dość przeciętny, chociaż jest wątek super-techu w postaci modyfikacji obrazu video. I obsada mocarna. Ale mimo ciekawego motywu bazującego na zwodzeniu widza przez podawanie fałszywych rozwiązań i dobrze dopiętej końcówki mam wrażenie, iż w jakiś sposób producenci i reżyser chcieli skopiować styl Black Rain. I to nie wyszło. Jest miks akcji kopanej i strzelanina, są cycki i klimat "90'ties", ale to wszystko jest zamoczone w lekkim sosie. W czasie premiery śmiałem się z obrabiania obrazu, bo to "niemożliwe", dzisiaj - gdy wiadomo, co można zrobić z obrazem - uznałem, że profesjonalna ekipa, która zostawiła nieruszony zegar to pomocna dłoń od pisarza dla bohaterów. I też z tego się śmiałem.
6/10 - sentyment dodaje co najmniej jedno oczko.
loading podpis...
14-08-2017, 08:55
Miss Avatara 2016
Liczba postów: 18,306
Liczba wątków: 5
![[Obrazek: Q%26A_film_poster.jpg]](https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/b/be/Q%26A_film_poster.jpg)
Pytania i odpowiedzi (1990) - Sydney Lumet
Robiłem wczoraj porządki na komputerze i w katalogu z filmami znalazłem właśnie to.
Co tu dużo pisać. Lumet to Lumet, jeden z wielkich reżyserów kina. Film może nie należy do ścisłej czołówki jego twórczości, ale dla mnie to taki mały klasyk. Wiadomo "Serpico", "Pieskie popołudnie", "Książę wielkiego miasta", a o tym raczej cicho.
Niesłusznie. Film jest znakomitym przykładem na to jak kiedyś wyglądało poważne, solidne kino.
W skrócie - są gliniarze i gangsterzy i prokurator i całość kręci się wokół sprawy pewnego zabójstwa dokonanego przez (nie będę pisał kogo, choć to widać już w pierwszych minutach). Trzeba po prostu obejrzeć. Intryga jest odpowiednio zagmatwana, ale nie ma tam "twistów" dla samych "twistów". Nie jest też przekombinowana. Krótko mówiąc jest idealnie wyważona, żeby zaciekawić ale nie zmęczyć przekombinowaniem.
Całość ma wspaniały klimat, ale mało kto był takim specem od klimatu jak Lumet. Aktorstwo bardzo solidne. Nolte jako wąsaty gliniarz w bucikach na lekkim obcasie jest po prostu wspaniały. Assante jako portorykański gangster znakomity. Hutton jako były gliniarz a obecnie prokurator takoż. Zresztą wszystkie role są tak obsadzone, że mucha nie siada. Mój ulubieniec to Fyvush Finkel w roli żydowskiego adwokata.
Są kapitalne teksty takie jak:
- Czarnuchy zawsze migają się od roboty, po co w ogóle schodziłeś z drzewa?
albo:
- Ty czarny złamasie. Taki z ciebie detektyw co nawet Żyda w synagodze nie znajdzie.
I o tyle fajne, ze nie są to teksty mające zaszokować w stylu, hej patrzcie, ale jesteśmy odważni. Nie, skoro Portorykańczyk gada z Murzynem (dwaj gliniarze) to po prostu tak mówią.
Na marginesie Murzyn to Charles S. Dutton ("Obcy 3") a Portorykańczyk to Luis Guzman (Paczanga z "Życia Carlita").
Myślę, że 9/10 to sprawiedliwa ocena.
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...
20-08-2017, 10:59
Stały bywalec
Liczba postów: 953
Liczba wątków: 4
Od kilku miesięcy bezskutecznie poluję na "Zło we mnie", ale jakoś nie chce się pojawić w moim sklepiku, zamiast tego obejrzałam więc inny film o szkole z internatem dla dziewcząt - "Cracks" - i jestem przyjemnie zaskoczona. Gra Eva Green i młoda Juno Temple, więc wiem, że też obejrzycie :)
Chyba najbardziej mi się podobał element zaskoczenia, bo spodziewałam się historii rozgrywanej według innego schematu fabularnego. Postać nauczycielki ma tutaj kluczowe znaczenie, ale w inny sposób, niż na początki zakładałam. Młode aktorki bdb, Eva Green jak zwykle gra Evę Green, ale tutaj mi się podobała, dobry klimat odizolowanego internatu i dziewczyńskich fantazji, a także dużo skoków do wody, więc na pożegnanie lata jak znalazł.
28-08-2017, 22:15
Stały bywalec
Liczba postów: 12,467
Liczba wątków: 29
Escape from Tomorrow - surrealistyczny horror, gdzie Disneyland (przynajmniej ten w Florydzie) to złe miejsce. Szacunek należy się, że udało się ekipie nakręcić to wszystko nakręcić bez wiedzy Disneya i jakoś to wygląda. Fabuła raczej typowo artystyczna i film raczej nadaje się do uczelnianych DKFów.
01-09-2017, 23:16
Samurai Cop
Liczba postów: 4,396
Liczba wątków: 28
Hounds Of Love (2016)
Para psychopatów porywa licealistkę na australijskich przedmieściach roku 1987. Ależ to było zagrane, szczególnie przez Emmę Booth, wykrzesano chyba każdą z możliwych emocji pomiędzy trójką, głównych bohaterów. To bardzo nieprzyjemny obraz, nie ma tutaj jakiegoś gore, cięcia montażowe są zawsze w odpowiednim momencie, a i tak czuć cały brud, napięcie sytuacji. Spokojnie 8/10.
A Dark Song (2016)
Zrozpaczona matka stara się skontaktować ze zmarłym synem za pomocą rytuału odprawionego przez niezbyt przekonującego nieznajomego podającego się za medium. Teatr dwójki aktorów, ze świetnie poprowadzoną relacją między postaciami opierającą się na kolejnych wątpliwościach i podejrzeniach. Niestety, ostatnie pięć minut można było rozplanować i wykonać znacznie lepiej, więc pozostaje pewien niesmak. Mimo to 7/10.
02-09-2017, 10:20
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02-09-2017, 10:21 przez Szaman.)
Stały bywalec
Liczba postów: 13,282
Liczba wątków: 77
Operation Avalanche - misja Apollo 11, programy kosmiczne, Sowieci, spisek, panowie w czarnych garniturach, CIA, szpiegostwo, fikcja - jest w tym wszystko to, w czym można było się zakochać będąc małym brzdącem który zbierał wycinki czasopisma Faktor-X. To moim zdaniem jeden z lepszych filmów typu found footage w ostatnich latach, mimo że stylistyka w zasadzie nie ma tutaj sensu. Biorąc jednak pod uwagę skromniutki budżet oraz improwizację w wielu scenach, rozumiem że taka droga pozwoliła twórcom zaoszczędzić sporo hajsu. Aczkolwiek i tak bawiłem się świetnie, a motyw kręcenia lądowania na księżycu i inspirowanie się Kubrickiem "dostarczają" ;) Plus, ten tytuł zawiera jedną z najlepszych scen pościgu jakie widziałem (Spoiler ahead ! TUTAJ). W skrócie - fanfiction zrobiony od serca, bez większej kasy ale fajnie zrobiony i klimatyczny, no a ostatnie 20 minut to spy thriller pełną gębą.
7/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
03-09-2017, 09:29
Stały bywalec
Liczba postów: 953
Liczba wątków: 4
(02-09-2017, 10:20)Szaman napisał(a): A Dark Song (2016)
Zrozpaczona matka stara się skontaktować ze zmarłym synem za pomocą rytuału odprawionego przez niezbyt przekonującego nieznajomego podającego się za medium. Teatr dwójki aktorów, ze świetnie poprowadzoną relacją między postaciami opierającą się na kolejnych wątpliwościach i podejrzeniach. Niestety, ostatnie pięć minut można było rozplanować i wykonać znacznie lepiej, więc pozostaje pewien niesmak. Mimo to 7/10.
Bardzo dobry film. Bohaterowie budzą wątpliwości, zwłaszcza facet medium, prywatnie arogancki dupek, o którym nie wiadomo, czy wciska kit, czy rzeczywiście jest fachowcem w swojej profesji. Wzajemna niechęć jego i kobiety przydają dodatkowej ponurej i nieprzyjemnej atmosfery. Dobre proporcje między dramatem psychologicznym a horrorem, końcówka też mi się podobała. Ciekawa propozycja z Irlandii.
03-09-2017, 17:47
Samurai Cop
Liczba postów: 4,396
Liczba wątków: 28
What Happened To Monday (2017)
Noomi Rapace w siedmiu rolach u reżysera Dead Snow 1 i 2 oraz Hansel i Gretel: Łowcy czarownic. Potencjał aktorski raczej niewykorzystany, ale Noomi nie jest tutaj zła, po prostu film szybko skręca w kino akcji, a postacie sióstr są raczej stereotypowe. Jest sporo gore, ma to jakiś fajny B-klasowy posmak, gdzieś tam migają aktorzy z Dead Snow, ogólnie w ciuszki totalitarnej przyszłości udało się ubrać całkiem fajny akcyjniak w stylu tych o jakich marzą Angelina i Scarlett.
7/10
03-09-2017, 21:20
Stały bywalec
Liczba postów: 12,467
Liczba wątków: 29
She-Freak - zrzynka z "Dziwolągów" Browninga - nie muszę mówić jakie to tanie, nudne i tandetne? A główna bohaterka to straszny pasztet? Fabuła powinna stanowić conajmniej 20-30 minut. Bo wątek nienawiści głównej bohaterki do dziwadeł stanowi jakieś z dwie minuty z pierwszego aktu oraz ostatnie 5-10 minut, a reszta składa się na jakieś fillery, które nic nie wnoszą do historii. I jak ten film jest sztucznie wydłużony - większość scen to budowanie wędrownego lunaparku / ludzie bawiący się w lunaparku / główna bohaterka łazi se gdzieś - wszystko w akompaniamencie kiepskiego soundtracku. Jedynym plusem jest zakończenie. Główna bohaterka kończy jako zdeformowane dziwadło w wędrownym cyrku, a wśród gapiów jest jej były szef, u którego na początku zwolniła się, twierdząc, że ten jest nikim, a ona stanie się sławna. Darować sobie.
05-09-2017, 11:27
chuck
Liczba postów: 1,527
Liczba wątków: 0
The Siege/Stan oblężenia (1998)
(Denzel Washington, Bruce Willis, Annette Bening)
Szukając jakiegoś filmu dotyczącego zamachów z 11 września, trafiłem na tą produkcję. Ludzie oceniali, że to film z 1998 roku który przewidział zachowania społeczne i rządowe po 2001 roku. Niestety choć film rozpoczął się fajnie, w pewnym momencie zaczął przypominać naiwną, przerysowaną i przewidywalną karykaturę którą pod koniec oglądałem już trochę na siłę. Zawiodłem się i nie polecam.
5/10
07-09-2017, 19:37
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-09-2017, 19:38 przez Szpeku.)
Stały bywalec
Liczba postów: 7,047
Liczba wątków: 61
"Warrior (2011) - woooo, kocur! Mega zaskoczenie! Dramat prosty, oparty na oczywistym scenariuszu, schematach, znanych motywach. Ale mimo to ogląda się znakomicie, historia jest bardzo dobrze opowiedziana. Scenarzyści wyciągnęli z materiału wszystko co się dało, film nie jest wzniosły, pozbawiony patosu, dialogi są znakomicie pisane, nie sztuczne, wszystko jest ,mam wrażenie bardzo...kameralne? Dramat każdej postaci jest wiarygodny i poprowadzony znakomicie, chemia między nimi jest na dodatek wielka. Tutaj jednak główna zasługa przypada aktorom. Tom Hardy jest rewelacyjny, jego postać jest idealnie napisana pod niego, w klatce to prawdziwy killer, groźny, niebezpieczny, ale nie ma też problemu z oddaniem wszystkich targających Tommym emocji. Edgerton również jest rewelacyjny, goni Toma bez problemu idealnie go uzupełniając. Nick Nolte jest równie dobry (jeśli nie lepszy momentami), choć mam wrażenie, że nie wykorzystano do końca jego potencjału. Mimo to cały dramat rodzinny jest bardzo wiarygodny, fajnie zarysowany i angażujący.
Oczywiście realizacja jest bardzo solidna, za to finałowa scena pod względem wykonania i naładowania emocji......GENIALNA. Znakomicie podłożone "About Today", świetna, brutalna choreografia starć i niesamowita chemia Hardye'go i Edgertona. Bardzo też podoba mi się moment w którym O'Connor zamknął film. Oczywiście "Warrior" ma trochę wad, znalazłoby się parę głupot, czy miejsc gdzie nie do końca wykorzystano potencjał, niektórym może też doskwierać wspominana schematyczność. Ale dla mnie to jeden z najlepszych sportowych filmów jakie widziałem. A zdecydowanie mój ulubiony.
9/10 i biorę "Suicide Squad 2" od Gavina w ciemno.
09-09-2017, 21:19
Stały bywalec
Liczba postów: 10,412
Liczba wątków: 11
Film ma temat, więc wklej tam :-) warto go odświeżać
.
09-09-2017, 22:03
Stały bywalec
Liczba postów: 13,282
Liczba wątków: 77
Tulip fever - film jest niemiłosiernie orany w amerykańskich mediach i w sumie się nie dziwię bo (książki nie znam) sam nie wie czym chce być. Jak na romansidło to jest po prostu biednie, a wszystko rozgrywa się na zasadzie bo tak, a de Hann i Vikander skaczą sobie w ramiona po około 2 minutach wspólnego występu na ekranie. Erotyk? Jedna, krótka (i słaba) scena seksu to maks na co było stać reżysera. No i później zmienia się to w jakis pół-heistowy filmik, gdzie po prostu logika bohaterów nie istnieje (zwłaszcza postaci granej przez Waltza). Aktorsko ten film oddziela ziarna od plew bo to właśnie stara gwardia wypadła zdecydowanie lepiej (Hollander jako lekarz-dżin jest zajebisty), a i Zack Giakshausafalakis ma ciekawą, komediową rolę. Czy to dobry film? Nie. Czy od oglądania krwawią oczy? Nie, bo jest ładnie nakręcony. Czy warto iść do kina? Nie :)
4/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
13-09-2017, 15:16
Stały bywalec
Liczba postów: 13,282
Liczba wątków: 77
Extortion - amerykańska rodzinka wybierka się na karaibskie wakacje. Przy jednej z planowanych eskapad na bezludną wyspę psuje im się motorówka. Z pomocą przychodzi im jednak lokalny rybak z kutrem, który w zamian za transport do cywilizacji żąda...miliona dolarów. Na tym filmie nie sposób się nudzić, bo motyw fabularny został wyjęty prosto z kina lat 80-tych i oczami wyobraźni widzę, jak podobny film realizuje będący u szczytu formy Tony Scott, a główne role grają Costner, Stowe oraz opalony Willem Defoe ;) Punkt wyjścia jest więc mocarny, a i przez pierwszą godzinę reżyser pompuje w tę historię sporo emocji. Grający głowę rodziny aktor (noname jak dla mnie) wczuł się w rolę znakomicie i świetnie pokazał przemianę od typowej pipki po gościa, który w akcie desperacji jest w stanie zrobić dosłownie wszystko. Do sceny w szpitalu mógłbym śmiało temu tytułowi wstawić 8/10, ale niestety im dalej w las tym gorzej. Nie lubię, gdy bohaterom pomaga dosłownie przypadek, a tutaj jest tego całkiem sporo w drugiej połowie. No a zakończenie jest niestety poniżej jakiejkolwiek krytyki i szkoda, że za temat nie zabrał się ktoś zwyczajnie lepszy.
6/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
17-09-2017, 11:17
Stały bywalec
Liczba postów: 2,988
Liczba wątków: 0
![[Obrazek: Journey-to-the-West-Poster-Header.jpg]](http://cdn3-www.craveonline.com/assets/uploads/2013/12/Journey-to-the-West-Poster-Header.jpg)
Journey to the West: Conquering the Demons - coś a la prequel do klasycznej chińskiej legendy. Generalnie fabuła z nóg nie zwala, film to ciąg starć z różnymi demonami, ale są to starcia pomysłowe, a ponieważ za to dziełko odpowiada Stephen Chow, to jak można się spodziewać, jest to mocno jajcarska produkcja. Pewnie nie każdemu ten typ humoru odpowiada, ale jeśli ktoś zrywał boki na "Shaolin soccer" czy "Kung Fu Hustle" to tu też nie będzie miał powodu do narzekań - beka bywa naprawdę niezła.
No i Qui Shu w roli Duan jest urocza. Nie to że piękna, bo to się rozumie samo przez się - Qui Shu zawsze jest piękna :)
Ale tutaj po prostu w fajny sposób gra fajną, wyrazistą postać. To chyba jej najlepsza rola (albo powiedzmy, bardziej dyplomatycznie, że moja ulubiona).
Kłopot mam drobny z końcówką. Pal licho, że sporo czasu poświęcono na walki postaci, które nie grały w filmie dużej roli, bo sam finał finału znowu należy do głównego bohatera. Gorzej, że finał uderza w mocno mistyczne tony, a poza tym jest zaskakująco smutny. Ja to niby lubię jak w filmie komedia przeplata się z tragedią, bo to tak jak w życiu. Ale po prostu reszta filmu jest tak sympatycznie prześmiewcza i lekka, że ten tragizm w końcówce jakoś tak mi zgrzyta. Ale to może po prostu dlatego, że polubiłem postacie i chciałbym dla nich jak najlepiej.
Journey to the West: The Demons Strike Back - to już nie to samo. Chow pracował przy scenariuszu, ale zabrakło tu chyba jego reżyserii. Film daje się oglądać bezboleśnie, są znowu nieźle pomyślane i całkiem widowiskowe starcia z interesującymi demonami. Jednak minusów jest stanowczo za dużo.
Typowy dla tego twórcy humor wciąż występuje od czasu do czasu, ale jest go jakby mniej i nie ma już takiego impetu. Powiedziałbym, że o ile "Journey to the West" to jajcarski film z poważnymi elementami, to sequel jest już raczej poważnym filmem z elementami jajcarskimi.
Nie wiem, co się tu odwaliło z obsadą. Znane z poprzedniej części demony są grane przez innych aktorów, co nie jest problemem samo w sobie, ale nikomu nie zależało, żeby chociaż w nowym wcieleniu wyglądali podobnie do swoich poprzedników. Ktoś tu mocno zmienił, nazwijmy to, projekty postaci, przez co trudno mi kupić, że to ci sami bohaterowie co w poprzedniej części. Co dziwi tym bardziej, że parę osób ze starej obsady ściągnięto nawet dla krótkich cameo (ten wyraz się jakoś odmienia przez liczby i przypadki?).
Historia jest trochę wtórna względem pierwszej części, co szczególnie razi pod koniec, a poza tym jest też jakby bezcelowa. Pierwsza część zmierzała ku punktowi wyjściowemu legendy o podróży na zachód. Część druga ku niczemu nie zmierza. Nie doprowadza widza do finału legendy, jest po prostu jakby losową przygodą w drodze. Mało znaczącym z punktu widzenia całej legendy epizodem.
Wrzucono też do filmu nowe dziewczę, żeby jakiś wątek uczuciowy mógł być, ale - choć na papierze wątek ten mógł mieć potencjał - postać to zupełnie bezbarwna. Szczególnie po tym jak w pewnym momencie gościnnie pojawia się Qui Shu i gra z tym samym wdziękiem i charyzmą co poprzednio, rzuca się w oczy jak nowa bohaterka jest w tym porównaniu nieciekawa.
Pierwszą część zatem jak najbardziej warto obejrzeć, ale drugą tylko jeśli nie macie nic ciekawszego do roboty.
17-09-2017, 12:45
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-09-2017, 12:59 przez al_jarid.)
悟
Liczba postów: 11,556
Liczba wątków: 37
Tylko że te filmy nie stanowią serii. "Podróż na Zachód" to w Chinach kult i podstawa dla dziesiątek produkcji rocznie. Za drugi wymieniony przez ciebie film odpowiada Tsui Hark (partacz nie z tej ziemi), nie Stephen Chow (jego interpretacja z kolei znakomita) i to po prostu kolejna wersja tej baji, w dodatku z inną obsadą itp.
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
-- Laozi
17-09-2017, 22:54
Stały bywalec
Liczba postów: 2,988
Liczba wątków: 0
No chyba nie całkiem. Raz, że Chow wszędzie jest wypisany jako współscenarzysta drugiego filmu (nie wnikam, ile naprawdę wynosił jego wkład). A dwa, że część aktorów powtarza swoje role - w tym jeśli się nie mylę, ten co grał mistrza, no a już na pewno Qui Shu jako Duan - są nawet z nią flashbacki z poprzedniego filmu, do kroćset!
Mógłbym kupić, że to niepowiązana produkcja, gdyby nie ten właśnie prosty fakt, jak i kilka innych spraw, na przykład IDENTYCZNY projekt postaci rybiego demona, kiedy jest w swojej rybiej formie, czy podobny typ humoru, choć oczywiście gorszego jakościowo. No i przynajmniej jeden ważny motyw muzyczny, jeśli dobrze kojarzę, także się tutaj powtarza.
18-09-2017, 08:24
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-09-2017, 08:25 przez al_jarid.)
悟
Liczba postów: 11,556
Liczba wątków: 37
Chińczycy są po prostu dziwni i dziwnie kręcą filmy :)
Jeśli chodzi o muzykę, to chociażby ta z "Journey to the West" w większości korzystała z utworów napisanych do "Kung Fu Hustle", a chyba nikt nie twierdzi, że to ta sama seria. A skoro już o tym mowa, w "Kung Fu Hustle" może usłyszeć "Decree of Sichuan General", które pojawia się w milionie innych chińskich filmów, także poprzednich dokonaniach Stephena Chow :)
Ale nawet jeśli oba wspomniane przez ciebie filmy są częścią jednej serii to ja i tak uznaję tylko projekt autorstwa Stephena Chow, bo ten od Tsui Harka ssie po całości.
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
-- Laozi
18-09-2017, 10:08
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-09-2017, 10:10 przez Hitch.)
Stały bywalec
Liczba postów: 2,988
Liczba wątków: 0
Bo ja wiem? Wydaje mi się, że to nie kwestia tego, że film Harka jest jakiś wybitnie zły, tylko raczej szkopuł w tym, że Chow jest niedościgniony :)
Gdybym obejrzał film Harka bez znajomości tego, co nakręcił Chow, to stwierdziłbym pewnie, że nawet nie najgorsza baja. Ale mając porównanie, to rzeczywiście bidnie to wygląda.
Ale co zrobić, Stephen Chow jest tylko jeden.
18-09-2017, 11:03
|