niniejszym przyznaje stacji HBO "Złote HBO" - nagrodę za to, że mam co oglądać.
![[Obrazek: hbobb9.jpg]](http://img174.imageshack.us/img174/6694/hbobb9.jpg)
zrobiłem sobie krótką przerwę w pochłanianiu czwartego sezonu The Wire. muszę wygrzebać z sieci jakieś dobre angielskie napisy. niestety trudno do takowych dotrzeć. ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - pojawiła się rodzina Soprano. płytka z serialem wpadła w moje ręce zupełnie przypadkiem. w końcu uznałem, ze warto rzucić okiem.
po skonsumowaniu dwóch pierwszych epizodów nie byłem jakoś specjalnie zaszokowany. zdążyłem się już przyzwyczaić do - sorry za pretensjonalność - stratosferycznego poziomu produkcji pochodzących ze stajni HBO. wyborny serial o mafii, nieco za lekki jak na mój gust, ale i tak wyborny. no cóż... tak było kilka dni temu, kiedy "rzucałem okiem". dzisiaj, po dotarciu do siódmego odcinka pierwszego sezonu, stwierdzam, ze historia wcale nie była "zbyt lekka jak na mój gust". po prostu twórcy podeszli do materiału asekuracyjnie, wypuszczając na starcie dwa "lajtowe" epizody, żeby zachęcić publikę, która mogłaby nie kupić cięższego tematu. tymczasem historia piekielnie angażuje. relacje na linii Soprano - pani psycholog... znacie zapewne to uczucie, rodzące się wyniku dłuższego kontaktu z serialem, kiedy wyczekujecie w napięciu na konkretne sceny. tak było w przypadku X-Files i bardziej osobistych dialogów Muldera ze Scully. to samo w Sopranos. sceny "na kozetce" prowadzone są po mistrzowsku. a pani psycholog to swoją drogą niezła laska. ma klase Claudii Cardinale albo Faye Dunaway. nie dziwie się, że Tony marzy o niej za każdym razem, gdy przyciśnie głowę do poduszki. Lorraine Bracco - takie nazwisko nosi. zagrała u Scorsese w Godfellas, gdzie dostąpiła zaszczytu prowadzenia narracji z offu. w snuciu opowieści wspierał ją wówczas Ray Liotta. ale nie w tym rzecz. chodzi o to, że nie jest to piękność z paryskiego żurnala, wyretuszowana w photoshopie na wysoki połysk. prawdopodobnie minęlibyście ją w markecie, nawet o tym nie wiedząc. jeśli chcecie się dowiedzieć, dlaczego dobra rola kobieca warta jest dla reżysera więcej niż tysiąc żyć, obejrzyjcie The Sopranos.
Tony Soprano. jakby nie patrzeć to całkiem sympatyczny gość: mąż, ojciec, morderca. w dodatku kantuje na potęgę, zwłaszcza żonę. ale to jeszcze nic: obwożąc córkę po uczelniach, wyskakuje na moment "po zegarek", by w międzyczasie udusić jednego gościa linką od skakanki. nie zrozumcie mnie źle: facet nie jest "czystym złem". on po prostu zabija jak rasowy skurwysyński mafioso. uwielbiam ten aspekt jego życiorysu - rozdarcia na dwie strony. Scorsese, De Palma - oni unikali prozaicznych sytuacji, nigdy nie ustawiali swoich bohaterów na zwykłym tle, nie wrzucali ich w środek typowej kłótni rodzinnej, nie wzywali do szkół, żeby musieli się tłumaczyć przed dyrektorem, dlaczego ich synowie okradli w nocy kościół. Postacie Scorsese to ikony, symbole gangsterstwa. analogicznie u De Palmy - wszystko monumentalne, przesadzone: basen w salonie, kurwy na skinienie, limuzyny, zwały koki zlizywane z blatu. świat nie do ogarnięcia spojrzeniem. The Sopranos to zupełnie inny kaliber, inny pułap życia: mafioso budzi się u boku żony, która nawiasem zdradza z ukraińskimi dziwkami, wyjmuje mleko z lodówki, wieczorem natomiast zjawia się w chacie i robi synowi deser lodowy, posypując całość drażetkami. nigdy czegoś takiego nie widziałem, tj. takiego podejścia do "bycia gangsterem". niby kasa ta sama, mnóstwo krwi i trupów, a życie jakby bardziej przyziemne.
rola rodziny. dla przykładu: jeśli w Kasynie Pesci przygotowywał synowi tosty, od razu dało się wyczuć w tym fałsz. tej sceny mogłoby równie dobrze nie być. w ogólnej ekonomice fabuły nie spełniała ona żadnej funkcji. fajnie, ma syna, ale co z tego, skoro w następnym ujęciu widzimy go, jak w przypływie maniackiej agresji rozgniata kolesiowi łeb w imadle albo drwi z zakazu FBI, który zabrania mu przekraczać próg jakiegokolwiek kasyna w Vegas. fakt posiadania dziecka czy w ogóle rodziny nie wpływa zasadniczo na postępowania bohatera. z dzieckiem czy bez - Pesci i tak będzie zachowywał się jak ktoś, kto nie ma nic do stracenia. W Soprano odwrotnie: posiadanie rodziny determinuje. nie można o niej zapomnieć, usunąć na margines, zignorować. córka niucha kokę - masz problem. żona nie daje, co dawać powinna - masz problem, fiut nie staje na baczność - masz problem. kłopoty w domu odbijają się czkawką w robocie.
oglądam dalej i wiem jedno: nie skończy się na pierwszym sezonie. nie ma takiej opcji.
![[Obrazek: hbobb9.jpg]](http://img174.imageshack.us/img174/6694/hbobb9.jpg)
zrobiłem sobie krótką przerwę w pochłanianiu czwartego sezonu The Wire. muszę wygrzebać z sieci jakieś dobre angielskie napisy. niestety trudno do takowych dotrzeć. ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - pojawiła się rodzina Soprano. płytka z serialem wpadła w moje ręce zupełnie przypadkiem. w końcu uznałem, ze warto rzucić okiem.
po skonsumowaniu dwóch pierwszych epizodów nie byłem jakoś specjalnie zaszokowany. zdążyłem się już przyzwyczaić do - sorry za pretensjonalność - stratosferycznego poziomu produkcji pochodzących ze stajni HBO. wyborny serial o mafii, nieco za lekki jak na mój gust, ale i tak wyborny. no cóż... tak było kilka dni temu, kiedy "rzucałem okiem". dzisiaj, po dotarciu do siódmego odcinka pierwszego sezonu, stwierdzam, ze historia wcale nie była "zbyt lekka jak na mój gust". po prostu twórcy podeszli do materiału asekuracyjnie, wypuszczając na starcie dwa "lajtowe" epizody, żeby zachęcić publikę, która mogłaby nie kupić cięższego tematu. tymczasem historia piekielnie angażuje. relacje na linii Soprano - pani psycholog... znacie zapewne to uczucie, rodzące się wyniku dłuższego kontaktu z serialem, kiedy wyczekujecie w napięciu na konkretne sceny. tak było w przypadku X-Files i bardziej osobistych dialogów Muldera ze Scully. to samo w Sopranos. sceny "na kozetce" prowadzone są po mistrzowsku. a pani psycholog to swoją drogą niezła laska. ma klase Claudii Cardinale albo Faye Dunaway. nie dziwie się, że Tony marzy o niej za każdym razem, gdy przyciśnie głowę do poduszki. Lorraine Bracco - takie nazwisko nosi. zagrała u Scorsese w Godfellas, gdzie dostąpiła zaszczytu prowadzenia narracji z offu. w snuciu opowieści wspierał ją wówczas Ray Liotta. ale nie w tym rzecz. chodzi o to, że nie jest to piękność z paryskiego żurnala, wyretuszowana w photoshopie na wysoki połysk. prawdopodobnie minęlibyście ją w markecie, nawet o tym nie wiedząc. jeśli chcecie się dowiedzieć, dlaczego dobra rola kobieca warta jest dla reżysera więcej niż tysiąc żyć, obejrzyjcie The Sopranos.
Tony Soprano. jakby nie patrzeć to całkiem sympatyczny gość: mąż, ojciec, morderca. w dodatku kantuje na potęgę, zwłaszcza żonę. ale to jeszcze nic: obwożąc córkę po uczelniach, wyskakuje na moment "po zegarek", by w międzyczasie udusić jednego gościa linką od skakanki. nie zrozumcie mnie źle: facet nie jest "czystym złem". on po prostu zabija jak rasowy skurwysyński mafioso. uwielbiam ten aspekt jego życiorysu - rozdarcia na dwie strony. Scorsese, De Palma - oni unikali prozaicznych sytuacji, nigdy nie ustawiali swoich bohaterów na zwykłym tle, nie wrzucali ich w środek typowej kłótni rodzinnej, nie wzywali do szkół, żeby musieli się tłumaczyć przed dyrektorem, dlaczego ich synowie okradli w nocy kościół. Postacie Scorsese to ikony, symbole gangsterstwa. analogicznie u De Palmy - wszystko monumentalne, przesadzone: basen w salonie, kurwy na skinienie, limuzyny, zwały koki zlizywane z blatu. świat nie do ogarnięcia spojrzeniem. The Sopranos to zupełnie inny kaliber, inny pułap życia: mafioso budzi się u boku żony, która nawiasem zdradza z ukraińskimi dziwkami, wyjmuje mleko z lodówki, wieczorem natomiast zjawia się w chacie i robi synowi deser lodowy, posypując całość drażetkami. nigdy czegoś takiego nie widziałem, tj. takiego podejścia do "bycia gangsterem". niby kasa ta sama, mnóstwo krwi i trupów, a życie jakby bardziej przyziemne.
rola rodziny. dla przykładu: jeśli w Kasynie Pesci przygotowywał synowi tosty, od razu dało się wyczuć w tym fałsz. tej sceny mogłoby równie dobrze nie być. w ogólnej ekonomice fabuły nie spełniała ona żadnej funkcji. fajnie, ma syna, ale co z tego, skoro w następnym ujęciu widzimy go, jak w przypływie maniackiej agresji rozgniata kolesiowi łeb w imadle albo drwi z zakazu FBI, który zabrania mu przekraczać próg jakiegokolwiek kasyna w Vegas. fakt posiadania dziecka czy w ogóle rodziny nie wpływa zasadniczo na postępowania bohatera. z dzieckiem czy bez - Pesci i tak będzie zachowywał się jak ktoś, kto nie ma nic do stracenia. W Soprano odwrotnie: posiadanie rodziny determinuje. nie można o niej zapomnieć, usunąć na margines, zignorować. córka niucha kokę - masz problem. żona nie daje, co dawać powinna - masz problem, fiut nie staje na baczność - masz problem. kłopoty w domu odbijają się czkawką w robocie.
oglądam dalej i wiem jedno: nie skończy się na pierwszym sezonie. nie ma takiej opcji.
25-12-2007, 03:05






