PapaBoomer
Liczba postów: 12,983
Liczba wątków: 1
Skowyt (1981)
Miałem ochotę na stare horrory i na pierwszy ogień poszedł ten klasyk o wilkołakach. Zawód niesamowity, bo atmosfera, praktyczne efekty i sceny z wilkołakami świetne, na poziomie "Amerykańskiego wilkołaka w Londynie", ale historia i postacie okropnie słabe, strasznie męczący i irytujący to film bo nie wykorzystuje swojego potencjału. Jestem ciekaw jak wypadają kontynuacje na tle pierwszej części.
3/10
Christine (1983)
Dawno tego filmu nie oglądałem, wyborna odtrutka po "Skowycie", Carpenter nawet z historii o opętanym samochodzie potrafi zrobić coś w co można się zaangażować i traktować poważnie i uwielbiam jak wykorzystuje utwory z lat 50 do zaakcentowania scen zabójstw.
Muzyka i zdjęcia z resztą są genialne i tworzą niesamowity klimat. Obsada dobrana w punkt i tworzy wiarygodne postacie, szczególnie aktor grający głównego bohatera Arniego, a praktyczne efekty do dziś wyglądają niesamowicie. Piękno tkwi w prostocie.
To jedna z najlepszych adaptacji powieści Kinga choć tak jak Lśnienie różni się co nieco od pierwowzoru.
9/10
que sera sera
Leżę i robię pod siebie
Oozy nine millameedah.
01-01-2020, 11:57
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-01-2020, 14:40 przez marsgrey21.)
Stały bywalec
Liczba postów: 12,427
Liczba wątków: 29
Candyman - najmniej realistyczna scena? Gdy w cieszącym się złą sławą murzyńskim getcie banda gangusów ogranicza atak na białą bezbronną kobietę do ogłuszenia hakiem :). A sam film całkiem spoko. Klimatu nie można mu odmówić. Oniryczny soundtrack z chórkiem połączony z wielkimi betonowymi osiedlami w biały dzień wyróżnia ten film na plus czy dość sugestywne pokazanie backstory Candymana bez uciekania do retrospekcji. Na pochwały zasługują Virginia Madsen jako Helen oraz Tony Todd jako tytułowy bohater. Sama postać Candymana też zapada w pamięć.
Film faktycznie niepoprawny na dzisiejsze czasy. Candyman mimo, że to ofiara białej supremacji, film nie każe jemu współczuć, a głównie białej bogatej kobiecie. I ten sam Candyman jedynie zabija wyłącznie ludzi swojej rasy. I ma niezły tupet - zabija ludzi i zwala całą winę na niewinną studentkę (czym podsyca nastroje społeczne).
7-8/10
Hocus Pocus - W sumie aż dziw bierze, że to robił Disney, i to jeszcze na Disney Channel. Jedna z wiedźm to niewyżyta sucz, podkreśla się dziewictwo głównego bohatera (głównie jako zarzut), a mama dzieciaków przebiera się za Madonnę w stożkowatym biuście. Za dzieciaka lepiej się to oglądało. Główne dzieciaki są nudne. Wyjątkowo to młodsza siostra wzbudza najwięcej sympatii. Je j starszy brat aka główny bohater to typowy 90s-owy dobrze wyglądający buc, który marudzi jak mu źle. Ba, więcej sympatii wzbudzają bullies. Za to najwięcej frajdy sprawiają siostry Sanderson i każda scena z nimi to perełka. Zombiak i jego reakcje też były zabawne. CGI kota zaskakująco wygląda dobrze jak na 1993 rok, ogólnie efekty specjalnie są na wysokim poziomie. I film działa też jako komedia. Druga połowa za to traci na tempie.
6/10
04-01-2020, 02:43
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-01-2020, 19:47 przez OGPUEE.)
Stały bywalec
Liczba postów: 10,412
Liczba wątków: 11
postanowiłem więcej pisać o filmach jakoś, a że oglądam dużo, to mam nadzieję, że trochę w tym temacie będę się udzielał
Judy
Straszny bałagan. Są tutaj jakieś zalążki pomysłów na kierunek tego filmu, ale niestety - nie idzie to nigdzie. W zasadzie cała produkcja opiera się na barkach Renée Zellweger. I ona jest dobra faktycznie. Wachlarz emocji, który prezentuje imponuje. Jest do tego bardzo konsekwentna, co gdyby nie miało miejsca, położyłoby tę rolę zupełnie. Świetna rola. To jedna z tych, gdzie widzę postać, a nie aktorkę, która się sili na udawanie postaci. Wszystko jej tu wyszło, nawet jakieś grymasy. No spoko - niech ma Oscara. Jest to rola taka oscarowa rzeczywiście, oczywista wręcz, ale jednocześnie aktorka wykonała robotę perfekcyjnie, więc się należy moim zdaniem.
5/10
.
09-01-2020, 00:52
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-01-2020, 01:03 przez srebrnik.)
Banned
Liczba postów: 34,153
Liczba wątków: 77
Koty mają swój temat.
09-01-2020, 01:02
Stały bywalec
Liczba postów: 10,412
Liczba wątków: 11
A to przepraszam. Już przenoszę.
.
09-01-2020, 01:03
Banned
Liczba postów: 20,755
Liczba wątków: 63
(09-01-2020, 00:52)srebrnik napisał(a): postanowiłem więcej pisać o filmach jakoś, a że oglądam dużo, to mam nadzieję, że trochę w tym temacie będę się udzielał
Judy
Straszny bałagan. Są tutaj jakieś zalążki pomysłów na kierunek tego filmu, ale niestety - nie idzie to nigdzie. W zasadzie cała produkcja opiera się na barkach Renée Zellweger. I ona jest dobra faktycznie. Wachlarz emocji, który prezentuje imponuje. Jest do tego bardzo konsekwentna, co gdyby nie miało miejsca, położyłoby tę rolę zupełnie. Świetna rola. To jedna z tych, gdzie widzę postać, a nie aktorkę, która się sili na udawanie postaci. Wszystko jej tu wyszło, nawet jakieś grymasy. No spoko - niech ma Oscara. Jest to rola taka oscarowa rzeczywiście, oczywista wręcz, ale jednocześnie aktorka wykonała robotę perfekcyjnie, więc się należy moim zdaniem.
5/10
W pierwszej chwili patrze na tytul, nie ogarniam, mysle... czyżby indie komedia romantyczna w stylu "Lars and the Real Girl" o człowieku, którego hobby jest zapamiętywanie numerków boksofisowych? :o A jednak nie :(
09-01-2020, 01:46
Stały bywalec
Liczba postów: 10,412
Liczba wątków: 11
Też bym wolał
.
09-01-2020, 13:14
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
Judy (2019)
Kolejny biopic robiony pod akcję "Oscar dla...", z tym że wszystko wydawało mi się być aż tak mdłe, iż uwierzyłem, że pierwotnie miała być z tego akcja "Emmy dla...".
Zrobione to bez pomysłu i większego zaangażowania, jakby po prostu reżyser uznał, że skoro ma Zellwegger na pokładzie, to cała reszta się sama zrobi. Nie zapoznałem się przed seansem z biografią Garland, ale oglądając film stwierdziłem, że gdyby do tego odpowiednio podejść, to nawet dałby się z tego wycisnąć przyzwoity dramat. Niestety historia ta jest opowiedziana tak nieciekawie i tak bezinteresownie, że aż tylko czekałem do napisów końcowych przegryzając popcorn. Ta jedna retrospekcja z Judy wskakującą do basenu zrealizowana nawet z jakimś tam pomysłem, ale cała reszta - przy wstawiennictwie autopilota.
Jak tam Zellwegger? Sorry, jakoś mnie nie zachwyciła. Ot, po prostu dobra rola, przez większość filmu grana na jednej lekko przeszarżowanej nucie z policzalnymi na palcach jednej ręki świetnymi momentami. Wygrana Oscara z duuuuużo lepszą Johansson będzie jedną z większych kompromitacji Akademii ostatnich lat. Jeśli chodzi o drugi plan, to jak to w tego typu biopicach bywa... sprowadzony niemalże do elementu scenografii. Temu kto zapamięta jakąkolwiek kwestię z ust takiej Jessie Buckley stawiam w kinowym barze największy zestaw.
4/10
09-01-2020, 13:45
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-04-2021, 11:22 przez Kryst_007.)
Stały bywalec
Liczba postów: 18,473
Liczba wątków: 148
(09-01-2020, 13:45)Kryst_007 napisał(a): Kolejny biopic robiony pod akcję "Oscar dla...", z tym że wszystko wydawało mi się być aż tak mdłe, iż uwierzyłem, że pierwotnie miała być z tego akcja "Emmy dla...".
Nie oglądałem Judy, ale wygląda to mi jak tegoroczny odpowiednik "Iron Lady" z Meryl Streep.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
09-01-2020, 13:48
Stały bywalec
Liczba postów: 13,247
Liczba wątków: 77
Tolkien - Ależ rasowy meh. Zrobić tak nijaki film o jednym z największych fantastów w historii to niezła sztuka. Nic tu w zasadzie nie potwierdza umiejętności oraz bujnej wyobraźni bohatera - wieszane na ścianach malunki postaci z LOTRa (długie lata przed publikacją dzieła), posługiwanie się własnymi językami, czy zdolności do kreowania historii są bo są, trzeba wierzyć na słowo bo Houlta w procesie tworzenia czegokolwiek jest tutaj może z 2 minuty. Cała reszta to szwędanie się ze swoimi ziomkami ze szkoły po barach na herbatkę, słabiutkie love story i próba sprzedania wojny w PG-13 bez choćby grama rozmachu. Komputerowo dodane zwidy Tolkiena na polu walki, zbliżające się wyglądem do głównych czarnych charakterów jego późniejszych książek są tak tandetne i walące łopatą w ryj, że miałem ochotę wyłączyć telewizor.
3/10 za w miarę sympatycznego Houlta, który musi z taką samą powagą grać 18-latka, 25-latka i 40-latka.
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
10-01-2020, 23:51
Stały bywalec
Liczba postów: 10,412
Liczba wątków: 11
Bombshell
Dziwaczny film. Koniec końców w moich oczach nieudany. Stoi to w bardzo niezgrabnym rozkroku między formą i treścią. Nie lubię takich sytuacji. Historia opowiada o skandalu związanym z molestowaniem seksualnym w Fox News, a podana jest w takim leciutkim, wesołym stylu znanym ostatnio choćby z filmów McKaya. No nie dodaje się to. Skutek jest taki, że ciężaru jakiegokolwiek nie czułem. "Główny zły" wypada jak postać z kreskówki. W dodatku jest to jakoś niewdzięcznie rozpisane, bo główna postać całej sprawy, grana przez Kidman, jest w zasadzie w filmie zepchnięta na trzeci plan. W tej historii w zasadzie nie za bardzo wiadomo o co twórcom chodzi. Rzucają jakimiś wątkami, motają się między tematami, no i przede wszystkim nie wiedzą, czy chcą być poważni, czy niepoważni.
Dziwnie wypadło łączenie archiwalnym materiałów z nakręconymi. Póki telewizyjne wstawki są same sobie, to nie ma sprawy, jednak w jednej scenie, gdzie ma być interakcja tych materii, to odebrałem to sztucznie. Już mógł tego Trumpa zagrać aktor w sumie. Byłoby ciekawiej.
Na pewno panie aktorki dały radę. Wszystkie są dobre. Najwięcej do zagrania ma Robbie i jest spoko.Do tego inna, niż w wielu swoich dotychczasowych rolach. Niezła z niej aktorka. Największą rolę ma Theron i jest świetna, dynamiczna, pewna siebie. Wierzę w tę postać w 100%. Jak wspomniałem, Kidman jest najmniej, ale w swoich scenach wypada bardzo dobrze. No aż szkoda mi tych ich bardzo udanych kreacji na takie coś. No i jeszcze trzeba wspomnieć Lithgowa, którego ocenić trudno. Grać gra ok, ale ta postać jest dziwnie przedstawiona.
Koniec końców ogląda się to bez jakiegoś bólu moim zdaniem. Dynamiczny montaż pozwala temu jakoś płynąć, ale jednak no nie odebrałem tego całościowo dobrze.
4/10
.
11-01-2020, 20:56
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-01-2020, 20:59 przez srebrnik.)
.
Liczba postów: 27,528
Liczba wątków: 60
srebrnik napisał(a):W tej historii w zasadzie nie za bardzo wiadomo o co twórcom chodzi.
Wygląda jakby chodziło o to, żeby jak najszybciej nakręcić jakikolwiek film o molestowaniu w pracy, skoro udało się załatwić mocną obsadę. Bombshell ma tak banalną konstrukcje fabuły jak się tylko da: pokazujemy molestowanie, potem etap składania pozwu, szukania innych poszkodowanych, winny najpierw zaprzecza, wiele osób go wspiera, ale potem go jednak zwalniają i płaci za ugodę, koniec filmu. Opakujcie to wszystko w przeciętny hollywoodzki scenariusz i reżyserię i już nie musicie oglądać ;)
Ode mnie 5/10
Kiedyś dam szansę The Loudest Voice, może to ten sam przypadek co All the Money in the World/Trust, czyli identyczny temat, ale w wersji kinowej marny, w telewizyjnej bardzo dobry?
12-01-2020, 21:34
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-01-2020, 21:43 przez simek.)
Stały bywalec
Liczba postów: 10,412
Liczba wątków: 11
Z tego powodu to wyprodukowano ten film. Nadal nie wiem, o co chodzi w tej konkretnej historii. Tak konkretniej. Czy o to, że w temacie molestowania była zmowa milczenia? Czy o to, że koniec końców wystarczy wymiana jednego typa i jedziemy dalej? A może o solidarność kobiet lub jej brak? Ten film nie ma żadnej myśli za sobą, poza tym - jak wspomniałeś - żeby dać do kin film o molestowaniu. Jednak z tym podejściem, jakie tutaj zaprezentowano, to wątpię, żeby zainteresowane zagadnieniem osoby przyjęły go jakoś specjalnie dobrze. Zbyt płytkie to i niepoważne.
.
12-01-2020, 22:08
Stały bywalec
Liczba postów: 12,427
Liczba wątków: 29
The Adventures of Pinocchio - można mieć problem, że starali się ograniczyć elementy bajkowe w stosunku do książki, bo np. Błękitnej Wróżki nie ma, a lis i kot to ludzie i film to defacto film kostiumowy. Ale nawet to działa, bo cudaczność kukiełkowego Pinokia lepiej wybrzmiewa (Gepetto obawia się, że spalą go na stosie :)). Jednak wizja reżysera wypada spójnie i oddaje ducha książki umiejętnie przekładając to na język filmowy, m.in. czarny charakter (fenomenalny Udo Kier!) to amalgacja innych bad guyów z książki. Co prawda nie jest mroczna jak książka czy adaptacja Disneya, to film ma kilku nightmare fuelów (znawcom historii Pinokia nie muszę mówić, gdzie chyba :)). Ciekawym zabiegiem było to, by Pinokio zaraz po ożywieniu dosłownie nic nie wie o świecie, choć potem to moim zdaniem się rozłazi. Aktorsko wypada to bardzo dobrze. Co efektów specjalnych - CGI-świerszcz wygląda dzisiaj okropnie i na tle praktycznych efektów wypada tu najgorzej. A właśnie, kukiełkowy Pinokio - o matko! To jeden z najlepszych pokazów animatroniki w historii kina. W film sporo tu włożono serducha i to jedna z bardziej udanych ekranizacji Pinokia.
9/10
14-01-2020, 18:52
Happy Face
Liczba postów: 2,007
Liczba wątków: 7
Mroczniejsza od Disneya to lekko jest poniższa włoska wersja Pinokia z 1978 r :)
15-01-2020, 01:10
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-01-2020, 01:10 przez MOLQ.)
.
Liczba postów: 27,528
Liczba wątków: 60
Kramer vs Kramer - bardzo porządny film, ale żadnej genialności nie poczułem. To znaczy Hoffman rzeczywiście wielka rola, Oscar zasłużony, ale wszystkie inne statuetki jak dla mnie przesadzone, zwłaszcza, że w tamtym roku było z kim przegrać (All That Jazz, Apocalypse Now, Alien). Ode mnie mocne 7/10, ale ląduje w szufladzie "klasyka, która mi nie do końca leży".
15-01-2020, 09:36
Stały bywalec
Liczba postów: 18,473
Liczba wątków: 148
Demony prerii (org. The Wind, 2018)
Dobry film. Czasami widać toporną reżyserię - szczególnie w zabawach z chronologią, przez co można się pogubić, ale zrzucam to na debiutancką tremę. Zdziwiło mnie, że ten film nie tylko działa jako psychologiczna drama, ale także jako pełnoprawny horror. I to nie taki popcornowy, wypełniony jumpscare'ami itd, tutaj groza jest naprawdę odczuwalna - w jednej ze scen (nie będę zdradzał, której, aby nie spoilerować) autentycznie lekkie ciarki miałem. Muzyka i zdjęcia tworzą naprawdę fajny klimacik. Post horror ma się naprawdę nieźle, ode mnie 7/10.
PS polski dystrybutor zdecydowanie lepiej trafił z tytułem :)
PS2: to jeden z tych filmów, gdzie najlepiej wiedzieć o fabule jak najmniej, ja do seansu podszedłem z tabula rasa ;)
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
17-01-2020, 01:46
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-01-2020, 01:47 przez Pelivaron.)
Użytkownik
Liczba postów: 134
Liczba wątków: 4
Richard Jewell opowiada o ochroniarzu, który znajduje bombę podczas koncertu. Historia prawdziwa, można sobie poczytać o tych wydarzeniach. Oglądałem jednak nieuważnie, ponieważ film wydawał się niskobudżetowy a główny bohater zbyt prostoduszny dlatego zaszkoczyło mnie na koniec, reżyseria eastwood. Może i wizualna strona nie jest tu taka ważna jak sama historia Richarda. Jewell to pedantyczny, trzymający się ściśle reguł były policjant i zastępca szeryfa, póżniejsze wydarzenia najwyraźniej pozowoliły mu wrócić do służby. Mieszka z matką, trzyma kilkanaście sztuk broni i co zaznacza na pewno nie jest gejem. Nic w tym nadzwyczajnego ale można by to lepiej wykorzystać w filmie.
Co ciekawe Eric Rudolph zamachowiec z lat 1996-98 miał bzika na punkcie aborcji i homoseksualistów.
18-01-2020, 16:38
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
Bombshell (2019)
Dostałem to czego od samiusieńkiego początku oczekiwałem, czyli powszechny model Oscar-baitowy zasłaniający się ważnym tematem. Własciwie, gdyby nie te nominacje dla Robbie i Theron, to całkowicie olałbym to filmidło.
To ten przykład filmu, w którym klasyczna łopata towarzyszy widzowi w każdej minucie. Mam wrażenie, że reżyser ze scenarzystą chcieli wyręczyć widza w samodzielnym wyciąganiu wniosków i podają mu je jak na tacy. Nawet jako zwolennik centryzmu, nie lubiący upolityczniać kina zauważyłem, że twórcy przy okazji próbują usilnie wypromować widzowi lewicowy tok myślenia. Przesłanki typu "Trump to dupek" czy "Fox News to republikańska wazelina" scenariusz jakby wypowiada wprost. W ogóle cały ten problem molestowania jest poruszony na łatwiznę, bez jakiejś wielowymiarowości. Te trzy blondwłose protagonistki jakoś sympatii mej nie zyskały i były mi obojętne. Nie czułem parcia by tym wszystkim kobietom kibicować, a gdy mowa tu o postaciach, które chcą zdemaskować zboczeńca, to trzeba wiedzieć, iż coś w filmie poszło nie tak. No dobra, Ailes dostaje tam z dwie sceny, w których widzimy go jako "też człowieka", ale przez większość trafia się nim w karykaturę.
Reżysersko ten film też mocno leniwy. Roach jako kolejny twórca przerzucający się na "poważne fabuły pod nagrody" musiał chyba pozazdrościć sukcesów innego dawnego speca od komedyjek - Adama McKaya. Cały film patrzyłem jak to on nieudolnie próbuje odtworzyć ten specyficzny styl "Big Shorta". To, że wyjdzie z tego takie małpowanie, a nie inne byłem przekonany już mając przed oczyma zwiastun.
Aktorzy? Nominację dla Margotki jeszcze jakoś mogę zrozumieć, bo pomimo iż jestem daleki od zachwytów, to dostaje tam z dwa momenty na wykazanie się. Za to Charlize? Jej rola jest przez pełne 110 minut tak posągowa, że musiała pewnie brać korepetycje z kreacji Toma Hanksa w tych oscarowych smętniakach Spielberga. Nicole chyba nawet jeszcze mniej zajęła miejsca w mej pamięci.
5/10
20-01-2020, 17:20
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19-05-2023, 10:05 przez Kryst_007.)
Stały bywalec
Liczba postów: 18,473
Liczba wątków: 148
Ból i blask
Trochę obawiałem się tego seansu, ponieważ z Pedro Almodovarem nigdy nie było mi po drodze. W zasadzie jedynym filmem z tych, które dane mi był obejrzeć tylko „Volver” wszedł mi gładko i jakoś mocno się od niego nie odbiłem. Po obejrzeniu najnowszego dzieła tego filmowca jestem z tego co zobaczyłem na ekranie zadowolony i poruszony. „Ból i blask” całkowicie trafił w moją filmową wrażliwość i sprawił, że historia Salvadora naprawdę mnie zainteresowała i emocjonalnie wciągnęła. Pomimo tego, że jest to bardzo intymne dzieło to zostało ono podane w sposób przystępny dla widza, który raczej z kinem Almodovara nie ma za dużo wspólnego. Dużo w tym wszystkim nostalgii. Z ekranu wręcz wylewa się atmosfera przemijania – tej związanej ze sferą zawodową, ale również czysto fizyczną.
„Ból i blask” to w zasadzie one man show. Drugi plan jest dobry - Penelope Cruz i szczególnie Asier Etxeandia dają radę, jednak kiedy na ekranie pojawia się Banderas to można zapomnieć o innych aktorach. Momentami obserwując to jak on gra można poczuć ten ból, z którym zmaga się jego bohater – no po prostu ma to wypisane na twarzy. Jest taka jedna scena, kiedy Salvadore spotyka się z przyjacielem sprzed lat - chapeau bas Antonio.Zdecydowanie rola jego życia i chyba trochę kazus Mickeya Rourke’a, który wspiął się na wyżyny, ale jednak Oscara dostał ktoś inny.
Próba rozliczenia się z przeszłością i jednoczesna walka z kryzysem twórczym? Nie spodziewałem się tego, ale „Ból i blask” ląduje na mojej liście najlepszych filmów ubiegłego roku, a Banderas dołącza do Drivera i Phoenixa. Na razie daję mocne 8, ale przy kolejnej konfrontacji z tym tytułem ocena może pójść do góry.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
21-01-2020, 02:42
|