Doomsday - tematu o filmie nie ma, ale zakładać mi się nie chce, więc będzie krótka-dłuższa recenzja. Sam film mnie zawiódł, bo więcej obiecuje, niż daje, a całość przypomina kotleta mielonego - mamy tu same kalki/motywy/nawiązania/hołdy dla/z Ucieczki z NY, 28 days later, Aliens, serii o żywych trupach, Damnation Alley, No Escape i jeszcze wielu innych "klasyków" z lat 80 i początku 90. I to się nieźle ogląda. A pierwsze 30 minut jest mega klimatyczne i ma parę fajnych patentów (np oczko). No i jest Rhona Mitra <ok>
Niestety potem dochodzi do tego Mad Max, LOTR (!!), First Knight (!!!) i Evil Dead 3 (!!!!) i całość zaczyna się rozłazić, jak bazarkowe pantofle. W dodatku twórcy nic sobie z tego nie robią i dodają do tego nienajlepszą ironię, humor i makabreskę, a całość okraszają wybijającą się i niepotrzebnie pogrążającą wszystko (bo zwyczajnie nie pasującą) wesołą muzyczkę. I tak końcowe 30 minut - w porównaniu do początkowych - to kupa nieziemska, którą ogląda się z bólem w klatce piersiowej. Choć Rhona Mitra dwoi się i troi, aby to wszystko uatrakcyjnić (a nawet dostaje chwilową pomoc z osobie zajebistej Lee-Anne Liebenberg - w ogóle cała obsada drugiego planu to moc i epa), to ledwo jej się to udaje. Sytuacji nie ratuje nawet fajne zakończenie - w końcu inne od większości tego typu filmów (mówię tu o absolutnie ostatniej scenie, nie finałowym rozwiązaniu). Generalnie wydaje się, jakby Marshall chciał do jednego wora włożyć za dużo gatunków i klimatów i w pewnym momencie szwy nie wytrzymały. W dodatku druga połowa filmu roi się od niesamowitych baboli (ucieczka do pociągu to majstersztyk irytującego zawiązania akcji). Aha, no i bad guye są debilnie płascy i nijacy - z reguły tylko się wydzierają.
Szkoda, bo film miał spory potencjał, z którego zostało jedynie widowiskowe patrzydło, momentami wielce kiczowate. Daję 6/10, bo jednak Rhona Mitra, prolog i 1/3 filmu rządzą, poszczególne sceny są naprawdę smaczne, Rhona Mitra jeszcze smaczniejsza i seans mija w sumie bezzawałowo (choć blisko). Dla wielbicieli Rhony pozycja obowiązkowa. Reszta powinna omijać.
Niestety potem dochodzi do tego Mad Max, LOTR (!!), First Knight (!!!) i Evil Dead 3 (!!!!) i całość zaczyna się rozłazić, jak bazarkowe pantofle. W dodatku twórcy nic sobie z tego nie robią i dodają do tego nienajlepszą ironię, humor i makabreskę, a całość okraszają wybijającą się i niepotrzebnie pogrążającą wszystko (bo zwyczajnie nie pasującą) wesołą muzyczkę. I tak końcowe 30 minut - w porównaniu do początkowych - to kupa nieziemska, którą ogląda się z bólem w klatce piersiowej. Choć Rhona Mitra dwoi się i troi, aby to wszystko uatrakcyjnić (a nawet dostaje chwilową pomoc z osobie zajebistej Lee-Anne Liebenberg - w ogóle cała obsada drugiego planu to moc i epa), to ledwo jej się to udaje. Sytuacji nie ratuje nawet fajne zakończenie - w końcu inne od większości tego typu filmów (mówię tu o absolutnie ostatniej scenie, nie finałowym rozwiązaniu). Generalnie wydaje się, jakby Marshall chciał do jednego wora włożyć za dużo gatunków i klimatów i w pewnym momencie szwy nie wytrzymały. W dodatku druga połowa filmu roi się od niesamowitych baboli (ucieczka do pociągu to majstersztyk irytującego zawiązania akcji). Aha, no i bad guye są debilnie płascy i nijacy - z reguły tylko się wydzierają.
Szkoda, bo film miał spory potencjał, z którego zostało jedynie widowiskowe patrzydło, momentami wielce kiczowate. Daję 6/10, bo jednak Rhona Mitra, prolog i 1/3 filmu rządzą, poszczególne sceny są naprawdę smaczne, Rhona Mitra jeszcze smaczniejsza i seans mija w sumie bezzawałowo (choć blisko). Dla wielbicieli Rhony pozycja obowiązkowa. Reszta powinna omijać.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
01-10-2009, 01:29





