Ja przesłuchałem soundtrack i z bólem serca muszę powiedzieć że jest słabo. Połowa to kalka oryginału lekko przearanżowana (co w filmie nadal może być niezłe), reszta bywa przyjemna ale bez żadnego motywu wpadającego w ucho... i czasem zdecydowanie za głośna, musiałem mocno wyciszać słuchawki - nie wiem jaki efekt będzie w kinie. No i tak wychodzi zwalnianie jednego kompozytora i branie na dorywkę Zinmera... miejscami czuć rękę Johannssona, ale utwory jakby się urywają i przechodzą w fabryczny Zimmeryzm, który po fantastycznej "Dunkierce" tutaj nie dodał nic ciekawego.
A co do pierwszych opinii to jeszcze pozostaję pełen nadziei na arcydzieło: oryginał jakby nie patrzeć już przesiąkł kultowoscią a po długim czasie go doceniono - może tu będzie podobnie.
06-10-2017, 11:12 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-10-2017, 11:14 przez Capt. Nascimento.)
Moje główne zarzuty:
- film wykłada kawę na ławę w najważniejszych kwestiach fabularnych. Nie pozostawia praktycznie niczego interpretacji i inteligencji widza (oczywiście po finale bo podczas filmu jakieś tam pytania się pojawiają ale zostają wyjaśnione) - mamy retrospekcje które pokazują kto, kiedy i po co, tak jakby uważny widz nie mógłby sam na to wpaść. W porównaniu do oryginału, którego oglądać powinno się nawet kilka razy aby wyłapać najważniejsze kwestie, to spory minus.
wyjawienie, że to Officer K jest tym zaginionym dzieckiem
. Na szczęście tak się nie stało, choć sposób wyjawienia o kogo tak naprawdę chodzi jest bardzo zły i niefortunny. Takiej kwestii nie powinno się pokazywać na 40 minut przed końcem, ale albo na końcu albo nie wyjawiać tego wcale, zostawiając pole do interpretacji dla fanów.
Jared Leto jako główny zły nie przemawia do mnie w ogóle. Brak mu charyzmy. Szkoda, że Dawid Bowie odszedł, bo Villaneuve chciał jego do tej roli. Podoba mi się postać i koncept Joi.
To są dla mnie największe wady. Wady dość poważne które nie pozwalają stawiać tego filmu obok oryginału. Jednak jako kontynuacja ten film się nawet broni: klimat jest obecny, muzyka choć czasem męczy i jest za głośna to nie jest taka tragiczna. Jest dobrze, ale nie wybitnie.
06-10-2017, 11:22 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-10-2017, 12:09 przez Doppelganger.)
Oryginał jest dla mnie jednym z tych naprawdę i bez krztyny przesady, filmów kultowych. Nie sądzę, żeby do mojej śmierci wypadł ze ścisłego top 10. Nie nastawiałem się więc że sequel go pobije ani, że mu dorówna. To z góry było skazane na porażkę. I tak się rzecz jasna stało :D
Nie jest to taka porażka gdy wychodziłem z „Prometeusza”, kiedy było tylko uczucie zażenowania i niesmaku. Ale sukcesem tego nazwać też nie można. Raczej niedosyt, że się nie udało, choć przecież przy takim nastawieniu do oryginału udać nie mogło.
Zacznijmy od warstwy technicznej. Deakins powinien otrzymać za to Oscara. Większość filmu wygląda obłędnie i są po prostu hektary kadrów, które można oglądać dla samej przyjemności. Albo oprawić w ramki i powiesić na ścianie. Faktycznie natomiast jak pisał Bzyku widać różnicę między miastem i terenem. Nie żeby to była olbrzymia różnica, ale jednak klimat trochę ulatuje poza Los Angeles. Mimo wszystko wizualnie i scenograficznie to uczta dla oczu.
No dla uszu już niekoniecznie. Dla mnie film to obraz i muzyka stanowi rolę podrzędną. Oryginał to jeden z tych nielicznych przypadków dla mnie, że bez muzyki ciężko sobie ten film po prostu wyobrazić. Tutaj jest to dziwne. Nie wiem w końcu kto odpowiada za muzykę w tym filmie, ale to bez znaczenia. Niby była dobra i klimatyczna, jak najbardziej pasująca do obrazu i stylu, ale cały czas to było na zasadzie – nie kopiujemy Vangelisa, ale pamiętajcie, że w oryginale to był Vangelis, więc to nasze i oryginalne, ale hej, Vangelisa to Ty pamiętaj. Dziwne uczucie. No nie przeszkadzało, ale jakieś takie uczucie deja vu. I tak źle i tak niedobrze.
Aktorsko jest całkiem przyzwoicie. Nie ma tu żadnych szaleństw. Gosling (którego raczej irracjonalnie nie lubię) daje radę. Gra androida, więc ma ułatwione zadanie, ale jest bardzo ok. Ford też jest dobry. Leto jak był irytujący i manieryczny w trailerach jest taki sam w filmie. Nie wiem na ile to jego wina, ale w większości to wina scenariusza. Po prostu mówi bardzo pretensjonalne teksty. Z drugiej strony nie czarujmy się. Monolog umierającego Batty`ego też jest pretensjonalny. A mimo to to jest absolutnie genialny i zasłużenie przeszedł do historii kina. Najwyraźniej Hauer jest o wiele lepszym aktorem od Leto :D
Role Bautisty czy Robin Wright są poprawne, ale niewielkie. Ot dobre rzemiosło.
Najlepsza w całej obsadzie była zdecydowanie Ana de Armas. Miała chyba najtrudniejszą rolę bo grała hologram. Wyszło jej to świetnie, zresztą to był najlepszy wątek tego filmu, o czym później.
No właśnie. Fabuła. Dla mnie sytuacja jest prosta. Absolutną podstawą każdego filmu jest historia. Musi być ciekawa i sensowna na czym większość współczesnych filmów się wykłada. Ten niestety też się wyłożył.
W skrócie. Korporacja Tyrella zbankrutowała, zakazano produkcji androidów, ale resztki wykupił Jared Leto i produkuje nowe, doskonalsze i niezawodne androidy. Jego ambicją jest produkcja rozmnażających się androidów. W tym samym czasie Oficer Gosling prowadzi śledztwo, podczas którego okazuje się, że taki rodzący android już był i urodził. Tak, Deckard i Rachel doczekali się potomstwa. Trzeba więc odszukać Deckarda, żeby przez niego dotrzeć do dziecka które ma mieć specjalne zdolności. Jest kilka stron. Gosling podejrzewając, że to on jest tym dzieckiem szuka Deckarda. Tak samo szuka go Leto, poprzez swoją bezlitosną androidzicę, żeby z Deckarda wydobyć informacje. Po drodze jeszcze okazuje się, że istnieje Ruch Oporu Androidów, który chce dziecko uchronić i wykorzystać jako symbol w swojej rewolucji przeciwko ludziom, a pani porucznik (Wright) chce śmierci dziecka, bo słusznie uważa, że taka rewelacja skończy się dla ludzkości katastrofą.
Bo ja wiem? Pierwszy film miał scenariusz cechujący się szlachetną prostotą. Tutaj jak widać musi być tajemnica zagrażająca całej ludzkości, twisty i zaskoczenia. Nie ma w tym nic złego pod warunkiem, że twórcy potrafią to sensownie opowiedzieć. I chyba nie do końca wiedzieli co robią.
Już sam koncept androidów posiadających potomstwo jest dla mnie dziwny, ale kupiłem go. Być może Tyrell skonstruował Rachel właśnie w taki sposób? Potem po bliżej nieokreślonym kataklizmie większość danych zaginęła i Leto nie potrafi sobie z tym problemem poradzić więc chce dopaść Deckarda i jego dziecko.
Tutaj pierwszy zgrzyt. Mamy pod koniec filmu rozmowę Deckarda I Leto, gdzie ten ostatni mówi mu, że był specjalnie skonstruowany i zaprogramowany, żeby się w Rachel zakochać. Nie lubię takiego ingerowania w dawne historie przez nowe filmy. To płaskie i banalne pójście po najmniejszej linii oporu. No ale ok.
Co mamy dalej. Twisty i zaskoczenia. Przez większość filmu Gosling myśli, że to on jest tym dzieckiem. Ponieważ jest to bardzo mocno eksponowane, to bez większego trudu można się domyślić, że rzeczywistość była inna i to wcale nie jest on. Tak się rzecz jasna dzieje. Nie jest to jakaś wielka słabość scenariusza. Poszlaki były mocne, oglądamy historię z jego perspektywy więc czemu nie? No ale mogli się tutaj trochę bardziej wysilić.
Najgorszą rzecz mamy w drugiej części filmu. Otóż Ruch Oporu podczepia pluskwę Goslingowi, więc wiedzą gdzie jest. Korporacja Leto też go namierza. Gosling znajduje Forda, gadają sobie itp. I pojawiają się siły Korporacji pod dowództwem złej androidzicy. Deckard i Oficer K dostają łomot i Deckard zostaje zabrany do Leto. Gdzie był Ruch Oporu skoro wiedzieli gdzie jest Gosling? Czemu złe androidy zostawiają przy życiu Goslinga? Albo czemu nie zabierają go ze sobą? Naprawdę może coś przeoczyłem, przespałem (choć nie spałem), nie wiem.
Potem Ruch Oporu odnajduje Goslinga, mówią mu, że trzeba Deckarda zabić by chronić dziecko, Gosling dopada złą androidzicę przewożącą Deckarda, po walce zabija pomagierów i ją, uwalnia Deckarda i zabiera go do jego córki. Koniec.
Noż kurde. Nikt tego nie przeczytał po napisaniu? I nie zadał sobie kilku pytań – po co, dlaczego jak?
Przecież to rozwala całą historię na łopatki. To zagranie – Gosling powinien być trupem/więźniem, ale musi uratować Deckarda więc zostawmy go w spokoju. No mój Boże…
Ale znajdźmy też jakieś plusy. Tym plusem jest bez wątpienia Ana de Armas i cały jej wątek. Otóż Gosling ma w swoim mieszkaniu „Joy”, czyli taki właśnie inteligentny hologram grany przez Armas. Miłość androida i hologramu? Brzmi idiotycznie, ale wypada świetnie. Armas jest kapitalna w tej roli i naprawdę czuć tu chemię. Sceny jak może w końcu wyjść z mieszkania (bo Gosling kupił jakiś „dinks” dzięki któremu może opuścić dom) i na dachu ogląda deszcz są magiczne. Jest też naprawdę dziwaczna, ale też kapitalna scena seksu (w domyśle, bo na szczęście nie pokazana). Do Goslinga przychodzi prostytutka (agentka Ruchu Oporu) i Joy wchodzi niejako w nią i się do niej dostraja, żeby móc się bzyknąć z Goslingiem. Dla mnie magia.
Pora kończyć bo i tak wyszło długo i chaotycznie.
Baj de łej. Można było uniknąć kilku tandetnych zabiegów. Czemu Leto nie ma oczu (już chyba byłą tutaj o tym dyskusja)? W końcu jest szefem olbrzymiej korporacji robiącej cuda wianki. Otóż ma oczy. Ma latające kamerki które mu wszystko pokazują. Podpina je sobie jak chce popatrzeć. Czemu nie syntetyczne oczy? No chyba, żeby było bardziej dziwnie i niesamowicie. No jest, ale jest przede wszystkim słabo.
Trudno wystawić jakąś punktację. Film ma wiele wad, ale też doceniam próbę podejścia do tematu, która dla mnie, musiała się skończyć porażką.
Jakby mnie ktoś zmusił do wystawy oceny to między 4/10 a 7/10. Nie potrafię niestety tego zrobić :D
Pieniędzy nie żałuję. Może nawet zafunduję sobie powtórkę?
(06-10-2017, 11:22)Doppelganger napisał(a): Taką kwestię nie powinno się pokazywać na 40 minut przed końcem, ale albo na końcu albo nie wyjawiać tego wcale, zostawiając pole do interpretacji dla fanów.
(06-10-2017, 11:51)Kuba napisał(a): Czyli jest generalnie dobrze/bardzo dobrze i nie wybitnie?
Nie.
Film ma jedną olbrzymią wadę. Mam nadzieję, że to tylko moja ślepota, ale jeśli nie, to niestety obniża to bardzo mocno ocenę.
Choć komuś może to zupełnie nie będzie przeszkadzać.
Ale zobaczyć trzeba. Zdecydowanie.
Z drugiej strony na trzeci film (jeśli takowy powstanie) się już do kina nie wybiorę.
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...
06-10-2017, 11:54 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-10-2017, 11:55 przez Dr Strangelove.)
nie czytam spoilerów, ale czy mógłby mi ktoś powiedzieć, czy są jakieś fajne rzeczy w tym filmie, cycki, strzelaniny, wybuchy, roboty okładające się po ryjach, czy tylko takie emo smęty jak w jedynce? ;)
For us, there is no spring. Just the wind that smells fresh before the storm.
nie czytam spoilerów, ale czy mógłby mi ktoś powiedzieć, czy są jakieś fajne rzeczy w tym filmie, cycki, strzelaniny, wybuchy, roboty okładające się po ryjach, czy tylko takie emo smęty jak w jedynce? ;)
Jeśli jedynka była smętem to odpuścił bym sobie wizytę w kinie. Niby wszystko co wymieniłeś jest, ale w formie dość szczątkowej :D
A film jest dłuższy i to sporo od jedynki.
Jeśli jedynka była smętem to odpuścił bym sobie wizytę w kinie. Niby wszystko co wymieniłeś jest, ale w formie dość szczątkowej :D
A film jest dłuższy i to sporo od jedynki.
A tempo też takie wolne jak w pierwszej części? Nie czepiam się, broń Boże, wolnego tempa w filmach, po prostu jestem ciekaw, czy na nowe czasy tego "Blade runnera" jakoś bardziej zdynamizowali. I w ogóle, czy poszli na jakieś ustępstwa względem szerokiej, tzw. popcornowej publiczności.
Tempo jest bardzo dobre. Takie jak w starym "BR". Żadnych zastrzeżeń nie mam.
No i plus za to, że nikt się nie szczypał i zrobili film trwający 2,5h. Nie wyobrażam sobie upychania tej historii w 100-110 minut.
No ale ja lubię długie filmy :)
Ustępstwa w stronę "popcornowców"?
Ja wiem czy to ustępstwa? Dziś się inaczej kręci filmy i opowiada historie niż 30 lat temu po prostu.
Ostatnio zbyt często pada apropo filmów argument o "łopatologicznej retrospekcji". W scenie kuliminacji jest jeden przypadek, kiedy powtórzenie sceny ma na celu więcej niż tylko proste wyjaśnienie: czyli w celu podbicia emocji.
W "Szóstym zmyśle" też możnaby zrobić twist na zasadzie Joel Osment mówi wprost do Bruce'a "hej jesteś duchem" (i jeszcze dodać werble Zimmera, albo muzykę z dramatic hamstera).
Albo tak jak mówicie: pozostawić tamten moment bez retrospekcji, by 1 na 5 widzów załapał od razu, a inni dowiedzieli się już po seansie.
Z odpowiednią muzyką takie retrospekcję mogą w chwili odkrywania twista podbijać emocjonalność wątku, który był w filmie godzinę+ wcześniej. No i na przykładzie "Szóstego zmysłu" mogą jeszcze pokazywać 'podpowiedzi' do twistu pozostawiane wcześniej przez reżysera, które były na tyle subtelne, że dopiero w chwili ujawnienia widz z szczęką do ziemi myśli sobie "cholera, faktycznie - jak mogłem na to nie wpaść".
*Co nie znaczy, że w tym wypadku nie macie racji, filmu jeszcze nie widziałem a Stuckmann miał ten sam argument o zbyt łopatologicznej retrospekcji. Jeśli faktycznie tak jest to ciekaw jestem czy to była świadoma decyzja Villeneuve'a, czy producenci mocno go tam szarpali co do pewnych zmian w filmie (vide Ridley Scott i oryginał)... a w wersji director's/final cut będzie to inaczej pokazane.
By the way... w oryginale też przecież była łopatologia twistu (głos Gaffa w tle przypominający o śnie). :)
06-10-2017, 13:32 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-10-2017, 13:35 przez Capt. Nascimento.)
(06-10-2017, 13:32)Capt. Nascimento napisał(a): By the way... w oryginale też przecież była łopatologia twistu (głos Gaffa w tle przypominający o śnie). :)
(06-10-2017, 13:56)Doppelganger napisał(a): O który moment chodzi konkretnie?
Zapewne o ten jak Deckard ucieka z Rachel i znajduje jednorożca-origami, wtedy pojawia się wizja jednorożca i z offu leci głos Gaffa, że szkoda, że nie będzie żyła.
Dlatego ja lubię zakończenie bez jednorożców.
Wizja jednorożca pojawia się tylko raz, w wersji Director's Cut/Final Cut i jest snem Deckarda na jawie. Gdzieś tak około 45 minuty filmu. Na końcu nie było nigdy żadnego snu, tylko głos Gaffa z offu powtarzający swoją słynną kwestię o Racheal gdy Deckard ogląda origami.
06-10-2017, 15:14 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-10-2017, 16:37 przez Doppelganger.)
Trochę offtopowo, bo dopiero jutro idę na film, ale życzyłbym sobie gdyby z okazji wznowienia marki znalazła się jakaś dobra dusza, który wypuściła by zremasterowaną wersję stareńkiej przygodówki "Blade Runner"
Eurogamer popełnił fajny tekst na temat dzisiaj - niestety z dość smutnymi wnioskami :(
Zajebisty wywiad :) Cztery minuty pajacowania, z którego nic nie wynika, czyli cała prawda o promocji filmów w Hollywood, tym razem przynajmniej mieli fun, trzeba im to przyznać: no i Ryan z Harrisonem mają jednak fajną chemię ;)