Krótka piłka, czyli mini-recenzje
(11-08-2022, 17:30)shamar napisał(a): Ja to pamiętałem tak, że on
.
A tu oglądam i zonk. Może to było w jeszcze jakimś innym filmie.  




(11-08-2022, 02:34)Bucho napisał(a): Za to OST calkiem spoko:


Był niezły ale lepszy moment przewodni był chyba w "Deadly Prey".

Odnośnie tej ręki to chyba pomieszało ci się z "American cyborg: Steel warrior", gdzie główna postać grał Joe Lara.
ChowYunFat, proud to be a member of Forum KMF Film.org.pl since Sep 2012.

Odpowiedz
Zdarzyło się / L'Evenement (2021)

Kino feministyczne z mocno patriarchalnym podtekstem, które się udało z prostego powodu - zostało osadzone w odpowiednich czasach historycznych, gdzie mi jako widzowi mocno uczulonemu na współczesną propagandę dużo łatwiej uwierzyć w osobistą tragedię głównej bohaterki, a także zrozumieć wątpliwie moralne czyny, których chce dokonać. Bo to nie tylko film traktujący o aborcji, ale też poruszający wątki seksualności bohaterek, samotności i nastrojów społecznych panujących w latach 60. we Francji. Ten film jest też świetnie sfilmowany -momentami czuć desperację bohaterki na własnej skórze dzięki bliskim ujęciom, jest ona wręcz osaczona przez kamerę. Do tego dochodzi kilka naprawdę mocnych scen, przy których chce się odwrócić wzrok. W roli głównej natomiast prześliczna Anamaria Vartolomei, która nie boi się pokazać tego i owego przed kamerą :)

Nie dziwie się, że film ten zdobył Złotego Lwa w Wenecji, a jak się spojrzy na konkurencję to było z kim przegrać. Obok "4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni" najlepszy film tego typu.

8/10
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
(20-08-2022, 20:45)Pelivaron napisał(a): Kino feministyczne z mocno patriarchalnym podtekstem, które się udało z prostego powodu - zostało osadzone w odpowiednich czasach historycznych, gdzie mi jako widzowi mocno uczulonemu na współczesną propagandę dużo łatwiej uwierzyć w osobistą tragedię głównej bohaterki, a także zrozumieć wątpliwie moralne czyny, których chce dokonać.

Samo osadzenie w danych czasach niczego nie zmienia, jeśli narracja i przekaz pozostają współczesne, o formie nie wspominając. Takie Fanny Lye Deliver'd jest osadzone w XVII wieku, ale jest tak durne i zrobione z takim brakiem wyczucia i wiarygodności, że prawie nieoglądalne.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
(20-08-2022, 22:06)Mefisto napisał(a): Samo osadzenie w danych czasach niczego nie zmienia, jeśli narracja i przekaz pozostają współczesne, o formie nie wspominając.

No w tym przypadku wszystko wg mnie gra i buczy - gdyby dokładnie ta sama historia, z tą samą bohaterką zostały osadzone w 2022 roku wówczas mielibyśmy nieoglądalny syf. Tutaj nawet ten patriarchat jakoś nie kłuje po oczach - bardziej winny jest cały system i prawo, aniżeli zły, biały mężczyzna :)

No i Francja lat 60. jest Francją pod względem etnicznym.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
Final Fantasy: A Spirit Within 2001

Zestarzała się ta animacja okrutnie. Już w dniu premiery - choć przełomowa - trąciła komputerem. Na domiar złego jest spora różnica w jakości pomiędzy sekwencjami, a wynika to z faktu, że proces produkcji rozpoczął się w 1996 roku, a potem jakość i możliwości renderingu zmieniały się kosmicznie. Wobec czego wiele scen robiono od nowa, a niektóre po prostu zostały takie, jakie były na początku i np. scena jazdy Quadem wygląda jak animacja z gry. Do tego mo-cap jest zrobiony po łebkach - często widać animowane postaci, które nie poruszają ramionami albo w ogóle dłońmi i czy palcami. oczywiście to detale, ale w całości wpływają na to, jak prezentuje się dana scena i przez te niedopracowania poziom sztuczności wybija poza skalę.

Ale nie powiem - przedsięwzięcie było karkołomne i może ponadczasowe, nie mniej to przyjemny film. Warstwa z Hollywood, czyli voice acting (Donald Sutherland, Alec Baldwin, Steve Buscemi, James Woods) wypadli świetnie, podobnie jak muzyka Goldenthala z finalną piosenką Lary Fabian (mam do niej słabość, bo Lara pięknie wykonała ten kawałek) to topowa robota. Design w filmie i setting też ciekawy - ciut dobajerzony ale we wszystkim widać pomysł. Są też ciekawe patenty, jak chociażby wyjaśnienie dlaczego fantomy są widoczne gołym okiem. Tutaj jest też problem, bo sekwencja ataku na miasto ma najlepszą jakość pod względem montażu, efektów, reżyserii i akcji i jakościowo odstaje (na plus) od całości dość widocznie.

Z reżyserią jest już gorzej: scenariusz tworzy karykaturalne postaci i nie za bardzo jest je jak poprowadzić, przez co animki są tekturowe i przerysowane. Nie było co z tego ugrać. Ale mimo to trafia się kilka perełek, takich jak chociażby zadyma w uciekającym statku czy wspomniana ewakuacja miasta.

I scenariuszowo film jest skopany w trzecim akcie. Aki jest pierwszą duszą, a potem staje się także ostatnią. Nie powiem - przewrotne. Bo wyleciało ze scenariusza to, że Aki jest w ciąży, zaś ósmą dusza jest jej nienarodzone dziecko. Detal, tylko że w chwili gdy Cid mówi "teraz rozumiem" nic nie jest jasne :D ponieważ ten "detal" trzeba doczytać na imdb. przez długi czas tego po prostu nie rozumiałem.

6/10

Przydałby się remejk ze zdolnym reżyserem i równie dobrą obsadą, co ma oryginał.
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”

Odpowiedz
Get Carter (1971)

Londyński hitman Jack Carter podróżuje do Newcastle żeby rozwiązać sprawę tajemniczej śmierci swojego brata. O to w skrócie chodzi w tym filmie, który w Anglii ma status kultowy a poza nią jest mam wrażenie trochę zapomniany. Kino zemsty w stylu lat 70 czyli film może nie jest zbytnio eksplozywny, Caine nie rzuca one linerami a akcja jest dosyć surowa i mało "efektowna" (choć to nie żaden minus) ale intryga jest dosyć ciekawa a sam film jest bardzo fajnie nakręcony i dobrze oddaje klimat panujący w Newcastle na początku lat 70. Podobała mi się też sama postać Cartera bo facet się w tańcu nie pierdzieli i zabija z zimną krwią.
Film trwa 110 minut choć nie zaszkodziło by jakby był o kilka minut krótszy bo jest tu parę scen które w sumie niewiele wnoszą do fabuły.

Podsumowując, solidne kino zemsty w starym stylu z mocną końcówką i fajnym klimatem.

7/10

Odpowiedz
Notre-Dame brûle (2022)

Do bólu bezpieczny film z historii współczesnej, który jest laurką dla ludzi walczących oto, aby katedra Notre-Dame nie uległa całkowitemu zniszczeniu i zawaleniu. Heroiczna walka strażaków wzbudza jakieś tam emocje, ale nie ma tutaj mowy o czymś więcej. Proste jak budowa cepa kino, które w żaden sposób nie zadaje pytań, ani nie zagłębia się w temat tego, jak doszło do pożaru - są tam jakieś pojedyncze obrazki chałtury jaka zaszła na placu budowy, ale nic poza tym. Całość okraszona zdjęciami archiwalnymi i to one są najlepszym elementem tego dziełka. W sumie głównym bohaterem tego filmu jest sama katedra i straż pożarna jako formacja.

Oglądało się to dobrze, więc bezpieczna 6/10 :)

PS pierwszy raz oglądałem film z lektorem w kinie :D
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
Warto wspomnieć, że to najnowszy film Jean-Jacque Annouda. Leży u mnie na dysku juz od jakiegoś czasu, ale recenzje nie nastrajaja pozytywnie, więc pewnie sobie odpuszcze.
Youniverse

Odpowiedz
To prawda, że ten film ma taki styl paradokumentalny, który... trochę wybija z klimatu widza? 
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
Ooo, właśnie - coś mi tak właśnie momentami waliło taniochą i nie wiedziałem, jak to określić. Ma to trochę taki vibe telewizyjnych paradokumentów - przede wszystkim w momentach, jak nie ma akcji pożarniczej.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
Dzień Alexa Proyasa sobie zrobiłem. Do Crow nie wracam na razie, ale obejrzałem jego dwa filmy. W ogóle, to jest facet którego wyciągają z szuflady raz na dekadę i mówią "Hej, nie ma kto nam filmu zrobić, nudzisz się?" I wychodzi że gość się nudzi i idzie kręcić film. Beka, bo w sumie ma ich 5 na krzyż przez 25 lat. Produktywny, nie ma co.

I, Robot 2004r.

Potężna produkcja z Willem Smithem. Ja się nie dziwię, że scenariusz "I, Robot" uznawany jest w holly za jeden z lepszych, bo faktycznie jest rozpisany niczym maestria i w wielu miejscach po prostu można się rozpływać nad tym, jak fabuła jest poprowadzona. Zasadniczo jest to film o buncie maszyn (czyli taki nowszy Terminator) ale pod warstwą sztampowej historii są przemycane ciekawe patenty i wątki poprowadzone są z ogromnym pietyzmem. Smith gra roboto-sceptyka (?), który zostaje wkręcony w intrygę samobójstwa doktorka odpowiedzialnego za zrobotyzowanie świata. Jego przeciwnikiem jest robot Sonny, który nie do końca jest jednoznaczną postacią, przynajmniej na początku. Bohater rozwiązuje zagadkę i ratuje świat. To znaczy, nie on, tylko ten robot Sonny, ale przy wsparciu detektywa i psycholożki od robotyki. Zasadniczo, warstwa fabularna jest bardzo dopieszczona ale to wszystko fasada, bo cały film jest McGuffinem i może stąd te zachwyty i wrażenie, że fabuła jest rozpisana doskonale.

Co my tu mamy? Jeden, wielki McGufin startujący od zabójstwa dokonanego przez Sonnego, do którego został zmuszony przez doktorka (którego to zabija), po to aby detektyw wpadł na pisek sztucznej inteligencji planującej przejąc kontrolę nad światem. Ta AI to Viki. Tylko to w ogóle się kupy nie trzyma, bo Viki chce usunąć detektywa kompletnie bez powodu - w chwili, gdy roboty go atakują (kolejno: w domu, potem na autostradzie a następnie na złomowisku) detektyw nic nie wie o buncie. Nie wie też o tym Sonny, więc cała intryga jest po prostu kompletnie niepotrzebna. Jeszcze lepiej robi się, jak spojrzymy na początek filmu: samobójstwo doktorka jest kompletnie poza polem wiedzy/świadomości Viki, czyli udział Sonnego oraz jego wyjątkowość też, a co za tym idzie VIKI nie powinna usuwać nagrań z pokoju z chwili zdarzenia, bo zwyczajnie byłoby w jej interesie wpakowanie Sonnego, bo tylko on ją może zniszczyć. Teoretycznie mógłby to zrobić Smith, ale diabli wiedzą czy jego sztuczna ręka by to wytrzymała wyjęcie tych nanobotów, które bierze Sonny. I w ten sposób mamy super akcje, które kompletnie nie ma sensu, bo i tak dochodzi do rewolucji, a przerywa ją Sonny, zaś cała intryga detektywa jest kompletnie bez znaczenia.

Od strony technicznej to całkiem przyjemnie jest - Sonny jest wykonany zajebiście, jak wszystkie roboty. Tutaj spece od motoryki i CGI dali z siebie wszystko, bo nawet dzisiaj efekty robią wrażenie (po za sekwencjami z jazdy AUDI... tam jest CGI fest po taniości). Dialogi i humor stonowane ale onelinery sypią się co chwilę i całość ma lekkie zabarwienie humorystyczne. Muzyka i zdjęcia poprawne, akcji od groma i nawet jest kilka scen wgniatających w fotel. To akurat zasługa pomysłu na wykorzystanie mocy tych robotów, zwłaszcza Sonnego. Ale durne to, jeśli pomyśleć o konstrukcji fabularnej. Na pierwszy rzut kompletnie dałem się oszukać i byłem zachwycony, ale jak już sprawę przemyślałem i obejrzałem drugi raz to ten McGuffin aż kłuje w oczy.

7/10 - blockbuster dawnej ery, nie ma to tamto XD

Knowing 2009r.

Tym razem wykopali z szafy Proyasa do filmu o końcu świata. Jest też intryga i znów McGuffin. Nicolas Cage jest świadkiem odkopania kapsuły czasu, która leżała w ziemi 50 lat. Tak się składa, że trafia na listę zdarzeń, które już miały miejsce. Przez przypadek odgaduje, że to jest fizyczna lista z widniejącymi katastrofami z całego świata, a kolejne cyferki to zdarzenia mające dopiero nastąpić. Acha, i nagle okazuje się, że syn bohatera jest w to wmieszany. Koncept zacny, bo początkowo intryga mnie wciągnęła jak bagno - te cyferki i odkrywanie tajemnicy spoko, szanuję za podejście. Ale i tak na końcu się okazało, że alieny przez 50 lat robią podchody i nie ma znaczenia, że wybrali tę młodą co sobie złoty strzał zrobiła, tak jak nie ma znaczenia, że akurat wybrali dzieciaka ojca, który odkrył cyferki. To wszystko jest bez sensu. Fabularnie to leży i nie ma co w ogóle szukać logiki. Film ma duszny klimat, ale jest przefiltrowany do tego stopnia, że w całości wygląda jak CGI fest z tech demka. Są te dwie katastrofy (samolot i metro) widać zacięcie do pokazania skali, ale ponownie jest wrażenie takie, że odhacza się wątki bez wyraźnego sensu. Gdy karty są już na stole, zaczyna się ucieczka, film dostaje fajnego kopa, czuć zagrożenie i nadchodzący koniec - znów, przylatują alieny i wsiadają do samochodu (HAHAHAHAHA) i porywają dwójkę dzieci. WTF?! Na koniec się okazuje, że statek alienów to arka. Najs, podchody z kamykami to mega zabawa.

Tak sobie to oglądam i czuć tutaj miks dwóch solidnych pomysłów, z których żaden nie zdominował i nic nie zagrało. Oglądało się przyjemnie, ale znów - to film nad którym lepiej nie ruszać szarych komórek. Niestety, wizualnie słabuje mocno, muzyka Beltramiego nawet podkręca klimacik ale w ogólnym rozrachunku jest to taki podkręcony film o końcu świata. Podkręcony o bzdurną intrygę. Ten motyw z kapsułą jednak dobry - szkoda że wszystko skręciło w tę stronę, bo potencjał był ogromny a został zmarnowany i rozmieniony na drobne.

5/10
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”

Odpowiedz
The Crying Game (1992)

Pierwsza część dziejąca się w Irlandii posiada pewne znamiona znakomitości. Przyznam, że nawet nie miałbym nic przeciwko gdyby cały film skupiał się na relacji między porywaczem, a ofiarą i tym samym byłaby okazja do pogłębienia dylematu bohatera między przyjaźnią, a rozkazem. Świetna gra Rea (shit, jak tu odmienić jego nazwisko???) i Whitakera, pomiędzy którymi czuć autentyczną sztamę. No, ale gdy film przenosi się na drugą stronę Morza Irlandzkiego, to zmienia się w klimatyczne, acz nie tak już angażujące romansidło. Tak jak ta środkowa część nadal nie schodzi poniżej pewnego poziomu, tak jeszcze gorzej robi się, gdy następuje naciągnięty powrót wątku Richardson (czemu jej gra jest tak przerysowana?) i IRA.

Domyśliłem się słynnego twistu, bo na moje nieszczęście zajrzałem przed seansem na listę nominacji do Oscara. Rzeczywiście, jak na tamte mniej politporawne czasy, to naprawdę bardzo oryginalny i odważny, choć przyznam, że spodziewałem się go nieco później. Oczywiście pochwalić muszę Jaye Davidson, która jako Dil jest tak wiarygodna jak tylko się da. Jestem ciekaw jak potoczyłaby się jej kariera, gdyby dalej zechciałaby być częścią hollywoodzkiej machiny.

7/10

Odpowiedz
Fun Fact, żona Stepena Rea jak i on sam byli mocno związani z IRA - żona zdaje się odpowiada nawet za jakieś morderstwo albo zamach bombowy, więc ten film miał za zadanie bardzo wybielać IRA
http://www.filmweb.pl/user/Corn

"Pierdu-pierdu, siala-lala; Braveheart kosmos rozpierdala" - Bucho


Odpowiedz
Coś usłyszałem o tym i aż mnie zadziwiło, bo aktor i bojowniczka IRA to niecodzienny pairing. Tym bardziej to co piszesz może mieć sens, bo Rea i Neil Jordan są prywatnie kumplami i ten drugi musiał poczuć powinność zrobienia filmu pod żonę przyjaciela.

Odpowiedz
(22-08-2022, 18:52)Debryk napisał(a): Dzień Alexa Proyasa sobie zrobiłem. Do Crow nie wracam na razie, ale obejrzałem jego dwa filmy. W ogóle, to jest facet którego wyciągają z szuflady raz na dekadę i mówią "Hej, nie ma kto nam filmu zrobić, nudzisz się?" I wychodzi że gość się nudzi i idzie kręcić film. Beka, bo w sumie ma ich 5 na krzyż przez 25 lat. Produktywny, nie ma co.

To już wiadomo, kogo miał na myśli Shamar, pisząc w temacie o Petersenie:

(16-08-2022, 22:06)shamar napisał(a): W sumie dużo to tych filmów nie miał.
Oczywiście są tacy co mieli mniej


(22-08-2022, 18:52)Debryk napisał(a): Od strony technicznej to całkiem przyjemnie jest - Sonny jest wykonany zajebiście, jak wszystkie roboty. Tutaj spece od motoryki i CGI dali z siebie wszystko, bo nawet dzisiaj efekty robią wrażenie

Mówisz? No nie wiem - lubię ten film, ale to CGI dla mnie już w roku premiery wyglądało sztucznie.

Odpowiedz
Purple Hearts - zajebisty film prosto z Excela. Można się na nim pośmiać, bo co 2-3 minuty dostarcza potężnego, lewicowego lol contentu z dowolnej check-listy aktywistów. 

Lista podśmiechujek zaczyna się już na początku, kiedy okazuje się że główna bohaterka to feministka (a przy okazji bieda-piosenkarka) wywieszająca na balkonie swojego mieszkanka flagi LGBT i BLM (:)), cierpiąc na tym na cukrzycę bo nie ma wystarczającego ubezpieczenia do spłaty długów oraz zakupu insuliny (Obamacare nie wystarczy). Przedtem dowiadujemy się jednak, że nie lubi gimnazjalnych żartów od stacjonujących w jej mieścinie żołnierzy marines (a topowy joke scenarzysty to "fajna pupa, szkoda że nie mogę jej dotknąć") i w ogóle ma awersję do mężczyzn. Nie przeszkadza jej to jednak w pójściu w deal z jednym ziomkiem, który ma za chwilę wyjechać na misję w Iraku - biorą przed Irakiem ślub dla obopólnych korzyści, ona dostanie ubezpieczenie i opiekę medyczną jak dla rodzin żołnierzy, on z kolei dostanie dodatkowy zasiłek, który będzie przelewał do swojego kumpla któremu wisi 15 tysięcy za kasację samochodu. Tak, dobrze czytacie - laska-feministka aby odbić się od dna prosi o pomoc chłopa ;) Jak to było? "Wolność feministek kończy się przy wniesieniu tapczanu na 4 piętro." ;)

Potem jest coraz ciekawiej - parka wymienia między sobą SMSki, videocalle i listy żeby podkreślić wiarygodność związku (inaczej grozi im proces za fałszywe małżeństwo), a ona w czasie gdy chłop haruje na froncie tworzy piosenki i robi sukcesy z zespołem, a nawet dostaje kontrakt płytowy. Chłop niestety zostaje ranny i wraca do kraju na rehabilitację, a ona w tym czasie jedzie do jego ojca aby o tym poinformować (a myślała że to brata - znalazła jego adres w Google, jak na poczcie lol:))). I nie zgadniecie, stary to oczywiście weteran wojenny, który przykleił sobie na szybie w domu naklejkę z napisem "NRA" :) Aha, zapomniałem o jednym - kilkadziesiąt minut wcześniej jeszcze przed ślubem laska wrzuca chłopowi, że to tacy "people of color" jak ona (latynoska) pracowali na potęgę tego kraju i kraj o nich zapomniał dlatego chce teraz go okraść (nie chłopa, a kraj). Stary okazuje się jedynym rozsądnym człowiekiem w tym filmie (i przy okazji jedynym nieinstagramowym aktorem - fajnie było zobaczyć Lindena Ashby po latach) bo mówi synowi, aby ten się pierdolnął w głowę z tym romansem oferując przy tym podróże na rehabilitacje. Chłop postanawia jednak postawić na swoim i zamieszkuje ze swoją tymczasową żoną, aby się dotarli. Na domiar tego okazuje się, że podczas akcji w Iraku zginął jego kumpel (murzyn), a zrozpaczona i pogrążona w żałobie partnerka (wyglądająca jak brzydka siostra Zendayi) dostaje od latynoski informację że tenże kumpel dał im na ślub obrączki, które były zamówione dla wybranki murzyna. Niewdzięczny k.... ;)

Im dalej w las tym oczywiście więcej absurdów i idiotyzmów - latynoska po uzyskaniu 200 tysięcy odsłuchów na Spotify staje się totalnie niewdzięczna za pomoc w ogarnięciu insuliny (wątek cukrzycy po prostu idzie hen w krzaki) przy pierwszej okazji opieprza chłopa (bo ten nie powiedział, że miał problemy finansowe) i każe mu się wynosić, bo ma koncert i nie chce go widzieć. Pojawia się wątek kumpla-gangusa który sprzedaje prawdę o ślubie parki głównej bohaterów i ci trafiają do sądu - on do wojskowego, ona do cywilnego. Chłop jest kukoldem do kwadratu więc bierze całą winę na siebie i dostaje 6 miesięcy więzienia, a laska zostaje oczyszczona z zarzutów. Hola hola, ale musi być jeszcze happy end. No i jest. W napisach końcowych chłop wychodzi z więzienia i w białej koszuli i białych spodniach idzie z latynoską zjeść truskawki na plaży ;)

Piękny film, z pięknym lewicowym scenariuszem. Zawartość Netflixa w w Netflixie w normie.

0+/10

Plusik za Lindena Ashby.

Aha, motyw wizerunku matki boskiej na szybie w mieszkanku lewicowej aktywistki był uroczy <3
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
Ja pierdołę, przeczytałem to co napisałeś.
Po co Wy się tym katujecie? Przecież to nie jest "The Room" który jest kultowy.

Odpowiedz
Leczę przeziębienie i szukałem czegoś co mnie zmusi do snu ;) Efekt był taki, że zajebistą komedię obejrzałem.
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
36 (2004)

Zawsze uwielbiałem dwa rodzaje filmów sensacyjnych: takie o profesjonalnych przestępcach i takie o brudnych policjantach. Duże było moje szczęście gdy przypomniałem sobie o istnieniu takiego francuskiego filmu, który łączy te dwa wątki i jest to "36" z Gerardem Depardieu, Danielem Auteuil i pałętającą się na drugim planie Ramadą z Hot Shots. W samym filmie chodzi o to że w Paryżu grasuje gang złodziej napadający na furgonetki z forsą (kocham ten motyw), który pozostaje nieuchwytny dla gliniarzy. Odchodzący komisarz informuje byłych ziomków w postaci Depardieu i Auteila że ten któremu uda się złapać gang obejmie jego stanowisko, a oni nie cofną się przed niczym żeby pokonać rywala.

Film trwa 105 minut ale bardzo sprawnie napisany scenariusz sprawia że nie ma miejsca na nude, powiedziałbym nawet że w drugiej połowie trochę za szybko to wszystko leci, tak jakby ktoś w połowie pisania scenariusza skapnął się że trzeba fabułę posunąć do przodu i wyszło to trochę tak dziwnie.

Poza tym mamy tu do czynienia z filmem, który jest dobrze zagrany (szczególnie Obelix daje radę jako szujowaty glina), trzyma mocno w napięciu i ma bardzo fajny, powiedziałbym nawet że dołujący klimat w którym nie ma miejsca na rozluźnienie atmosfery bo gra toczy się o dużą stawkę.
Muszę zacząć chyba oglądać więcej francuskich sensacyjniaków bo pare tygodni temu powtórzyłem sobie fenomenalny "Sleepless Night" a teraz bardzo przypadłomi do gustu "36"

Mocne 8/10

Odpowiedz
Blacklight - nowy akcyjniak z Neesonem. Niestety bardzo słaby akcyjniak biorąc pod uwagę fakt, że Liam starał się tutaj na chwilę odejść od tejkenowego stylu i samej fabuły w schemacie "porwali mi rodzinę". Zamiast poprawiać relację z córką, tym razem chce poprawić relacje z córką i wnuczką. Nie jest agentem specjalnym, tylko agentów specjalnych ratuje z opresji po nieudanych akcjach, działając poza kartoteką FBI dzięki znajomości z szefem biura. Trąci od tego niestety mocną chałturą, która momentami przywodzi na myśl ostatnie produkcje z Willisem. Już pal licho na scenariusz, który od pierwszej minuty krzyczy "SPISEG!!!", ale po prostu reżysersko leży to momentami na dnie, dodatkowo nie ma tu nawet ciekawej sceny akcji, bo te wyglądają jak z tanich seriali i jest w nich zero napięcia. Twórcom w pewnym momencie zamarzył się motyw "home alone z dorosłymi", ale jest on kuriozalny i bezjajeczny.

Omijać z daleka.

2/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  ALARM! NADCHODZI KOLEJNY REMAKE! czyli wszystko o remake'ach Mierzwiak 1,244 243,154 14-04-2026, 18:15
Ostatni post: shamar
  Pętla czasowa czyli motyw dnia świstaka w filmach Craven 91 23,855 07-08-2025, 14:13
Ostatni post: shamar
  Prekognicja, czyli oceń film, który zaraz obejrzysz military 77 28,244 04-03-2017, 00:43
Ostatni post: Juby
  Dłuższa piłka, czyli coś dla kino maniaków od kino maniaków wika 3 4,452 02-12-2013, 19:10
Ostatni post: Bucho
  Prawdziwy film, czyli istota kina Bodzio 22 8,748 07-08-2011, 20:23
Ostatni post: MauZ
  Starocie filmowe, czyli trochę klasyki Eorath 44 17,408 20-12-2010, 19:03
Ostatni post: szopman
  Krótka piłka, czyli mini-recenzje military 6,447 722,527 11-04-2009, 16:35
Ostatni post: Negrin
  Parada banału, czyli wpływ formy filmu na odbiór fabuły;) Mental 167 31,248 26-03-2008, 09:55
Ostatni post: D'mooN
  [oddzielony] Krótka piłka, czyli mini-recenzje 0 326 Mniej niż 1 minutę temu
Ostatni post:



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
4 gości