Stały bywalec
Liczba postów: 12,428
Liczba wątków: 29
Robinson Crusoe (wersja z Pierce'em Brosnanem) - Pięknie wygląda ten film. Od początkowych smutnych, szarych brytyjskich krajobrazów po żywe tropikalne wyspy z barwnymi plemionami. Świetny Brosnan w roli tytułowej, a także dobrze wypada aktor grający Piętaszka. Naprawdę dobrze oddano rosnącą przyjaźń Robinsona i Piętaszka. Plus dobre odzwierciedlenie ówczesnego stosunku Europejczyków wobec ludów prymitywnych. Szokująca i nie-hollywoodzka scena, kiedy pies Robinsona ginie w wybuchu 8/10
Piękna i bestia (wersja z Léą Seydoux) - film ma problem z tonem, gdyż nie wiadomo, kto jest targetem. Odpowiednik Porgów w tym filmie targetuje w stronę dzieciarni, co kłóci się z np. dość mroczną sceną jak Bestia pozyskuje dzika i erotyczny wydźwięk. I film pragnie się stać duchowym następcą Cocteau, co udaje mu się w połowie. Przepiękna scenografia i kostiumy. Podoba mi się jak dość długo wstrzymują się w ujawnieniem lwiej mordy Bestii. I cud, że Cassel jest częściowo w charakteryzacji i prawdziwym kostiumie z epoki. Czuć tu, że twarz potraktowano CGI, przez co dziwnie się ogląda na Bestii. Ale w tym przypadku uncanny valley na Bestii działa. W końcu to ma być odpychający potwór, nie? I odczułem świeżość w historii, gdyż książę to nie wymuskany gołowąs, lecz już podstarzały brodacz, zaś wymuszony bad guy nie zaleca się do Pięknej. Z kolei słabe efekty komputerowe i są tu łyżką dziegciu w tym ładnym filmie z CGI-sarną na czele. 7/10
24-05-2020, 22:18
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26-05-2020, 01:28 przez OGPUEE.)
Red Crow
Liczba postów: 12,666
Liczba wątków: 50
Czwarty człowiek (1983)
Ostatni film Verhovena, zrealizowany w Europie, poprzedzający jego wyjazd do Stanów. I przy okazji ścisła czołówka jego dokonań.
Od początku bezczelnie atakujące dosadną symboliką, skąpane w onirycznym klimacie, gdzie senne majaki powoli przesączają się do rzeczywistości. Zdrowie psychiczne protagonisty stopniowo poddawane w wątpliwość, a że historię poznajemy tylko i wyłącznie z jego perspektywy, trudno tak naprawdę stwierdzić, gdzie kończy się operowanie faktami, a zaczynają absurdalne domysły, paranoja i kreowanie własnej wersji prawdy. Do tego spora dawka suspensu, perwersji i wisielczego humoru, a także mistrzowskiego foreshadowingu, groteski. Wszystko wymieszane w doskonałych proporcjach, wyreżyserowane tak, jak tylko Verhoeven potrafi, uwieńczone w znakomitym (choć moze minimalnie zbyt pospiesznym) finale. Na deser świetne, kreujące wyjątkową atmosferę zdjęcia Jana De Bonta i bardzo dobry Jeroen Krabbe w roli głównej (nieco przywodzący mi na myśl Bobby'ego Cannavale).
Pierwszorzędna rozrywka. IMO level wyżej od "Nagiego instynktu", który to, wedle słów samego Paula, jest jego duchową kontynuacją (ale żeby to ostatecznie zweryfikować, musiałbym powtórzyć), oba te filmy to wzorcowe przykłady czerpania z hitchcockowskiej formuły, odbijania jej w krzywym zwierciadle, wykładajace bez ceregieli to, co Alfred często tylko delikatnie sugerował. Masa metaforycznej treści, za którą nie stoją puste intencje, cynizm i wybrzmiewająca dość wyraznie ironia, chociaż film jest stuprocentowo poważny w tym co robi i nie ogląda się za siebie. Polecam nadrobić, zwłaszcza tym, ktorzy lubią inne filmy Verhoevena.
25-05-2020, 16:55
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-05-2020, 16:58 przez nawrocki.)
Stały bywalec
Liczba postów: 12,428
Liczba wątków: 29
Błękitna laguna - kojarzyłem mocno z polsatowskich powtórek w latach 90., i widziałem jedynie fragmenty i jak się okazało po seansu, raczej sequela (tego też muszę obczaić). R-ka oczywiście niezasadna nawet w tamtych czasach, bo jedynie rozchodzi się o sutki, których za dużo też nie widać. Anyway, film dość pięknie pokazuje dziecięcą niewinność nieskażoną wiedzą o otaczającym świecie. Np. jak bohaterowie po raz pierwszy odkrywają swoją seksualność albo nie wiedzą skąd się wzięło dziecko. Atkins i Shields są tu znakomici. Na dodatek piękne plenery
8/10
Cztery wesela i pogrzeb - nie wpadłbym na to, że ta spokojna i przyziemna obyczajówka to najbardziej kasowy brytyjski film wszechczasów. Jako komedia jest dość lekka i humor wynika z życiowych dialogów i uroczych sytuacji, które przydarzają się każdemu z nas. Nawet pojawiający się na moment Atkinson nie szarżuje. Film bardzo ładnie sprzedał drogę romansu między Charlesem a Carrie, nie idąc przy tym typowym kom-romowym szlakiem. Plus ma uniwersalną refleksję nad presją do małżeństwa. W czasach, gdy dzisiejsza Hollywood odwaga do reprezentacji LGBTQWERTY sprowadza się do "mrugnij, a przegapisz" i 4-planowych postaci, podoba mi się tu jawny wątek gejowski (nie robiony dla śmiechu!). Plus powstały w czasach, kiedy o małżeństwach homoseksualnych nikt nie myślał, zaś UK nie była PC-pojebana. Ogólnie wszystkie tutaj postaci są dość sympatyczne. 8/10
Szakal - Bruce Willis zaskakująco świetnie wypadł jako czarny charakter. Całkiem dobra sensacja z tego okresu. Książki nie czytałem oraz nie oglądałem Dnia Szakala, ale sprawdza się jako samodzielne dzieło. Nieco wybija z rytmu Jack Black jako spaślak-haker i okropny bluescreen w finale. BTW, nie sądziłem, że Willis jeszcze w 1997 roku miał włosy :). 8/10
25-05-2020, 18:55
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26-05-2020, 01:45 przez OGPUEE.)
Oskarmeister
Liczba postów: 6,814
Liczba wątków: 18
"Co gryzie Gilberta Grape'a" - Napiszę krótko, dawno tak nie beczałem na filmie. Historia tej rodziny to coś co się przeżywa a nie tylko ogląda. Leo...wow. Johnny też mnie zachwycił, nie pokazując zbyt wiele widać po nim wszystkie skryte emocje. Wątek matki mnie najbardziej poruszył. Po stracie męża nie mogła poradzić sobie z ciężarem całego domu i efektem jest jej wygląd, ale mimo to wciąż troszczy się o swoje dzieci. Wspaniały film. 9.5/10
27-05-2020, 02:30
.
Liczba postów: 27,531
Liczba wątków: 60
Fail Safe (1964) - stosunkowo niedawno dowiedziałem się o istnieniu takiego filmu, jest na Criterion Channel, więc szybciutko obejrzałem. Właściwie wystarczy powiedzieć, że to Dr. Strangelove na poważnie i już dałbym wysoką ocenę :P Bardzo ciekawe, że oba filmy powstały w tym samym roku, bo są właściwie bliźniacze, a różnią się podejściem - u Lumeta pełna powaga, u Kubricka wszystko jest pretekstem do żartu. Co jeszcze ciekawsze - nie potrafię zdecydować który bardziej mi się podobał, kocham oba, nie wiem tylko czy to przez rzeczywistą jakość tych filmów, czy przez temat, który na wstępie nastraja mnie pozytywnie do seansu. Wiele lat temu czytając o tym amerykańskim utrzymywaniu bombowców z atomówkami w powietrzu pomyślałem sobie, że kurde, to przecież samograj i gotowy scenariusz dla znakomitego filmu - życie udowodniło, że tak jest i powstały dwa cudowne filmy o tym temacie.
Rozmowa amerykańskiego prezydenta ze swoim rosyjskim odpowiednikiem u Kubricka to dla mnie jedna z najlepszych scen w historii kina, u Lumeta może nie ma tylu fajerwerków, ale też jest to scena genialna, co ciekawe bryluje w niej nie Henry Fonda, a grający tłumacza Larry Hagman. Na plus również przewrotne zakończenie - to sztuka, aby zniszczenie Moskwy i Nowego Jorku bombami atomowymi okazało się być happy endem.
Daję 9/10
29-05-2020, 10:23
Miss Avatara 2016
Liczba postów: 18,208
Liczba wątków: 5
Kurde, strasznie dawno oglądałem i w sumie poza tym, że oglądałem to niewiele pamiętam więc będę musiał powtórzyć.
A tak na marginesie to tam Kubrick jakiś pozew składał, że to plagiat i pisarz na podstawie którego kręcił Kubrick też jakąś sprawę wygrał o plagiat z tymi pisarzami na podstawie których książki kręcił Lumet. Musze poszperać bo już dobrze nie pamiętam, ale całość nadaje się na film :D
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...
29-05-2020, 10:50
Pan Drzewo
Liczba postów: 1,746
Liczba wątków: 14
Fail-Safe trzyma za jaja i nie puszcza do końca. Ten radar z zaznaczonymi aktywnymi bombowcami tak pięknie buduje napięcie, że głowa mała. Fakt, że w tym filmie w zasadzie każdy (mogę się mylić, bo jak przez mgłę kojarzę jednego wojskowego, któremu odwaliło) chce dobrze, a cały ambaras spowodowany jest li tylko błędem maszyny, potęguje tragizm sytuacji. Żona próbująca odwieść pilota (notabene jednego z ławników z 12 Angry Men) od wykonania zadania - ciary.
Uwielbiam Lumeta. Raz za czas odpalam sobie jakiś losowy film jego dzieła i w zasadzie zawsze jest co najmniej dobrze. Ostatnio padło na Księcia Wielkiego Miasta i prawie trzy godziny zleciały błyskawicznie - wyborny film.
Żeby zaproponować coś dobrego/szerzyć dobro wspomnę, że Lumet na przestrzeni dwóch lat nakręcił Fail-Safe, Lombardzistę i chyba powszechnie mniej znane Wzgórze z Connerym. Wszystkie są świetne i w każdym Lumet nie cacka się z widzem. Taki był z niego bezlitosny mistrz.
(Ostatnia rekomendacja, tym razem tematyczna [nuklearna] - Chiński Syndrom z Lemonem. Oglądanie tego gościa na ekranie zawsze jest przyjemnością.)
29-05-2020, 14:31
Miszczu AVTAKa 2014/18/22
Liczba postów: 30,139
Liczba wątków: 67
Jest też remake z 2000 roku, nadawany swego czasu na żywo w telewizji.
29-05-2020, 15:00
Stały bywalec
Liczba postów: 12,428
Liczba wątków: 29
Get Carter (1971) - trochę się wynudziłem przyznam, w czym nie pomaga średnio sympatyczny protagonista. Mimo iż lubię brutalizm lat 70.Na plus Michael Caine ze srogim spojrzeniem.
6/10
29-05-2020, 16:31
Stały bywalec
Liczba postów: 3,005
Liczba wątków: 8
(29-05-2020, 14:31)Norton napisał(a): Uwielbiam Lumeta. Raz za czas odpalam sobie jakiś losowy film jego dzieła i w zasadzie zawsze jest co najmniej dobrze. Ostatnio padło na Księcia Wielkiego Miasta i prawie trzy godziny zleciały błyskawicznie - wyborny film.
Żeby zaproponować coś dobrego/szerzyć dobro wspomnę, że Lumet na przestrzeni dwóch lat nakręcił Fail-Safe, Lombardzistę i chyba powszechnie mniej znane Wzgórze z Connerym.
Z filmów Connery'ego i Lumeta to wydaje mi się, że jeszcze mniej znany jest "The Offence" z 1972 roku, o gliniarzu, który przesłuchuje podejrzanego o pedofilię. No i przesłuchanie wymyka się spod kontroli. Film pomimo dobrych opinii i tego, że kosztował jedynie milion dolarów, nakręcono go w miesiąc, to przez 9 lat nie zarobił na siebie. Zakładam, że filmem nikt nie był zainteresowany na początku lat 70-ych, bo woleli widzowie oglądać Seana Connery tylko jako agenta Jej Królewskiej Mości, a ta produkcja to pierwszy film w jakim zagrał po "Diamenty są wieczne". Widocznie też news o odejściu aktora z bondowskiej serii przyćmił to, że zagrał w kolejnym filmie Lumeta, który przeszedł niezauważony. No i pewnie ponury klimat filmu i niezbyt sympatyczny gliniarz, jakiego grał Connery (tzn ja polubiłem bohatera, ale podobno takie były opinie) spowodował, że mało kto o tym filmie słyszał.
Ale Connery'emu i Lumetowi wspólne kręcenie filmów musiało się spodobać, skoro nakręcili razem 5 filmów, poczynając od wspomnianego przez Ciebie "Wzgórza", a potem "The Anderson Tapes", wspomniany"The Offence", "Morderstwo w Orient Expressie" i "Family business".
Ja też lubię filmy Lumeta, nawet te uważane za słabsze, albo kręcone dla telewizji jak film z Nickiem Nolte o gliniarzu rasiście, czy z Donem Johsonem z lat 90-ych. Każdy jaki widziałem to przynajmniej dobra robota. Muszę wrócić do filmów Lumeta, bo jeszcze trochę mi zostało z jego filmografii. A jak teraz przeglądałem jego filmografię, co obejrzałem (choć te, które widziałem przydałoby zrobić powtórkę) a co nie, to okazało się, że nakręcił też krótki serial "100 Centre Street" z Alanem Arkinem i Bobby Canavalem w rolach głównych.
29-05-2020, 18:18
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-05-2020, 18:22 przez michax.)
Pan Drzewo
Liczba postów: 1,746
Liczba wątków: 14
The Offence jest trochę przyciężkawy i idzie bardziej w dramat psychologiczny niż thriller, więc nie dziwię się klapie finansowej. Ten film z Johnsonen (Guilty As Sin) to jedyny zakalec w filmografii Sidneya - tandetny scenariusz przywodzi na myśl kiepskie seriale o policjantach z lat 80. Zgadzam się za to co do Q&A - bardzo dobre, a Nolte wymiata.
W razie gdybyś nie widział (chociaż zakładam, że obejrzałeś) - warto też obczaić Before The Devil Knows You're Dead. Lumet zakończył z przytupem.
29-05-2020, 18:29
Stały bywalec
Liczba postów: 3,005
Liczba wątków: 8
Co do filmu z Johnsonem to ja go nie widziałem od lat 90-ych, ale chętnie kiedyś powtórzę, by sprawdzić czy rzeczywiście tak słaby. Oczywiście Ci wierzę, choć moja pamięć mówi mi co innego, ale pewnie przemawia przeze mnie sentyment i nostalgia, więc powtórka w przyszłości zrewiduje moją ocenę. Ale muszę zaznaczyć, że ja mam słabość do tych wszystkich thrillerów z lat 80 i 90, jak właśnie Guilty as Sin, czy takich jak Red Rock West, The Hot Spot też z Donem Johnsonem, ale i z Virginią Madsen i młodziutką Jennifer Connelly, czy thrillerów z Hauerem, jak Past Midnight (podobno w tej produkcji dialogi poprawiał Tarantino), czy Voyage. Powtarzałem całkiem niedawno Past Midnight i to jeden z tych filmów z Rutgerem, co się postarzał, w przeciwieństwie do innych jego produkcji z lat 80 i 90, które dobrze się wciąż ogląda. Więc pewnie z filmem z Donem może być podobnie.
A ostatni film Lumeta oczywiście widziałem i dość dobrze go pamiętam, choć widziałem go wieki temu:)
29-05-2020, 19:58
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
Peggy Sue wyszła za mąż (1986)
Z cyklu "Coppola odpoczywa po piekle na planie Czasu Apokalipsy". Takie typowo sympatyczne kino do niedzielnego obiadku.
Film ogólnie bazuje na całkiem niezłym high-concepcie, z którego może nie jest wyciśnięte wszystko co się da, ale pozwala widzowi (szczególnie takiemu w średnim wieku) na przeżycie sentymentalnej podróży razem z tytułową bohaterką. Tak jak na ogół kupują mnie klimaty mlodzieży lat 50. i 60., tak ta historyjka mimo tego konceptu mnie jakoś nie wciągnęła. Sprawy sercowe Peggy Sue mnie zbytnio nie obchodziły i sympatyczniej od tego oglądało mi się jej relacje z tym szkolnym kujonem, który później miał się stać wielkim wynalazcą. Bardzo ciepła była też ta scena w domu dziadków pod koniec - aż poczułem ten domowy kominek.
Aktorsko w miarę przyzwoicie - Kathleen Turner bardzo dobra i z perspektywy czasu aż przykro patrzeć, jak ta piękna kobieta posypała się - zarówno jeśli chodzi o karierę, jak i o wygląd. Młody Cage za to koszmarnie zmanierowany i przez cały film nieudolnie naśladuje akcent tamtejszego buntownika ala James Dean, a wujek Francis chyba sam nie wiedział jak go tu najpoprawniej poprowadzić. Warto wspomnieć, że na drugim planie przewija się też parę późniejszych znanych twarzy, jak Jim Carrey w roli najlepszego przyjaciela Cage'a czy Helen Hunt jako dorosła córka głównej bohaterki.
Za wiele z niego nie zapamiętam, ale ogólnie cieszę się, że obejrzałem. Możliwe, że to jeden z tych filmów do których trzeba odpowiednio dojrzeć wiekowo by poczuć magię :) 6/10.
30-05-2020, 07:38
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-06-2020, 22:21 przez Kryst_007.)
Do the crane, Danny-boy!
Liczba postów: 4,864
Liczba wątków: 11
Przypomnieliście mi jak mocno rzucił mną o ścianę "12 gniewnymi ludźmi" Mistrz Lumet. Wstyd jednak przyznać, że filmów o których tutaj piszecie nie widziałem jeszcze. Jest co nadrabiać!
Widziałem jednak "Serpico" choć dość dawno temu - bardzo dobry film z młodym Pacino. Takich 'naturalnie' dobrych z akcją harmonijnie rozłożoną na całą długość filmów jest obecnie bardzo mało. Mimo wolnego tempa fabuła naprawdę mocna i wciągająca. Główny bohater, jak sam mówi, siedzi w gównie i nie ma absolutnie nikogo do kogo mógłby się zwrócić.
Historia podobno oparta na faktach i życiu Franka Serpico, który płynął pod prąd. Był człowiekiem, który powiedział NIE korupcji i postanowił z nią walczyć. Mimo tego, że wszyscy się od niego odwrócili, nie dał za wygraną. Miał dość fałszu i chęci posiadania, bogacenia się. Chciał być prawdziwym policjantem. Od dziecka marzył, żeby nim być, ale nie zdawał sobie pojęcia jaki naprawdę jest świat, w którym będzie pracował, i który dla niego wydawał się być walką ze złem.
Ta scena, kiedy pyta się swojej dziewczyny, dlaczego jej znajome chcą być kimś innym... Życie pokazuje, że większość ludzi robi coś zupełnie innego, niż planowali.
8/10
30-05-2020, 12:15
Stały bywalec
Liczba postów: 3,005
Liczba wątków: 8
(30-05-2020, 07:38)Kryst_007 napisał(a): Peggy Sue wyszła za mąż (1986)
ądało mi się jej relacje z tym szkolnym kujonem, który później miał się stać wielkim wynalazcą. Bardzo ciepła była też ta scena w domu dziadków pod koniec - aż poczułem ten domowy kominek.
Aktorsko w miarę przyzwoicie - Kathleen Turner bardzo dobra i z perspektywy czasu aż przykro patrzeć, jak ta piękna kobieta posypała się - zarówno jeśli chodzi o karierę, jak i o wygląd.
Przypomniałeś mi o tej piękności i jak teraz sprawdziłem to ostatnim filmem jaki z nią widziałem to była świetna czarna komedia z lat 90 "W czym mamy problem?" Johna Watersa. Nie widziałem żadnego późniejszego jej filmu, a przynajmniej nie kojarzę. Wtedy jeszcze dobrze wyglądała. Ale zgadzam się, że przykro patrzeć jak się posypała przez ciągoty do alkoholu, ale też przez ciężką chorobę, z którą boryka się od wielu lat.
30-05-2020, 13:27
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-05-2020, 13:27 przez michax.)
Fhtagn
Liczba postów: 5,327
Liczba wątków: 9
(29-05-2020, 14:31)Norton napisał(a): Fail-Safe trzyma za jaja i nie puszcza do końca.
Zachęcony odpaliłem sobie wieczorem i... musiałem zrobić przerwę, bo nie byłem w stanie wytrzymać nerwowo :) prawdziwie wielkie kino i w sumie najlepszy z tych kilku filmów Lumeta, które widziałem. A końcówka... gorzki miód. "Nie zrobią tego, no nie mogą, nie da się" a potem tylko cichutkie "o kurwa". Gdyby nie trochę z dupy sen o byczq na początku byłaby pełna dyszka. Stoją, siedzą, gadają... gadają... gadają... a ja jak na szpilkach to oglądam i chłonę wszystko jak gąbka. Geniusz.
30-05-2020, 15:15
Stały bywalec
Liczba postów: 7,047
Liczba wątków: 61
(30-05-2020, 12:15)Doppelganger napisał(a): Przypomnieliście mi jak mocno rzucił mną o ścianę "12 gniewnymi ludźmi" Mistrz Lumet. Wstyd jednak przyznać, że filmów o których tutaj piszecie nie widziałem jeszcze. Jest co nadrabiać!
Też praktycznie nie znam filmografii Lumeta. Widziałem 12 (wiadomo - czysta klasa z cudownym scenariuszem) oraz Werdykt - film ciekawy z mocnymi zaletami, ale jednocześnie nie unikający poważnych problemów, zdecydowanie mniej angażujący za to ze świetnym bohaterem.
Musze w końcu zabrac się za reszte, dorobek ma niezwykle ciekawy.
31-05-2020, 13:43
Red Crow
Liczba postów: 12,666
Liczba wątków: 50
Śmierć i dziewczyna - dobry film, ale nie powalił mnie. Historia, mimo ciężaru podejmowanej tematyki, sprawia wrażenie ujętej w zbyt duży cudzysłów, podszytej jakąś niepowagą. Doceniam kunszt Polańskiego w kreowaniu atmosfery, doceniam staranną inscenizację i aktorskie trio, acz nie ukrywam że, choć całość potrafi trzymać w napięciu, konkluzja jest ostatecznie dość rozczarowująca, a w finale chyba niepotrzebnie wyłożono kilka rzeczy wprost. Niemniej nie żałuję seansu, to porządne kino, które warto znać, chyba po prostu oczekiwałem trochę więcej.
31-05-2020, 14:53
Do the crane, Danny-boy!
Liczba postów: 4,864
Liczba wątków: 11
Fail-safe, 1964, reż Sidney Lumet
Film niezwykły bo niezwykle inny od tego co się obecnie produkuje. Bardzo poważny - czuć że nie ma tutaj żartów. Porywająca historia. Lumet wie, ile napięcia ma napis przewijany na ekranie.
Akcja podzielona jest pomiędzy pięć miejsc komunikujących się ze sobą drogą telefoniczną, a napięcie jest.
Ciekawą sceną jest gdy dwaj starsi piloci uskarżają się na ciągłą rotację przy ustalaniu składów na patrole. Nie podoba im się również sposób w jaki szkoli się nowych. Tęsknią za różnorodnością pod względem charakteru i pochodzenia. Zauważają, że obecnie, czyli w 1964 roku, nowi piloci są dobierani i szkoleni schematycznie. Nie różnią się praktycznie niczym. Cytując jednego z nich, "...są jak na baterie." Widzą to i czują, że stają się zbędni gdyż maszyny wykonują coraz więcej za nich. Przewidują zbędność swojej profesji i wprowadzenie maszyn bezzałogowych by wyeliminować czynnik ludzki.
Znakomity Henry Fonda. Scena z żoną jednego z pilotów również świetna. Kapitalne zakończenie, jakże inne od dzisiejszego kina.
Oczywiście świetna reżyseria.
Aby dać wyższą ocenę musiałbym obejrzeć go więcej razy, ale na razie jest 8.5/10
01-06-2020, 13:09
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-06-2020, 13:10 przez Doppelganger.)
Pan Drzewo
Liczba postów: 1,746
Liczba wątków: 14
Jedźcie pany z kinem Lumeta, nie pożałujecie. W razie zawodu podam adres i przyjedziecie mi przyarahanować.
Pozostając w latach 60. - Peeping Tom
Może i był nowatorski w chwili premiery, ale obecnie cuchnie stęchlizną i nie broni się niczym. Początkowa sekwencja zapowiada coś klimatycznego, ale dobre wrażenie szybko ulatnia się i film nie robi nic, żeby to zmienić. Historia jest głupawa i naiwna, a tytułowy Podglądacz przeciętny. W takich historiach główny bohater powinien nieść całość na swoich barkach; Karlheinz Böhm nie zagrał na tyle przekonująco, żebym wczuł się w historię - stworzył płaską postać, której nie pomogła dość oczywista podbudowa psychologiczna w postaci traumy z dzieciństwa. Do równania dochodzi wyjątkowo kiepska, niewiarygodna postać kobieca, jej matka z szóstym zmysłem sztucznie podnosząca napięcie oraz poboczna postać reżysera, który w zamierzeniu miał rozluźniać atmosferę (i pstryczek w nos branży filmowej), a pasuje jak wół do karety.
4/10, nie nastawiajcie się na coś dobrego przed ewentualnym seansem.
01-06-2020, 17:38
|