Krótka piłka, czyli mini-recenzje
Kiedy smoka boli głowa - film powinien mieć podtytuł: "Czechosłowacjo wróć!". Czeska królewna i słowacki królewicz chcą wziąć ze sobą ślub, ale uniemożliwia to klątwa. Typowa baśń jak te wszystkie niemieckie adpatacje Grimmów puszczane na Puls TV. Realizacja koszmarna z komputerowym smokiem rodem z Wiedźmina (tego z Żebrowskim ofkorz) na czele. To można byłoby przeboleć, gdyby nie to, że efekty praktyczne też zawodzą, na czele z ohydnym kostiumem smoka juniora. Można byłoby przymknąć oko, gdyby to był telewizyjna produkcja, ale jak czytałem to była produkcja kinowa. Ech... i pomyśleć, że niegdyś Czesi wydali na świat Karela Zemana.
3/10

Il racconto della giungla - ta kreskówka to był mój pierwszy kontakt z Robinsonem Crusoe, którą oglądałem to jako dziecko na TV z polskim dubbingiem. Niby to jest dla dzieciaków, bo Robinson ma wśród kompanów gadające zwierzaki, a całość wygląda jak z Looney Tunes... Ale jak ktoś narzeka, że Indianie z disneyowskiego Piotrusia Pana są rasistowscy, to niech nie ogląda tego filmu :). Dobrze, że Piętaszek (i jego prześladowyc) zgodnie z oryginałem jest Indiańcem, a nie Murzynem, bo zostałby zbanowany. W sumie całość jest dość sympatyczna i zabawna, choć głównie przez to jak jest mało poprawna politycznie.
?/10

Dobrodružství Robinsona Crusoe - najpierw wspominki. Widziałem fragment filmu z piosenką Karela Gotta w ramach reklam (wśród nich był też Hammerman i Super Mario World :)) na VHSie z przygodami Pata i Mata. Anyway - przepiękna piosenka w wykonaniu Karela Gotta i ładna animacja kukiełek (przeplatana z stylizowanymi na dawne ryciny wspominkami Robinsona). Jednak na dłuższą metę przynudza i jest nieco suche (choć motywy z umierającym psem Robinsona i jego reakcją, że spędzi trochę czasu na bezludnej wyspie wyszły dobrze jeśli chodzi o emocje).
7/10

Bez litości - Film bardziej by pasował na krótki metraż. Po zabiciu Slaviego robi się niezbyt ciekawe i przewidywalne śledztwo agenta-płatnego mordercy-zboka. Dobry Denzel w roli głównej. Zaskakująco mało efekciarski, mimo że Bob ma radar jak u Daredevila.
6/10

Coś z Alicji - Jan Švankmajer kontra Lewis Carroll. O kurde. Nie spodziewałem się jakie to dobre. Dobre uchwycenie sennego tripu i autorskie podejście m.in. umieszczenie krainy czarów w jakiejś zapleśniałej kamienicy czy zrobienie z Białego Królika czarnego charakteru. Szczerze mówiąc, nie wiem, co więcej napisać.
10/10

Odpowiedz
Mirrors z 2008, czyli straszne lustra. Były gliniarz-alkoholik na prochach, z problemami rodzinnymi, zatrudnia się jako ochroniarz w spalonym centrum handlowym, które było wcześniej szpitalem psychiatrycznym i z wolna zaczyna popadać w szaleństwo, a jego bliscy padają ofiarami tegoż wariactwa. Motywy znane z wielu filmów i seriale, posklejane do kupy mniej lub bardziej sprawnie. Na zdecydowany plus Paula Patton w mokrym ubranku oraz gore w otwarcie filmu (gore w scenie w wannie komicznie wręcz przesadzone, w sam raz do slashera, gdzie biega Freddy albo Jason). Historia psychiatryka, gdzie doktor miał niekonwencjonalne podejście jest fajna, ale - oczywiście - niewykorzystana. Motyw śledztwa, jaki się z tym wiąże, również; niby spoko i w ogóle, ale całość ogranicza się do telefonów do znajomego gliniarza, przeglądania akt i dokumentów, wizytacji w kilku miejscach oraz... paczki z najpotrzebniejszymi informacjami wysłanej kurierem z dupy. Można było z tego wyciągnąć coś ciekawego i może nawet strasznego, ale fatalna końcówka zniszczyła moje i tak średnie wrażenie bo
toteż daję tylko (aż?) 5/10.

E1: Zombi 2, 1979. Zombie, pożeracze mięsa. Nie miałem żadnych oczekiwań. Obstawiałem najwyżej poprawne patrzydło, albo coś poniżej tego, na podobieństwo wyżej wymienionych Luster. Jakże się myliłem! Dostałem kawał zajebistego, obrzydliwie drastycznego filmu o żywych trupach z klimatem gęstym jak krzepnąca krew (i w sumie niczym więcej). To drugi film Fulciego, który widziałem. Pierwszy, "Hotel siedmiu bram" jak brzmi polski tytuł, jest po prostu spoko - ten jest świetny i z pewnością nie będzie to ostatnie, co obejrzę od tego Włocha.

Do Nowego Jorku wpływa dryfujący jacht; straż przybrzeżna sprawdza, co i jak, jeden gliniarz ginie z łap żywego trupa. Wkrótce potem dziennikarz badający sprawę łączy siły z córką właściciela wspomnianego jachtu i ruszają na poszukiwanie prawdy - w efekcie trafiają na wyspę opanowaną przez trupy. I tyle. Prosta historia, są żywi, są umarli, ci pierwsi są zjadani przez tych drugich, wszystko bez żadnych udziwnień (nie licząc podczepienia się pod romerowski Świt, jak twierdzi internet; stąd też tytuł). Całość jest dość powolna, niespieszna, a przy tym obfitująca w krew, flaki, gnijące mięso i robaki oraz genialną muzykę.

Aktorzy grają słabiutko, fabuła jest miałka i wprost żeruje na innym filmie, ale mimo to film ogląda się bardzo dobrze. Efekty są fenomenalne, trupy wyglądają jak trupy, są powolne, otępiałe, brudne od piachu i ziemi, gnijące, toczone przez robactwo, w porwanych i zakrwawionych ciuchach... jak atakują, to widać rozrywaną skórę i rwane mięśnie, no wszystko jest cudownie soczyste i mięsiste jak należy w filmie o żywych truposzach. Daję 8/10, bo nie liczyłem na wiele, a dostałem perełkę.


E2: I, dla odmiany, coś gorszego. Szesnasty film to Night of the Demons z 1988, czyli imprezowa noc Halloween w opuszczonym domu pogrzebowym kończy się tragicznie. Część imprezowa i przygotowania do zabawy są naprawdę fajne i przyjemne, lekkie; postacie choć sztampowe i wycięte z papieru, to jednak zapadają w pamięć mniej lub bardziej. To jednak, co się dzieje później - a więc sama groza, strach, przemoc, krew i ogólnie pojęte straszenie - ssie okrutnie.

Skojarzenia z "Martwym Złem" są oczywiste, jest tutaj nawet taki sam pov, gdy Zło zapieprza przez korytarze i otwiera drzwi, by ostatecznie opanować jedną, niewinną duszyczkę a potem rozłazi się jak zaraza, zmieniając pozostałych. O ile Raimi zrobił to dobrze, a filmowy Ash niósł na swoich barkach film, tak "Noc Demonów" tutaj leży. Niby Angela i Judy - dwie najbardziej zapadające w pamięć postacie - też dźwigają ten film, bo jedna jak przystało na scream queen biega i krzyczy i panikuje i ładnie wygląda, a druga jest szurniętą gotką, to jednak to za mało. Gore słabiutkie, efekty też, samo łażenie po starym domostwie pełnym pajęczyn i śmieci zaczyna nudzić prędzej niż później, a rozwiązanie akcji jest po prostu smutne. Przeleźli przez płot i tyle ich widać xD

5/10

E3: Siedemnasty dzień i film. Mimic, '97. Del Toro i robale. No, ale po kolei: karaluchy roznoszą jakieś choróbsko, naukowcy opracowali gatunkowy miks mający na celu wytępienie robaków. Udaje się, a po paru latach coś zaczyna krążyć w kanałach pod miastem i w metrze. Lokalna społeczność bezdomnych i meneli żyjących w starych tunelach przestrzega przed zapuszczaniem się głębiej, bo każdy kto tam poszedł, znika. Brzmi to na tyle intrygująco, że musiałem obejrzeć to obejrzeć. Zwłaszcza, że swego czasu czytałem książkę o czym bardzo podobnym (Pendergast, Relikwiarz, ukazane tam podziemne życie Nowego Jorku zrobiło na mnie ogromne wrażenie).

Tutaj było podobnie. Znaczna część filmu toczy się w ciemnych kanałach i tunelach, gdzie jest wilgotno, mało światła, jest brudno i śmierdzi; na powierzchni zaś dominuje deszcz, brud i w ogóle jest mroczno. Przyczepię się do dwóch rzeczy jednak: pierwsza to autystyczny gówniarz, któremu życzyłem rychłej i brutalnej śmierci, druga zaś to słabujące cgi. Jak się przymknie oko na głupotki fabularne, to dostajemy obrzydliwe paskudy i nie chodzi tutaj bynajmniej o cgi (które fakt, jest brzydkie i się zestarzało okropnie), tylko o sam fakt, że są to obleśne, ociekające śluzem gigantyczne karaluchy ze skrzydłami i cholera wie co jeszcze :) ruszają tymi swoimi szczękoczułkami, łapkami, odwłokami i aż mnie ciarki przechodzą, chociaż normalnie nie mam takich odruchów na widok robactwa. Wina rozmiarów tych potworków? Chyba tak. Zresztą, zanim zobaczymy bestie w całej swej okazałości, jedyne widzimy jej fragmenty, kawałki i szczegóły błyszczące od śluzu i krwi.

A co tam, 8/10, bo bawiłem się doskonale!
[Obrazek: mira.png?w=712]

Odpowiedz
(05-10-2020, 01:34)Paszczak napisał(a): Enola Holmes (2020, Netflix)
Ale to sympatyczne, o dziwo (zwiastun jakoś nie zachęcał). Zacznijmy od wad - o zagadce kryminalnej można powiedzieć tyle, że jest. Tożsamość głównego zbrodniarza jest raczej oczywista od chwili, gdy postać ta pojawia się na ekranie, a bohaterka nie stosuje żadnych zmyślnych dedukcji, rozwiązując całą sprawę metodą "na chama". Oczywiście musieli wepchnąć do filmu anachronicznie pyskatą murzynkę, ale chyba już zaczynam być obojętny na tego typu bzdurki. Poza tym trochę razi fana Doyle'a, że z najinteligentniejszego i najleniwszego Holmesa zrobili nadaktywnego ćwoka. Ale Mycroft działa jako postać, a na pewno lepiej niż Sherlock z Rivii. Cavill może nie razi za bardzo, ale za cholerę nie da się w nim rozpoznać najsłynniejszego detektywa. Z superbohaterów Iron Man był zdecydowanie lepszy w tej roli.
Ale nic to, bo film to przede wszystkim fajna przygodówka z fantastyczną główną bohaterką. Brown ewidentnie marnowała się w niemej roli, bo jako panna Holmes rozsadza ekran gadatliwą energią i łamie czwartą ścianę z lekkością i wdziękiem, jakich Deadpool mógłby jej pozazdrościć. Chwała Bogu nie jest to w żadnym razie disneyowska Mary Sue i twórcy nie próbują zrobić z niej lepszej wersji Sherlocka. Mam nadzieję, że będzie z tego seria, bo chętnie obejrzę kolejne przygody tego uroczego dziewczęcia. Na pewno jako młodzieżowa wersja Holmesa wyszło to dużo zgrabniej i dowcipniej niż nieszczęsna Piramida Strachu.
Dodatkowy plus za scenę topienia w beczce - dlaczego więcej bohaterów filmów tak nie robi?
8+/10

No faktycznie. Całkiem niezłe filmidło. Nie wiem czy to kwestia posuchy w kinach, ale pomimo oczywistych wad (przebijanie 4 ściany w ogóle mi nie pasowało) całość przebiega energicznie, sprawnie i realizacyjnie też jest na niezłym poziomie (Londyn XIX wieku to zawsze +1 do oceny u mnie). Bobby Brown niesie ten film, a Cavill na szczęście jest na tyle dyskretny i w sumie mało go w tej historii, że ciężko tu mówić o rozczarowaniu Sherlockiem. To nie o nim jest ten film. Intryga bardzo standardowa, bez żadnych wiks, bez wielkich dedukcji kryminalnych, nie mniej dobrze się ogląda. Młodzieżowe kino przygodowe bez fajerwerków, w sam raz na popołudnie.

Daję 6/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
Books of Blood (2020). Osiemnasty film - coś bardzo współczesnego, bo premiera była w tym miesiącu i innego niż inne. Antologia trzech krótkich, łączących się w mniejszym bądź większym stopniu opowiastek z z krwawym dreszczykiem, rzekomo na podstawie opowiadań Barkera. Rzekomo, bo jak już raz wspomniałem, nie znam praktycznie jego twórczości, aczkolwiek drugą opowiastkę z antologii od razu skojarzyłem. Jedyne opowiadanie (czy też raczej wstęp do opowiadań) które przeczytałem to właśnie to. Myślałem nawet, czy nie założyć osobnego tematu, ale nie jest to film, o którym można by dyskutować i na temat którego można by snuć interpretację, więc...

Prolog pominę, bo równie dobrze mogłoby go nie być i przejdę od razu do segmentu pierwszego, zwanego Jenna. Dziewczyna z problemami ucieka z domu i trafia na noc do typowego b&b. Segment drugi, Miles, czyli gość mający kontakt z "autostradą dusz", "drugą stroną", jak zwał tak zwał. Segment trzeci, Bennet, dwóch zbirów szuka tytułowej księgi krwi i trafia do podejrzanego miejsca. Jest jeszcze epilog, ale o nim nic nie napiszę, bo jest naprawdę fajny i nie wiem, oryginalny? Tak, chyba to będzie najlepsze określenie.

Skromne to, bez wielkich ilości krwi, z minimalną ilością gore (jedna scena tylko!), historyjki zazębiają się trochę na siłę, jedynie Britt Robertson (dziewczyna z Tomorrowland) aktorsko wybija się na tle innych postaci, parę pomysłów jest totalnie z dupy (jak karaluchy, mizofonia czy twarz w kratce wentylacji w autobusie), parę innych w punkt (wspomniany epilog, czy tajemnica domu). Więcej jak 6/10 nie mogę dać, choćbym chciał - jednakże jako antologia filmowych opowieści może być jak najbardziej. Gdyby Hulu co roku wypuszczało taką antologię byłoby miło.

Odpowiedz
My Octopus Teacher - uwielbiam takie filmy: filmowiec z depresją odzyskuje radość życia po tym, gdy zaprzyjaźnia się z ośmiornicą :) Fascynujące, edukujące, świetnie nakręcone - czego można chcieć więcej? Polecam serdecznie. Może tylko nie dla tych, którzy lubią ośmiornice zjadać, bo może wam się odechcieć na przyszłość :P Ja ośmiornicy uwielbiam, a to że są bardzo inteligentne nie robi mi żadnej różnicy :) dam, pewnie z przesadą, ale 9/10.

Odpowiedz
Nie sądziłem, że kolejny film mnie zaskoczy i to w taki sposób. The Living Dead at the Manchester Morgue z 1975 to naprawdę intrygujące podejście do tematyki żywych trupów. Nie tylko za sprawą faktu, że samych umarlaków jest tutaj naprawdę mało (w sumie przez godzinę widzimy tylko jednego, potem kilka i dopiero w finale jest ich gromadka), czy wyjściowego pomysłu (tyleż dziwnego, co w ciekawego), ale przede wszystkim to jest wciągający kryminał! Dociekanie prawdy, śledztwo i próby opanowania narastającego chaosu grają tutaj pierwsze skrzypce, a nie krew i flaki, o dziwo. Fabularnie jest to świetna rzecz, ba, żywe trupy stanowią tutaj chyba najsłabszy element.

To film bardzo skromny czy wręcz intymny, dotykający nielicznych osób i ich osobistych przeżyć, który z biegiem czasu zmienia się w gorączkową walkę nie tylko z martwymi, ale też i żywymi, bo mało kto chce wierzyć w truposze. Te zaś, choć widywałem wiele filmów i seriali, nie grzeszą gore czy charakteryzacją, za to są naprawdę cwane i cholernie nieprzyjemne, bo zdają się... myśleć! W sposób bardzo prymitywny, instynktowny, ale nie są to bezmózgie (xD) monstra. To przeciwnik, z którym trzeba się liczyć, o. A jak się do tego doda malutkie miasteczko gdzieś na angielskim zadupiu, strumyki, wzgórza i mgłę, te charakterystyczne domki, kamienne murki i potężne domostwa, stare kościoły i cmentarze... och, jakież to klimatyczne dziełko! Do tego szalenie podobał mi się finał w szpitalu i z chwilą, gdy gliny odjeżdżają, film mógłby się zakończyć, bo to, co ma miejsce potem trochę mi psuje odbiór całości i dlatego daję tylko 8/10.

E: Dwudziesty film. Hell House LLC, 2015. Found footage dla odmiany, bo dawno już żadnego nie oglądałem - jak się okazało, słusznie. Ekipa kupuje stary hotel i robi tam imprezę dla fanów grozy, tj. płacisz, wchodzisz, jesteś straszony. Problem w tym, że coś idzie nie tak, giną ludzie, zjawia się policja, zaczyna się śledztwo policyjne oraz dziennikarskie. Sam pomysł na halloweenowy escape room czy coś w tym rodzaju bardzo fajny; przygotowanie domu, montowanie atrakcji, wynajmowanie aktorów, drobne spięcia między ekipą i przewijająca się w tle historia starego hotelu, w którym dwadzieścia lat wcześniej doszło do tragedii to coś interesującego, ciekawego, z potencjałem. Wykonanie oczywiście jest dalekie od idealnego, ale skłamię, jeśli powiem, że film zostawił mnie obojętnym.

Parę razy serce zabiło mi szybciej :) i nie dlatego, że była to zasługa chamskich jump scare'ów. Moja wyobraźnia zrobiła tutaj większą robotę, niż twórcy - nie miałem pojęcia, czego się spodziewać, więc umysł podsuwał mi niestworzone wizje, pomysły, więc czekałem na coś "strasznego". Niepokój, czy może nawet i dyskomfort związaną z taką niewypowiedzianą i nieukazaną grozą jest lepszy, niż wyskakująca morda jakiegoś ziomka (zwłaszcza, że te ziomki to w sumie goście w czarnych płaszcza z kiepskimi maskami na mordach).

Lepsze wrażenie robi sam dźwięk, skrzypienie, stukanie, pukanie, ciężki oddech, jakieś warczenie i - w kulminacyjnym punkcie - przerażenie wymalowane na twarzy jednego z bohaterów jest po prostu sprawniejszym wyjściem, niż kolejny potwór czy inna czarownica. Z tego też powodu ta część filmu, gdzie nie ma straszenia wprost tylko buduje się klimat i atmosferę jest lepsza, niż normalny straszak. 5/10.

E: Znów found footage, ale tym razem - o dziwo - z Korei. Gonjiam: Haunted Asylum (2018) to film o grupce reporterów z własnym programem dotyczącym duchów i innych upiornych rzeczy; jako kolejną sprawę biorą na warsztat rzekomo nawiedzony szpital psychiatryczny, do tego werbują kilku cywilów jako uwiarygodnienie swoich akcji oraz streamują wszystko w internecie, dokumentując całość. Ciekawe rozwiązanie, przyznaję, bo już kilka filmów o nawiedzonych miejscach i ekipach rejestrujących to było. Tym razem oprócz zwykłych kamer prym wiodą malutkie, ale odporne gopro :)

Nic więc dziwnego, że rządzą tutaj ujęcia z ręki, chaotyczne, roztrzęsione, rwane, gwałtowne, od których może się zakręcić w głowie. Mnóstwo jest też zbliżeń na twarze, często wykrzywione w grymasie przerażenia i jeszcze częściej wykrzywione w zwyczajnym wrzasku - to też jest zdecydowanie najstraszniejszy element całości, bo oglądanie z tak bliska azjatyckich ryjów nie jest wcale przyjemne. Pól biedy, gdy chodzi o przedstawicielki płci pięknej (dopóki nie zaczną płakać i wyć), ale patrzenie na mordy Koreańczyków i zaglądanie im w nozdrza jest po prostu okrutne.

Reszta to standard w przypadkach horrorów ff: stuki, trzaski, zgrzyty, trzaskające drzwi, nagły wiatr, coś przemyka na granicy widoczności, tego typu rzeczy i oczywiście nieśmiertelne jump scare. Są jednak trzy elementy, które naprawdę mnie zaskoczyły. Pierwszy to piłeczka pingpongowa, której stukanie jest parę razy słyszane, by w końcu wyskoczyć z mroku. Mała rzecz, a cieszy, podobnie jak druga, czyli powykrzywiany maszkaraon stojący w oddali i ledwo widoczny w świetle latarki; jak żywo przypomina się upiorne Silent Hill, tym bardziej, że ów stwór nie atakuje, tylko stoi i stoi... i stoi... i lekko się ruszył... i dalej stoi... oczekiwanie na jego kolejny ruch czy wręcz chamski atak było wspaniałe. A trzeci element to naprawdę nieprzyjemne, wywołujące dyskomfort opętanie jednej postaci i mamrotanie. Klimatyczne jak cholera, toteż 7/10 daję, na wyrost, jako egzotyczna ciekawostka, o.

Odpowiedz
Operation Red Sea - było kilka pozytywnych opinii na forum więc sprawdziłem czy Chińczycy umieją w wojenne kino akcji. Oj umieją i to bardzo. Oczywiście film jest jedną wielką wizytówką chińskiej armii, bo jest tu pełen wachlarz militarnych bitek okraszonych sporą dozą brutalności (od kopania, przez rany kłute, dziury w głowach aż po przyjemny wizualnie gore fest w postaci dekapitowanych ciał i urwanych kończyn robiących za scenografię). Widać gazyliony wydanych dolarów, duże przyłożenie do realizacji i chęć zrobienia miliardom Chińczykom dobrze ;) Fabuła luźno nawiązuje do akcji ewakuacji kilkuset obywateli z Jemenu w 2015 ale wiadomo, że na potrzeby filmu - aby nikogo nie urazić - trzeba zmienić sporo faktów i dopisać w scenariuszu obowiązkowe relacje między bohaterami - te są poprowadzone tak oszczędnie, że ciężko z nimi zżyć. Film mógłby być też minimalnie krótszy, a wątek dziennikarki wyrzucony w cholerę (najbardziej irytująca postać).

7/10

[Obrazek: operation-red-sea-movie-review.jpg]
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
No, dobra rzecz, Azjaci jak chcą to naprawdę potrafią. Warto też zerknąć na koreańskie kino wojenne - Braterstwo broni, My Way, Front Line czy 71 w ogień to też ociekające patosem strzelanki, które robią wrażenie swoim rozmachem. A ja tymczasem obejrzałem dwudziesty czwarty film mojego maratonu, The Cave (2005) i powiem tak: gdyby pozbyć się w cholerę motywu stworków-potworków i postawić w stu procentach na ostry surwiwal, byłoby cudownie pod każdym względem. Niestety, twórcy zamiast czegoś sensownego serwują praktycznie powtórkę z Descent (z tego samego roku!). O ile Zejście oferuje nam grupkę dziewczyn amatorek, która gubi się w jaskiniach i trafia na potworki, tak Jaskinia wrzuca super ekipę profesjonalistów do ogromnych jaskiń zalanych wodą, metanem i lodem pod Karpatami :) Cole Hauser i Lena Headey wraz z grupą noname'ów wędrują więc jaskiniami i mierzą się z typowymi dla jaskiń problemami: klaustrofobią, ciasnotą, zimnem, wilgocią, ciemnością i tak dalej, i tak dalej. A potem pojawiają się latająco-pływające-skaczące po ścianach pasożyty-monstra i wszystko cholera bierze, zmieniając się z fajnego survivalu w średniawkę o potworach. 5/10.

Odpowiedz
(24-10-2020, 11:32)Snappik napisał(a): Operation Red Sea - było kilka pozytywnych opinii na forum więc sprawdziłem czy Chińczycy umieją w wojenne kino akcji. Oj umieją i to bardzo. Oczywiście film jest jedną wielką wizytówką chińskiej armii, bo jest tu pełen wachlarz militarnych bitek okraszonych sporą dozą brutalności (od kopania, przez rany kłute, dziury w głowach aż po przyjemny wizualnie gore fest w postaci dekapitowanych ciał i urwanych kończyn robiących za scenografię). Widać gazyliony wydanych dolarów, duże przyłożenie do realizacji i chęć zrobienia miliardom Chińczykom dobrze ;)

Na początku tego roku pojawiła się część druga w (chińskich) kinach. Nie sprawdzałem czy jest już zatoce:)



Dla mnie ORS to najlepiej zrealizowane kino akcji od czasu Mad Max Fury Road. Podobnie jak na FR spociłem się nie raz na filmie, a nie oglądałem w lato.

A nie miałeś  na scenie z czołgiem i burzą piaskową skojarzeń  właśnie z filmem Millera, gdzie była podobna scena?

Film ma tyle atrakcji, że jak już myślałem że koniec to walnęli kolejną sekwencję akcji, która wygląda jeszcze lepiej jak wcześniejsze.


W ogóle Dante Lam, reżyser film, to dla mnie godny następca Johna Woo (zresztą karierę zaczynał pracując przy filmach Woo jako asystent reżysera). Polecam inne filmy Lama jak np. Operation Mekong, Ching Yan/The Beast Stalker,  Stool Pigeon, Snajper.


Odpowiedz
Dom przy cmentarzu (1981), Fulci, Włochy, horror. Myślałem, że będzie to coś fajnego, mocnego, z klimatem, ale zawiodłem się okrutnie - wytrzymałem może z pół godziny, ale po żenująco żałosnej scenie z nietoperzem poddałem się. Ten film to absolutne nieporozumienie i najgorsza rzecz, jaką widziałem w tym roku, 1/10 to i tak za dużo. Leży tutaj wszystko, od kiepskiej muzyki, poprzez średnio-słabe gore (wspomniany nietoperz), absurdalny nawet jak na standardy europejskich horrorów importowanych na rynek amerykański dubbing, drewniana gra aktorów z dwójką dzieciaków na czele... a zaczęło się tak fajnie! No zgroza, prawdziwa, zgroza. Wielki dom, nazywany "Dębowym Dworem", znajduje się przy stareńkim cmentarzu, gdzieś w malowniczej Nowej Anglii. Miał tam miejsce okrutny mord, a teraz budynek zostaje wykupiony przez młode małżeństwo. Choć punkt wyjściowy brzmi jak klisza, czy odgrzewany wielokrotnie kotlet, to można było coś fajnego z tego wyciągnąć w teorii. W praktyce wyszło źle. Nie polecam.

Odpowiedz
Przykro to mówić, ale jak zaliczyłeś The Beyond i Zombie Flesh Eaters, to obejrzałeś wszystko co naprawdę dobre od Fulciego. Jeszcze City of the Living Dead ma swoje momenty, (za to sensu nie ma) a niektóre giallo (zwłaszcza Don't Torture a Duckling) działają względnie jako krwawe kryminały. Ewentualnie Four of the Apocalypse - to przynajmniej interesujący i nietypowy spaghetti western.

Odpowiedz
"Nowojorski rozpruwacz" też jest okej. Dla "Domu przy cmentarzu" nie byłbym aż tak brutalny, ale też uważam go za jeden z najsłabszych filmów Fulciego.

Odpowiedz
No to... szkoda. Wieczorem pewnie obejrzę jakiś inny horror, może z Hiszpanii dla odmiany :)

Odpowiedz
To teraz ja zacząłem oglądać horrory na pażdziernikowe wieczory (głównie dla zwalniania miejsca na dysku):

Tales from the Darkside: The Movie - widocznie w lata 80-90. modne były horrorowe antologie. Zdziwiłem się, że występują tu znane osoby. Tu Steve Buscemi, tam Christian Slater, gdzieniegdzie James Remari Rae Dawn Chong. W sumie niezłe to. Pierwsza historia trochę słaba, druga OK i trochę jajcarska, a trzecia całkiem znośna z dość ważnym przesłaniem (szczerość wobec partnera jest samobójstwem :)). Klimatu trochę jest tutaj, zdarza się nastrojowe oświetlenie i niezłe efekty. Takie na raz, nada się na wspólny wieczór z ziomeczkami przy piwku.
6-7/10

Goke, Body Snatcher from Hell - skojarzyło mi się to z Langolierami. Samolot z ocalałymi pasażerami kontra wielka tajemnicza siła. W tym wypadku kosmiczne wampiry, które stwierdziły, że nie ma nadziei dla ludzi. Trochę jest kilmaciku, trochę nadekspresyjnej japońskiej gry aktorskiej i fatalnej gry aktorskiej Amerykanów wziętych z łapanki. Efekty specjalne nawet OK. Na dłuższą metę nudzi. Końcówka dość intrygująca i jak podejrzewam robiła w tamtym czasie wrażenie (wyraźne odniesienia do wojny wietnamskiej).
6/10

Odpowiedz
(24-10-2020, 22:01)michax napisał(a):
(24-10-2020, 11:32)Snappik napisał(a): Operation Red Sea - było kilka pozytywnych opinii na forum więc sprawdziłem czy Chińczycy umieją w wojenne kino akcji. Oj umieją i to bardzo. Oczywiście film jest jedną wielką wizytówką chińskiej armii, bo jest tu pełen wachlarz militarnych bitek okraszonych sporą dozą brutalności (od kopania, przez rany kłute, dziury w głowach aż po przyjemny wizualnie gore fest w postaci dekapitowanych ciał i urwanych kończyn robiących za scenografię). Widać gazyliony wydanych dolarów, duże przyłożenie do realizacji i chęć zrobienia miliardom Chińczykom dobrze ;)

Na początku tego roku pojawiła się część druga w (chińskich) kinach. Nie sprawdzałem czy jest już zatoce:)



Dla mnie ORS to najlepiej zrealizowane kino akcji od czasu Mad Max Fury Road. Podobnie jak na FR spociłem się nie raz na filmie, a nie oglądałem w lato.

A nie miałeś  na scenie z czołgiem i burzą piaskową skojarzeń  właśnie z filmem Millera, gdzie była podobna scena?

Film ma tyle atrakcji, że jak już myślałem że koniec to walnęli kolejną sekwencję akcji, która wygląda jeszcze lepiej jak wcześniejsze.

Aż tak entuzjastycznie bym się o tym filmie nie wypowiadał ;) To wciąż takie demo reel chińskiej armii ku pokrzepieniu serc z pretekstową fabułą. Kiedy trzeba - nasz dzielny chińczyk trafia z helikopetra do płynącej łodzi z 500 metrów (spoko), kiedy trzeba to przebiera się i udaje skośnookiego araba (ten motyw mnie rozbroił), gdy sytuacja jest gorąca to wchodzi do czołgu i w 5 sekund ogarnia wszystkie systemy po czym rozwala kilka czołgów wroga napierających w niego kolejnymi pociskami. Fragmentami ORS przekracza dość srogo poprzeczkę realizmu na rzecz efekciarskości i dostarczenia swojej docelowej grupie patosu. Doceniam jednak realizację i doskonałe odnalezienie się reżysera ze swoim stylem w zależności od kontekstu - każda kolejna akcja jest lepiej nakręcona. A myślałem, że wjazd do miasta i starcia na ulicach to będzie top tego filmu.
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
Jak pisałem wcześniej, po włoskim, bardzo bolesnym rozczarowaniu sięgnąłem po hiszpański horror. W pewnym sensie trochę się rozczarowałem, bo horroru tu bardzo mało i to bardziej jest baśń z elementami grozy (za wiki: period dark fantasy horror) niż pełnoprawny dreszczowiec czy inne krwawe kino. Mimo to jestem zachwycony! Dawno nie widziałem nic tak intrygującego, wciągającego. Errementari (2017) to coś przypominające Labirynt Fauna, tak można najprościej powiedzieć. Przepiękna, choć brutalna i ponura baśń o kowalu i diable, osadzona w malutkim miasteczku gdzieś w dziewiętnastowiecznej Hiszpanii, cudowna odtrutka na kiepskie filmy wszelkiego rodzaju.

Punkt wyjścia: kowal ubił interes z diabłem, by wrócić cało z wojny - diabeł jednak zrobił go w chuja i kowal się wkurzył, więc złapał diabła i trzyma go w klatce i torturuje z zemsty xD co było dalej nie powiem, bo to trzeba naprawdę zobaczyć. Wszystko jest tutaj bardziej niż ładne; przypomina destylat Burtona z najlepszych lat. Wszechobecna mgła, nieskończone lasy, liście opadłe z drzew, łyse krzewy, trawy i porosty, stare domostwa i zrujnowane budynki, ogrom pajęczyn, jeszcze więcej krzyży, a w tym wszystkim wspaniała kuźnia żywcem wyjęta z Diablo. Sam kowal też niczego sobie, chłop wielki, z brodą, silny i potężny, mrukliwy i budzący respekt na tle prostaczków z wioseczki... trochę cgi razi, ale można na to przymknąć oko, bo raz, że jest go malutko, a dwa, że inaczej się nie dało chyba zrobić. Reszta to porządna, namacalna scenografia i charakteryzacja.

Diabelstwo jest tutaj tak bardzo stereotypowe, że bardziej się już nie da i ja to biorę w całości, łykam jak pelikan. Czerwone, rogate, brodate, z ogonami, z widłami, ze wszystkimi swoimi przywarami i zaletami - polubiłem tych drani, no, oglądałbym film o ich przygodach :) 8/10 i serduszko.

Odpowiedz
Czarny Mercedes- 2019 - Janusz Majewski
Uwielbiam Majewskiego bo to jeden z najlepszych reżyserów jakich znak, a bardzo niedoceniony ma w filmografii kilka absolutnych klasyków. Pojawiło się na Netflixie więc obejrzałem jakiś czas temu. Za wiele się nie spodziewałem więc i rozczarowania nie było a nawet oglądało się to całkiem dobrze. Krytycy raczej film zjechali, ale oceny 3-4/10 uważam za krzywdzące. Takie porządne 6/10. Niby jest to kryminał, ale nie do końca. Bardziej film psychologiczny bym powiedział. Ktoś zabił, ktoś szuka mordercy, ale cała historia to raczej pretekst do pokazania "wojennych dylematów". Aktorstwo na przyzwoitym poziomie, realizacja tak samo, na plus brak cukierkowego zakończenia. Mimo wszystko film na jeden raz ale nie powiem, żeby mi ktoś zwrócił 2 godziny życia :)
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...

Odpowiedz
raven.second napisał(a):Errementari itd.

Potwierdzam, mnie też na swój sposób urzekło to baskijskie (sic!) fantasy. Kurde, po prostu fajne to! Rzadko widuje się na ekranie diabła we własnej postaci i poznaje się jego sprawy piekielne (pojawienie się drugiego czarta i omawianie „degradacji” tego pierwszego to jeden z lepszych motywów). To rzeczywiście taki miks klimatów „Labiryntu Fauna” i „Jeźdźca bez głowy”, a na dodatek w piekle jakby powiewało mi „Hellraiserem”. Niemniej postać Sartaela to już trochę na granicy klaunady, jakby się urwał z naszego „Przyjaciela wesołego diabła”, miałem nadzieję na poważniejsze ujęcie tematu i porządną dawkę grozy. Ale nie ma co narzekać, bo to wspaniała, ponura baśń, w którą, co widać, włożono mnóstwo serca. Ode mnie 7/10.

Odpowiedz
Control Corbijna z 2007.

Nic ponad biograficzną przeciętność. Curtis jest tu płaski, mało interesujący, wręcz irytujący. Nie oczekuję, że reżyser podstawi mi wszystko pod nos i nie pozostawi pola do przemyśleń, ale nie zdzierżę płaskiego bohatera, tym bardziej w filmie o takiej postaci. Przydałoby się więcej głębi, szczegółów, (nomen omen) kontroli. Mamy więc utalentowanego dzieciaka, który nie dorósł do swoich lat (nie wierzę, że Curtis był taki jednowymiarowy), któremu reżyser nie poświęcił wystarczającej uwagi i dwa niedogotowane wątki, to znaczy sztampowe problemy małżeńskie oraz zespół, którego członkowie służą za tło, czasem rzucając tylko jakimś zabawnym tekstem (wiem, że to film o Curtisie a nie o JD, ale i tutaj można było pokazać więcej). Największe plusy - dobór aktorów (świetny casting, bo odtwórcy prócz Kebella tacy sobie) i muzyka (Bowie i Roxy Music, bo za Joy Division nie przepadam). 5-6/10

Widziałem też ostatnio Gandhiego. Wyjdę na Smerfa Marudę, bo nie byłem zachwycony. Kingsley jest tu znakomity, wręcz urodził się do tej roli (co ciekawe kiedyś wyglądał bardziej indyjsko niż obecnie), realizacja poraża rozmachem, pięknem i dbałością o szczegóły, ale film z czasem przynudza. No i tyle, nie mogę powiedzieć więcej - po prostu wybornie nakręcone dzieło o interesującej postaci z rewelacyjną kreacją i niezłą, momentami wlekącą się historią. 6/10

Odpowiedz
Jeśli chodzi o Control to trzeba Corbijnowi oddać, że sceny występów też są nieźle nakręcone. Widać, że to utalentowany autor teledysków. Ale generalnie się zgadzam. Jeśli nie widziałeś to z podobnej tematyki polecam 24 Hour Party People, gdzie Joy Division jest tylko na drugim-trzecim planie. 


Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  ALARM! NADCHODZI KOLEJNY REMAKE! czyli wszystko o remake'ach Mierzwiak 1,244 243,024 14-04-2026, 18:15
Ostatni post: shamar
  Pętla czasowa czyli motyw dnia świstaka w filmach Craven 91 23,793 07-08-2025, 14:13
Ostatni post: shamar
  Prekognicja, czyli oceń film, który zaraz obejrzysz military 77 28,204 04-03-2017, 00:43
Ostatni post: Juby
  Dłuższa piłka, czyli coś dla kino maniaków od kino maniaków wika 3 4,447 02-12-2013, 19:10
Ostatni post: Bucho
  Prawdziwy film, czyli istota kina Bodzio 22 8,743 07-08-2011, 20:23
Ostatni post: MauZ
  Starocie filmowe, czyli trochę klasyki Eorath 44 17,353 20-12-2010, 19:03
Ostatni post: szopman
  Krótka piłka, czyli mini-recenzje military 6,447 721,843 11-04-2009, 16:35
Ostatni post: Negrin
  Parada banału, czyli wpływ formy filmu na odbiór fabuły;) Mental 167 31,160 26-03-2008, 09:55
Ostatni post: D'mooN
  [oddzielony] Krótka piłka, czyli mini-recenzje 0 326 Mniej niż 1 minutę temu
Ostatni post:



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
3 gości