Tak trafiłem w krótkiej piłce na ripostę Johna i muszę coś powiedzieć od siebie, bo ze zdaniem ale to nie są prawdziwi ludzie zgodzić się nie mogę. Otóż zacznę bardzo osobiście wywlekając na wierzch kilka momentów w swoim życiu i to takich momentów, dzięki którym łatwo mi było wejść w skórę bohatera granego przez Braffa. Innymi słowy chodzi o identyfikację.
Tak się zdarzyło, że przez pół roku kompletnie sam pobawiłem na wschodnim wybrzeżu Stanów, a kilka chwil później przez prawie dwa lata w Wawce. Sam. Fajnie bywało. Sporo nauki odpowiedzialności, samodzielności, blabla, itp. Siłą rzeczy tkwiłem w stanie wyalienowanym, co wygodne jednak nie było - brak mej lubej, brak kumpli, brak rodziny, psa, własnych rzeczy, znanych ulic. Tęsknota do tego, czego nie miałem, przybierała często rzewną formę (tak brzmi i teraz), niemniej szczerze chciałem zmiany, powrotu. I pojawiłem się na stałe w domu. Tyle. Nie zagłębiam się w szczegóły co się wydarzyło potem, ale lepiej być nie może. To mój osobisty pogląd na jakość życia.
I o tym właśnie jest "Garden State". O prawdziwym świecie i prawdziwych ludziach. O ich szansach i porażkach. O sposobach definiowania jakości życia. A że te nie są dane każdemu człowiekowi w proporcjach filmowych, to może stąd zarzut nieprawdziwości? Trudno powiedzieć. Tylu freaków nie ma na co dzień. Nie każdy ma tak fajne tapety. Nie każdy ma odwagę uczestniczenia w autoterapii krzykiem. Nie każdy ma szansę na Natalie Portman. Życie jest brzydsze, wulgarniejsze, nudniejsze. Jednak Braffowi nie chodziło o to, aby być bliżej brudu ulicy. Tego gościa zainteresowało to, co się dzieje w głowie kogoś pragnącego zmiany. Braff daje szansę temu komuś na zmianę - i ta zmiana, wynikła z tęsknoty za bezpieczeństwem, jest prawdziwa w swoim filmowym
wyidealizowaniu. Wracasz - i przymykasz oko na niedoskonałości. Jest przyjemniej, wygodniej, fajniej, szklanka do połowy pełna. O takim stanie umysłu jest GS. I to mocno we mnie uderzyło pewnego letniego dnia, kilka lat temu, podczas seansu w którymś kinie w Nowym Jorku.
Tak się zdarzyło, że przez pół roku kompletnie sam pobawiłem na wschodnim wybrzeżu Stanów, a kilka chwil później przez prawie dwa lata w Wawce. Sam. Fajnie bywało. Sporo nauki odpowiedzialności, samodzielności, blabla, itp. Siłą rzeczy tkwiłem w stanie wyalienowanym, co wygodne jednak nie było - brak mej lubej, brak kumpli, brak rodziny, psa, własnych rzeczy, znanych ulic. Tęsknota do tego, czego nie miałem, przybierała często rzewną formę (tak brzmi i teraz), niemniej szczerze chciałem zmiany, powrotu. I pojawiłem się na stałe w domu. Tyle. Nie zagłębiam się w szczegóły co się wydarzyło potem, ale lepiej być nie może. To mój osobisty pogląd na jakość życia.
I o tym właśnie jest "Garden State". O prawdziwym świecie i prawdziwych ludziach. O ich szansach i porażkach. O sposobach definiowania jakości życia. A że te nie są dane każdemu człowiekowi w proporcjach filmowych, to może stąd zarzut nieprawdziwości? Trudno powiedzieć. Tylu freaków nie ma na co dzień. Nie każdy ma tak fajne tapety. Nie każdy ma odwagę uczestniczenia w autoterapii krzykiem. Nie każdy ma szansę na Natalie Portman. Życie jest brzydsze, wulgarniejsze, nudniejsze. Jednak Braffowi nie chodziło o to, aby być bliżej brudu ulicy. Tego gościa zainteresowało to, co się dzieje w głowie kogoś pragnącego zmiany. Braff daje szansę temu komuś na zmianę - i ta zmiana, wynikła z tęsknoty za bezpieczeństwem, jest prawdziwa w swoim filmowym
wyidealizowaniu. Wracasz - i przymykasz oko na niedoskonałości. Jest przyjemniej, wygodniej, fajniej, szklanka do połowy pełna. O takim stanie umysłu jest GS. I to mocno we mnie uderzyło pewnego letniego dnia, kilka lat temu, podczas seansu w którymś kinie w Nowym Jorku.
22-07-2009, 18:00





