Krótka piłka, czyli mini-recenzje
Z cyklu: "oglądam kaszany za 1000 dolarów"

Watchers Reborn (1998) czyli "Watchers 4"

[Obrazek: 8128117.3.jpg]

Tanie filmy oceniam inaczej, ma do nich większą pobłażliwość. Bo gniota za 1000 USD można usprawiedliwić, takiego za 100 milionów nie bardzo. Ale i tak są pewne stałe, na które teoretycznie kasa wpływu mieć nie powinna. Reżyseria, scenariusz, zdjęcia. Choć ktoś powie, że tańszy reżyser, scenarzysta, operator będzie gorszy. Ale przecież żaden z nich nie musi być DEBILEM. Bo jak masz UJ a nie budżet to napisz choć dobry skrypt i ładnie sfilmuj. Ale do rzeczy...

Przez jakieś 2/3 to jest nawet zjadliwe. Nie jakieś dobre, ot przeciętny film "prosto na VHS/TV". Dałbym z 5/10. Ale ostatni akt wygląda na totalne odpierdolcie się, kończymy to już i do domu. Scenariuszowe dno, reżyserskie dno a zdjęciowo dennie jak wcześniej ;) Muszę przyznać, że jest tam jeden ciekawy motyw ale koncertowo zjebany. Hamill się męczy ale przynajmniej Wilocox ładnie wygląda. Zmarnowana okazja.

3/10
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
Nie kusi się czasami, aby sięgnąć po jakiś dobry film? :p

Odpowiedz
Nie. Postanowiłem teraz oglądać więcej kaszanów. Bo się nie zawiodę ;)
Kilku tu nie wypisałem a były dosyć kaszaniaste.
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
Szamar, nie zmieniaj sie, NIGDY! :)
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.

Odpowiedz
Po Nocy lepusa maraton wielkanocny zakańczam dwoma ogromnymi flickami o Chrystusie z lat 60., na które od dawna miałem chrapkę:

Król królów (1961) - w sumie można traktować jako nowotestamentowy odpowiednik Dziesięcioro przykazań z 1956 roku. Potężne widowisko z równie gigantyczną muzyką mniej, ten dawny hollywoodzki przepych we wszystkim, zwłaszcza scenografii, kostiumach i ilości statystów, znana i niehermetyczna historia, a także swobodna adaptacja co niektórych wątków, by zadowolić filmowe tropy i oczekiwania widowni, niekoniecznie tej kościółkowej.

Też ciekawy prolog, ponieważ przedstawia tło podbicia Judy przez Rzym i skąd wzięły się nadzieje o Mesjasza (mimo, że Rzymianie z jako takim szacunkiem traktują zwyczaje, a jakiś centurion jest wstrząśnięty rozkazem Heroda rzezi niewiniątek). I Jezusa aż tak w centrum ni ma i film bardziej jest o tym jak jego działalność wpływa na otoczenie. Są tu równowarte chociażby wątki dworu Piłata czy Barabasza jako członka ruchu oporu. Piłat w sumie nie interesuje się rozważaniami teologicznymi, ale w obawie o rewolucję mniej przychylnie traktuje Jezusa i jemu podobnych. Widać też mękę Jezusa jak musi wegetować na pustyni.

Aktorstwo daje to radę. Jeffrey Hunter jako tytułowy bohater jest w klasycznej ikonografii, ale przez srogie spojrzenie prezentuje Jezusa nie tyle dobrodzieja co w zasadzie męża stanu. Jak pisałem, rozmachu nie szczędzili i jest na czym zawiesić oko. Ciekawym zabiegiem było to, że Maryja na początku ma swój firmowy outfit, ale w dorosłym życiu syna nosi się na czarno z czerwonymi akcentami (początkowo brałem to jako oznakę żałoby po Józefie). I aż jestem w szoku Król królów nie był w niczym nominowany do Oscarów, przynajmniej w kategoriach technicznych. I mam wrażenie, że film nieco przykrył się kurzem i mniej się o nim słyszy niż innymi epicami z tego okresu.

Jak ktoś jest fanem tego Hollywoodu z tamtych lat, warto rzucić na to. 

8/10


The Greatest Story Ever Told - mniej epicki, za to bardziej uduchowiony, mniejszy nacisk na kręcenie w studiu i pójście w plener. Ale znaczniej stawia na gwiazdorską obsadę jak w W 80 dni dookoła świata z 1956 roku. I bardziej to artystyczne. Zaczyna się prostą czołówką przypominającą program teatralny / spis treści co będzie w filmie (i nawet muza jak w operze). Fabuła bardziej po bożemu (sic!), choć bierze parę odstępstw od ekranizacji ewangelii. Herod Antypas jest tu głównym złym, Judasz od samego początku ma wątpliwości czy zdradzić Jezusa i widoczniejsza rola Szatana. Piłat bliższy oryginałowi, czyli neutralny w osądzie Jezusa i nawet mu współczujący.

Ten film z Chrystusem zapowiada nowe kino - kręcenie w plenerze, naturalniejsza kamera czy mniejsza teatralność. I w samym wyglądzie jest całkiem ascetyczny. Ale za to jak nakręcony - ŁAŁ! Warto obejrzeć dla freskowych zdjęć. Niektóre wyglądają to jak z obrazów Rembrandta (pomogło kręcenie w plenerze). W ogóle ten film to dla mnie ekwiwalent potężnej mszy świętej, zwłaszcza po seansie przywołały wspomnienia sprzed rok, gdy byłem w wiedeńskiej Katedrze Św. Szczepana podczas Wielkiej Nocy.

Max von Sydow mimo fryzury na Farquaada daje dobrą robotę jako mesjasz, Heston nadal udowadnia swój warsztat (przy okazji mam wrażenie, że robił wprawki przed Planetą małp). Większość cameosów nie poznaję, i niektóre powstały dla samego pochwalenia się obsadą (jak John Wayne w roli centuriona). Przy okazji ciekawe ile dzisiaj osób zorientowanych po prawicy dostałoby sraczki, że czarny gra istotną białą postać :)?

Aktualnie moja czołówka filmów o Jezusie.

9/10

Odpowiedz
To żebyś nie czuł się samotny:

Ewangelia wg św. Mateusza - Pasja Pasoliniego. I spodziewałem się po nim czegoś lepszego, bo film nie jest wyjątkowy w żaden sposób. Ba! To wręcz zaskakujące jak grzeczny i wierny jest źródłom, biorąc pod uwagę antyreligijność reżysera. Dzisiaj twórcy nie mają szacunku nawet do prozaicznych rzeczy pokroju serii czy ikonicznych postaci oraz ekranizacji komiksów, swoje niepowodzenia zrzucając na karb toksycznych fandomów, a kiedyś nawet taki niegrzeczny chłopiec jak PPP potrafił z godnością przenieść na filmową taśmę coś, czemu był generalnie przeciwny. Całość jest jednak mocno nierówna, bo raz mamy fragmenty, gdzie celebruje się moment, a innym razem skaczemy po kolejnych wydarzeniach nie pozwalając im w żaden sposób wybrzmieć. Przykładowo Piłat tu praktycznie nieistnieje, nie odgrywa żadnej roli - to wręcz "cameo". Zdjęcia ładne, ale daje się we znaki zbytnia przyziemność, by nie rzec: teatralność widowiska (brak koloru nie pomaga - pewnie dlatego go potem dodali ręcznie). Niektóre sceny są tak biedne, jak przedszkolne jasełka, a część stoi na granicy parodii, bo jest tak niezgrabna i mocno "budżetowa". Ale (s)twórca przynajmniej nie przynudza, mimo dość długiego metrażu. Szacunek dla PPP, że nie wyszedł ani jednym dialogiem poza cytaty z Pisma Świętego, dzięki czemu wspomniana teatralność nosi znamiona szekspirowskich adaptacji. Z drugiej strony sporo tu też ciszy i opowiadania obrazem, za co też należy się duży plus. Tylko co z tego, skoro nie robi to zupełnie żadnego wrażenia. No i najgorszy aspekt, czyli Jezus, w którym drzemie właściwie jedyna kontrowersja twórczego stylu. W wywiadach PPP przyznawał, iż chciał zrobić jak najbardziej przyziemny film z możliwych, a Syna Bożego pokazać jako zaślepionego fanatyka. Niestety sam dobór aktora był mocno niefortunny, bo ze swoją oślizgłą twarzą i monobrwią jawi się bardziej niż wcielenie szatana, a nie mesjasza. Pozbawiony charyzmy, wdzięku/uroku i jakiejkolwiek wyjątkowości zmiękcza całą historię, bo trudno uwierzyć, żeby szły za nim tłumy, a ludzie widzieli w nim coś, czemu trudno się oprzeć. W dodatku często jest agresywny, bucowaty, krzykliwy i wkurzający, więc finalnie trudno się dziwić, że podkurwił towarzystwo i został sprzedany oraz zabity. No wzruszenie ramion po prostu.

Dam 6/10

PS. Warto obadać wypowiedzi PPP o narodzie wybranym - nagle jego zabójstwo także przestaje dziwić...
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Fateful Findings (2013)

To ten legendarny film, uznawany za godną konkurencję dla "The Room". Powiem tak, oglądanie tego absolutnie ogłupia. Miałem wrażenie, że IQ poleciało mi przez ten seans łeb na szyję i to do liczby ujemnej. Przez połowę filmu nawet miałem ubaw z tego co na ekranie razem z resztą sali kinowej. Niestety dalej to złapałem anhedonię od nędzy tego dzieła i bardziej cierpiałem. Najbardziej mnie rozpierdalał motyw stukania klawiszami na wyłączonych laptopach czy rzucanie w nimi książkami (jakaś głębsza interpretacja, że wypierana literatura bierze odwet na Internetecie? xD). Nie da się tego opisać słowami po prostu.

Neila Breena z Tommym Wiseau łączy nie tyle kompletny brak grama jakiekolwiek talentu. Obydwaj lubią pokazywać przed kamerą własne rowki bez najmniejszego wpływu na "fabułę" :P

1/10

Odpowiedz
The Legend of Ochi

WIELKIE rozczarowanie, kurde. Wizualnie petarda, stworki, klimat, scenografie, JEBANY LAS i generalnie ten film stoi obrazem. Ale niestety nie oferuje zupełnie nic więcej. Historia jest tak miałka, tak mało angażująca i pozbawiona jakichkolwiek emocji, że byłem w szoku. Wszak mówimy, gdzie główna bohaterka musi uratować małego stworka, który wygląda, jak połączenie Baby Yody i jakimś lemurem. No własnie ta Helena Zengel w roli głównej totalnie nie pasuje do tej roli, jest zbyt creepy. Oglądając ją miałem wrażenie, jakbym oglądał dziewczynkę z niemieckiego dramatu "Błąd systemu", która jest pełna agresji i spierdala przed opieką społeczną. Jak sprawdziłem okazało się, że to właśnie ona. Strasznie niepokojąco wygląda. Dafoe w śmiesznej zbroi na autopilocie.

Generalnie dla widoczków można iść do kina. Fabuła nudna i mało angażująca. Max 5/10.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
Zengel, Zegler - nie ma przypadków, są tylko znaki.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
As Bestas/The Beasts/Bestie (drobne spoilery)

Pozytywne zaskoczenie. Monsieur LaPadite (chyba jeszcze bardziej spasiony niż u Astera) wraz z połowicą osiadł w słonecznej Galicji, gdzie utrzymuje się z ziemskich plonów. Sednem opowieści staje się jego konflikt z sąsiadami, dwoma wkurzającymi, rolniczymi wieśniakami, którym od początku życzy się wylądowania pod kołami kombajnu. Napięcie między zwaśnionymi stronami rośnie, klimat gęstnieje, wsiury pozwalają sobie na coraz więcej, a gdzieś tam z góry na wszystko spogląda Peckinpah ze swoją sforą, wtem:...
[obszar spoilerowy]
... dostajemy w łeb mocnym finałem. Zaskoczenie wynika z matematyki: to nie koniec filmu, jeno drugiego aktu. W ostatnich 40 minutach porzucamy (pozornie) gęste opary zagrożenia i następuje coś w rodzaju wyciszenia (również pozornego, bo pod skórą kipi od determinacji). Obcujemy z czymś głębszym i bogatszym treściowo, niż prosta historia o sąsiedzkich niesnaskach. Nie każdemu spodoba się ten skręt w stronę dramatu psychologicznego, więc polecam z zastrzeżeniem: nie nastawiajcie się na hiszpańskie Nędzne Psy. Owszem, jest tu sporo punktów wspólnych (eskalacja wrogości przestawiona równie sugestywnie), niemniej z czasem reżyser uderza w inne tony niż krwawy Sam, a z gatunkowej fikołka wychodzi z gracją. Dobre to było.

Odpowiedz
(25-04-2025, 13:23)Norton napisał(a): z połowicą osiadł w słonecznej Galicji
O którą Galicję chodzi? Bo ta obecnie polsko-ukraińska nie jest słoneczna, a ta hiszpańska to najbardziej deszczowy region kraju :P

Odpowiedz
Kompletnie nieznany - kolejny film o muzyku w wykonaniu reżysera "Walk The Line" - brzmiało zachęcająco. Ale główny bohater nie wypada tu jakoś szczególnie ciekawie, a historii brakuje jakiegoś konkretnego sedna - cały główny problem nie wydaje się nawet jakoś specjalnie zarysowany, ot pod koniec Dylan nagle chce grać inaczej niż do tej pory, organizatorzy imprezy mają z tym problem, publiczność niby trochę też, ale w sumie nie tak trudno ją udobruchać. Do tego wątki romansowe, które koło tych z Walk The Line nawet nie stały a jednocześnie są trochę podobne. Trudno powiedzieć, może po prostu to nie był aż tak ciekawy materiał na film, oglądało się dobrze, ale miałem ciągłe poczucie że brak tu kręgosłupa i w sumie nie bardzo wiem o czym to miało być - po "walk The Line" miałem wrażenie, że poznałem Johnny;ego Casha, tutaj nie wydaje mi się, żebym się wiele o Dylanie dowiedział.
Ponoć Chalamet zaśpiewał wszystkie piosenki - za to duży plus, bo wypadły świetnie, soundtrack chętnie postawię na półce.

No i wielka szkoda, że z tym samym reżyserem Johnny'ego Casha nie zagrał ponownie Phoenix (choć Holbrook wypadł w tej roli całkiem ok).

Ogólnie tak z 7/10, nadrabiają sporo plusy nie-fabularne.

Odpowiedz
Gdzieś słyszałem, że to był taki zabieg, żeby po seansie nie dowiedzieć się za wiele o samym Dylanie, żeby przemawiała za niego jego muzyka, i być taki właśnie "a complete unknown".

Wysłane z mojego CPH2481 przy użyciu Tapatalka
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.

Odpowiedz
No to nie przemawia do mnie ten zabieg.

Odpowiedz
Conclave - no nie jest to poważny film, chociaż nakręcony, aby za takowy uchodzić. Zaskoczyła mnie prostota, czy nawet prostactwo fabuły i linie podziału narysowane tak grubą kreską, jakby autor powieści nie wykonał żadnego researchu w temacie, tylko napisał całość na podstawie nagłówków prasowych. Po Konklawe i Dwóch papieżach można pomyśleć, że w Watykanie nie dzieje się nic innego tylko trwa zażarty konflikt między zwolennikami uśmiechniętego, tolerancyjnego katolicyzmu spod znaku permisywizmu moralnego oraz fundamentalistami, którzy tylko marzą o tym, aby od jutra przywrócić msze po łacinie, kamieniować gejów i jakby się dało, to ruszyć na jakąś krucjatę. Liczyłem na trochę więcej subtelności, albo przynajmniej bardziej sensowne złożenie kilku motywów w całość, bo gdyby je trochę pogłębić i oprzeć cały film na którymś z nich (szantaż murzyna kochanką z przeszłości, zamachy bombowe, zwolnienie jednego z kardynałów tuż przed śmiercią papieża, czy końcowy zwrot akcji związany z chorobą nowo wybranego papy), to mogłoby się to udać, a tak to mamy rzucany kolejny wątek na zasadzie "coś mocnego się musi dziać". Niesamowite, że Oscar wpadł akurat za scenariusz - gdzie te czasy, gdy ta statuetka była gwarancją naprawdę niezłej historii?
Jasne, że ładnie to nakręcone, ale czego innego można się było spodziewać: żaden producent nie dałby złamanego grosza na taki projekt bez zapewnienia, że pokażemy piękne widoczki z Watykanu. Aktorstwo: Fiennes jak to on, gra bardzo dobrze, ale nawet nominacja oscarowa to pewna przesada, zresztą podobnie jak u Rossellini, która również gra bez zarzutu, jednak nominację to bardziej dostała za nazwisko i z chęci wyróżnienia jej pod koniec kariery. Cała reszta postaci sprawia wrażenie NPC z jakiegoś RPG, bo oni właściwie tylko dostarczają informacji i wydarzeń na które główny bohater musi reagować.
Dopiero po seansie spojrzałem kim jest reżyser Edward Berger i wiele się wyjaśniło, bo to reżyser okrutnie wg mnie przecenianego Na zachodzie bez zmian, gdzie schemat był ten sam, czyli, że przykrywamy wszelkie płycizny fabularne dostojeństwem tematu i ślicznymi zdjęciami, a krytycy się dają na to nabrać. Niniejszym pan Berger trafia na listę reżyserów, których zwyczajnie nie lubię.
5/10

Odpowiedz
To jeden z tych momentów, które się często zdarzają na tym forum. 90% to zarzuty że chujowo, a na końcu 5/10 :D
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...

Odpowiedz
Bo film jest niezły i nawet jakąś przyjemność w oglądaniu dostarczył, a oceny od 1 do 4/10 rezerwuję jednak dla takich, które mnie męczą, irytują, są niechlujnie zrobione, kiepsko zagrane i się dłużą, a w przypadku Konklawe tak nie jest.

Odpowiedz
(30-04-2025, 11:02)Dr Strangelove napisał(a): To jeden z tych momentów, które się często zdarzają na tym forum. 90% to zarzuty że chujowo, a na końcu 5/10 :D

Ale przecież można mieć w chuj zarzutów do danego filmu i nie dawać mu jedynki czy dwójki od razu. Są gnioty których nie ratuje nic, ale są też filmy gdzieś pośrodku.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
No jakbym napisał taką reckę to by było maks 3/10.
5/10 to dla mnie taki neutralny przeciętniaczek, ale rzecz jasna oceniajcie sobie jak chcecie.
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...

Odpowiedz
Inna sprawa że są też firmy, do których można mieć mega dużo zarzutów, ale jakim cudem ogląda sie mimo wszystko dobrze i takiemu filmowi jest ciężko wystawić z slabą ocenę. I tutaj dobrym przykładem w moim przypadku są filmy Nolana.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  ALARM! NADCHODZI KOLEJNY REMAKE! czyli wszystko o remake'ach Mierzwiak 1,244 243,010 14-04-2026, 18:15
Ostatni post: shamar
  Pętla czasowa czyli motyw dnia świstaka w filmach Craven 91 23,790 07-08-2025, 14:13
Ostatni post: shamar
  Prekognicja, czyli oceń film, który zaraz obejrzysz military 77 28,201 04-03-2017, 00:43
Ostatni post: Juby
  Dłuższa piłka, czyli coś dla kino maniaków od kino maniaków wika 3 4,447 02-12-2013, 19:10
Ostatni post: Bucho
  Prawdziwy film, czyli istota kina Bodzio 22 8,743 07-08-2011, 20:23
Ostatni post: MauZ
  Starocie filmowe, czyli trochę klasyki Eorath 44 17,350 20-12-2010, 19:03
Ostatni post: szopman
  Krótka piłka, czyli mini-recenzje military 6,447 721,802 11-04-2009, 16:35
Ostatni post: Negrin
  Parada banału, czyli wpływ formy filmu na odbiór fabuły;) Mental 167 31,159 26-03-2008, 09:55
Ostatni post: D'mooN
  [oddzielony] Krótka piłka, czyli mini-recenzje 0 326 Mniej niż 1 minutę temu
Ostatni post:



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
3 gości