Krótka piłka, czyli mini-recenzje
Cytat: to wydmuszka
O, właśnie! Tego słowa mi brakowało.
E: spooktober #11, Dom na przeklętym wzgórzu z 59. Fajna ramotka, naciągane 6/10 bo cała scena ze szkieletem zajebista.

Odpowiedz
Po Kręgosłupie diabła powracają hollywoodzkie filmidła.

I Was a Teenage Werewolf - czas na syf z lat 50., puszczany zapewne w MSTK3. Tak jak Quatermassa z tym tytułem zapoznały mnie Horrendalne Horrory z podserii Monstrrrualnej Erudycji. I nawet tam film określano jako bajkę głupią jak but :). I cóż, racja. Bardziej klimatyczny był prześmiewczy komiks z Horrendalnych Horrorów streszczający film niż gotowy produkt.

Film w większości przypomina odcinek tvn-owskiej Szkoły - widzę oczyma wyobraźni, jak lektor opisuje nastoletniego wilkołaka gryzącego uczniaka i nauczycieli próbujących ogarnąć w przebitkach, co się odjaniepawliło.

Oczywiście nastolatków grają trzydziestolatkowie. Charakteryzacja wilkołaka tania i wzbudzająca śmiech. Zaskoczyło mnie, że policja dość szybko bierze doniesienia o wilkołaku na poważnie i nawet robi obławę :). Dobra, sam nie wiem co zrobił, gdyby 30 osób zgłosiło mi, że jakiś licealista zmienił się w jakiegoś sierściucha. Co to jest zaskakujące, to dobre aktorstwo jak na tego typu, zwłaszcza głównego bohatera

Jak czytałem Wikipedię to pomysł, by nastolatek zmieniał się w potwora był szokującą awangardą, a i również zachęcił Walta Disneya do stworzenia Na psa urok :). Ej, inspiracje bywają najróżniejsze. 

3/10

Odpowiedz
Czy to pierwowzór filmu z J. Foxem czy tylko stanowił lekką inspirację?
http://www.filmweb.pl/user/Corn

"Pierdu-pierdu, siala-lala; Braveheart kosmos rozpierdala" - Bucho


Odpowiedz
Zdecydowanie to drugie. W obu genezy wilkołaka diametralnie się różnią.

Odpowiedz
Numer dwunasty to film od Hammera, The Reptile z '66. Do małej wioski przeprowadza się Harry z żoną, bo dostał w spadku domek po nagle zmarłym bracie - okazuje się, że brat nie jest jedynym trupem w ostatnim czasie. Zaskoczyło mnie to, że w pewnym momencie główny bohater zostaje po prostu wyłączony z akcji i wszystko skupia się na jego żonie oraz panu doktorze teologii. Ogółem to przydałby się remake, by odświeżyć i dodać trochę akcji, nawet w stylu Wolfmana z Benicio del Toro, Weavingiem, Hopkinsem i Blunt, bo chociaż klimat jest nieziemski, a historia i postacie bardzo fajne, to jednak reszta leży (na czele z efektami, maska jest fatalna, a te wyłupiaste oczy to już w ogóle, aż szkoda mi się aktorki zrobiło) :) 8/10, a co!
Poniżej tytułowy potwór:

Odpowiedz
Ten sam pan zrobił też dla Hammera w tym samym roku wyśmienitą The Plague of the Zombies.

Odpowiedz
Plaga jest w planie na jutro :)

Odpowiedz
(12-10-2022, 17:39)raven.second napisał(a): Numer dwunasty to film od Hammera, The Reptile z '66. 

Bodaj jedyny horror Hammera, który miał kinową premierę w Polsce (Milion lat przed naszą erą i Zemsty kosmosu nie liczę, bo to inne gatunki). Tomasz Beksiński widział to jako młodzian i film go przeraził. Potem zresztą robił za lektora do tego filmu (i w tej wersji oglądałem go na cda).

A tak w ogóle...

Frankenstein (1994) - oglądałem z połowę jako dziecko, jeszcze przed wersją z 1931 roku (z której wizerunek Monstrum się kojarzyło). Nie pamiętam powodu, ale albo była to pora spania, by iść do szkoły (jebać ranne wstawanie) albo sugestia rodzicielki, że to nie dla mnie. Albo najprawdopodobniej też lekkie rozczarowanko, bo nieco inaczej wyobrażałem (np. Wiktor to wyglądał jak jakiś aktor porno z lat 70., a Potwór za mało potworny). Ale scena ożywiania Mosntrum była w dechę i działająca na wyobraźnię.

Teraz jest okazja, by powtórzyć już w całości. Słyszałem, że opinie dośc letnie, a i Dux w potężnym artykule o Franku krytycznie się wypowiadał... Ale nuż okaże się spoko. Dracula Coppoli do tej pory jest kawałem dobrego kina, a także dla Mumii lata 90. okazały się udane. 

Dość rozbuchany niczym wagnerowska opera, co chwila muzyka wpadająca w klasyków, podniosłe aktorstwo rodem właśnie z teatru - także u statystów (co u mnie uderzyło w prologu na Biegunie) - i kilometrowe dialogi. Także dom rodzinny Victora z początku wygląda jak widoczne matte painting, a panele wyglądają jak wydrukowane (przy okazji czy wielgachne schody wysokie na ok. 10 metrów nie powinny mieć jakiejś poręczy?).

Film się dobrze ogląda. Scenografia, tempo, relacje postaci. Scena ożywiania potwora wciąż zajebista, zwłaszcza oprawa muzyczna. Ale po niej zaczyna się powoli rozłazić się w szwach. W książce to Victor odrzucił potwora, ponieważ nie wyglądał dobrze jak mu się zdawało. A tu potwór niespecjalnie strasznie wygląda, a i Victor nie miał okazji się dobrze przypatrzeć jego licu. A zresztą co myślał se Victor? Że jakiś kolo z czerwonymi szwami będzie wyglądał jak rzeźba Michała Anioła? I późniejsze scena została dziwnie zmontowana. Niby Victor się wzdryga jak potwór schodzi z łańcuchów i człapie w jego stronę (w ogóle nie miał okazji przyjrzeć się swej kreacji), ale zmontowane jakby to był koszmar senny. I gdy potwór
No i De Niro raczej nie przekonuje jako potwór. Cały czas widziałem De Niro w słabującej charakteryzacji (zwłaszcza widać to było na zbliżeniach). Właściwie jakoś jestem zdania, by potwora Frankensteina (w domyśle paskudnie wyglądającego) nie grała jakaś bardzo znana gwiazda - to nie Dracula, żeby szpanować gębą na plakacie. Z kolei Helena Bonham Carter szarżuje jako Elizabeth, za to jako narzeczona wypadła mniej szarżująco i charakteryzacja wyszła super (i scena, gdy dociera do niej czym jest).

Ogólnie sporo tu dobra, choć przydałoby się parę szlifów.

7,5/10

Odpowiedz
(12-10-2022, 18:00)raven.second napisał(a): Plaga jest w planie na jutro :)

Plague of the zombies, 1966. Trzynasty film tegorocznego maratonu i jest to bardzo dobry film - łudząco podobny do The Reptile (część aktorów i lokacji, wnętrz jest identyczna), równie klimatyczny i wciągający, za to z lepszymi efektami i lepszym głównym bohaterem :) pan doktor jest po prostu zajebisty, no co tu dużo mówić. Polecam, 8/10, chcę jeszcze, niesamowicie urokliwy horrorek.

Odpowiedz
Ja Hammera oglądam jutro, a dzisiaj był film o hutniku, jeśli posiłkować się polskim plakatem:
[Obrazek: img494.jpg]

Niewidzialny człowiek (1933) - ostatni nienadrobiony potwór Universala z lat 30. już za mną. Kiedyś w gimnazjum ściągnąłem z emula, ale ostatecznie nie obejrzałem. Książkowy oryginał czytałem w liceum, kiedy miałem zajawkę na Wellsa. Może być zaskoczeniem, że częściej Niewidzialny Człowiek małpuje stylówę od Mumii. Ale w formie niewidzialnej też jest widoczny. I jakie te efekty są oszałamiające. Część to oczywiście przedmioty na żyłkach (jedynie dwa razy je ujrzałem i to za drugim razem), a niewidzialny Griffin to prototyp bluescreena. Ale momentami się zastanawiałem się jak im się udało osiągnąć tak dobre rezultaty, gdy tricki filmowe były w powijakach:
Griffin to niezły chuj, z początku można zrozumieć, że irytują go wścibscy wieśniacy (mógł cholera płacić czynsz). Ale potem decyduje podbić świat, bo czemu nie i robi ze swego współpracownika niewolnika, który ma czyścić syf pod paznokciami (Whale podniósł fajnie kwestię, że są różne symptomy zdradzające niewidzialnego człowieka jak trawione jedzenie). Co prawda przez moment się uspokaja przy swej jęczącej dziewczynie, ale za chwilę znów knuje, by swój specyfik sprzedać armii za grube miliony. Nie można się dziwić Kempowi, że przy pierwszej okazji wzywa policję. Połowa ludzi by tak zrobiła mając na karku niewidocznego psychopatę.

Produkcja ma kilka łyżek dziegciu. Humor trochę czasami miss, I o ile Una O'Connor w Narzeczonej Frankensteina sprawdziła się jako comic relief, tak tu zbytnio szarżuje. No i to kolejna hollywoodzka adaptacja, która wciska nieobecny w książce wątek miłosny z wymyśloną na potrzeby scenariuszu płaską dziewoją - oczywiście jej rola to bycie ładną i zamartwianie. Chyba już wolę stronk woman, bo chociaż coś robi. A taką trzpiotkę wytnij z filmu i nic nie stracisz.

8/10  

Odpowiedz
[Obrazek: 7199102.6.jpg]

Cannonball (1976)

Pewnie kojarzycie te głupkowate komedie w gwiazdorskiej obsadzie "Cannonball Run".
Ten jest starszy i po nim spodziewałem się, że będzie poważniejszy. A ten film nie wie, czym chce być.
Z jednej strony zdarzają się tu naprawdę sensacyjne sceny jak morderstwa. Z drugiej dostajemy kretyńskie postaci, rodem z najgłupszych komedii i niezamierzenie śmieszne, durne wręcz sceny:

I jest tego więcej...

3/10

[Obrazek: 53bde7f4-4cd0-4659-8d1a-04dbec35ddf4.jpg]

Stan & Ollie (2018)

Koniec kariery Flipa i Flapa. Zagrani są (chyba) dobrze. Ale szału nie ma. Sympatyczny film, i tyle.

6/10
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
(13-10-2022, 19:21)OGPUEE napisał(a): Niewidzialny człowiek (1933)

Kurde. Jak ja się pod tym podpisuję. Oglądałem z 5 lat temu, gdy poznawałem klasyczne horrory Universala. Zgadzam się, że efekty potrafią miażdżyć jak na tamte lata, a wątek miłosny psuje frajdę i jest przepchnięty siłą. Naprawdę chciało się by twórcy potraktowali dziewuszkę z jej tatulkiem tą samą gumką co głównego bohatera :)

The Aviator (2004)

Jeśli za biopic bierze się Martin Scorsese to formalnością jest, że wyjdzie coś wyższych (hue, hue...) lotów. Znakomicie się ogląda i podniosło to moje zainteresowanie lotnictwem z niemalże zera do 25%.

Żadna laurka. Scorsese przedstawia Howarda Hughesa jako szalonego marzyciela, który nie cofnie się przed niczym byleby osiągnąć swój cel i lekkomyślnie przepieprzającego hajs na lewo i prawo. No i w sumie - nie da się zaprzeczyć, że taki był w rzeczywistości. Mimo, iż i tak pozwolili sobie na drobny lukier pomijając antysemityzm i biseksualizm Hughesa (to drugie byłoby dzisiaj chętnie przytaczane :)). Plus lwia część filmu poświęcona została niszczącej go fobii, co Marty'emu udało się to tak przedstawić, że autentycznie można czuć dyskomfort z tego co na ekranie.

Dwie fenomenalne kreacje. Oczywiście mówię tu o Leo i pełnej wigoru Cate Blanchett. Przykład kiedy to zamiast żebrania o Oscara w butach prawdziwych ludzi widzę grę aktorską. Jak dla mnie bardziej się za ten film należał Leosiowi rycerzyk, niż za konsumowanie wątroby bizona. Do tego świetnie odwzorowany klimat tamtej beztroskiej Ameryki. Uświadomił mi jaką to wielką stratą dla kina jest fakt, że nigdy nie zobaczymy biopicu o Sinatrze i jego powiązaniach z mafią od Scorsese, tylko jakiś serialik pod dyktando spadkobierców :P

8/10

Odpowiedz
I Scorsese fajnie też pobawił się korekcją barwną nawiązując do systemów barwnych z tych lat. Gdy akcja się dzieje w latach 20. kolory są podobne do tych 2-taśmowego Technicoloru, a potem w latach 30. kolory jak w 3-taśmowym Technicolorze.  

(13-10-2022, 23:51)Kryst_007 napisał(a):  a wątek miłosny psuje frajdę i jest przepchnięty siłą. 
A jest, bo jak mówiłem książkowy Niewidzialny człowiek nie miał postaci kobiecych, nie mówiąc o związkach uczuciowych. I jak zauważyłem każda książka, która składała się z samych mężczyzn (m.in. Wyspa dr Moreau, Jekyll i Hyde, Zaginiony świat) w adaptacji musiała mieć postać kobiecą - tak jakby te wszystkie wojujące feminazistki walczące o parytety już wtedy istniały, mimo że patriarchat był wtedy mocniejszy. Oglądałem niedawno dokument o Sergio Leone i tam było, że przy tworzeniu Za garść dolarów w ramach łamania westernowych schematów uznał m.in. nie będzie postaci kobiecej (niby jest Marisol, ale to rola epizodyczna), za co Leone oskarżono o seksizm. Interesujące jakby nie patrzeć.


Mumia (1959) - rok temu była wersja amerykańska z lat 30., teraz wersja brytyjska z lat 50. A zarazem coś ze stajni Hammer Films, bo tak wypada. Jak układałem listę filmów na październik, to Mumia Hammera miała zapewnione miejsce. I z całego spooktoberu najbardziej wyczekiwany przeze mnie tytuł. Pierwsze - zajebisty plakat. Jak każde dziecko lat 90. miałem książki z serii "Patrzę podziwiam poznaję". I jedna z nich była poświęcona mumiom, gdzie prezentował się m.in. owy plakat. Działał na wyobraźnię:
[Obrazek: MV5BN2M3NzlkZTItYTFmZS00Y2RhLThlYTYtYTk1...@._V1_.jpg]
I kłamał, bo postać kobieca nie krzyczy - i jest to duży plus. I jej rola jest bardziej umotywowana fabularnie - jest żoną Petera Cushinga, więc nie ma głupiego wątku romansowego zabierającego czas ekranowy. A jak się spodziewałem, produkcja jest zajebista. Bardziej się to ogląda jak film o slasherowym, niezniszczalnym mordercy. Żeby wzmóc te podobieństwa to mumia jest niema. Nie będę ukrywał, iż w czasami widać nadgryzienie zębem czasu - można domyśleć, gdzie Lee ma zamek błyskawiczny od kostiumu, a Araba gra Brytyjczyk w samoopalaczu i jak na Hammera jest dość łagodny. I jest bardzo kolorowy, co jest plusem. Zachowali też nieco logiki, bo bandaże Kharisa są zszarzałe od 4 tys. lat i gdy ten dostaje kulą z broni palnej, bo ma poczerniałe, prochowate rany.  

Ciekawe, czy twórcy Jonny’ego Questa inspirowali się tą produkcją przy tworzeniu odcinka "The Curse of Anubis", bo i tu jest powolna mordercza mumia oraz zły wąsaty Arab w fezie. I epicki motyw muzyczny aż bije przygodą i mam wrażenie, że Sommers przy swojej wersji, też parę rzeczy od Hammera podglądnął.

Właściwie jedyny taki mój zarzut to rozwleczona retrospekcja z Kharisem i Ananką. I tu już czepialstwo - napisy zamiast gotyckiej mogłyby mieć bardziej egipski font. A reszta nie wpływa na odbiór filmu.

Dla chcących obczaić filmy Hammer Films to pozycja obowiązkowa.

9/10

Odpowiedz
Jeden z nielicznych "Hammerów" na propsie. O wiele lepiej im wychodziły filmy nie powiązane żadną serią. Być może po prostu wyobrażałem sobie nie wiadomo co, ludzie przehajpowali to dla mnie. Lee i zwłaszcza Cushing a także niektórzy inni twarzowcy jak Ralph Bates zdecydowanie ratują reputację Hammera. Mieli kilka bardzo ciekawych filmów obok Mummi. The Abominable Snowman (raz uznam tu wyższość Hammera nad Toho jako fabryki potworów ale tylko tu i może jeśli chodzi o filmy o Draculi), Devil Rides Out, być może Curse of the Werewolf i podobał mi się ich Sherlock Holmes. Ja sam wybrałem Universal na swój mini-maraton, który kończę jutro i zabiorę się za moje ulubione lata 50.

Odpowiedz
Cytat:Mumia Hammera
Widziałem! Bardzo fajna rzecz, kusi mnie by ruszyć pozostałe filmy z mumią/o mumii, ale jakoś mam opory, czy warto :)

Czternasty film maratonu: Upiorne opowieści po zmroku (2019). Lata sześćdziesiąte, okolice Halloween, banda dzieciaków wpada do domu w którym kiedyś mieszkała morderczyni dzieci którym opowiadała bajki i kradnie jedną z książek, pełną tychże właśnie bajek, czyli taka mieszanka Czy boisz się ciemności, Gęsiej skórki i innych filmowych antologii czy opowieści z dreszczykiem dla tych nieco młodszych widzów. Gdyby to wyszło w latach osiemdziesiątych albo i dziewięćdziesiątych, to byłby ogromny kultowy klasyk, mam wrażenie - jest tutaj bowiem wszystko, co powinno być w takich filmach, ale przefiltrowane przez współczesność. Dawniej wyszedłby z tego kawał świetnego kina, a tak jest tylko dobrze, z kilkoma rewelacyjnymi patentami, od których robi się człowiekowi nieprzyjemnie.
7/10. Dla młodszych dzieciaków na Halloween jak znalazł, te starsze mogą się zadowolić Trick'r'Treat, a dorośli Opowieściami z krypty czy inną antologią :)

Odpowiedz
(14-10-2022, 18:02)raven.second napisał(a): Widziałem! Bardzo fajna rzecz, kusi mnie by ruszyć pozostałe filmy z mumią/o mumii, ale jakoś mam opory, czy warto :)
Na pewno warto zobaczyć Mumię z Karloffem. Potem Universal w latach 40. na bazie popularność nakręcił serię o zupełnie innej mumii (w roli tej Lon Chaney Jr.) i to na jej podst. powstała wersja Hammera. Ale jak znam życie, są kiczowate, odcinające kupony, a monstrum ożywia w nieprawdopodobny sposób jak Jason Voorhees czy inny Michael Myers :).

I jak doczytałem w Wikipedii Mumia Hammera też doczekała się własnej serii, też niezwiązanej fabularnie z pierwszą częścią. I na pewno też kiczowata i szkoda uwagi.

I jeszcze polecam Beetleborgi, gdzie mumia (w polskim dubbingu o głosie Andrzeja Ferenca) jest jednym z potworów pomagającym głównym bohaterom. 


EDIT: Dersu Uzała - robię przerwę w spooktoberze, by z TVP Kulturą* obejrzeć cos bardziej ambitnego. Gdyby był to amerykański film (a na szczęście nie jest), to dzisiaj oskarżono go o kolonializmy i promowanie szlachetnego dzikusa, bo Dersu żyje w symbiozie z naturą, wysławia w stylu Moja umieć strzelać w butelka i nie jest przystosowany do życia w mieście. A i nie reżyseruje tego żaden Gold (o przepraszam, Nanaj).

Mimo, że to lata 70., film wygląda jak nakręcony dekadę wcześniej. Ale za to jak nakręcony. Przepiękne krajobrazy, nawet jeden aż przywodzi dwa słoneczka z Nowej nadziei. Czytałem, że Rosji sprzed rewolucji październikowej była miłość do natury i zachwyt nią, a film to dobrze odzwierciedla. Też nie wygląda to jak coś Kurosawy (przynajmniej te co oglądałem), a prędzej od Tarkowskiego - ten sam snujowaty klimat. Dobrze się ogląda aktorów w rolach głównych i wierzy się w ich rosnącą przyjaźń. Ale najbardziej podobała mi się końcowa część (od pierwszego momentu z tygrysem), gdy Dersu zdaje sprawę, że jest coraz bardziej niedołężny i potem nie jest w stanie odnaleźć się w wielkim mieście. Jak dla mnie zasłużony Oscar za nieanglojęzyczny obraz.

10/10

*Shamar zwrócił uwagę, że cancel culture wobec Rosji w Polsce jest mocny w gębie, bo na Kulturze był też Solaris. Pewnie to kwestia tego, że "ZSRR to nie to samo co Federacja Rosyjska". Na tej zasadzie co Hitler będący dalej jest honorowym obywatelem Szczecina, bo nie ma ciągłości prawnej między aktami wydawanymi przez III Rzeszę i Polskę po 1945 roku :).

Odpowiedz
Fall (2022) - oł men, co za film. 

Krótki zarys fabuły: 2 urocze dziewczyny wyjeżdżają na pustynię Mojave, aby wspiąć się na stary, telewizyjny maszt i tym samym uhonorować zmarłego męża jednej z nich. Po wejściu na kilkusetmetrowy obiekt sprawy się komplikują. Reszta jest spojlerem.

Nie jest to film wybitny, idealny, ale ma w sobie dużo dobra. Z jednej strony rozumiem te liczne, pozytywne opinie bo mamy tu do czynienia z rasowym, ale też pomysłowym survivalem dla miłośników builderowych wspinaczy. Ze scenariuszowej perspektywy, nawet jak na tak mało wymagający temat, trafiono tu wielokrotnie w punkt i bardzo dobrze (poza jednym motywem) rozłożono akcenty. Jest odpowiedni wstęp i podbudowa, są fajne bohaterki (Grace Caroline Currey jest kapitalna, a Ginny Gardner świetnie odgrywa partię szurniętej youtuberki żądnej mocnych wrażeń), rozwinięcie akcji dynamiczne, przedostatni akt zajebisty, a końcówka.... lekko spaprana. Nie mniej całościowo reżyser ugotował dobre danie, bo nie brakuje w tym emocji. 

Z drugiej strony, obraz cierpi na niedostatki budżetowe. O ile ujęcia krajobrazu są spoko i przyczepić się nie można, to do pojedynczych ujęć z kiepskim CGI już tak (zwłaszcza we wstępie i podczas jednej z kluczowych akcji). Podobno aktorki rozgrywały swoją partię na 30-metrowej scenografii, aby lepiej odczuwały strach i lęk wysokości. To się udało, ale niestety też reżyser nie pomógł kręcąc to mocno niepewną ręką. Po prostu fajne rzeczy mieszają się tu z zagrywkami z polsatowskich seriali.

Zdarzają się też pojedyncze momenty WTF, gdzie scenariusz lekko się odkleja poziomem od reszty, ale to drobnostki. No dobra:

Nie wiem też, czy (uwaga, tutaj w uj giga spojler)

.

Ocena? Zaskoczenie totalne, bo nie sądziłem, że film z trochę serialowym visualem jest w stanie przykuć mnie do końcowych napisów. Powinni puszczać to wszystkim julkom w szkołach, niech wiedzą co to rzeczywiście znaczy "strong woman".

Na pytanie, czy jest tu ideolo i takie tam, odpowiadam:

Daję 7/10, i to z takim serduchem. 

[Obrazek: hero-image.fill.size_1248x702.v1660052712.jpg]
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
Spooktober wraca i piętnastym tytułem jest:


Książę Drakula (1970) - ze wszystkich filmów Jesúsa Franco (a nie widziałem żadnego) ten wydawał się najciekawszy. Raz, że Christopher Lee gra Drakulę poza cyklem Hammera (też nie widziałem żadnego) i w innym europejskim kraju. Dwa, film idzie wierniej np. Władek przedstawiony jest jako wąsaty starzec jak u Stokera. Trzy, jakiś film z rumuńskim krwiopijcą w tym miesiącu był obligatoryjny.

Nie wiem co o tym myśleć.

Praktycznie to wygląda jak stereotypowy polski film psychologiczny. Statyczne ujęcia, śladowe ilości muzyki i dialogów, poleganie na plenerach i istniejących lokacjach. Trzeba też nastawić na tradycyjnej południowoeuropejskiej taniochy, jak gumowe nietoperze na sznurkach i pająki w pajęczynach wyglądające jak dekoracje na Halloween czy owczarki niemieckie grające wilki (mogliby chociaż wziąć malamuty). Widziałem w wersji angielskiej (jak czytałem był kręcony domyślnie w tym języku) i dubbing nieanglojęzycznych aktorów dość kiepski - głosowi dublerzy drętwo wypadli.

Nie wiem czy to było w książce, ale gdy Harker, Seward i Morris idą rozwalić skrzynie z ziemią Drakuli, to atakują je... wypchane zwierzęta (dość biednie poruszane przez ekipę filmową). Mimo, że aktorzy dobrze zagrali odczucie trwogi (sam bym się zesrał, gdyby nieżywy obiekt zaczął poruszać i wydawać dźwięki), to nie mogę z tych wypchańców. Plus nie wiem czy to Drakula w ich formie (cóż, można pochwalić Władka za kreatywność), bo tak dziwnie zmontowane.

Rozwaliła mnie gniewna sugestia Harkera, gdy dowiedział że Drakula jest wampirem, czemu nie można go aresztować. Drakula jako hrabia na pewno ma jakieś wtyki i układy, bałwanie!  

Z drugiej strony klimatu nie można temu odmówić. Snujowaty, bo snujowaty ale pasuje. Trochę to przypominało Nosferatu Herzoga (aha, Klaus Kinski tu występuje jako Renfield). Gdyby Franco miałby lepszą reputację, to mógłby być puszczany w szerszej dystrybucji, by krytycy zachwalali i doszukiwali nieistniejącego drugiego dna. Aktorsko jest całkiem OK - Lee jak zwykle klasa, Kinski jako Renfield to strzał w dziesiątkę. Muzyka, choć rzadka, za to jak klimatyczna.

Tak na ten moment ocena waha się między 6 a 7/10

PS. Jakie filmy Franco warto obejrzeć?

Odpowiedz
Na Spooktober powtórzyłem sobie trochę klasyków Universala. Naturalny wybór skoro jak wspomniałem nie pałam szczególną miłością do Hammera. Nie ma jednej definitywnej listy tytułów na które składa się Universal Classic Cycle czy jak tam zwał ale moja konserwatywna lista zawiera 28 filmów. Obejrzałem niemal wszystkie co najmniej raz ale tym razem tylko 12.

Dracula (1931) - Czy wersja hiszpańska jest lepsza? Z technicznego punktu widzenia być może. Poza tym mniejsza cenzura sprawia, że brak tam problemów montażowych.. Nie mniej jednak trzeba przede wszystkim obejrzeć wersję amerykańską. Bela Lugosi i Dwight Frye są znakomici, a Edward Van Sloan jest moim zdaniem dość niedoceniany jako Van Helsing (a na pewno lepszy niż ten z filmu Langelli). Film ma status arcydzieła raczej ze względu na szacunek i wartość historyczną bo mimo wszystko jego wady są dość widoczne.
Powstał na podstawie sztuki teatralnej i tak to wygląda. Może to czasami działać na korzyść filmu, bo te dłuższe momenty absolutnej ciszy (z wyjątkiem trzaskania w tle spowodowanego uszkodzeniami taśmy filmowej) mają swój klimat zwłaszcza, gdy Lugosi znajduje się w centrum zainteresowania kamery. Ogólnie toczę bekę z ludzi, którzy albo przez wstyd lub jakieś dziwne uprzedzenia nie mogą nawet powiedzieć coś miłego o starym filmie bez opatrzenia go łatką w stylu "śmieszna ramotka" ale w tym wypadku takie osoby na pewno uznają ten film za drętwy.
Bo faktycznie w porównaniu z późnymi filmami niemymi tak właśnie wygląda. Ale jest to bodajże pierwszy dźwiękowy horror (czy raczej "film niesamowity" jak się kiedyś mówiło) w którym zjawiska paranormalne są ukazane jako prawdziwe. Może dlatego film był początkowo zakazany w Polsce? W każdym razie później w tym samym roku cenzura została zdjęta.
7/10

Frankenstein (1931) - Tym razem nie mam wątpliwości, że jest to arcydzieło (jakkolwiek ciężko to zdefiniować). James Whale był prawdziwym mistrzem, który dostał fuchę reżysera wtedy pogardzanego kina gatunkowego i zrobił coś wielkiego. Gdy zastąpił poprzedniego reżysera, zwolnił Lugosiego i zatrudnił Borisa Karloffa (o którego uznanie był później zazdrosny na tyle, że kazał mu wciąż powtarzać scenę w której niesie Frankensteina czym trwale uszkodził mu plecy). Whale miał poczucie humoru i często narażał się cenzurze. Właściwie to przez całe dekady film był dość okrojony i dopiero od niedawna mamy właściwie pełną wersję kinową czego nie możemy powiedzieć o Draculi. Niestety film nie jest wolny od ingerencji studia (polecam podwójną biografię Lugosiego i Karloffa Gregory'ego Manka, która jest również książką o powstawaniu tych filmów i jak wyglądała polityka studia) i tak na przykład ostatnia scena nieco osłabia wartość oryginału, ale i tak jest super.
9/10

The Mummy (1932) - Reżyseruje Karl Freund, który pracował jako operator filmowy przy Metropolis Fritza Langa a także filmów niemieckiego ekspresjonizmu jak Golem. Scenarzystą jest John L. Balderston, który był korespondentem obecnym przy otwarciu grobu Tutanchamona w 1922 roku. W głównych rolach Boris Karloff po raz pierwszy reklamowany jako "Karloff the Uncanny" oraz Zita Johann, która faktycznie wierzyła w reinkarnacje i pochodzenie rodem ze starożytnego Egiptu. Niezła ekipa. Film ma pewną nadnaturalną, czy też magnetyczną moc. Szkoda, że jest to raczej remake Draculi. Lepszy technicznie choć trochę nudniejszy. Podarowałem sobie sequele. Nie mają one wiele wspólnego z oryginałem i nie pamiętam czy widziałem je wszystkie, bo prawdę mówiąc cała czwórka jest praktycznie jednakowa.
Tym razem Hammer zrobił to lepiej co przyznam tylko ten raz. Karloff jako Imhotep jest tak świetny jak Lugosi jako Dracula. Jak ktoś ma za mało czasu na oba może śmiało wybrać w ciemno jeden z nich.
7/10

The Invisible Man (1933) - James Whale się nie zatrzymuje. To i King Kong sprawiają, że 1933 był być może najbardziej znaczącym rokiem w dziejach historii efektów specjalnych (chociaż twórcy nie przewidziele istnienia stopklatki i w jednej scenie na ułamek sekundy widać aktora noszącego czarny, jedwabny kostium w który był ubrany zanim go nie wymazano w poście. Claude Rains ma znakomity głos i jego teatralna maniera, której nie był w stanie się pozbyć z powodu braku doświadczenia tylko pomaga. Ponownie powstały cztery sequele każda z innym niewidzialnym człowiekiem, żadna nie była tak dobra i tak zabawna jak pierwowzór.
8.5/10

The Bride of Frankenstein (1935) - Po raz pierwszy pełen soundtrack (Dracula miał tylko Jezioro Łabędzie, Frankenstein kilka minut tematu przewodniego a Mumia połączyła obie te rzeczy). Whale idzie na całość i film jest obrazoburczy i pełen czarnego humoru, pokręconych, dziwnych pomysłów, momentów godnych zapamiętania i  brutalności. Pierwszy Frankenstein miewał słabsze momenty np. zakończenie. Tutaj takich nie ma. No chyba, że przeszkadza nam komicznie wielka dźwignia samozniszczenia, ale tutaj ubaw miał chyba sam reżyser. Colin Clive jako Frankenstein ma mniej momentów, czego powodem mógł być jego stan zdrowia. Był u kresu życia, ale utrzymali go w trzeźwości na tyle by dokończył swoją rolę. Tym razem pomaga mu Doktor Pretorious, który przebija wszystko. Chyba najlepszy szalony, bezbożny naukowiec w historii. Scena stworzenia Narzeczonej jest być może najlepiej nakręconą sceną w całym cyklu pod względem technicznym.
10/10

Son of Frankenstein (1939) - Zwieńczenie trylogii. Jak dla mnie to tu kończy sie historia. Bela Lugosi gra rolę życia jako Ygor (scena przesłuchania to czyste cudo). Znakomici są też Basil Rathbone i Lionel Atwill. Mocno skrócona rola potwora. Można uznać, że jego postać skończyła się w poprzedniej części. Teraz, jak się dowiadujemy, potwór został mocno poturbowany i stał się bezwolną kukłą Ygora zachowującym jedynie szczątkowy intelekt. Był to pierwszy Horror Universala od trzech lat. Początek drugiej fazy. Bardziej komiksowej i awanturniczej. Mimo to, ogląda się świetnie a poszerzona rola Lugosiego (celowy zabieg reżysera by Lugosi, stale wykorzystywany przez studia, mógł więcej zarobić).
9/10

The Wolf Man (1941) - Lon Chaney Jr. był spoko aktorem, ale przeciętnym w rolach potworów. Co brzmi jak herezja, bo głównie właśnie to grał. Jako jedyny był wilkołakiem, potworem Frankensteina, Draculą i mumią ponieważ jego ojciec był jednym z największych aktorów swoich czasów. Niestety został zaszufladkowany. Mimo wszystko Wolf Man to jego najlepsza taka rola, ale jest jeszcze lepszy jako Lawrence Talbot. Krótki i przyjemny film jego prostota wypada jeszcze lepiej w porównaniu z szaleństwami pozostałych filmów dekady.
7.5/10

The Ghost of Frankenstein (1942) - Film z naprawdę fajnym soundtrackiem, który był nawet użyty do serii dokumentów "100 Years of Horror" z Christopherem Lee i skryptem napisanym przez ś.p. Teda Newsona historyka filmu i wieloletniego użytkownika najlepszego forum tematycznego w dziejach internetu.
To tyle z pozytywów. Nienawidzę tego filmu za to, co reprezentuje. Lata 40. skończyły się dla Universala na Wolf Manie. Dobre pomysły się skończyły i rok po roku powstawały kolejne filmy, by jeszcze wycisnąć z tej serii co się da. Aktorsko wypada słabo. Bela Lugosi nie jest już tak charyzmatyczny jako Ygor, Lon Chaney Jr. jest kiepskim zastępstwem Borisa Karloffa.
Ale to czym gardzę najbardziej jest to jak zrujnowano zakończenie poprzedniego filmu. Świetnej, równej trylogii. Ygor ginie, potwór zostaje zniszczony, nazwisko Frankenstein zostaje do pewnego stopnia oczyszczone. Ghost of Frankenstein cofa to wszystko. Ghost of Frankenstein reprezentuje fakt, że te filmy zwykle nie dawały swoim potworom godnego zakończenia. Zawsze trzeba było dorobić chociaż jeden dodatkowy, niepotrzebny sequel. Gdy oglądam którykolwiek film z trylogii Karloffa nie uznaję niczego co wydarzyło się później. I tak nie ma tu wiele atrakcji. Universal też się w porę zorientował i zaczęła się era crossoverów.
4/10

Frankenstein Meets the Wolf-Man (1943) - Początek crossoverów, protoplasta dzielonych universów. Jeden z czterech takich filmów i chyba najlepszy. Tylko tu przynajmniej starano się jakoś połączyć obie części historii ze sobą, chociaż jest to przede wszystkim film o Wolf Manie. Potwór Frankensteina (czy raczej to co z niego zostało po poprzednim filmie i nowym mózgu) jest trochę kukłą, grającą przez Lugosiego. Usunięcie jego kwestii dialogowych tylko pogorszyło sprawę. Końcowa walka nie jest może niczym szczególnym, ale jaki to kawał historii. Od tego się zaczęło.
6/10

House of Frankenstein (1944) - Karloff powraca, tym razem jako naukowiec. Drugi z czterech crossoverów. Niestety Universal nigdy nie potrafił skutecznie łączyć ze sobą różne potwory. Dracula (John Carradine, który nie ma wiele do zagrania) pojawia się i znika, Potwór leży nieprzytomny na stole i wstaję na około 20 sekund na końcu a całe reszta opiera się na Talbocie. Jeśli pogodzimy się z tym, że wiele potworów w jednym filmie to tylko chwyt marketingowy to nie ogląda się tego filmu źle. Komiksowa pulpa pełna zamków, wybuchających urządzeń i potworów zabijających ludzi.
5/10

House of Dracula (1945) - Praktycznie powtórka z rozrywki z pewnymi różnicami. Podobnie jak w poprzednim filmie Tak jak większość filmów z cyklu ten też jest częściowym rebootem i nie należy się przejmować, że martwe postacie wracają do życia bez słowa wyjaśnienia. Po prostu wilkołak pojawia się pewnego dnia w gabinecie lekarskim, ale doktor jest zajęty Draculą. Potwór Frankensteina ponownie leży na stole. Grający go Glenn Strange będzie miał szczęście dopiero za trzecim razem i w filmie Abbott and Costello Meet Frankenstein będzie miał większą rolę. Ogólnie nic specjalnego. Gdy Universal reklamował swoje Dark Universe zapomnieli wspomnieć, że to dzielone uniwersum było oznaką upadku tej serii.
4/10

Creature from the Black Lagoon (1954) - Jedyny film z trzeciej fazy, który postanowiłem obejrzeć. Pominąłem dwa sequele, ale mogę z przyjemnością napisać, że Gill Man jako jeden z nielicznych potworów Universala dostał dobre, definitywne zakończenie na końcu trzeciej części, które nic nie zrujnowało. Legendarny soundtrack, z wyjątkiem wkurzającego motywu, który atakuje nas za każdym razem, gdy pojawia się Gill Man, świetna sceneria, zdjęcia podwodne, niejednoznaczna postać potwora, pierwotny, dziki ale posiadający trochę niewinności potwora Frankensteina.
8/10


[Obrazek: 053be0f652f16a37ff3db078161a8a57--real-m...nsters.jpg]

Odpowiedz
Ucieczka na Górę Czarownic (1975)

Miła ramotka, która się jednak niekorzystnie postarzała. Jak na kino dla całej rodziny to trochę zbyt nudny i ślamazarny. Gdyby nie fakt, że to ekranizacja dziecięcej literatury, to uwierzyłbym, iż pierwotnie miało być ambitne paranormalne fantasy, ale projekt trafił do Disneya i od niechcenia nadali lżejszego tonu całości, by szefostwo nie truło dupy. Brakuje odpowiedniego dreszczyku emocji czy przyzwoitych villainów. Ray Milland i Donald Pleasence to fenomenalni aktorzy, ale co z tego, skoro nie mają nic specjalnego do roboty w scenariuszu poza siedzeniem bohaterom na ogonie. Finałowy pościg to z kolei bieda absolutna. Największy plusik to Eddie Albert, który podobnie jak w "Rzymskich wakacjach" służy za sympatyczne towarzystwo bohaterów w przygodzie.

Efekty niestety też nie najmocniejszą stroną. W ujęciach z unoszonącymi się przedmiotami ślepy dopatrzy się wstawiennictwa linek, z kolei końcowy lot nad górami to dzisiaj wizualna przechujnia. Biorę pod uwagę, że dużo wcześniejsza "Mary Poppins" czy nawet jej podróbka "Bedknobs & Broomsticks" reprezentowały pod względem efektów dużo wyższy fason.

5/10


Powrót z Góry Czarownic (1978)

Sequel zrobiony według starej receptury, czyli wszystkiego więcej - akcji, humoru, efekciarstwa, pamiętnych bohaterów itd. W tym przypadku wychodzi to absolutnie na korzyść. Co ciekawe reżyser ten sam, z kolei scenariusz to już nie adaptacja, tylko oryginalny koncept, z którym trochę pojechali po bandzie swoją drogą, bo do przygód dzieciaków z innego świata dołożyli dodatkowo jakiś mikroprocesor do kontroli umysłu. I tak odczuwalny jest większy konkret i to film wyraźnie lepszy od jedynki.

Przede wszystkim Christopher Lee i Bette Davis. Ci ludzie swą magnetyzującą charyzmą przywłaszczają sobie tą produkcję i owacje dla gościa, który w ogóle wpadł by postawić te oto legendy obok siebie i to w roli diabolicznego dueciku villainów. W porównaniu do Millanda i Pleasence'a ich talenty są fajnie wykorzystane i ze względu na konwencję mam głęboko gdzieś, że wraz ze swoim głupiutkim planem są jakby żywcem wyjęci z kreskówki. Reszta w ich cieniu. Uliczny gang dzieciaków nawet nie wkurwia i zachowuje się... no, jak gang dzieciaków, a Pan taksówkarz całkiem zabawny. Nawet na lepsze efekty (choć wciąż momentami słabują) i kraksy w pościgach Panowie w garniturach nie skąpili hajsu jak poprzednio. Pewnie bardziej zachwycałbym się za czasów, gdy szczałem w majtki, ale i tak miałem nieco lepszy fun, niż przy poprzedniku.

6/10

Jest jeszcze nowsza wersja ze Skałą na pierwszym planie, na którą mam zerową chęć.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  ALARM! NADCHODZI KOLEJNY REMAKE! czyli wszystko o remake'ach Mierzwiak 1,244 242,987 14-04-2026, 18:15
Ostatni post: shamar
  Pętla czasowa czyli motyw dnia świstaka w filmach Craven 91 23,790 07-08-2025, 14:13
Ostatni post: shamar
  Prekognicja, czyli oceń film, który zaraz obejrzysz military 77 28,201 04-03-2017, 00:43
Ostatni post: Juby
  Dłuższa piłka, czyli coś dla kino maniaków od kino maniaków wika 3 4,446 02-12-2013, 19:10
Ostatni post: Bucho
  Prawdziwy film, czyli istota kina Bodzio 22 8,743 07-08-2011, 20:23
Ostatni post: MauZ
  Starocie filmowe, czyli trochę klasyki Eorath 44 17,348 20-12-2010, 19:03
Ostatni post: szopman
  Krótka piłka, czyli mini-recenzje military 6,447 721,744 11-04-2009, 16:35
Ostatni post: Negrin
  Parada banału, czyli wpływ formy filmu na odbiór fabuły;) Mental 167 31,157 26-03-2008, 09:55
Ostatni post: D'mooN
  [oddzielony] Krótka piłka, czyli mini-recenzje 0 324 Mniej niż 1 minutę temu
Ostatni post:



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
4 gości