Prawdziwy Romans (1993)
#21
Indroman napisał(a):trzy filmy Scotta z Denzelem to - najgłośniejsze filmy z Denzelem. Jakoś tak wyszło, że przed poznaniem się ze Scottem Denzel raczej bywał na ustach widzów niż po prostu był. tymczasem sam T. stworzył kilka klasyków kina jeszcze przed zaangażowaniem do swoich filmów Washingtona.
I'm smart and I want respect!

Odpowiedz
#22
Indroman napisał(a):trzy filmy Scotta z Denzelem to - najgłośniejsze filmy z Denzelem. Jakoś tak wyszło, że przed poznaniem się ze Scottem Denzel raczej bywał na ustach widzów niż po prostu był. tymczasem sam T. stworzył kilka klasyków kina jeszcze przed zaangażowaniem do swoich filmów Washingtona.
Akurat dla mnie siedem filmów T. Scotta przed "Crimson Tide" to same przeciętniaki (a np. jego debiut dodatkowo strasznie mnie znudził), natomiast Denzel w 1995 r. miał już OScara ('90) i rolę w Philadelphia, więc wtedy już był na topie.
A teza, że CT, MoF i Dejavu to nagłosniejsze filmy Denzela jest nie do obronienia.
I'm smart and I want respect!

Odpowiedz
#23
marc napisał(a):
Indroman napisał(a):Warto zwrócić uwagę na fakt, że trzy filmy Scotta z Denzelem to - nie lpytając tzw. wielkich koneserów kina, którzy pewnie wspomnieliby o "Dniu próby" - najgłośniejsze filmy z Denzelem. Jakoś tak wyszło, że przed poznaniem się ze Scottem Denzel raczej bywał na ustach widzów niż po prostu był. tymczasem sam T. stworzył kilka klasyków kina jeszcze przed zaangażowaniem do swoich filmów Washingtona. Tak więc z tym szczęściem Scotta, że spotkał Denzela... darujmy sobie.

ej sorry, Ty sugerujesz, że Scott jakoś wielce pomógł denzelowi w rozwoju kariery ? :lol: tak przynajmniej rozumiem tę wypowiedź. "wcześniej raczej bywał na ustach widzów" ?? zalezy o jakich widzach mówimy :lol:

Sugeruję to, co napisałem - zapytaj zwykłych zjadaczy popkultury, którzy stanowiąc znakomitą większość wśród dzisiejszych widzów wpływają na wskaźniki popularności. Czy natomiast napisałem, że Scott pomógł Denzelowi w karierze?
I was always criticized for style and content, but I enjoy trying to tell stories a different way - Tony Scott

Odpowiedz
#24
nowak napisał(a):
Indroman napisał(a):trzy filmy Scotta z Denzelem to - najgłośniejsze filmy z Denzelem. Jakoś tak wyszło, że przed poznaniem się ze Scottem Denzel raczej bywał na ustach widzów niż po prostu był. tymczasem sam T. stworzył kilka klasyków kina jeszcze przed zaangażowaniem do swoich filmów Washingtona.
Akurat dla mnie siedem filmów T. Scotta przed "Crimson Tide" to same przeciętniaki (a np. jego debiut dodatkowo strasznie mnie znudził), natomiast Denzel w 1995 r. miał już OScara ('90) i rolę w Philadelphia, więc wtedy już był na topie.
A teza, że CT, MoF i Dejavu to nagłosniejsze filmy Denzela jest nie do obronienia.

Co kto lubi - wcześniejsze filmy Scotta dziś może niczym nie zaskakują, ale w swoich czasach to były wydarzenia (jego debiut jest fantastyczny). Po prostu nie zgadzam się z opinią, że Scott miał szczęście, bo trafił na Denzela. W kwestii najgłośniejszych filmów Washingtona wypowiedziałem się w uprzednim poście :)
I was always criticized for style and content, but I enjoy trying to tell stories a different way - Tony Scott

Odpowiedz
#25
Mam mieszane odczucia względem tego filmu. Ogląda sie go względnie dobrze a chwilami z przyjemnością ale jednocześnie przeszkadza parę wad. Przede wszystkim strasznie naiwna i cukierkowa historia miłości głównych bohaterów, która co prawda zawiera pewne nietypowe rozwiązania - w końcu jak często obserwujemy katowanie oblubienicy bohatera i śmierć poprzedzoną torturami zadaną jego ojcu - a jednak pomimo takich "uprzyjemniaczy" jest to mdląca historia, która chwilami jest wręcz żenująca, zwłaszcza na początku. Wielkim plusem jest natomiast barwna galeria ciekawych postaci granych przez plejadę znakomitych aktorów. Brad Pitt, Christopher Walken, Dennis Hopper, Gary Oldman, James Gandolfini sprawiają, że nie można tego filmu zjechać z czystym sumieniem. Większość z ról drugoplanowych na trwałe zapada w pamięć a już rozmowa Walken-Hopper to prawdziwe mistrzostwo. Niestety na samych drugoplanowych rolach film nie może ciągnąć, za bardzo skupiono się na tym elemencie przez co ucierpiał motor napędowy filmu, czyli główni bohaterowie. Film dobry i wart obejrzenia, ale bez zbytnich zachwytów.

Odpowiedz
#26
Tyler Durden napisał(a):. Wielkim plusem jest natomiast barwna galeria ciekawych postaci granych przez plejadę znakomitych aktorów. Brad Pitt, Christopher Walken, Dennis Hopper, Gary Oldman, James Gandolfini sprawiają, że nie można tego filmu zjechać z czystym sumieniem. Większość
Zgadzam się, choć z tej piatki najmniej mnie Gandolfini zachwycił, natomiast najlepszy był dla mnie Pitt.

Są aktorzy, którzy najlepiej czują się na drugim planie - Hopper, Walken, Oldman swoje najlepsze role zagrali właśnie na drugim planie. A. Baldwin też najlepiej gra w drugiej linii, natomiast mam nadzieje, że za sprawą Capote P.S. Hoffman uwolni się od łatki króla 2-go planu.
I'm smart and I want respect!

Odpowiedz
#27
Przeniesione z "Krótkiej Piłki"

Danus napisał(a):Szkoda, że tak późno w swoim życiu zobaczyłem ten film bo do tej pory to Heat plasował się jako najlepsza tego typu produkcja.
co ma Heat do True Romance? :shock:
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#28
A co ma? Podobny lub zbliżony gatunek filmowy prawda? Po części jest kryminał i w tym filmie i w Heat a to wystarczy by troszeczkę można było porównywać obie produkcje.

Motyw albo inaczej- Intryga kryminalna jest i w tym i w tym obrazie- motyw zemsty też występuje w tych dwóch filmach. Środowisko wokół którego odbywa się akcja też można porównać. Zmienia się tylko towar o który walczą postacie oraz niektóre motywy.

Odpowiedz
#29
Danus, przestan...
W "Gotowych na Wszystko" tez jest intryga kryminalna. Prawdziwy Romans to takie pajacykowanie na formie. Heat to hardkorowy dramat sensacyjny. Nie mow, ze nie widzisz tej roznicy. A jesli widzisz, to skad takie glupie stwierdzenie?
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
#30
NIE! A jeśli nie znajdziesz różnicy między tymi dwoma tytułami, to już będę wiedział, że lepiej unikać rozmów z Tobą o kinie :P

Hitch mnie uprzedził :>
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#31
Ja tą różnicę widzę, ale nic nie stoi na przeszkodzie by te dwa filmy można było porównywać. Niektóre wątki są bardzo podobne tylko zmienia się tło i motywy.
Terminator | Aliens | Terminator 2: Judgment Day | True Lies | Titanic | Avatar
Directed by James "THE KING" Cameron

Odpowiedz
#32
Danus, NIE mozna!
Heat a True Romance to jak ogien i woda. Dwa zupelnie inne nurty w kinie! To ze w Bournie sa walki nie znaczy, ze mozna to porownywac do filmow z Jetem Li czy Seagalem. Damn it!
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
#33
Ok macie rację. troszeczkę się zapędziłem mimo wszytko. Heat i TR to dwa tak samo świetne filmy. Ale jak to stwierdził Hich pajacykowanie formą w TR bardzo mi się podoba.

Odpowiedz
#34
zachęcony błyskotliwym porównaniem danusa, postanowiłem ekshumować dawno przeze mnie pogrzebany true romance, by się przekonać, czy rzeczywiście mamy tu do czynienia z heat bis. uznałem, że być może za pierwszym razem coś mi umknęło i dopiero z drugiej próby film scotta wyjdzie w pełni zrehabilitowany. wszak nie takie cuda się już zdarzały. no więc zasiadłem - do oglądania tajemniczej wersji TRUE ROMANCE: THE QUENTIN TARANTINO CUT, o której oficjalnie cicho jak makiem zasiał, a nieoficjalnie całkiem głośno, szczególnie na pirackich serwisach torrentowych:

[Obrazek: 21745553.jpg]

całość trwa przeszło 140 minut. głowy nie dam, ale jak na moje jest to wersja reżyserska, dostępna za psi grosz w sklepach, wzbogacono o jakieś mega archiwalne ujęcia (paprochy w kadrze, więc wnioskuje, że rolki z filmem wyciągnęli chyba z głębokich katakumb). nie to jednak stanowi największą atrakcję. największa atrakcję stanowi kompletnie inny montaż scen/sekwencji, nadzorowany ponoć przez samego quentina - oczywiście niechronologiczny. tak, dobrze przeczytaliście - "nowy" true romance dorobił się niechronologicznej narracji! co więcej, pomiędzy sekwencjami-blokami pojawiają się teraz czarne plansze z tytułami rozdziałów, informujące o tym, gdzie dana scena sie dzieje i kto w niej występuje. tarantino chyba naprawdę ślepo wierzy, iż fajność filmu można podnieść poprzez wywrócenie wszystkiego do góry dupą i przestawienie końca na początek, a początku na koniec. takie bajery sprawdzały się może 15 lat temu - dzisiaj nie robią żadnego wrażenia, zwłaszcza jeśli niepotrzebnie i pretensjonalnie komplikują prostą i klarowną historie. na plus dla tarantino zaliczam - wreszcie! - sensowny finał. jak wiadomo, the tony scott's cut serwuje cukierkowe, wymuszone i na maksa niewiarygodne zakończenie, którego nie kupiłaby nawet zaczytana w harlequinowych mydlinach gosposia w papilotach. tymczasem the quentin tarantino's cut kończy się źle, co było zresztą zgodne z pierwotnym zamysłem twórcy wściekłych psów.

co do samego filmu to zdania nie zmieniam: żaden niby-wyrafinowany montaż nie pomoże mu stać się czymś więcej niż jest, czyli filmem kiepawym. posiłkując się określeniem ukutym przez jakuza - jego "naciągana kultowość" drażni momentami bardziej niż bełkotliwa postmoderna w kill billu. musze jednak powiedzieć, że role hoopera, oldmana i walkena to aktorski parnas albo kosmos, jeśli komuś bliżej w te drugie rejony. wszyscy oni występują jedynie w epizodach (true romance to filmik złożony z samych epizodów - pod tym względem bardzo przypomina nieszczesnego kill billa) i to tylko dzięki nim prawdziwy romans zapisał się w zbiorowej pamięci. na dodatek główny bohater grany przez slatera jest beznadziejnym pozerem i wkurzającym gościem. tak swoją drogą, to gwiazda tego pana ostatnimi laty ostro przygasła. pewnie w domowym zaciszu biedak wciąż kontempluje snucie się po planie alone in the dark dra bolla.

na plan true romance udało się skrzyknąć tak doborową obsadę, że trudno sobie wyobrazić lepszą: wspomniani walken, hooper i oldman (ten środkowy wyjątkowo nie w roli psychopatycznego terrorysty), a dalej: brad pitt, val kilmer, chris penn, tom sizemore, james gandolfini, christian slater, patricia arquette, no i niech wam będzie - samuel l. jackson. pytanie się nasuwa: czy nie lepiej było wybrac z tego stadka dwóch, góra trzech nazwisk i zrobić z nimi porządny film zamiast na siłe wciskać gdzie popadnie jakieś kultowe mordy, mające za zadanie wypowiedzieć kultową kwestie? jak miałem naście lat, to się z tych blubrów nawet śmiałem, ale na obecnym etapie życia uważam, że to wszystko wcale nie jest takie dowcipne, jak mi się wtedy wydawało.

EDIT

Danus napisał(a):motyw zemsty też występuje w tych dwóch filmach.

z ciekawości: gdzie w true romance motyw zemsty? o ile mnie pamięc nie myli, o śmierci ojca slater się nie dowiaduje. że niby mści sie za pobicie dziewczyny? zresztą nawet jeśli, to ja ci i tak mowie, ze w prawdziwym romansie nie ma śladu mszczenia się nikogo na nikim - z tej prostej przyczyny, że slater najpierw z premedytacją kradnie prochy należąca do mafii, narażając tym samym swoją dziewczynę (i ojca) na niebezpieczeństwo, a potem chce je opchnąć, wystawiając się na odstrzał. w efekcie dziewucha slatera z powodu jego głupoty dostaje wpierdol od gandolfiniego. i teraz mi powiedz: za co niby slater miałby się mścić? za to, że urodził sie głupi? a końcowa strzelanina z jego udziałem, która wywiązała się w sumie przez przypadek i dalej zabrnęła w totalnie nieskoordynowaną obustronną rzeźnię, to nie ukoronowanie kina zemsty, ale jedno wielkie westernowe huzia - nieważne motywy, ważne, żeby utorować sobie drogę do wolności wystrzelonymi kulami.

Odpowiedz
#35
Dla mnie "Prawdziwy Romans" to taki cukierkowy, bezjajeczny, nastolatkowy odpowiednik "Natural Born Killers" Olivera Stone'a. Kultowosc tego pierwszego filmu daleko wykracza poza moje zdolnosci percepcyjne.
Ot średniak ze znanymi mordami.

Odpowiedz
#36
To ja zarzucę (nie wiem, czy do końca prawdziwą) ciekawostką: otóż scenariusz True Romance był pierwotnie częścią większego skryptu, zatytułowanego "Open Road", który liczył sobie coś koło 300 stron, a opowiadał mniej więcej tę samą historię, ale nie kończył się tam, gdzie TR, ale kontynuował historię Clarence'a i Alabamy. Ktoś napisze "szkoda, że nie doczekaliśmy się adaptacji reszty tekstu".

Otóż doczekaliśmy się, przynajmniej częściowo. Ciekawe, kto zgadnie, jaki film powstał z drugiej połówki scenariusza - a raczej jego mocno zmienionej wersji :)

Odpowiedz
#37
Urodzeni zabójcy?

Odpowiedz
#38
Gwoli ścisłości, polski tytuł brzmi Urodzeni mordercy, ale tak - trafiłeś :)

Odpowiedz
#39
Jak ostatnio oglądałem Prawdziwy Romans to się naczytałem ciekawostek:P

Odpowiedz
#40
Ja o tym czytałem już dość dawno, na jakiejś stronce poświęconej twórczości Tarantino. Źródła też różnie podają: raz jest mowa o skrypcie, napisanym do spółki z Avarym, innym razem o 500-stronicowej wersji, spłodzonej tylko przez Quentina. Kiedyś nawet próbowałem szukać jakichś fragmentów (na całość nawet nie liczyłem) tego scenariusza, ale, co było raczej do przewidzenia, bezskutecznie.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  A Bronx Tale (1993) - Prawo Bronxu reż. R. De Niro shamar 6 3,283 28-04-2026, 16:52
Ostatni post: Mefisto
  Robin Hood: Faceci w rajtuzach / Robin Hood: Men in Tights (1993), reż. Mel Brooks SonnyCrockett 8 7,107 22-10-2013, 17:30
Ostatni post: Negatywny
  Red Rock West (1993, reż. John Dahl) military 10 3,304 26-10-2012, 14:44
Ostatni post: Mental
  Colors (1988), Blood in, blood out (1993) czyli ... dillinger 1 3,274 01-07-2008, 12:39
Ostatni post: nowak



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości