.
Liczba postów: 27,499
Liczba wątków: 60
Czekałem tylko na taki komentarz :P
Być może to dobry przykład na subiektywność ocen, bo ja zawsze będę wyżej cenił komedię na której się świetnie bawię od smutaśnego filmu o chorych ludziach - a to z tego powodu, że uważam, że o wiele trudniej zrobić fajną komedie niż dramat szpitalny.
25-11-2025, 14:23
Miss Avatara 2016
Liczba postów: 18,182
Liczba wątków: 5
The Awakenings to sentymentalna buła, porządna, ale nic więcej. 6/10 to i tak o jeden punkcik za dużo :)
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...
25-11-2025, 14:41
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-11-2025, 14:42 przez Dr Strangelove.)
Dużo pisze
Liczba postów: 610
Liczba wątków: 0
(25-11-2025, 11:01)simek napisał(a): Desperately Seeking Susan - muszę przyznać, że punkt wyjścia jest dosyć karkołomny i głupi :P Ale z każdą minutą coraz bardziej się do filmu przekonywałem: komediowo-teledyskowa energia, ejtisowy klimat i muzyka mnie w pełni kupiły, do tego świetne role Arquette i Madonny (co mnie zaskoczyło, bo kojarzyłem ją tylko z dosyć marną rolą z Bonda). Jest to głupiutki film, ale cóż poradzę, że mi się zajebiście podobał i co chwila brechtałem z zadowoleniem? 8/10
Miły film, tak samo miło wspominam Who's that girl?, również z Madonną. Z tym, że oglądałem je dawno temu i właściwie ich nie pamiętam poza ogólnym wrażeniem. Chociaż to drugie dzieło ma na IMDB 4,9/10, więc możliwe, że zrewidowałbym swoją ocenę. Z tych madonnowych widziałem jeszcze Dicka Traciego i pamiętam, że wynudziłem się, fajna była jedynie strona wizualna i Pacino rzucający cytatami. Szkoda, że w tym ostatnim nie zagrał Nicholson, bo miał zawsze u mnie fory.
25-11-2025, 19:51
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-11-2025, 19:52 przez samuuel.)
Dużo pisze
Liczba postów: 739
Liczba wątków: 3
Playdate (2025) - Aha, więc również "buddy comedy" Hollywood nie umie już kręcić.
Naprawdę nie wierzyłem w to, co oglądam. Czemu ostatnio komedie niby osadzone w realnym świecie są tak przerysowane? W tym filmie wszyscy zachowywali się... dziwnie. Na czele z soccer mamami, oferującymi Kevinowi Jamesowi kokainę w czasie pilnowania dzieci w parku, a potem uczestniczącymi w samochodowym pościgu. Natomiast serialowy Jack Reacher zachowywał się dosłownie jak postać z kreskówki. Ja pierdole, jak to irytowało człowieka!
Kevina Jamesa lubię i mam do niego słabość, mimo że jego komedie z reguły mnie nie śmieszyły, poza Diabli Nadali, Zookeeperem i Hitchem. Ale tutaj wygląda fatalnie. Gruby jak nigdy, zmęczony, grający bardziej od niechcenia, jakby głównym motywatorem były jakieś długi do spłacenia. Zero chemii z Reacherem.
Do tego wisienka na torcie, czyli końcowy plot twist z dzieciakiem. Wzięty choćby z filmu s-f. Wymęczyłem się przeokrutnie i autentycznie nie jestem w stanie wymienić żadnego plusa tej gównoprodukcji. Dlatego daję 0/10
28-11-2025, 01:49
CGI Paul Walker
Liczba postów: 22,196
Liczba wątków: 29
The Ninth Gate (1999) Dziewiąte Wrota
Wiele razy widziałem fragmenty tego filmu na TV ale nigdy nie chciało mi się obejrzeć całego, zalatywało mi jakąś taką tandetą. Ale w końcu postanowiłem to skończyć. I przeczucie miałem dobre. Ten film jest jak wyrwany z jakichś lat 60 w swojej niedorzeczności (którą ktoś może nazwie umownością). Tu będą SPOILERY więc...
Zacznijmy od tego jak niedorzecznie zachowuje się sama postać Deppa*, rzekomego profesjonalisty.
No masz, kurva, książkę wartą milion więc wozisz ją ze sobą wszędzie, zawiniętą w szmatę, wrzuconą do szmatławej torby. Przeglądasz ją łapskami, przy każdej okazji, palisz nad nią fajki a nawet pijesz wino. Jeszcze brakowało, żeby żarł coś tłustego.
-----------------------------
* choć nie on jedyny bo jeszcze są "cyfrowi bliźniacy"**, gdzie jeden wprost ZAKIEPOWAŁ książkę (choć tylko okładkę).
** często trafiałem na ten fragment z nimi w TV i ZAWSZE wydawały mi się te ujęcia jakieś sztuczne. No i wreszcie potwierdziło się.
--------------------------------
Inna sprawa, że typ, w ogóle, zachowuje się jakby miał wyjebane na wszystko. Zabili kogoś? A chuj tam. Zabili kogoś znowu? "No to spierdolę na widoku świadków. W końcu nikt nie będzie mnie ścigał."
Postać przymulonej Seigner (czy jak to się tam pisze) też całkowicie NIEDORZECZNA i wstawiona jakby z innej bajki. Albo inaczej, sama postać byłaby spoko, gdyby ujawnili jej tożsamość NA SAMYM KOŃCU filmu. Po chuj było robić to wcześniej i to w tak TANDETNY sposób?
Ogólnie przeciętniak nietrzymający żadnego napięcia (o co aż się prosiło). W rękach bardzo dobrego reżysera (SIC!) wyszłoby na pewno lepiej.
5/10
EDYTA... o kurva, ja jednak widziałem ten film. 11 lat temu. I wtedy wystawiłem mu taką właśnie ocenę.
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
29-11-2025, 14:48
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-11-2025, 14:52 przez shamar.)
Miszczu AVTAKa 2014/18/22
Liczba postów: 30,124
Liczba wątków: 67
Tylko co mają do tego lata 60?
29-11-2025, 16:17
Sympatyczny forumowicz :)
Liczba postów: 4,103
Liczba wątków: 5
(29-11-2025, 16:17)Mefisto napisał(a): Tylko co mają do tego lata 60?
Dziecko Rosemary ;)
29-11-2025, 17:41
Miszczu AVTAKa 2014/18/22
Liczba postów: 30,124
Liczba wątków: 67
Co z nim?
29-11-2025, 18:13
Sympatyczny forumowicz :)
Liczba postów: 4,103
Liczba wątków: 5
Jest z 1968 roku.
..to film z mojej "kupki wstydu', jeszcze go nie widziałem. Ale czytałem gdzieś opinie że Polański w "Dziewiątych wrotach" wrócił do tematyki/stylu "Dziecka Rosemary".
29-11-2025, 18:17
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-11-2025, 18:18 przez Rozgdz.)
Stały bywalec
Liczba postów: 18,467
Liczba wątków: 148
![[Obrazek: MV5BOTJmYjhmMmQtZTNjYy00OTgxLWJmOTUtZTI4...@._V1_.jpg]](https://m.media-amazon.com/images/M/MV5BOTJmYjhmMmQtZTNjYy00OTgxLWJmOTUtZTI4YmRhNTllN2VhXkEyXkFqcGc@._V1_.jpg)
Moskwa nad rzeką Hudson / Moscow on the Hudson, reż. Paul Mazursky (1984)
Bardzo fajny film - z jednej strony pełen nostalgii, ale z drugiej boleśnie szczery i obalający mit amerykańskiego snu. Robin Williams genialny, aczkolwiek nieco bardziej stonowany, pozbawiony aż takiej energii, jak na późniejszym etapie kariery. W tej roli jednak sprawdza się perfekcyjnie - bez przerysowania, bez komediowej ekspresji i potrzeby ożywiania każdej sceny. Czuć w tej postaci ciężar emocjonalny i to tłamszenie jednostki przez system, a później trudy procesu asymilacji w nowym miejscu i godzenia się z pierwotną naiwnością.
Pierwsza część, kiedy postać Robina jest jeszcze w ZSRR i przybywa do USA, była dla mnie lepsza, później tempo nieco spadło, było bardziej melancholijnie i nawet bym powiedział smutno, własnie z tego powodu trudnego procesu asymilacji głównego bohatera. Zresztą jest świetna scena, jak bohater uświadamia sobie, że USA wcale nie jest takie super i w swojej ojczyźnie to on chociaż wiedział, kto jest zły i na kogo trzeba uważać.
Film Mazursky'ego ma też bardzo fajny wątek romantyczny, któremu daleko do hollywoodzkich wyidealizowanych związków - żadnych romantycznego pierdololo, po prostu dwójka dorosłych ludzi, którzy w wchodzą ze sobą w relację, bardoz naturalna i autentyczna. Maria Conchita Alonso jest przurocza i stanowi fajną przeciwwagę dla postaci Robina.
Generalnie mega uroczy film, który nie jest żadną naiwną sztampą o amerykańskim śnie, do tego Robin Williams rzuci czasami jakimś słodko-gorzkim dowcipem. Jasne, ma przy tym pewne problemy z temptem, ale ogląda się to naprawdę dobrze. Mocne 7/10.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
29-11-2025, 20:11
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-11-2025, 20:12 przez Pelivaron.)
Miss Avatara 2016
Liczba postów: 18,182
Liczba wątków: 5
Bradley Cooper byłby idealny w jakimś biopicu Williamsa pod Oscary :D
A film faktycznie bardzo fajny. Ja bym nawet dał ósemkę.
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...
29-11-2025, 20:24
Stały bywalec
Liczba postów: 18,467
Liczba wątków: 148
Faktycznie ma coś z młodego Robina, ale Bradley to teraz zabotoksowany chodzi. Morda spuchnięta jak u sikorskiego.
Robin Williams natomiast ma wtym filmie jedną stylówkę chada. Jak nosi czarne okulary i jest kierowcą limuzyny, nie poznałbym go:
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
29-11-2025, 21:06
CGI Paul Walker
Liczba postów: 22,196
Liczba wątków: 29
(29-11-2025, 16:17)Mefisto napisał(a): Tylko co mają do tego lata 60?
Bo mi sie kojarzą z naciąganymi filmami. Choc pewnie znajdą sie i pozniej.
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
29-11-2025, 22:47
Stały bywalec
Liczba postów: 18,467
Liczba wątków: 148
Sny o pociągach / Train Dreams, reż. Clint Bentley, 2025
Nie lubię jak ktoś mówi albo pisze teksty w stylu "najlepszy film reżysera X (w tym przypadku Terrence'a Malicka), którego nie nakręcił reżyser X (w tym przypadku Terrence'a Malicka)", jednak w tym przypadku muszę się z tym zgodzić. Problem jednak jest taki, że sam Terrence Malick nie nakręcił tak dobrego filmu, jak Clint Bentley od czasów "Cienkiej czerwonej linii".
Nie jestem fanem kinowej poetyki, ale ten film mnie zahipnotyzował, jest cholernie przystępny, jak na poruszany temat - po prostu leniwe życie sobie płynie, nie ma konfliktów, ale są ludzkie dramaty, jest Joel Edgerton w roli życia godnej Oscara, a finałowa scena jest spektakularna.
Myślę, że to film, który może być czarnym koniem Oscarów. Oczywiście nie będzie to żaden gracz w najważniejszych kategoriach, ale nominacje jak najbardziej dostać może. Scenariusz adaptowany, może aktor, może film, może drugi plan dla Williama H. Macy'ego... Bo jeśli chodz o zdjęcia (Adolpho Veloso, trzeba zapamiętać to nazwisko, bo to nowy Lubezki), muzykę (Bryce Dessner, chłopie, na ten moment nie ma lepszej ścieżki oryginalnej w tym roku) i piosenkę, to nienominowanie "Snów o pociągach" będzie zbrodnią przeciwko ludzkości.
To jest film typu snuj, więc pewnie spotka się z mieszanymi opiniami na forum (sam jestem zaskoczony, że tak mi podszedł, ale najwidoczniej miałem odpowiedni mood na to), a shamar da 3/10 albo mniej bo w tym filmie nic się nie dzieje, ale mimo wszystko polecam.
Nick Cave musi dostać Oscara, ale pewnie wygra jakaś Shakira albo inne gówno.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
30-11-2025, 00:31
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-11-2025, 00:38 przez Pelivaron.)
Stały bywalec
Liczba postów: 3,000
Liczba wątków: 8
Queer (2024)
Lubię twórczość Lucę Guadagnino, choć nie każdy jego film mi się podoba, niektóre mnie nudzą, i podobnie jest z adaptacją powieści Burroughsa, której nie czytałem, ale cały film miałem w głowie myśl, mimo tego, że szczególne ostatni akt, gdy wchodzą narkotyczne wizje, majaki i to są ciekawie zrealizowane sekwencje, mają klimat, więc ma dobre momenty Guadagnino, np też scena na początku z Craigiem idącym ulicą w slow motion i kawałkiem Nirvany, że to byłby dużo lepszy film gdyby zrobił go świętej pamięci Lynch albo Refn, czy David Cronenberg lub jego syn w formie , a tak zostaną mi w pamięci głównie te dobre krótkie fragmenty, świetna muzyka Reznora i Rossa, oraz poświęcenie dla roli Daniela Craiga. No i ktora to już ostatnio rola w której gra geja? Detektyw, którego gra w serii Riana Johnsona też należy do społeczności LGBT, a złol grany przez Bardema w Skyfall się do 007 przystawiał. Daniel się bardzo stara by odciąć się od Jamesa Bonda, trochę tak na siłę, ale wiemy, że Craig to nie tylko Bond i potrafi zagrać też coś innego, że to dobry aktor. Ocena: 4/10.
After the Hunt (2025)
Ogólnie to jest lepszy film Guadagnino od poprzedniego, nie nudziłem się jak przez większość Queer, ale jednocześnie to pewnie za kilka m-cy będę pamiętał niektóre najbardziej porąbane sceny z filmu z Craigiem, wyglądające jak z filmów Refna, Lyncha, a z Po polowaniu nie będę pamiętał żadnej sceny. Doceniam dobre role Julii Roberts, Andrew Garfielda, Ayo Edebiri, tylko problem jest taki, że nie polubiłem żadnego z bohaterów. Jedyną postacią, którą polubiłem to mąż Almy, czyli Frederick grany przez Michaela Stuhlbarga. Znowu dobra muzyka Reznora i Rossa. Reżysersko to też znowu porządna robota jak to zawsze u Guadagnino, nawet w słabszych filmach, więc nie nudziłem się, ale całościowo to jest średnia produkcja próbująca być czymś na kształt historii takiej jaką dostaliśmy w genialnym Tar z Blanchett, czyli trochę komentarz na temat me too, cancel culture i politycznej poprawności z hołdem dla twórczości Woody Allena (np napisy początkowe wyglądają jak z filmów Allena). Ocena: 5/10.
Ballad of a Small Player (2025)
Coś tak czuję, że jakbym obejrzał drugi raz Na zachodzie bez zmian Edwarda Bergera to bym już nie miał tak pozytywnej opinii jak za premiery, bo kolejny jego film, czyli Konklawe już tak nie przypadł mi do gustu, było to porządnie zrobione rzemiosło trzymające się na roli Ralpha Fiennesa, ale nic specjalnego. Ballada o drobnym karciarzu to produkcja, w której twórca bawi się formą, trochę oglądalo mi się jakby to był film fana Baza Luhrmanna, czyli dużo kolorów, wizualnie jest pstrokaty, ale wynudziłem się, bo nic w tej historii nie interesuje mnie. Jedynie dla kogo warto obejrzeć to dla Colina Farrella, który od kilku lat ma dobrą passę. Nawet jeśli film nie dowozi to on daje radę w każdej roli.
Zaczęło się chyba od Zabicia świętego jelenia Lantimosa i Dżentelmenów Ritchiego, a potem Yang, Batman, Trzynastu, Duchy Inischerin. No i role w serialach, czyli Pingwin, ale ja jeszcze wyżej stawiam role w The North Water (w dużym skrócie połączenie Terroru z Moby Dickiem na Arktyce), gdzie zagrał skurwiela nad skurwielami czy Sugar (hołd dla kina noir plus zwrot akcji wywracający całą historię do góry nogami, który może się nie podobać, mnie akurat pasował). Nawet jeśli film, bo akurat każdy serial trzyma poziom, nie dowozi to Farrell daje popis swojego talentu i mogę powiedzieć, że od kilku lat to jest jeden z moich ulubionych aktorów, z tych których kariera poszła w ciekawym kierunku, więc obejrzę z nim wszystko. A co do Bergera to zaczynam się zastanawiać czy to nie jest jeden z bardziej przereklamowanych reżyserów. Ocena 4/10 za Farrella.
She Rides Shotgun (2025)
Nate, który niedawno wyszedł z więzienia podjeżdża pod szkołę, z której zabiera swoją córkę nie mówiąc jej co się stało z jej mamą. Polly zauważa w samochodzie skradzione rzeczy z jej domu, ale tata mówi, że wszystko jest w porządku. Fabuła prosta jak budowa cepa, nie będziecie zaskoczeni rozwojem wydarzeń, ale film trzyma w napięciu dzięki klimatowi jaki stworzył Nick Rowland, nieznany mi reżyser ze swoja ekipą (szczególnie zdjęcia i muzyka). Ale film nie oglądałoby się z zainteresowaniem, gdyby nie rola dziewczynki granej przez Ana Sophia Heger i Tarona Egertona w roli ojca. Kupiłem ten duet i kibicowałem im w ich niebezpiecznej podróży od początku do końca filmu. Dobre męskie kino. Ocena: 7/10.
Presence (2024)
Steven Soderbergh lubi sobie poeksperymentować formą i tym razem stworzył horror oparty na podstawie scenariusza Davida Koeppa, czyli jednego z najbardziej płodnych scenarzystów, który zasłynął wieloma klasykami, ale też słabymi filmami, a tym razem napisał film, który można określić, że jest to typowa historia o nawiedzonym domu, tytułowej obecności, ale opowiedziana z punktu widzenia ducha. Przez cały film kamera robi za ducha i obserwujemy rodzinę, fragmenty ich życia, oraz różne traumy, jakie przeszli np córka straciła bliska przyjaciółkę i uważa że w domu jest jej kumpela, która chce jej coś powiedzieć. Gdybym miał z jakimś filmem porównać to z A Ghost Story w którym Casey Affleck grał ducha. Może to nie jest ten sam poziom próby wyjścia poza klisze horroru, daleko Presence do poziomu tamtego filmu, ale doceniam Soderbergha za próbę zrobienia czegoś nowego. Film trwa 80 minut i to idealny czas, bo przy dłuższym czasie seansu mógłbym zacząć się nudzić, a tak ani raz nie spojrzałem na zegarek, a jak można się spodziewać po nazwisku reżysera, to jest bardziej artystyczny eksperyment.
Zaznaczam, że przez godzinę nic się nie dzieje, ludzie gadają, kłócą się, przeżywają różne emocje, dopiero po godzinie mniej więcej dowiadujemy się o co chodzi w tej historii, w ostatnich 10-15 minutach akcja przyśpiesza i Koepp wrzucił też na koniec zwrot akcji, trochę jak z Shyamalana, ale działa. Pomyślałem sobie wtedy - a o to twórcom chodzi. Nie jest to też zwrot akcji, którego nie dało się domyślić wcześniej, ale ja kupiłem tą historię, jak była budowana, do czego zmierzała, i jak ją podsumowano, mam na myśli dosłownie ostatnie minuty filmu. Z poziomem filmów Soderbergha w których eksperymentuje bywa różnie, są lepsze i słabsze rzeczy, ale Presence to jeden z ciekawszych eksperymentów, któremu postawię trochę 7/10. Ale też rozumiem jak wielu widzów nie będzie miało cierpliwości i nie kupi klimatu produkcji, będzie się nudzić już po pierwszych 10 minutach. Jest to jeden z takich filmów co najlepiej obejrzeć w domu na słuchawkach, bez żadnych przeszkadzaczy. Jest to film od którego mogą się odbić widzowie, którzy będą mieli tylko taką wiedzę ogólną, że to film o nawiedzonym domu, bo będą oczekiwać klasycznego horroru, może właśnie w stylu Obecności Wana (1 i 2 to znakomite horrory), a dostaną coś nietypowego. Fajnie było zobaczyć Lucy Liu po wielu latach w większej roli, gra jedną z głównych ról.
Frankenstein (2025).
Mam problem z twórczością Guillermo del Toro. Postawię niepopularną opinię, że to jest przereklamowany reżyser, albo inaczej reżyser który za rzadko wykorzystuje swój potencjał. Jego mało który film ma u mnie więcej niż 6/10, większość jego produkcji uważam za ok, choć jest to reżyser, którego każdy film powinien przypaść mi do gustu, bo to jest taki trochę meksykański Tim Burton. Ale różnica jest taka, że Burton w latach 80 i 90 kręcił dobre filmy, a potem różnie bywa, bo słabe, ale też dobre filmy mu się czasami trafiają (Duża ryba i Charlie i fabryka czekolady z początku lat 2000 trzymają poziom), a z del Toro tak mam że większość jego produkcji jest dla mnie w najlepszym razie przyzwoita.
Uwielbiam Labirynt Fauna i Blade II, jego Hellboye, szczególnie dwójkę, ale Kręgosłup diabła czy Pacific Rim nigdy nie rozumiałem popularności tych produkcji. A od Kształtu wody dużo bardziej podobał mi się Pinokio, a nawet bym postawił go obok LF i Blade'a 2, Hellboyów, wśród najlepszych jego filmów (jest jeszcze serialowa antologia Netflixa, która trzyma poziom). I tak jak z większością filmów del Toro mam z wymarzonym projektem reżysera, który jest dokładnie taki jakiego można się było oczekiwać, czyli film zachwyca kostiumami, scenografią, widać pieniądz, doceniam że stosuje efekty specjalne praktyczne, ale też film wygląda zbyt sterylnie, czysto. Doceniam epickość filmu. Niektórzy czepiają się scen z wilkami, zrobionymi z pomocą CGI, ale ja nie będę się czepiał, bo tych scen za wiele nie ma. Ale też rozumiem przez to jak film jest sterylny dlaczego wiele osób pisze, że cały film wygląda jak plastikowy ze słabymi CGI, choć większość sen to scenografia i praktyczne efekty.
Doceniam pomysł na kreaturę, która wygląda inaczej, jest to niezłe ciacho i jednocześnie trochę przypomina kosmitów z Prometeusza, tylko w wersji wychudzonej. Aktorsko nie mogę się przyczepić do Jacoba Elordi, przez cały film bije od niego jakiś taki smutek, szczególnie w oczach jest widoczny. Oscar Isaac też dobrze wypada, nie budzi sympatii Wiktor Frankenstein. Pochwaliłbym też Davida Bradleya za rolę ślepca, to chyba pierwsza rola tego aktora od dawna w której budził moją sympatię. Ale reszta obsady po prostu jest, nie można o nich nic powiedzieć, np Lars Mikkelsen w roli kapitana statku. Waltza zapamiętam z powodu butów jakie nosił, Dance gra znowu twardego ojca, któremu zależy na rodzie, ale chyba najbardziej szkoda niewykorzystanego talentu Goth.
No i mam takie wrażenie, że po 90 minutach, a tyle trwa opowieść Frankensteina, Netflix powiedział reżyserowi, że film będzie za długi, więc opowieść kreatury trwa tylko godzinę, czyli akcja przyśpiesza, jakby reżyser zaczyna się spieszyć bo została mu godzina. Rozwinął wątek brata i zmienił zakończenie - nie przeszkadza mi to. Ale znowu mam ten problem co z większością filmów del Toro - powinien mnie zachwycać a nie zachwyca, mimo docenienia poszczególnych elementów tej produkcji. Bardziej podobał mi się film Kennetha Branagha (nie mówiąc o klasyku z lat 30), który też trochę pozmieniał np w wątku Elizabeth i sztuka Danny Boyle'a z Cumberbatchem i Jonny Lee Millerem w podwójnych rolach. Ocena: 6/10.
30-11-2025, 15:15
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-11-2025, 15:17 przez michax.)
Stały bywalec
Liczba postów: 2,176
Liczba wątków: 14
(30-11-2025, 00:31)Pelivaron napisał(a): Sny o pociągach / Train Dreams, reż. Clint Bentley, 2025
Nie lubię jak ktoś mówi albo pisze teksty w stylu "najlepszy film reżysera X (w tym przypadku Terrence'a Malicka), którego nie nakręcił reżyser X (w tym przypadku Terrence'a Malicka)", jednak w tym przypadku muszę się z tym zgodzić. Problem jednak jest taki, że sam Terrence Malick nie nakręcił tak dobrego filmu, jak Clint Bentley od czasów "Cienkiej czerwonej linii".
Nie jestem fanem kinowej poetyki, ale ten film mnie zahipnotyzował, jest cholernie przystępny, jak na poruszany temat - po prostu leniwe życie sobie płynie, nie ma konfliktów, ale są ludzkie dramaty, jest Joel Edgerton w roli życia godnej Oscara, a finałowa scena jest spektakularna.
Myślę, że to film, który może być czarnym koniem Oscarów. Oczywiście nie będzie to żaden gracz w najważniejszych kategoriach, ale nominacje jak najbardziej dostać może. Scenariusz adaptowany, może aktor, może film, może drugi plan dla Williama H. Macy'ego... Bo jeśli chodz o zdjęcia (Adolpho Veloso, trzeba zapamiętać to nazwisko, bo to nowy Lubezki), muzykę (Bryce Dessner, chłopie, na ten moment nie ma lepszej ścieżki oryginalnej w tym roku) i piosenkę, to nienominowanie "Snów o pociągach" będzie zbrodnią przeciwko ludzkości.
To jest film typu snuj, więc pewnie spotka się z mieszanymi opiniami na forum (sam jestem zaskoczony, że tak mi podszedł, ale najwidoczniej miałem odpowiedni mood na to), a shamar da 3/10 albo mniej bo w tym filmie nic się nie dzieje, ale mimo wszystko polecam.
Nick Cave musi dostać Oscara, ale pewnie wygra jakaś Shakira albo inne gówno.
amen, mnie tez film zwalił z nóg :D Dałem 8/10 ale uważam, że ta ocena podskoczy przy zbliżającym się drugim seansie.
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”
30-11-2025, 15:57
Stały bywalec
Liczba postów: 4,864
Liczba wątków: 4
Żądny rozrywki na średnim poziomie wypożyczyłem sobie na Prime "Wojna o przetrwanie". Long story short: amerykanie w 1968 w wietnamskiej dżungli napotykają dinozaury, które zaczynają ich ganiać. Film z cyklu "ojej, tam za krzakami czyha na nas niebezpieczeństwo i na pewno część z nas zginie. Pójdźmy tam".
Na plus akcja z dyranozaurem wpierdalającym ruskich.
Poza tym 4/10.
Enviado desde mi RMX3363 mediante Tapatalk
"Rząd nie jest dla nas rozwiązaniem, jest dla nas problemem." Ronald Reagan
30-11-2025, 17:54
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-11-2025, 17:56 przez Nemo.)
Fhtagn
Liczba postów: 5,327
Liczba wątków: 9
Princess (2022) to film typu "what if", w tym przypadku: co, gdyby księżniczka zamknięta w wieży stwierdziła, że nie chce być zamknięta i po prostu uciekła? Gdyby na tym się skończyło, tj. gdyby skupiono się na samej ucieczce, na pojedynkach i na tym, jak Księżniczka dostaje wpierdziel od każdego chłopa i musi kombinować, by ich pokonać i uciec byłoby zajebiście, ale niestety, są a) totalnie niepotrzebne retrospekcje, b) jeszcze gorszy "polityczny" wątek dlaczego to się wszystko dzieje, c) villaina pominę litościwie milczeniem, d) końcówka filmu ma gdzieś przedstawione zasady i reguły i nagle Księżniczka daje radę w starciach z większą ilością drani, choć wcześniej ledwo była w stanie uciec. Urocza Joey King, trochę krwi, niektóre sceny walk i ten cover to jedyne, co zostanie mi w pamięci po tym filmie (odpowiednie po jednym oczku dla wszystkiego, więc ocena końcowa to 4/10).
01-12-2025, 17:57
CGI Paul Walker
Liczba postów: 22,196
Liczba wątków: 29
(30-11-2025, 17:54)Nemo napisał(a): Żądny rozrywki na średnim poziomie wypożyczyłem sobie na Prime "Wojna o przetrwanie". Long story short: amerykanie w 1968 w wietnamskiej dżungli napotykają dinozaury, które zaczynają ich ganiać. Film z cyklu "ojej, tam za krzakami czyha na nas niebezpieczeństwo i na pewno część z nas zginie. Pójdźmy tam".
Na plus akcja z dyranozaurem wpierdalającym ruskich.
Poza tym 4/10.
Enviado desde mi RMX3363 mediante Tapatalk
Ten film jest lepszy niz ostatni "Jurajski". I chyba ma nawet temat.
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
01-12-2025, 18:36
CGI Paul Walker
Liczba postów: 22,196
Liczba wątków: 29
W sumie bardziej pasuje do innego tematu ale niech się tu uleży ;)
Dracula - A Love Tale (2025) reżyseria: Besson.
Zakompleksieni Francuzi adaptują książkę Anglika. Wróć, zakompleksieni Francuzi rimejkują adaptację książki Anglika, konkretnie film: "Bram Stoker's Dracula (1992)". Ale w swojej genialności, dla zmylenia przeciwnika (który zarzuciłby im tanie rimejkowanie) wprowadzają kilka zmian. Niektóre tak DEBILNE i KOMEDIOWE, że można się zastanawiać czy twórcy coś ĆPALI?
Komu nie podobał się "Dracula (1992)" (mamy takich gagatków) przez dodanie wątku miłosnego: nie ma tu czego szukać. Bo ten film (jak to na rimejk) nie dość, że kopiuje ten motyw to jeszcze poszerza. Miłość do żony i pogoń za reinkarnacją tejże, w postaci Miny, to motyw przewodni filmu, wyolbrzymiony do wyrzygania. Struktura zdarzeń też bardzo podobna ALE ma kilka zmian.
Kto jednak nie chce SPOILERÓW: niech oddali się w tym miejscu.
* Vlad opuszcza żonę i wyrusza na bitwę, ale żona ginie inaczej (zabita przez Turków a nawet (przypadkowo) przez samego Vlada)
* Vlad mieszka w zamku z armią minionków**.
Tak, KURVA, dobrze czytacie. Vlad ma armię karłowatych CGI-gargulców, swoich przydupasów, które mu gotują, sprzątają, piorą, bronią zamku, walczą, i nie chce wiedzieć co jeszcze. Do tego wyglądają jak wyrwane z PIERDOLONEJ KRESKÓWKI. Jakość słaba bo cienko z fotkami w necie a nie chce mi się robić zrzutów:
** co za tym idzie: nie ma wampirzych żon.
* Lucy jest w tym filmie 400letnim wampirem. Tak, dobrze czytacie. Ona sobie istniała, chodziła po słońcu, uwiodla chłopa, wzięla z nim ślub. Wszystko to jako wampir.
* Lucy robi też za Reinfileda (tegoż NIE MA w filmie wcale) i ginie w inny sposób
* Van Helsing to tutaj bezimienny ksiądz (w tej roli Waltz, na którego ryja nie mogę już patrzeć)
* akcja dzieje się w PARYŻU (a nie Londynie), co za tym idzie, nie ma podróży statkiem
* w drodze do Paryża Dracula atakuje klasztor zakonnic
Teraz 2 NAJBARDZIEJ KRETYŃSKIE rzeczy:
x Dracula podrywa kobiety na PERFUMY (tak, tym razem też dobrze czytacie), kto widział "Pachnidlo" ten wie. Nie hipnotyzuje ich urokiem, magią, cokolwiek. Ale perfumami, które zamawia w Wenecji.
x Dracula wchodzi na bal w Wersalu i w środku dnia podgryza chyba wszystkie kobiety na sali (tak, znów dobrze czytacie). Ta scena jest nakręcona w konwencji niedojebanej komedii.
* finałowa akcja to oblężenie zamku Draculi, wojsko rumuńskie napierdala się w zamku z CGI-gargulcami a część ostrzeliwuje zamek z armat. W TYM SAMYM CZASIE. Tak, jebią do zamku, do swoich.
Jeśli ktoś jest fanem tematu, powinien obejrzeć. Oprócz durnych wrzutek to poprawny (i ładny wizualnie) film. Ale całkiem zbędny i wtórny.
4/10
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
02-12-2025, 19:35
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02-12-2025, 19:38 przez shamar.)
|