(14-11-2018, 01:16)Paszczak napisał(a): Co do długości, pierwotnie był dłuższy, ale reżyser musiał go przyciąć po marudnych pierwszych pokazach.
Musiał, w sensie - podobno o to poprosił. Bo wersja, która została wyświetlona została skończona ledwie 48 godzin przed pokazem i reżyser nie miał nawet czasu jej dorzeźbić. Dopiero podczas pokazu, bodajże, w Toronto, zobaczył mankamenty filmu, poprosił producentów o czas na dodatkowy montaż i wyleciało z 20 minut.
14-11-2018, 04:20 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-11-2018, 04:21 przez Gal Anonim.)
Zacnie to wygląda, scenografia, zdjęcia, kostiumy i przede wszystkim bitwy - wszystko to może się podobać. Tylko mam wrażenie, że cała fabuła była tylko pretekstem, żeby nakręcić ładne średniowieczne kadry i trochę poucinanych kończyn, bo prócz tego film nie ma dużo więcej do zaoferowania. Historia jest standardowa i niczym nie zaskakuje. Najgorsze, że wydaje się małym wycinkiem większej opowieści, i to jeszcze mocno pociętym, potraktowanym po łebkach. Największym problemem jest zaś główny bohater. Robert Bruce w "Braveheart" był w miarę skomplikowaną, niejednoznaczną postacią, a tutaj mamy szlachetnego, jednowymiarowego, zaskakująco nowoczesnego (podejście do kobiet) i nudnego króla, któremu w ogóle nie chce się kibicować, a śledzenie jego losów nie przysparza większych emocji. Niby kogoś tam morduje w kościele, ale ten czyn wcale nie rzuca cienia na jego nijaki charakter. Charyzmy nie ma za grosz i nie mam pojęcia czemu ci wszyscy ludzie za nim poszli. Ja bym nie poszedł.
Będę z wami w stu procentach szczery. Niespecjalnie przepadam za produkcjami, których tematyką jest dojrzewanie. Po prostu nie czuję abym był ich targetem. Czasem przyjemnie jest się rozczarować.
"Gorzka siedemnastka" autorstwa debiutującej na fotelu reżysera Kelly Fremon to wielki mały film. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku rewelacyjnego "Lady Bird" czy niemal równie dobrego "Ja, Earl i umierająca dziewczyna" dostałem kawał kapitalnego kina. Sympatyczne dzieło dające do myślenia, urzekające nastrojem, oddziałujące na emocje a przede wszystkim rewelacyjnie zagrane. Nie będę tu wspominał o charyzmie prezentowanej przez Woody'ego Harelsona, który kradnie show za każdym razem jak pojawia się na ekranie, gdyż mam wrażenie, iż wielokrotnie udowodnił, że jest rewelacyjnym aktorem. Chcę za to zwrócić uwagę na Hailee Steinfeld, która jest w tym filmie wielka i aż szkoda, że jej kreacja nie została specjalnie doceniona.
Najlepszy film 2021: Titane Najlepszy film 2020: Pewnego razu w Hollywood Najlepszy film 2019: Parasite Najlepszy film 2018: Suspiria
"Ironclad" bardziej mi się podobał, choć rola kobieca w "Królu" bez porównania lepsza.
Wady:
- Ciężko ogląda się film o średniowiecznych szkockich góralach, gdy w pamięci ciągle żywy jest "Braveheart". Ciężko ogląda się biografię Roberta the Bruce'a, gdy człowiek widział wybitną interpretację tej postaci w wykonaniu jakże niedocenianego znakomitego szkockiego aktora Angusa Macfadyena. W ogóle ciężko jest dzisiaj oceniać jakikolwiek film w kontekście roku 1995 (przypominam: najlepszy rok w historii kina).
- Brak szkockiej muzy, która chwyta za serce i wyciska łzy z oczu.
- Główny bohater taki dobrotliwy i miły na twarzy, że ani przez moment nie uwierzył, że to stojący na czele buntu król-zabijaka.
- Kilka innych rzeczy.
6/10 na kredyt.
16-11-2018, 09:50 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-11-2018, 09:51 przez Mental.)
Młoda i całkiem atrakcyjna dziewczyna zarabia na życie zbierając tokeny w jakimś show roomie, sex roomie czy jak tam się nazywa ta internetowa przyjemność. Wkrótce odkrywa, że ma sobowtórkę która przejęła jej kanał. Ciężko przebrnąć przez pierwsze minuty pokazujące krzykliwy i plastikowy świat erotycznych uciech internetu, ale przyznam bez bicia pejczykiem, że nawet wciągnęło mnie śledztwo prowadzone przez naszą gwiazdę prawie-porno. Niestety bełkotliwe zakończenie okazuje się kompletną stratą czasu widza.
Absolute power - ale to było dobre, czysta radocha z oglądania thrillera. Dodatkowo na korzyść zadziałał fakt, że o fabule nie wiedziałem nic, a w pierwszej części filmu to dosyć ważne, żeby nie wiedzieć kto jest kochankiem. W ogóle początkowe zapętlanie się intrygi w tym filmie to małe cudeńko, bo mamy kolejno:
-Clint się włamuje do pałacu
-do pokoju wbija kobieta, więc zagrożenie czy go nie nakryje
-okazuje się, że ma kochanka i zaraz będą się ruchać, więc napięcie trochę schodzi, bo Clint liczy, że zrobią swoje i będzie mógł się zwinąć
-schadzka przeradza się w gwałt, napięcie znowu rośnie, bo może wydarzyć się coś nieoczekiwanego, poza tym dochodzi dylemat, czy może przeszkodzić w gwałcie, skoro Clint jest jego świadkiem
-zaczyna się szarpanina, napięcie sięga zenitu, bo jeszcze umrze nie ta osoba co trzeba i nakryje Clinta
-wpadają ochroniarze i zabijają kobietę, sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje, bo teraz sprawcy chcą sprzątnąć bałagan i znowu prawdopodobieństwa nakrycia rośnie
-Clintowi udaje się uciec z narzędziem zbrodni, może trzymać sprawców w szachu, bo ma dowody ich winy, więc napięcie znowu delikatnie w dół
-wisienka na torcie - gwałciciel okazuje się być prezydentem USA, więc z jednej strony Clint może liczyć, że tak potężna osoba będzie chciała wszystko zatuszować, z drugiej, jego życie jest zagrożone, bo służby mogą chcieć zrzucić całą winę na niego.
niestety dalsza część filmu trochę odstaje poziomem od genialnego początku, bo liczyłem na bardziej skrupulatne śledztwo (pyszna była scena w której Ed Harris i jego partnerka próbują rozkminić cóż do cholery stało się w tym pokoju - powinno być takich więcej), a dostaliśmy Clinta, który się właściwie podłożył i wątpliwą postać jego córki-prokurator, która z niewiadomych powodów działa przeciwko ojcu i nie robi żadnego problemu z tego, że była przynętą podczas próbu zabójstwa - to wszystko się niezbyt klei, ale sama puenta znakomita i pięknie podsumowuje cały film. Gorąco polecam jeśli kto jeszcze nie widział. Mocne 8/10.
20-11-2018, 16:27 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20-11-2018, 16:37 przez simek.)
The Gate - Goonies w wersji horroru SF. Albo Stranger Things faktycznie powstałe w latach 80. Trochę wychodzi naprzeciw kliszom z lat 80., bo to poboczny (a nie główny) dzieciak jest półsierotą i pewne postacie kreowane na ofiary bestii nie giną. Glen gdy poznaje symptomy otwarcia tytułowych wrót, od razu chce zadzwonić do nieobecnych rodzicow i wszystko im powiedzieć (a przeszkadza mu w tym jego siora z gatunku bitchy-bitch sister). CO do łamania klisz w postaciach dziecięcych - kumpel głównego bohatera to krzyżówka kujona z metalowcem. Bardzo nastrojowa muzyczka, szczególnie w minimalistycznym intrze. Kumpel głównego bohatera to połączenia kujona z jakimś rocekersem. Postacie dzieci i nastolatków są w porządku, wydają się naturalne. Film dobrze buduje napięcie i klimat - np. gdy pierwszy raz pojawia sie dym z dziury słychać takie dziwne pojękiwania i panuje creepy klimat. Efekty potworków też bardzo dobre. Finał trochę nudnawy i zrobiony na siłę.
Lost World (1925) - pierwszy monster-movie na świecie z pierwsyzm rozwalaniem miasta przez gigantycznego potwora. Ramota co prawda, ale zajmująca i ciekawa. Challenger jest dokładnie taki jak w książce - furiat o aparycji żula. Jest sporo żenuy, np. blackface, nieobecny wątek w książce kobiety (myślicie, że odgórne wsadzanie bab do obsady to dopiero teraz się odbywa? wrong), która ogranicza do robienia przerażonych min i z tego wynikający nudny trójkąt miłosny (plus maślane oczy do niej robi koleś, który mółby być jej ojcem). Ale sporo funu - klimat przygody, idealnie odzworowany z oryginału Challenger (furiat o aparycji wiejskiego popa), klimat niemego kina no i przede wszystkim poklatkowe dinozaury, które są najfajniejszym elementem. Oczywiste, że prawie 100-letnie efekty się zestarzały, ale jak na swoją epokę robią wrażenie.
7/10
Das Boot - jedno napiszę - 10/10
24-11-2018, 20:21 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24-11-2018, 20:22 przez OGPUEE.)
Funny Face - oglądałem w mega dobrym humorze i towarzystwie, więc to pewnie trochę podbija ocenę, ale film jest cudowny :) Kupiłem konwencję w 100% od pierwszej sceny - to rozśpiewane, tańczące towarzystwo, sposób w jakim mówi postać pani Prescott to coś pięknego. Oczywiście trzeba mieć tolerancję na stare musicale i czasami przeciągnięte do granic możliwości sceny taneczne (zwłaszcza Fred Astaire pod balkonem Jo), ale niektóre z nich to czyste złoto, ta z obrazka poniżej ma u mnie 10/10 cudowna choreografia, praca kamery, a Audrey Hepburn nigdy nie była piękniejsza niż w niej.
Kocham, 9/10
Horror stylizowany na lata 80-te, położony przez durne zachowanie głównej bohaterki, żenujący ostatni akt i banalny epilog. Kiedy ma budować napięcie, to lekko przynudza, kiedy ma straszyć - ponosi klęskę. Plusy? Prócz udanego hołdu ku czci ejtis - wiarygodnie zagrana (chociaż głupia) protagonistka i jak zawsze dobry Tom Noonan.
4/10. Paszczak rekomendował jeszcze Under The Shadow (ktoś tam wspominał również o The Innkeepers spod ręki gościa od House of Devil, ale na ten straciłem ochotę) - myślę, że to będzie lepszy film.
Nothing to Hide [NETFLIX] - Grupa starych przyjaciół spotyka się przy stole na imprezce. W pewnym momencie pada propozycja zabawy, podczas której wszyscy mają położyć swoje telefony na środku stołu. Wszelkie połączenia przychodzące oraz wiadomości mają być od tej chwili jawne.
Prosty pomysł, który można położyć od ręki idąc w kierunku głupkowatej komedii lub skręcając w rejony stuprocentowego dramatu. Moim zdaniem twórcy wybrnęli jednak znakomicie dając powody do śmiechu, zadumy, ale i łapania się za głowę. To po prostu bardzo zgrabny i świetnie zagrany film zostawiający przy okazji odrobinę niepokoju w głowie. Zwracam przy tym uwagę na piękną muzykę na otwarciu. Aż przyleciałem z drugiego pokoju, gdy zaczęła rozbrzmiewać z głośników w salonie. I tak już zostałem do końca seansu...
PS. Okazuje się, że to "remake" włoskiego filmu z 2016 pt. "Perfect Strangers" w Polsce pod tytułem "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie". Nie widziałem, ale z chęcią nadrobię nawet jeśli oba filmy są identyczne pod względem fabularnym.
I was always criticized for style and content, but I enjoy trying to tell stories a different way - Tony Scott
(27-11-2018, 01:56)Norton napisał(a): 4/10. Paszczak rekomendował jeszcze Under The Shadow (ktoś tam wspominał również o The Innkeepers spod ręki gościa od House of Devil, ale na ten straciłem ochotę) - myślę, że to będzie lepszy film.
Obczaj sobie tegoroczny "Possum" z Seanem Harrisem, znakomita rzecz.
Kolejny film w którym łechtająca krytyków metafora jest ważniejsza niż samo dzieło. Mamy więc korporacyjny wyzysk i bohatera który wspinając się po szczeblach kariery dosłownie przestaje gadać jak czarny z nizin społecznych, a zaczyna porozumiewać się czystym, starannie zaakcentowanym głosem białasa. METAFORA! Jakby tej subtelności było mało, w trzecim akcie nasz bohater odkrywa, że...
jego korporacja której prezesa gra Armie Hammer pracuje nad stworzeniem idealnego pracownika, krzyżówki konia i człowieka o maksymalnej wydajności. Bohater postanawia zatem pomóc nękanym istotom i doprowadzić do wyzwolenia konia robotniczego. ME-TA-FORA
Może za 20 lat będzie miał swoich wyznawców, ale mnie zupełnie nie ruszył. Miejscami przypominał mi "Windykatorów" Alexa Coxa, ale to chyba zbyt daleko idące skojarzenie. Ostatecznie miałem wrażenie niewykorzystanego potencjału, zarówno pod względem tematyki, jak i dynamicznej formy która pojawia się i znika tak jakby zabrakło budżetu.
5/10
01-12-2018, 15:52 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-12-2018, 15:54 przez Szaman.)
Zajmujący się zawodowo poskramianiem wszelkiej maści szarlatanów naukowiec dostaje od swojego zaginionego idola trzy sprawy nadnaturalne, których sam nie zdołał rozwikłać.
Bardzo przyjemnie zmontowane filmidełko, na pewno nie można mu odmówić dość posępnego, angielskiego klimatu. Każda kolejna historyjka jest unikatowa i coraz bardziej rzutuje na poczytalność głównego bohatera. Być może puenta filmu nie jest popisem oryginalności w kinematografii, ale całkiem ładnie spina wszystkie wątki.
Poprawny straszak.
EDYTA:
Big Trouble in Little China
Czas nie obszedł się aż tak łaskawie, lepiej zapamiętałem ten film za gówniaka. Niby kino lekkie, ale jakieś takie jakby miejscami wymuszone. Niby akcja od początku wartka, ale zdecydowanie dużo bardziej mi się podoba od momentu finalnej eskpady do Siedziby Złego. Strasznie słabują postaci kobiece, irytują wręcz swoim damsel in distress.
Klimat wciąga dupą, coś naprawdę super - ciasne uliczki, kanały, chiński blichtr etc. Na plus oczywiście uroczy w swojej prostocie Jack Burton, chłopek-roztropek wrzucony zupełnie nie w swoją bajkę oraz przerysowany Zły.
No i mullet Russela >>> mullet Gibsona, sorry ;)
"Wake the fuck up, Samurai. We have a city to burn."
The Christmas Chronicles - wszystko tu zagrało :
- znakomity Kurt w roli stworzonej dla niego, musiał tylko odpowiednio i z wigorem się do niej postarzeć,
- 80 % filmu to scenariusz wręcz doskonały - świetnie zagrany przez Dziadka Russela dzięki któremu sekwencja w Wigilijnej knajpie , pościg policyjny i przesłuchanie na komisariacie to perełki dzięki którym sikałem ze śmiechu z bananem na ryju który już nie opuszczał mnie do końca seansu,
- pomysłowo pokazany dom Świętego Mikołaja i jego pomocnicy śmiechowe Elfy :D
- na plus też spektakularna sekwencja lotu saniami nad miastem, może przesadzam ale na wielkim ekranie wyglądało to naprawdę imponująco. Dla takich sekwencji warto zainwestować w domowy projektor,
- brak jakiejkolwiek nudy czy przestoju odkąd pojawia się Kurt film nie daje nam odpocząć w pozytywnym tego słowa znaczeniu
Dla mnie to Kevin Sam w Domu współczesnych Świąt i na pewno trafi na listę co rocznych grudniowych seansów. Fajnie ze Kurt nie zamula na starość i tli jeszcze swoją gwiazdę dobierając odpowiednie role do swojego wieku, nie ośmieszając się przy tym tylko dalej kopię dupę. 9/10
The Christmas Chronicles - sympatyczne, ale banalne i miejscami głupie. Na święta polecam. Kurt gra świetnie, dzieciakom też nic specjalnie nie zarzucam. Pierwsza połowa jest fajna, ale później jest tu tyle umowności, że głowa mała - np. reakcje ludzi na te wszystkie świąteczne cuda (koncert!). Te elfy wyglądają strasznie - i pod względem projektu i jakości wykonania. W ogóle efekty bywają mocno toporne, ale to jakoś tam wybaczam.
(27-11-2018, 11:32)Pelivaron napisał(a): Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie to jeden z najlepszych filmów 2016 roku. Nowej wersji jeszcze nie widziałem, ale nadrobię :)
No więc potwierdzam.
Zbierałem się, żeby obejrzeć i w końcu się udało.
Jeden z najlepszych filmów ostatnich lat, w sumie bez żadnych słabości. Prosty, ale oryginalny koncept, gra aktorska bez jednej nuty fałszu, ani za długi ani za krótki. Po świetna obyczajówka z idealnie wyważonymi proporcjami "zabawności" i "powagi".
Spokojnie 9/10 i w przyszłości z przyjemnością powrócę.
PS. Trzeba lepiej zabezpieczyć telefon przed żoną :D
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...
05-12-2018, 09:47 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05-12-2018, 09:49 przez Dr Strangelove.)
War of the Gargantuas - to ten monster movies, w którym zakochani są m.in. Brad Pitt, Nicolas Cage, Tim Burton (plus jego córka), Quentin Tarantino (i czerpał z niego inspirację tworząc bitkę Panny Młodej i Elle Driver w Kill Billu) i jak widzę w USA cieszy się wielkim kultem (jeden odcinek Scooby-Doo złożył mu hołd).
O czym to? Dwa przerośnięte sasquatche (jeden dobry, drugi zły)powstałe z materiału genetycznego stwora Frankensteina walczą ze sobą z powodu różnic ideologicznych. Wszystko by wytwórnia od Godzilli.
I w sumie? Faktycznie rozumiem, skąd to uwielbienie, bo to dość niezły film. Ma dobre tempo, fabuła jakaś nienajgorsza, bardzo dużo scen z potworami (tego co tygryski lubią najbardziej) w dodatku pamiętnymi. Plusem kostiumów potworów jest to, że są bardziej w stronę King Konga z 1976 roku niż 100-kilogramowego kostiumu Godzilli o ograniczonej widoczności, przez co aktor jest mobilniejszy i maska odsłaniająca oczy pozwala na większą grę aktorską. Przez co potwory wydają się bardziej... ludzkie. Przez to potwory mają jakiś rodzaj osobowości.
Sanda (ten dobry) to taki usański lewak. Wegetarianin i pacyfista, wychowany w dobrym domu nie, ratuje opressed Gairę (tego złego) przez wojskiem słusznie chcącym go ubić. I jak to robi, tylko droga pokojową (nawet nie niszczy czołgów!) i jest jak do rany przyłóż dla Gairy. Ale gdy dowiaduje się, że Gaira ma nieco inne poglądy nt. ludzi to pierwszy chce mu wpierdolić :). Ale potem chce się z nim pogodzić. Jednak Gaira wciąż się na niego gniewa.
Miło zobaczyć wojskowych w monster movie, którzy zachowują się bardzo profesjonalnie i w dyskusjach z bohaterami posługują się słusznymi uwagami. I bardzo odświeżające jest to, gdy armia faktycznie rani potwora i jest w stanie go zabić.
Cudownie beznamiętny jest tu Russ Tamblyn grający tu za karę (nawet producent miał go za wrzód na dupie :)). Oglądałem w oryginalnej wersji językowej czyli japońskiego, więc Tamblyna dubbinguje nieudolnie jakiś seiyu, ale potem idzie się przyzwyczaić.
Świetne efekty specjalne. Połączenie aktorów w rolach wielkich potworów z ludzkimi wypada bardzo dobrze i nie czuć jakiejś taniochy. Makiety są wykonane profesjonalne i nie widać sznurków :). OK, momentami widać niebieskie linie, ale jak na tamte czasy to jest bardzo dobrze.
8/10
(06-12-2018, 21:31)OGPUEE napisał(a): Quentin Tarantino (i czerpał z niego inspirację tworząc bitkę Panny Młodej i Elle Driver w Kill Billu)
(...)
Dwa przerośnięte sasquatche (jeden dobry, drugi zły)powstałe z materiału genetycznego stwora Frankensteina walczą ze sobą z powodu różnic ideologicznych.
06-12-2018, 22:53 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-12-2018, 22:53 przez Mierzwiak.)