24-02-2026, 16:30
|
Krótka piłka, czyli mini-recenzje
|
(24-02-2026, 15:33)Norton napisał(a): Seans My Fair Lady „dokonał" niebywałego: pozwolił mi znielubić postać graną przez ikonę klasy i wdzięku, wspaniałą Audrey Hepburn.To się nazywa aktorstwo :) Poza tym to kolejna recenzja w stylu "nie polubiłem bohatera, bo to jakiś burak!!! 3/10" 24-02-2026, 16:36
W dalszym ciągu to bardziej sensowna recenzja niż popularne tutaj - hektar narzekań, a dam 6/10 bo mi się dobrze oglądało :)
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...
24-02-2026, 16:41
@OG
Wierutne kłamstwa. Uwielbiam dzieci, moją drugą ksywą w necie jest Little Kid Lover. Z klasyką nie jest źle: na 10 filmów trafi sie z pięć niezłych/dobrych, dwa świetne, dwa rewelacyjne i jeden gniot. Chciałoby się taką proporcję uzyskać, biorąc próbkę z obecnej dekady. Z „ostatnich" staroci podobały mi się: Day of Wrath, Suna no Onna (Kobieta z wydm), Winchester '73, Le Doulos, nawet The Fugitive Kind (mniej znany „wczesny" Lumet). Może znajdziesz coś dla siebie. EDYCJA: zapomniałem o najlepszym: A Matter of Life and Death. Kapitalny. @simek Wtręt o Kopciuszku kluczem. My Fair Lady nie działa ani na poziomie „podróży" bohaterów (bo przedstawiono ją niewiarygodnie i po łebkach), ani jako romans (główny duet jest antypatyczny i męczący), ani nawet jako musical (ot, kilka dość przyjemnych pioseneczek, reszta słaba, no i choreografia/realizacja raczej nędzna). Środki wyrazu zastosowane przez Audrey sprowadzają się zaś (w pierwszej połowie) do darcia japy i biadolenia. Ślicznie dziękuję za takie „aktorstwo". Rozróżnijmy też dwie sprawy: nie lubię wkurzającej postaci, bo jest świetnie zagrana (pierwszy z brzegu przykład: siostra Ratched) vs nie lubię postaci, bo wkurza. --- Zapodam jeszcze jednym tytułem, bo kilka dni po seansie rośnie w moich oczach: No Way Out. Rozwija się dość wolno i nieco nuży, wtem dochodzi do przełomu fabularnego, dzieje się, dzieje, (jeszcze bardziej) dzieje i nie puszcza aż do finału. Świetnie stopniuje się tu napięcie; w ostatnim akcie pętla coraz ciaśniej oplata szyję bohatera, a widz dzieli z nim poczucie osaczenia (sytuacja rzeczywiście zdaje się nie mieć wyjścia). Po obejrzeniu można nieco przekalibrować myślenie i spojrzeć na intrygę z nieco innej strony (całość na tym zyskuje). Socjopatyczny Will Patton lśni najjaśniej (mrocznym blaskiem, hehe), kapitalna rola. Najlepszy film z Sean Young z lat 80. ubiegłego wieku. :) 24-02-2026, 17:23 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24-02-2026, 20:02 przez Norton.) (24-02-2026, 17:23)Norton napisał(a): Rozróżnijmy też dwie sprawy: nie lubię wkurzającej postaci, bo jest świetnie zagrana (pierwszy z brzegu przykład: siostra Ratched) vs nie lubię postaci, bo wkurza.Siostra Ratched jest, przynajmniej dla mnie, bardziej przerażająca, okrutna niż wkurzająca. I trochę nie rozumiem tego rozróżnienia: czy wkurzająca postać zawsze cię wkurza? I czy każda postać, która cię wkurza jest wkurzająca? Ja podchodzę do postaci filmowych chyba z większą wyrozumiałością niż większość tutaj, bo nawet jak ktoś mnie strasznie irytuje, to mówię sam do siebie, że cóż, widocznie jest to opowieść o wkurwiającym człowieku i tyle. Z ostatnich filmów to u braci Safdie każdy główny bohater jest dla mnie niezwykle irytujący i gdybym ich spotkał w prawdziwym życiu, to pogoniłbym jak najdalej od siebie, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo wspaniale się ogląda to jak oni wkurwiają cały świat. My Fair Lady już niezbyt dobrze pamiętam, ale zostało mi właśnie takie wrażenie, że profesor Higgins oczywiście jest burakiem, ale jednak ostatecznie w zabawny sposób - dla mnie to działało. 24-02-2026, 18:34
Siostrzyczka jest wkurzająca, ale mógłbym ją oglądać godzinami, bo to świetnie napisana i zagrana postać. Doktorka Doolittle wkurza, bo jest krzykliwa (zagrana na jedno kopyto) i męcząca. Z reguły oglądam filmy do końca, ale czasem chyba powinienem być mniej konsekwentnym. A Higgins był zabawny przez chwilę; z czasem irytował niewiele mniej od Elizy.
24-02-2026, 18:55
Nie chcę tego ciągnąć i kłócić się o definicje, ale jeśli ktoś jest na tyle charyzmatyczny, że chcesz go oglądać, to nie jest dla ciebie wkurzający. Irytujący, męczący, wkurzający bohaterowie to tacy, na który patrzę z odrazą, chociaż no czasami się zdarza, że coś jest tak odrażające, że aż fascynujące :)
Ja nigdy nie miałem tak, żebym chciał wyłączyć film ze względu na bohatera. Jeśli już porzucam film (zdarza się bardzo rzadko) to albo ze względu na przeraźliwą nudę, albo fuszerkę warsztatową. 24-02-2026, 19:20
Eden (2025) reż Ron Howard
punktem wyjścia jest seria tajemniczych zdarzeń i zgonów na wyspie Floreana (historia prawdziwa), Howard sięga po historię niemieckiego lekarza i filozofa (Jude Law), który wraz z partnerką Dorą (Vanessa Kirby) ucieka przed narastającym w Niemczech nazizmem, ich celem jest stworzenie na odludziu nowego porządku ideowego - utopii, która miałaby stać się remedium na moralny rozkład zachodniego świata publikowane przez doktorka listy przyciągają uwagę opinii publicznej i szybko zamieniają się w magnes dla kolejnych osadników, na wyspę trafiają inne osoby więc raj szybko okazuje się jednak zbyt ciasny, a napięcia między mieszkańcami zaczynają eskalować zaczyna się walka o przetrwanie która uwalnia z człowieka to co najgorsze no i chyba to tyle z potencjału tej historii, problem w tym, że film przez większość czasu pozostaje boleśnie przewidywalny i jak dla mnie zwyczajnie nudny, film dla mnie nie ma żadnej formy, a był potencjał na dobry thriller psychologiczny lub mroczną przypowieść Kirby została sprowadzona do roli dekoracyjnej, de Armas popada w karykaturę narcystycznej celebrytki którą gra, najlepiej wypada Sweeney ode mnie 4 cycki Sweeney na 10 (tak, tutaj Sydney pokazała na krótka jednego cyca) 24-02-2026, 22:29 (24-02-2026, 08:27)Pelivaron napisał(a): Kopnęłabym cię, gdybym mogła / If I Had Legs I'd Kick You Reżyserka to jest żona scenarzysty filmów braci Safdie, Ronalda Bronsteina, który jest też producentem filmu swojej żony. (24-02-2026, 15:33)Norton napisał(a): Przy Dragonheart również miałem cierpieć, płacąc frycowe za nieobejrzenie tego wtedy, gdy powinienem (jako dzieciak pod koniec ubiegłego wieku). Negatywne nastawienie może i zadziałało jak powinno (tj. przekornie), bo nieźle się bawiłem. . Z kwestii pobocznych: w trakcie seansu mózg wziął sobie wolne, bo nie rozponałem Lucjusza Malfoya (gdy służył Lupinowi) i baaaaardzo długo nie mogłem połączyć nazwiska Briana Thompsona z cholernie chakterystyczną twarzą filmowego złoczyńcy. Michax pewnie wystawiłby mi dwóję z egzaminu wiedzy o X-Files (dla nieuświadomionych: Obcy-łowca nagród), sprać brutalnie trzcinką i kazał (w ramach pokuty) przez miesiąc oglądać mecze Świątek. Anyłej — po prostu fajne to smocze serce. Kiedyś było lepiej. No nie, ja? Ten najspokojniejszy na forum? Ja w ogóle przemocy nie stosuję :D A na serio to najlepszy film ze smokiem jaki widziałem (nie liczę Niekończącej się opowieści, tam był pies). Powtarzałem go po latach i cały czas się broni przede wszystkim duetem Quaid - Connery. Dragonheart to po części buddy mowie dzięki temu duetowi. Może po latach troche zgrzyta to komediowe buddy movie z brutalnością głównego złego, ale jakoś mi nie przeszkadza. I nie ma lepszego smoka, w sensie, w ogóle efekty specjalne się nie postarzały. A Connery nawet w roli CGI smoka daje czadu, charyzma z ekranu się wylewa. No i jeszcze ten pysk smoka, od razu poznać co za aktor podkłada głos. Connery w tym filmie wyprzedził czasy, bo zrobił coś takiego co wiele lat później Andy Serkis rolami Golluma, Konga i Cezara, że nawet w takich rolach aktor wcale nie musi zniknąć tylko pokaże swój talent. 24-02-2026, 23:03
A Dragonslayer widział?
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings 25-02-2026, 00:08
Oczywiście "Dragonslayer" nie pobity do dziś i nie zanosi się, żeby miało to się kiedykolwiek zmienić.
michax napisał(a):I nie ma lepszego smoka, w sensie, w ogóle efekty specjalne się nie postarzały. Bzdura. Po pierwsze, Vermithrax Pejorative to o wiele lepszy smok, po drugie, CGI w "Dragonheart" postarzało się i to w większości bardzo brzydko. Oglądałem to jakiś czas temu i ciężko mi było przebrnąć przez ten film - schematyczność i spora doza naiwności w zdecydowanie zbyt dużych dawkach zabijała dla mnie jakąkolwiek przyjemność z seansu a wizualia nie były już niczym wybitnym, lekko mówiąc. Według mnie cyfrowe efekty, szczególnie te z lat 90-tych, starzeją się dużo gorzej niż choćby te, których użyto w "Dragonslayerze" (nie wszystko tam wygląda dobrze z dzisiejszej perspektywy, ale smok nadal robi wrażenie) i niestety widać, że trochę porwano się wtedy z motyką na słońce. Jasne, był to spory przełom i wyczyn jak na tamte czasy, który jak najbardziej warto docenić ale widać, że cyfrowy smok w pełnym słońcu reagujący realistycznie z otoczeniem, dodatkowo mający mimikę i mówiący ludzkim głosem to jeszcze były zbyt wysokie progi. To nie "Park jurajski", w którym znali swoje ograniczenia i próbowali to ukryć jak tylko mogli, tutaj chcieli zrobić krok do przodu i za to niewątpliwie należy się chłopakom z ILM szacunek bo są ujęcia, które wyglądają świetnie do dziś ale niestety dużo jest też takich, które nadgryzł ząb czasu. Inna sprawa, że tak jak pisałem, nigdy nie uważałem samego filmu za coś więcej niż przeciętnego, ot, takie maksymalnie 6/10 i to tylko wtedy, gdy mam dobry dzień. Shelter (2026) Jason Statham robi to co Jason Statham umie najlepiej, czyli kolejny taki sam film, który ogląda się tak samo jak kilkanaście podobnych z ostatnich lat. Jakiś eks (tutaj można wstawić dowolne - wojskowy, agent służb, marines itd. itp.) mieszka gdzieś na odludziu (to samo, tylko zmieniamy miejscówkę) aż w jego życiu pojawia się ktoś (przeważnie jest to jakieś dziecko, porwane bądź takie, które będzie mu towarzyszyło) kto sprawia, że nasz zasiedziały na dupie twardziel będzie musiał ruszyć na (przeważnie) ostatnią misję, by ukarać złych. Schemat każdy zna doskonale i nic się tutaj w tym aspekcie nie zmienia - jak ktoś lubi to obejrzy i w miarę miło spędzi czas, jak nie lubi to nie ma sensu odpalać bo niczego nowego w "Shelter" nie zobaczy. To, co sprawdza się lepiej w tym w tym konkretnym przypadku to relacja z dziewczynką - te wszystkie spokojniejsze momenty, w których obserwujemy tylko dwójkę głównych bohaterów i tworzącą się między nimi więź są całkiem w porządku i przez chwilę nawet uwierzyłem, że może tym razem będzie jakieś przełamanie schematu ale nie - akcja w pewnym momencie musi ruszyć a wtedy wiadomo - bitki, pościgi i inne tego typu atrakcje. Gorzej, że szkockie zadupia to nie są najlepsze miejscówki, pośród których można tego typu rzeczy jakoś sensownie zainscenizować i film jest po prostu brzydki i dosyć jednorodny wizualnie. Nie pomaga też w większości trzęsąca się kamera i ogólna bieda realizacyjna (wszelkie cyfrowe efekty są słabiutkie) - niestety, pod względem akcji nie ma tutaj nic szczególnie ciekawego czy wybijającego się w jakikolwiek sposób. Jest jedna fajna bitka z krótką przerwą na odpoczynek na kanapach (fajny i bardzo życiowy patent swoją drogą) ale to wszystko. Reszta to szybkie łubudubu, dużo szumu i hałasu, z którego po seansie niewiele z nami zostaje. I taki jest ten film właśnie - dla koneserów całkiem zjadliwe i do zapomnienia zaraz po obejrzeniu, dla reszty do zapomnienia przed, czytaj strata czasu. 5/10 One Mile (2026) Tu z kolei ciekawostka, bo na "One Mile" składają się dwa filmy, które wyszły w tym samym czasie prosto na streaming, tj. Chapter One i Chapter Two. W roli głównej Ryan Phillippe wcielający się w eks-wojskowego (a jakże), który próbując naprawić relacje z córką wyjeżdża z nią na rekonesans po szkołach - mają jednak pecha, bo podczas obowiązkowego postoju nad malowniczym jeziorem trafiają na bandę okolicznych redneków porywających kobiety. Resztę można sobie wyobrazić - ganianie po lesie, bitki i tego typu obowiązkowe dla survivali rzeczy. Niestety, napięcia tutaj niewiele, całość ma posmak telewizyjnej taniochy (tej kablówkowej) i realizacyjnie jest to totalnie przeźroczyste i żadne. Na plus widoczki kanadyjskiej głuszy, która udaje amerykańskie zadupie i rola znanego z "E.T." czy "The Hitcher" C. Thomasa Howella, który wciela się w szefa redneków, cała reszta to sztampa do kwadratu - nawet córka głównego bohatera gra w szkolnej drużynie piłkarskiej, bo przecież teraz wszystkie filmowe dzieciaki w Stanach grają w soccer właśnie. Mimo wszystko ogląda się bezboleśnie, pomimo wielu głupot nie jest to aż tak obraźliwe dla inteligencji widza jakby mogło się wydawać. Niestety po finale pierwszego filmu (który gdyby nie jedna scena mógłby spokojnie być zamkniętą opowieścią) mamy do obejrzenia drugi rozdział, którego punkt wyjściowy to już niestety totalny sajfaj i obraza dla każdej w miarę inteligentnej istoty. Nie chcę nic zdradzać (choć pewnie i tak nikt tego nie obejrzy) ale po wydarzeniach mających miejsce w pierwszym filmie pewna działalność czy ogólnie funkcjonowanie całej społeczności powinno zostać spacyfikowane przez odpowiednie służby, no ale nic takiego się nie dzieje bo nasi główni bohaterowie nie wiedzieć czemu przechodzą nad wydarzeniami z niedawnej przeszłości do porządku dziennego i jedziemy dalej. Żeby tego było mało, zaraz na samym początku dostajemy kuriozalnie zmontowaną zbitkę scenek z poprzedniego filmu, żeby widz wiedział o co chodzi - a chodzi mniej więcej o to samo co zwykle - córka głównego bohatera zostaje porwana po raz drugi i ten musi wyruszyć, by ją uratować. O ile pierwszy obrazek to było w większości bieganie po lesie, tak tutaj mamy misję ratunkową - koncepcyjnie to takie typowo telewizyjne i totalnie upośledzone odpowiedniki pierwszego i drugiego "Ramba". Ryan Phillippe jest mocno taki se i jego zdolności aktorskie nie wykraczają zbytnio ponad jedną minę, mamy za to trochę większe zróżnicowanie redneków i wgląd w ich społeczność i funkcjonowanie ale nie jest to nic, nad czym warto by było się dłużej rozwodzić. Dwójka to już dużo więcej bzdur, choć pomijając kuriozalny punkt wyjściowy wydaje się być też ciut ciekawsza od rozdziału pierwszego. Mimo wszystko to nadal ten sam, niczym nie wyróżniający się na plus obrazek z dziurawym jak szwajcarski ser scenariuszem i nijaką realizacją. Tego nie mogę polecić nawet koneserom gatunku bo jest całe zatrzęsienie dużo lepszych akcyjniaków ze sznytem survivalowym, którymi warto się zainteresować, z kolei oba filmy spod szyldu "One Mile" lepiej sobie odpuścić bo to kompletna strata czasu. 3/10 za całość.
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...
25-02-2026, 01:51 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-02-2026, 02:40 przez slepy51.)
Liberty stands still (2003)
Daję trailer, ale uprzedzam że za dużo zdradza :p Miałem ochotę na więcej Lindy Fiorentino, ale może niekoniecznie tym razem w thrillerze erotycznym. I cóż.. :p Film baardzo przypomina "Telefon" Schumachera, co ciekawe oba filmy wyszły w tym samym roku. Ale też.. "Pana życia i śmierci".`Bo problematyką jest kwestia prawa do posiadania broni w USA, ale też interesy firm produkujących i sprzedających tą broń. I, powiedzmy, jakie są tego skutki. Fiorentino i Platt to małżeństwo, Wielkie Szychy i prezesi takiej właśnie potężnej firmy. I pewnego razu snajper bierze Lindę na cel karabinu wyprodukowanego przez jej firmę... ..przy okazji jest tu fajny trick w tytule bo Liberty to imię postaci Fiorentino ale też "wolność" i zwrot kojarzący się z Drugą Poprawką do Konstytucji dotyczącej prawa do posiadania broni w USA. Sam film to produkcja Kanada i Niemcy, kręcony w Vancouver, z kanadyjska reżyserką :p Nic z USA :p No, z wyjątkiem aktorów :p Przede wszystkim stoi to dobrym aktorstwem bo trzy główne role są bardzo przyzwoite (acz Platta jest tu dużo mniej) i dobrze poprowadzoną relacją między Snipesem a Fiorentino. Wszystko tu jest niby oparte na schematach a jednak parę razy mnie ten film zaskoczył i generalnie żadna postać nie do końca poszła drogą która myślałem że pójdzie. Wciągnęło mnie, dobrze zrobione, przyzwoita rozrywka która stara się tez powiedzieć "coś więcej". Ode mnie solidne 7/10 25-02-2026, 07:44 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-02-2026, 07:54 przez Rozgdz.)
Pierwszy gol / Next Goal Wins
Nadrobiłem ostatni film Waitiego i mam niezły dysonans poznawczy. To jest strasznie dziwny film, pod względem opowiadanej historii, trochę taka gorsza wersja "Teda Lasso", tylko że problem jest taki, że ta historia wydarzyła się naprawdę. Totalnie nie podobał mi się ton tej historii, który próbuje balansować na granicy osobistej traumy bohatera (a w zasadzie bohaterów, bo jest jeszcze chociażby bramkarz Nicky Salapu), a gagów na granicy slapsticku, z których Taika słynie. Emocjonalne i dramatyczne momenty są co chwila przerywane jakimiś komediowymi numerami, co tylko zabiera filmowi wiarygodności, a trzeci akt i przemowa Thomasa Rongena to taka hollywoodzka sztampa. Kolejny problem jest taki, że sama drużyna jest całkowicie anonimowa, niby są jakieś scenariuszowe podrygi z tym Salapu, ale to za mało, żeby się nimi przejąć. Nawet jak pojawiają się jakieś zalążki konfliktów to są one szybko gaszone, meh. Jest z początku coś z synem prezesa, jest coś z wódą, itd itp. Generalnie to Michael Fassbender niesie na swoich barkach cały film. Z tą swoją szwabską mordą pasuje jak ulał jako arogancki, ale pogubiony i zaorany przez życie profesjonalista. Problem jest taki, że jest to strasznie niekonsekwentna postać, chyba ze 3 razy rzucać w pizdu tę robotę po czym wracał, więc ja mam w głowie "zaraz wróci", kiedy zrobił to kolejny raz. "Next Goal Wins" nie jest katastrofą totalną, żeby nie było. To ogląda się przyjemnie, pod warunkiem, że nie zaczyna się zastanawiać nad sensem tego wszystkiego. Prościutki feel good movie o przegrywach z całym bagażem schematów charakteryzujących kino sportowe. Jest kilka zabawnych scen, kilka żenujących, czyli kino Waitiego na pełnej. Ta historia byłaby DUŻO lepsza gdyby opowiedziano ją na poważnie. To mogłaby być zajebista historia o wstydzie, dumie narodowej, żałobie i odbudowie. Jest też wątek transpłciowej zawodniczki, pierwszej w historii, pokazać to jako element społecznej mozaiki, napięć w drużynie - a zamiast tego jest cukier, lukier i inne słodzenie. Jakiś Bennett Miller albo David Fincher na reżysera i są Oscary. PS Po seansie wpadł mi do głowy Bennett Miller właśnie, bo dawno nic nie nakręcił - "Moneyball" to arcydzieło, a "Foxcatcher" jest wg mnie filmem, który nie zasługuje na taki hejt jakim się go darzy... Kurde, mógłby coś nakręcić.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
25-02-2026, 10:54 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-02-2026, 10:58 przez Pelivaron.) (24-02-2026, 18:34)simek napisał(a):(24-02-2026, 17:23)Norton napisał(a): Rozróżnijmy też dwie sprawy: nie lubię wkurzającej postaci, bo jest świetnie zagrana (pierwszy z brzegu przykład: siostra Ratched) vs nie lubię postaci, bo wkurza.Siostra Ratched jest, przynajmniej dla mnie, bardziej przerażająca, okrutna niż wkurzająca. I trochę nie rozumiem tego rozróżnienia: czy wkurzająca postać zawsze cię wkurza? I czy każda postać, która cię wkurza jest wkurzająca. Przedwczoraj odkryłem akurat, że kobieta grała w "Dawno temu w Ameryce". Ale ją wycięli. Nie ma przypadków ;)
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man. 25-02-2026, 10:54 (24-02-2026, 23:03)michax napisał(a): [A na serio to najlepszy film ze smokiem jaki widziałem (nie liczę Niekończącej się opowieści, tam był pies). Jak dla mnie pierwsza część "How to train your dragon" dużo lepsza niż "Dragonheart", ale wiadomo, kwestia gustu. Co by nie mówić, to dobrych filmów ze smokami generalnie nie ma za dużo :/ 25-02-2026, 11:03 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-02-2026, 11:04 przez al_jarid.)
Świetny i bardzo niedoceniony jest jeszcze "Mój przyjaciel smok" z Redfordem.
Wysłane z mojego CPH2481 przy użyciu Tapatalka
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.
25-02-2026, 15:28
Krytyk / The Critic
CO ZA DZIADOWSKI FILM z tego finalnie wyszedł. A zapowiadało się naprawdę fajnie, bo dopóki ten film jest dramatem osadzony w realiach londyńskiej Fleet Street lat 30., opowiadającym o podstarzałym krytyku teatralnym, który hejtuje wszystkich w gazecie, to jest to naprawdę dobre i interesujące. Duszna atmosfera środowiska teatralnego, którego główną gwiazdą jest cyniczny dandys, który sam o sobie mówi, że "zyje jak król za pensje biedaka", ma coś co mnie wciągnęło. Niestety w pewnym momencie film robi jakiegoś niezgrabnego fikołka i z dramatu zmienia się w jakiś podrzędny thriller - zdrady, pozorowane romanse, manipulacje, morderstwo, dejta spokój. Ten film to idealny przykład sztucznego podbicia dramatyzmu tam, gdzie niepotrzeba. Paradoksalnie napięcie i emocje opadają w tym momencie, kiedy film przestaje być salonową opowiastką o starym kolesiu, który ma w dupie emocjonalne doświadczenia widza w trakcie teatralnych sztuk, ponieważ on jest panem krytykiem i on ma racje. Nagła zmiana też następuje w odtwórcy głównej roli, czyli Ianie McKellenie, który w pierwszej części mam wrażenie czuł się jak ryba w wodzie, a później to on chyba sam był już zagubiony w tym chaosie. Szkoda, bo to mógł być zajebisty dramat osadzony w ciekawym momencie historii. Kolejny film w ostatnim czasie, który obejrzałem, i który miał papiery na coś więcej. Tak, jak w przypadku "Pierwszego gola" rozmarzyłem się o filmie na poważnie w reżyserii Bennetta Millera, tak tutaj chętnie obejrzałbym taki film o krytyku teatralnym albo filmowym w reżyserii Paula Thomasa Andersona albo może Toma Forda (btw wraca za kamerą, ponoć rzuca świat mody i ma być reżyserem na pełen etat teraz). Niekoniecznie Tarantino :)
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
25-02-2026, 22:38 (25-02-2026, 00:08)Mefisto napisał(a): A Dragonslayer widział? Nie widziałem, nie słyszałem. Myślałem, że widziałem większość fantasy z lat 80. Już szukam:) (25-02-2026, 11:03)al_jarid napisał(a):(24-02-2026, 23:03)michax napisał(a): [A na serio to najlepszy film ze smokiem jaki widziałem (nie liczę Niekończącej się opowieści, tam był pies). Animacja to wiadomo, ale wolę kolejne części, szczególnie dwójkę. (25-02-2026, 15:28)Pitero napisał(a): Świetny i bardzo niedoceniony jest jeszcze "Mój przyjaciel smok" z Redfordem. Zgadzam się, jak mogłem zapomnieć o jednym z moich ulubionych reżyserów, od którego tylko Piotruś Pan mi za bardzo nie podszedł. 26-02-2026, 03:41 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26-02-2026, 03:43 przez michax.)
Gueules Noires (2023)
Francuski horror o górnikach. Brzmi interesująco? Jeszcze ciekawiej robi się gdy dodamy, że jest to monster movie z wykonanym tylko i wyłącznie za pomocą praktycznych efektów potworem, którego wygląd i pochodzenie powinny zainteresować fanów twórczości niejakiego H.P. Lovecrafta. Nie jest to całościowo nic wybitnego, ale poszczególne elementy są na naprawdę wysokim poziomie realizacji. Co zawiodło? Myślę, że po trosze reżyseria i mimo wszystko scenariusz, który nie został dopieszczony tak jak można by oczekiwać. Film to typowy slow burner, z bardzo powoli rozkręcającą się akcją. Stopniowo poznajemy głównych bohaterów, którzy w latach 50-tych odkryli w jednej z francuskich kopalni coś, czego nie powinni byli nigdy spotkać. W rękach wprawnego reżysera tego typu budowanie napięcia byłoby pewnie sporym atutem, niestety Mathieu Turi to nie jest nawet wczesny Neil Marshall, który w swoim "The Descent" pokazał doskonale jak to powinno wyglądać. Co łączy oba filmy to podziemne miejsce akcji (tu kopalnia, tam jaskinia) i postawienie na jednorodną obsadę - w "Zejściu" były to praktycznie same kobiety, tutaj mamy z kolei tylko i wyłącznie facetów i konia. Francuz każe nam czekać bitą godzinę, zanim zacznie nas straszyć swoim gumowym potworem i nie byłoby w tym nic złego, gdyby wcześniej ciut ciekawiej spożytkował czas potrzebny na wprowadzenie postaci i zarysowanie całej historii. Co może się podobać to fakt, że nie ma tutaj typowych choćby dla horrorów z Holly (czy nawet wspomnianego straszaka brytyjskiego) jump-scare'ów a raczej postawienie na bardziej oldskulowe i mozolne budowanie napięcia poprzez wykorzystanie miejsca akcji i scenografię. Być może początkowo ciut zbyt mozolne jak na mój gust, ale gdy w końcu docieramy do momentu, w którym Francuz zaczyna wykładać na stół swoje horrorowe karty zaczyna robić się naprawdę interesująco. Wcześniejsza podbudowa sprawdza się w momencie, gdy bohaterowie jeden po drugim zaczynają ginąć z rąk potwora i nie są to postaci z kartonu i dykty a ludzie, którzy choć niekoniecznie mili i sympatyczni to tacy, których trochę już zdążyliśmy poznać. Jasne, nie ma tu niesamowicie nakreślonych postaci rodem z kina moralnego niepokoju ale jak na tego typu film jest więcej niż poprawnie w tym aspekcie. Odpowiednio krwiste i nieźle pomyślane są także sceny zgonów wykonane bez użycia komputerów i mocy obliczeniowej procesorów - postanowiono tylko i wyłącznie na robotę ludzi znajdujących się na planie i zrobiono wszystko w kamerze bez późniejszych cyfrowych wspomagaczy za co wielkie brawa i szacunek. Oddzielny akapit trzeba poświęcić głównemu atutowi "The Deep Dark" czyli potworowi i zbudowanej wokół niego całej mitologii. Francuski reżyser a jednocześnie autor scenariusza nie wykłada nam wszystkiego kawa na ławę a raczej rozrzuca jakieś okruchy większej całości, które w trakcie trwania filmu zbieramy i składamy sobie do kupy - co ważne, nie wali łopatą w łeb i bezpośrednio nie wyjaśnia pochodzenia tajemniczej istoty, choć możemy się domyślać skąd się wzięła i jaka jest jej rola w całej opowieści. Koniec końców dostarcza nie tylko nieźle powołane do ekranowego życia za pomocą praktycznych efektów monstrum ale zgrabnie buduje wokół niego całą mitologię, przez co jest ono o wiele ciekawsze niż mogłoby się na początku wydawać. Niestety jak już wspomniałem wcześniej, nie jest tak efektywny w budowaniu odpowiedniego napięcia, przez co ci bardziej niecierpliwi widzowie z pewnością w kilku momentach filmu mogą zacząć narzekać na nudę i brak "akcji". Osobiście lubię tego typu powoli rozkręcające się obrazki ale chwilami również zaczynałem się irytować, co miało związek z nierównomiernie i nie do końca udanie rozłożonymi "punktami zwrotnymi" całej historii. Co na pewno wyszło tutaj dobrze, to klaustrofobiczny i ponury klimat opowieści, potęgowany przez niezbyt malownicze ale cholernie interesujące miejsce akcji - kopalnia łącząca się z ruinami jakiejś bliżej niezidentyfikowanej, prastarej cywilizacji, walające się wszędzie dookoła szkielety i ściany pokryte różnej maści zdobieniami czy hieroglifami - robi to wrażenie i buduje odpowiedni nastrój. "The Deep Dark" to mimo wszystko film nie do końca wykorzystanej szansy. Biorąc pod uwagę świetny pomysł wyjściowy czy mało hollywoodzkie podejście do straszenia mogłoby się wydawać, że będziemy mieli do czynienia z obrazem znakomitym, który będzie można z czystym sumieniem polecić nie tylko horrorowym wariatom ale i szerszej widowni lubiącej się bać w swoich domowych pieleszach. Niestety pewne braki, o których pisałem nie do końca na to pozwalają przez co nie mogę wystawić oceny wyższej niż "tylko" dobra a szkoda, bo był tutaj potencjał na zdecydowanie więcej. Mimo wszystko dla wielbicieli krwawego i klimatycznego kina grozy pozycja zdecydowanie warta sprawdzenia, jakże inna od wszystkiego tego, co serwuje nam obecnie amerykański przemysł filmowy. 7/10
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...
26-02-2026, 04:32 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26-02-2026, 11:27 przez slepy51.) |
| Podobne wątki | |||||
| Wątek: | Autor | Odpowiedzi: | Wyświetleń: | Ostatni post | |
| ALARM! NADCHODZI KOLEJNY REMAKE! czyli wszystko o remake'ach | Mierzwiak | 1,244 | 242,947 |
14-04-2026, 18:15 Ostatni post: shamar |
|
| Pętla czasowa czyli motyw dnia świstaka w filmach | Craven | 91 | 23,785 |
07-08-2025, 14:13 Ostatni post: shamar |
|
| Prekognicja, czyli oceń film, który zaraz obejrzysz | military | 77 | 28,193 |
04-03-2017, 00:43 Ostatni post: Juby |
|
| Dłuższa piłka, czyli coś dla kino maniaków od kino maniaków | wika | 3 | 4,444 |
02-12-2013, 19:10 Ostatni post: Bucho |
|
| Prawdziwy film, czyli istota kina | Bodzio | 22 | 8,743 |
07-08-2011, 20:23 Ostatni post: MauZ |
|
| Starocie filmowe, czyli trochę klasyki | Eorath | 44 | 17,344 |
20-12-2010, 19:03 Ostatni post: szopman |
|
| Krótka piłka, czyli mini-recenzje | military | 6,447 | 721,643 |
11-04-2009, 16:35 Ostatni post: Negrin |
|
| Parada banału, czyli wpływ formy filmu na odbiór fabuły;) | Mental | 167 | 31,152 |
26-03-2008, 09:55 Ostatni post: D'mooN |
|
| [oddzielony] Krótka piłka, czyli mini-recenzje | 0 | 324 |
Mniej niż 1 minutę temu Ostatni post: |
||
| Użytkownicy przeglądający ten wątek: |
| 2 gości |

Spoiler




