The Man Who Killed Don Quixote (2018) - reż. Terry Gilliam
#61
No jak pisałem widziałem parę lat temu, ale mam naprawdę dobre wspomnienia z tego filmu. Trzeba odświeżyć. A Parnassus choć nie jest tak istotny i rozbudowany jak "12 małp", ale bawił mnie znacznie bardziej (rewelacyjny Plummer).

"Brazil" też widziałem dość dawno i muszę odświeżyć definitywnie, ale dwie pozostałe części "trylogii wyobraźni" były świetne a mam wrażenie, że to właśnie do nich będzie najbliżej Donowi.

Odpowiedz
#62
Brazil wciąż nie oglądałem. Co prawda jest na Netfliksie, ale wersja kinowa, a zdaje się to reżyserska jest tą jedyną słuszną.

Odpowiedz
#63
Niestety, ale nie ma od dłuższego czasu na Netflixie już "Brazil", jakiś miesiąc/dwa temu zamienili na "12 Małp" i z filmografii Gilliama są tylko one + dwa Monthy Pythony.
Wcześniej były też chyba "The Zero Theorem" i "Las Vegas Parano", ale głowy sobie uciąć nie dam. Mogliby przywrócić bo też bym zerknął chętnie.

Odpowiedz
#64
Film do naszych kin wkroczyć ma podobno w sierpniu Uśmiech

Odpowiedz
#65
http://www.indiewire.com/2018/06/the-man-who-killed-don-quixote-terry-gilliam-loses-trial-1201975422/

Terry wygrywając przegrał. Branco mam nadzieje nigdy w życiu niczego w branży nie zwojuje. Grunt, że Gilliamowi udało się wypuścić film do kin i spełnił swoje marzenie, myślę, że reszta niewiele go interesuje.

Czekam aż ktoś zapowie "Człowiek który zabił Człowieka który zabił Don Kichota".

Odpowiedz
#66
Nikt nie pisze, że film pojawi się na Nowych Horyzontach, a Gilliam będzie gościem specjalnym?
https://kultura.onet.pl/film/wiadomosci/terry-gilliam-z-wizyta-w-polsce-z-okazji-premiery-filmu-czlowiek-ktory-zabil-don-artykul/3rhyjfh

Szkoda, że tak daleko mieszkam lub przynajmniej uprzednio nie przygotowałem się na wyjazd do Wrocławia. Byłoby selfie i autograf z Gilliamem Smutny

Odpowiedz
#67
Jakbym wiedział wcześniej to bym na ta okazje pojechał :/ No nic, w tym roku byłem na Transatlantyku, w przyszłym chce zaliczyć więcej tych imprez.

Czekam na jakies pokazy przed premierowe w Łodzi

Odpowiedz
#68
Pewnie ktoś jest na festiwalu, ale czy ktoś widział film? Jak wrażenia?

Odpowiedz
#69
Tak sobie przegladam różne opinie (w tym moich nielicznych znajomych na FW, którzy byli na Horyzontach) i ogolnie bardzo zróżnicowane są. Chyba kolejny film, który podzieli publiczność przynajmniej na trzy kategorie.

Odpowiedz
#70
Jestem pewien, że Terry COŚ tym filmem przekazać chciał. Tylko nie mam zielonego pojęcia co. Don Kichot nie jest złym filmem, to całkiem zabawna, bardzo przyjemna, świetnie zagrana i zrealizowana produkcja. Niestety, ostateczny koncept całej fabuły bardzo kuleje. Pomieszanie fantastyki, zwidów bohaterów i rzeczywistości tym razem średnio sie sprawdza, produkcji brakuje czegoś co miało chociażby "12 Małp" czyli tajemnicy, hipnotyzującego klimatu a przede wszystkim drugiego dna którego sens naprawdę chciałbym poznać. A historia sama w sobie jest bardzo przewidywalna i mało porywająca. W filmie nie ma emocji które teoretycznie powinien wywoływać. Momentami Gilliam nawiązuje do współczesnych problemów, ale robi to straszliwie powierzchownie a wciśnięcie w całość
jest dla mnie kompletnie nie zrozumiałe i bardzo wybijające z rytmu.
Za to bardzo duzo jest tu humoru, raczej prymitywnego, ale kilka razy się zaśmiałem.

O postaciach trudno powiedzieć cokolwiek po za tym, że są. Za to aktorzy wypadają rewelacyjnie, zarówno odjechany,zwariowany Pryce jak i (a raczej przede wszystkim) Driver który jest absolutnie wyśmienity i po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najzdolniejszych aktorów młodego pokolenia. Cała reszta też bryluje, szczególnie przeurocza Riberio.

Realizacyjnie bez zarzutu. Gilliam rewelacyjnie rozdysponował budżet i film wygląda jak robiony za naprawdę spore pieniądze. Klimat Hiszpanii wylewa się z ekranu, dobrane scenografie są znakomite, podobnie fantastycznie przygotowane kostiumy, całość jest bardzo dobrze nakręcona, inscenizacja scen też nie zawodzi, Don Kichota się po prostu bardzo dobrze ogląda i bardzo żałuje, że Gilliam nie nakręcił po prostu adaptacji książki bo czuje, że dostalibyśmy coś znacznie lepszego.


6/10

Odpowiedz
#71
Obejrzałem "Zagubionego w La Manchy" i... nie powinni robić o tym filmu. Na papierze wyglądało to jakby rzeczywiście wszystko było przeciwko nim w zrobieniu tego filmu a JEDYNY praktycznie element, który zadecydował o wtopie to... Choroba aktora.

6/10
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
#72
Wczoraj do kina przybyłem, film zobaczyłem, dobry seans zwyciężyłem. Czy to jest dzieło godne tych 25 lat czekania? Nie powiedziałbym, ale w efekcie finalnym to nie jest wcale zły film. Mimo wszystko myślę że jak na tak legendarną produkcję i to powstającą przez połowę kariery Gilliama, to mogłoby wyjśc coś lepszego

Na samym seansie bawiłem się dobrze - pośmiałem się z żartów nie raz. Podejrzewam jednak, że gdyby Gilliam został przy pierwotnym koncepcie fabuły (z podróżą w czasie) to byłoby lepiej, bo ten zmieniony na przestrzeni lat koncept to kopiuj wklej z "Fisher Kinga" - tam też był radosny wariat uważający się za średniowiecznego poszukiwacza przygód i jego poważniejszy, zdrowszy na umyśle partner. Postacie są fajnie napisane i nie jeden epizod zapada w pamięć. Wątek kobiecy kompletnie bez polotu - nie czułem w nim za bardzo emocji i chemii, był trochę mi obojętny, acz aktorkę Gilliam wybrał śliczną - Joana Ribeiro stała się trzecią kobietą do podbicia na mojej liście po Margotce Robbie i Emmie Stone <3 W końcowym akcie trochę się pogubiłem.
Z kolei kulminacyjna scena
strasznie ckliwa i do bólu sztuczna.

Realizacja jest bardzo dobra, widać że tutaj do wielu rzeczy przyłożono rękę. Scenografia czy kostiumy godne laurów, a klimat też sobie radzi. Oglądajac film uznałem, że trochę brakowało mi typowo gilliamowskiego stylu, czyli tych zakręconych szotów itd. Po namyśle jednak uznałem, że takie "12 małp" też nie miało tego w 100%, a dziełem było jak dla mnie znakomitym, więc raczej nie powinienem się tu czepiać. Jeśli chodzi o aktorstwo, to jest na bardzo dobrym poziomie - Driver dodaje swojemu bohaterowi nieco charyzmy, z kolei Pryce świetnie bawi się rolą i ciężko poznać że u tego samego twórcy ponad 30 lat wczesniej był szarym urzędasem-maminsynkiem, a tu tworzy coś zupełnie odmiennego. I tak podejrzewam, że John Hurt ze wszystkich aktorów branych na przestrzeni lat pod uwagę byłby najlepszym Kichotem. Szkoda, że zmarł przed zdjęciami. Drugi i trzeci plan też nawet ma ubaw - Skarsgard, Kurylenko, Oscar Jaenada, Sergi Lopez (nie poznałbym, że ten farmer to także parszywy kapitan z "Labiryntu fauna"). Szczególnie Skarsgard Sr. ako szef głównego bohatera - jest tu tak przerysowany, że aż fajnie się go ogląda. Ribeiro jak wspominałem powyżej - samym swoim urokiem dużo dodaje temu nieco kiepskiemu wątkowi. Życzę tej dziewczynie jak najlepszej kariery i wielu ról w znaczących produkcjach. Po prostu się zakochałem <3

Tak, więc podsumowując. To kolejny przykład produkcji, której legenda przerośnie jakość, ale ogólnie pomimo, że wyszła z tego ostatecznie kopia "Fisher Kinga" to polecam ten film. Sprawdza się jako komedia, nawet sprawdza się jako satyra na obecny przemysł, ekipa realizacyjna daje radę, podobnie jak aktorzy. Może i tamta pierwsza wersja z Deppem byłaby lepsza gdyby doszła do skutku, ale kto wie.

7/10

Odpowiedz
#73
Też widziałem

Mnie się podobało, tak po prostu, ale oczywiście, że produkcja nie wytrzymuje tego całego motywu "filmu powstającego 30 lat", mimo że tak naprawdę określenie jest bardzo uproszczone. Umówmy się - to, co widać na ekranie nie jest efektem 30 lat kręcenia filmu. Mniejsza z tym.

Dużo tu Gilliama i to najważniejsze. A on przede wszystkim się objawia w humorze i ogólnym klimacie absurdu. Takie perły jak kobieta traktująca psa paralizatorem, czy koń biegnący z płonącym wozem siana - u tego gościa takie motywy zawsze grają. Jednak Gilliam umie też uderzać w inne tony, a cały motyw zblazowanego reżysera, który trochę przez przypadek powraca do miejsca, gdzie kręcił swoją etiudę studencką, to fenomenalnie zbudowany klimat nostalgii i takiego smutnego spojrzenia w przeszłość. Jednak nie można powiedzieć o niej, że po prostu minęła. Nie - ona ma swoje konsekwencje i o tym trochę ten film jest. O spojrzeniu wstecz, które bywa bardzo bolesne, w związku z czym dużo jest w tym filmie gorzkiej refleksji. Gilliam zwraca uwagę, że te młodzieńcze ideały, mimo swojej naiwności, mogą mieć jednak więcej wartości niż to co zyskuje się wraz z pozycją, karierą i idącymi za tym oczywistymi luksusami. To jest mega zgrabne odniesienie do tradycyjnej opowieści o Don Kichocie. No bo obłędny rycerz walczył właśnie o ideały, które cały świat dookoła niego już ignorował. Pod tym względem film jest świetny, bo działa na wielu poziomach. Sporo tu autobiografii reżysera, sporo tu komentarza na temat dzisiejszego świata, ale również dużo takich bardzo uniwersalnych obserwacji, a wszystko obudowane bardzo naturalnie ponadczasowym wątkiem Don Kichota, który został tutaj odbudowany wyjątkowo świeżo, co wydawało mi się wręcz niemożliwe.

Sporo tu symboliki, niekoniecznie bardzo ukrytej. Przede wszystkim objawia się to w postaciach kobiecych, które chyba najbardziej jaskrawie przedstawiają "stare" i "nowe". Bohaterka Kurylenko to personifikacja tego świata bogactwa, wielkiej kariery, luksusów, ale i nieszczerości, zdrady, zagubionej moralności. Po drugiej stronie znajduje się bohaterka Joany Ribeiro, która jest tą dawną pasją, też i naiwnością, ale przede wszystkim kiedyś naiwnością, spontanicznością, radością może nawet po prostu. Jej tragiczny los to efekt działań głównego bohatera, który ideały symbolizowane przez tę bohaterkę kompletnie zatracił. Skurwił (to słowo doskonale tutaj pasuje, jak żadne inne) wszystko co kiedyś go popychało do działania, oddał to na rzecz wygody, bogactwa i kariery. Na scenę wkraczają wówczas karykaturalny producent i jeszcze bardziej przerysowany rosyjski milioner. Gilliam wali w łeb tym sposobem i pyta - dla takich absurdalnych pajaców odrzuca się to, w co się wierzy? Naprawdę? Oni są przecież gotowi spalić żywcem Ciebie i wszystko w co wierzysz. No i praktycznie to robią.

Don Kichot jest w tym wszystkim tylko katalizatorem wydarzeń. Zwracam uwagę, że to nie on przecież jest tytułowym bohaterem tego filmu - to nie o nim traktuje tytuł. Błędny rycerz to obłęd. Obłęd, za który dzisiaj często uważa się wiarę w ideały, w jakieś wyższe wartości. Gilliam się jednak z nim utożsami. Mówi, że wcale nie przeminął. Że nie wolno mu przeminąć. Że musi trwać, bo bez tego naprawdę świat zostanie zagubiony. To ten "szaleniec" kieruje bohatera na właściwe drogi. Bo to droga pozornego obłędu przypomina o tym co ważne. Finał to już jawna symbolika. Abstrakcyjna arena, która ma ostatecznie upokorzyć ideały i sprzedać wszystko co ma jakąś wartość. W ogniu absurdu, żarcia, płytkiej rozrywki ma spłonąć do końca niewinność. Temu rozbawiona publika jest gotowa przyklasnąć. Gilliam jednak ciągle przypomina jak głupio wyglądają ci co się śmieją, ci co się bawią. Bohater filmu w finale oszalał? Czy może tak naprawdę zobaczył jak nienormalni są wszyscy dookoła?

Odleciałem totalnie, ale filmy Gilliama potrafią na mnie tak zadziałać. Jakoś bardzo czuję tego reżysera i takie efekty. Film na pewno warto zobaczyć. Rewelacyjnie jest zrealizowany - kostiumy są świetne, scenografie cieszą. Natomiast koncercik grają aktorzy. Driver jakiś taki uwolniony, a Pryce to czyste szaleństwo.

8/10. Naciągane, ale Gilliam to chyba dla mnie wyjątkowy reżyser
.

Odpowiedz
#74
Odleciałeś, jednocześnie opisujac tak fajnie ze zmieniam decyzje co do ogladania filmu. Mialem odpuscic, chetnie zobacze. 

Odpowiedz
#75
Jak przekonałem to spoko, miło. Może Ci siądzie. Najważniejsze dla mnie, że Gilliam zawsze jest jakiś. On też odlatuje i to wysoko, a jak się ktoś załapie na te jego odloty, to bywa fajnie. Jakoś tak to widzę.
.

Odpowiedz
#76
W sumie nie wiem podstawowej sprawy: czy film ma ten sam scenariusz który Gilliam chciał od lat realizować, czy ostała się sama tematyka i to, co powstało jest tylko luźno związane z pierwotną wizją?

Odpowiedz
#77
Ja słyszałem, że ten scenariusz wielokrotnie był zmieniany, podobnie jak nieco fabuła. O ile się nie mylę, to w pierwszej wersji z Deppem, to główny bohater przeniósł się w czasie i tam spotkał prawdziwego Don Kichota.

I jeszcze poza tym do srebrnika - przeczytałem właśnie Twoją recenzję... czy raczej analizę i napiszę, że jestem pod wrażeniem. Nie patrzyłem w trakcie seansu na film w tak głęboki sposób. Moja dotychczasowa wiedza intelektualna o kinie czuje się taka uboga w porównaniu z Twoją Oczko

Odpowiedz
#78
Przesadzasz i to zdecydowanie, ale dziękuję Uśmiech

Kilka dni we mnie dojrzewała ta opinia. To trochę takie nieuchwytne uczucie, które bardzo lubię. Niektóre filmy potrafią tak działać - niektóre pozycje Gilliama, w zasadzie cała twórczość Manna, może trochę Coenowie. Chodzi mi o takie kino z bardzo oryginalnym klimatem, momentami które zostają w głowie, niepozornymi scenami, które nie dają o sobie zapomnieć. W takim "Miami Vice" z 2006 roku jest np. takie ujęcie jak Sonny stoi w chacie nad oceanem i patrzy w dal. Niby nic, a jakoś zostało mi to we łbie już pewnie na zawsze. Ciężko to opisać. To nie wynika z jakiejś wiedzy intelektualnej. Czasami po prostu filmy umieją tak porwać człowieka. Ten Gilliam ostatni mnie porwał i trochę odleciałem myśląc o nim. To w sumie czysta przyjemność.
.

Odpowiedz
#79
Jeśli tak, w ogólnym zarysie, miał wyglądać ten film oryginalnie to szału nie ma dżiś i nie byłoby kiedykolwiek by powstał.
Przez większość seansu miałem dać 7 ale finał jest rozczarowujacy. Czy było warto czekać te 30 lat? Nie. Czy mógłby w ogole nie powstać? Tak.

6/10
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
#80
(30-08-2018, 18:54)srebrnik napisał(a): Też widziałem

Mnie się podobało, tak po prostu, ale oczywiście, że produkcja nie wytrzymuje tego całego motywu "filmu powstającego 30 lat", mimo że tak naprawdę określenie jest bardzo uproszczone. Umówmy się - to, co widać na ekranie nie jest efektem 30 lat kręcenia filmu. Mniejsza z tym.

Dużo tu Gilliama i to najważniejsze. A on przede wszystkim się objawia w humorze i ogólnym klimacie absurdu. Takie perły jak kobieta traktująca psa paralizatorem, czy koń biegnący z płonącym wozem siana - u tego gościa takie motywy zawsze grają. Jednak Gilliam umie też uderzać w inne tony, a cały motyw zblazowanego reżysera, który trochę przez przypadek powraca do miejsca, gdzie kręcił swoją etiudę studencką, to fenomenalnie zbudowany klimat nostalgii i takiego smutnego spojrzenia w przeszłość. Jednak nie można powiedzieć o niej, że po prostu minęła. Nie - ona ma swoje konsekwencje i o tym trochę ten film jest. O spojrzeniu wstecz, które bywa bardzo bolesne, w związku z czym dużo jest w tym filmie gorzkiej refleksji. Gilliam zwraca uwagę, że te młodzieńcze ideały, mimo swojej naiwności, mogą mieć jednak więcej wartości niż to co zyskuje się wraz z pozycją, karierą i idącymi za tym oczywistymi luksusami. To jest mega zgrabne odniesienie do tradycyjnej opowieści o Don Kichocie. No bo obłędny rycerz walczył właśnie o ideały, które cały świat dookoła niego już ignorował. Pod tym względem film jest świetny, bo działa na wielu poziomach. Sporo tu autobiografii reżysera, sporo tu komentarza na temat dzisiejszego świata, ale również dużo takich bardzo uniwersalnych obserwacji, a wszystko obudowane bardzo naturalnie ponadczasowym wątkiem Don Kichota, który został tutaj odbudowany wyjątkowo świeżo, co wydawało mi się wręcz niemożliwe.

Sporo tu symboliki, niekoniecznie bardzo ukrytej. Przede wszystkim objawia się to w postaciach kobiecych, które chyba najbardziej jaskrawie przedstawiają "stare" i "nowe". Bohaterka Kurylenko to personifikacja tego świata bogactwa, wielkiej kariery, luksusów, ale i nieszczerości, zdrady, zagubionej moralności. Po drugiej stronie znajduje się bohaterka Joany Ribeiro, która jest tą dawną pasją, też i naiwnością, ale przede wszystkim kiedyś naiwnością, spontanicznością, radością może nawet po prostu. Jej tragiczny los to efekt działań głównego bohatera, który ideały symbolizowane przez tę bohaterkę kompletnie zatracił. Skurwił (to słowo doskonale tutaj pasuje, jak żadne inne) wszystko co kiedyś go popychało do działania, oddał to na rzecz wygody, bogactwa i kariery. Na scenę wkraczają wówczas karykaturalny producent i jeszcze bardziej przerysowany rosyjski milioner. Gilliam wali w łeb tym sposobem i pyta - dla takich absurdalnych pajaców odrzuca się to, w co się wierzy? Naprawdę? Oni są przecież gotowi spalić żywcem Ciebie i wszystko w co wierzysz. No i praktycznie to robią.

Don Kichot jest w tym wszystkim tylko katalizatorem wydarzeń. Zwracam uwagę, że to nie on przecież jest tytułowym bohaterem tego filmu - to nie o nim traktuje tytuł. Błędny rycerz to obłęd. Obłęd, za który dzisiaj często uważa się wiarę w ideały, w jakieś wyższe wartości. Gilliam się jednak z nim utożsami. Mówi, że wcale nie przeminął. Że nie wolno mu przeminąć. Że musi trwać, bo bez tego naprawdę świat zostanie zagubiony. To ten "szaleniec" kieruje bohatera na właściwe drogi. Bo to droga pozornego obłędu przypomina o tym co ważne. Finał to już jawna symbolika. Abstrakcyjna arena, która ma ostatecznie upokorzyć ideały i sprzedać wszystko co ma jakąś wartość. W ogniu absurdu, żarcia, płytkiej rozrywki ma spłonąć do końca niewinność. Temu rozbawiona publika jest gotowa przyklasnąć. Gilliam jednak ciągle przypomina jak głupio wyglądają ci co się śmieją, ci co się bawią. Bohater filmu w finale oszalał? Czy może tak naprawdę zobaczył jak nienormalni są wszyscy dookoła?

Odleciałem totalnie, ale filmy Gilliama potrafią na mnie tak zadziałać. Jakoś bardzo czuję tego reżysera i takie efekty. Film na pewno warto zobaczyć. Rewelacyjnie jest zrealizowany - kostiumy są świetne, scenografie cieszą. Natomiast koncercik grają aktorzy. Driver jakiś taki uwolniony, a Pryce to czyste szaleństwo.

8/10. Naciągane, ale Gilliam to chyba dla mnie wyjątkowy reżyser
Bardzo fajnie napisane przemyślenia i tak, jak teraz o tym pomyślałem to rzeczywiście wydają się bardzo słuszne. Ja po obejrzeniu tego filmu jestem trochę rozdarty - gdzieś pomiędzy tym, że po mnie spłynął, a tym, że mnie zauroczył. Będę zdecydowanie potrzebował powtórki za jakiś czas, ale nie mam wątpliwości, że świetnie mi się to oglądało i dobrze było widzieć Drivera w tej roli.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  The Zero Theorem (Terry Gilliam, 2013) military 0 1,575 29-01-2015, 15:32
Ostatni post: military



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości