A idiotyczna fabuła i emo-chłopcy z pseudofilozoficznymi ciągotami dalej będą znakiem rozpoznawczym serii? A skoro już przy FF jesteśmy:
Dissidia Final Fantasy (PSP)
Doskonałe połączenie świata Final Fantasy (postacie, przedmioty, ciosy, chocobo) z mechaniką Kingdom Hearts (system walki, chociaż tutaj można zmienić na ten bardziej wierny Finalowej serii, ogólna stylistyka, czy nawet artworki). Ogrom tej gry jest absolutnie powalający i jest to największa, zaraz obok Monster Hunter Freedom 2, gra jaką posiadam i jaką widziałem. Myślę, że podobnie jak w przypadku MHF zejdzie mi z Dissidią ponad 100 godzin z pocałowaniem ręki.
Pierwsze 1-2 godziny poświęca się na ogólne ogarnięcie dostępnych opcji i prawideł, jakimi rządzi się gra. Opisywanie tutaj wszystkiego mija się z celem. Ogólnie jest to RPG połączone z bijatyką, w której są nawet wycieczki po konkretne przedmioty, które pomogą w zdobyciu innych przedmiotów, a żeby tego dokonać, trzeba, powiedzmy, załamać Bravery konkretnego przeciwnika. Ten, z odrobiną szczęścia (to też zależy od naszych statystyk), wypluje świecidełko, na którym nam zależało. Oczywiście nie obyło się bez setów a'la Diablo (w tym przypadku tylko cały set daje jakieś korzyści). Krótko - jest to druga, po wspomnianym już MHF2, gra, która zmusiła mnie do zajrzenia na GameFAQ's. Poza odblokowywaniem przedmiotów są jeszcze postacie, stroje, filmiki, tryby gry, opcje systemowe, ciosy... Po prostu szok.
Co do walki - coś cudownego. Na początku troszeczkę się zawiodłem, ale szybko się okazało, że był to tylko syndrom Kingdom Hearts - początkowo niewiele ubogo prezentujących się ciosów wraz z rozwojem postaci i wgryzieniem się w system gry przeradza się w spektakularny pokaz efektownych i efektywnych chwytów. Tutaj nie tylko ważne są decyzje podczas walki, ale także przed nią. Dobór odpowiednich umiejętności (trzy rodzaje), czy ataków (dwa rodzaje, podzielone na te zadawane w powietrzu i na ziemi) i przedmiotów jest kluczowe, gdy walczymy z najsilniejszymi przeciwnikami. A pojedynek z nimi to sam miód. Tu nie wystarczy po prostu walić przed siebie - większość moich pojedynków to czekanie na ruch przeciwnika i próba kontry. On zresztą robi to samo, czekając, bądź atakując ni z gruchy ni pietruchy, po uprzednim krążeniu i myleniu przeciwnika. Wolę nie myśleć, co by było, gdyby dodać do tego możliwość robienia zmyłek. Dramatyzmu tutaj też pod dostatkiem. System bravery, czyli punktów, na podstawie których mierzona jest siła naszego ciosu, doprowadza nie raz do sytuacji, w której przeciwnik z jednym HP, wykorzystując krótki moment naszego osłabienia po zadaniu ciosu, doprowadza do załamania naszego bravery, czyniąc z siebie maszynę do zabijania. O widowiskowości chyba nie muszę wspominać - zderzenia w powietrzu, odskoki, salta, bieganie po ścianie, limit brake'i, a wszystko to chodzi niezmiennie płynnie przez cały czas gry.
Wady? Postaci w Story mode naprawdę ciężko się słucha. Początkujący gracze oczywiście zaczną od łatwiejszych bohaterów (poziom trudności oznaczony gwiazdkami), więc automatycznie przejdą do Clouda - kto grał w FF VII, ten wie, jaki z niego emo. Tutaj jest jeszcze gorszy. Ogólnie postacie sprawiają wrażenie, jakby niczego się nie nauczyły podczas swych przygód. Chociażby Squall (w grze wygląda tragicznie) - pod koniec FF VIII zorientował się, że ma przyjaciół, nie jest sam i inne takie. Tutaj nagle stwierdza: "Zawsze byłem sam". Czujecie ogólnie siłę tego płakania? Dylematy bohaterów normalni ludzie przeżywają w wieku 10 lat. O fabule nie chce mi się pisać - FF nigdy nie miało szczególnie dobrych historii, ale tutaj robi ona wyłącznie za pretekst. Głupi na dodatek.
Ogółem, jeśli skupić się tylko na walce i nie wsłuchiwać się za bardzo w bełkot bohaterów (jeden tekst, z którym wyskoczył nagle jak guma z gaci Sephiroth mnie po prostu rozpieprzył: "A co jeśli podczas narodzin wiemy wszystko i wiedza ta jest oddzielana od naszego umysłu przez potężniejszy byt?", czy coś w tym stylu. Masakra), jest to bardzo porządny kawałek kodu starczający na wiele dziesiątek godzin, ze świetnie pomyślanym, bardzo grywalnym systemem walki i ogromnymi możliwościami rozwoju postaci.
8+/10
Dissidia Final Fantasy (PSP)
Doskonałe połączenie świata Final Fantasy (postacie, przedmioty, ciosy, chocobo) z mechaniką Kingdom Hearts (system walki, chociaż tutaj można zmienić na ten bardziej wierny Finalowej serii, ogólna stylistyka, czy nawet artworki). Ogrom tej gry jest absolutnie powalający i jest to największa, zaraz obok Monster Hunter Freedom 2, gra jaką posiadam i jaką widziałem. Myślę, że podobnie jak w przypadku MHF zejdzie mi z Dissidią ponad 100 godzin z pocałowaniem ręki.
Pierwsze 1-2 godziny poświęca się na ogólne ogarnięcie dostępnych opcji i prawideł, jakimi rządzi się gra. Opisywanie tutaj wszystkiego mija się z celem. Ogólnie jest to RPG połączone z bijatyką, w której są nawet wycieczki po konkretne przedmioty, które pomogą w zdobyciu innych przedmiotów, a żeby tego dokonać, trzeba, powiedzmy, załamać Bravery konkretnego przeciwnika. Ten, z odrobiną szczęścia (to też zależy od naszych statystyk), wypluje świecidełko, na którym nam zależało. Oczywiście nie obyło się bez setów a'la Diablo (w tym przypadku tylko cały set daje jakieś korzyści). Krótko - jest to druga, po wspomnianym już MHF2, gra, która zmusiła mnie do zajrzenia na GameFAQ's. Poza odblokowywaniem przedmiotów są jeszcze postacie, stroje, filmiki, tryby gry, opcje systemowe, ciosy... Po prostu szok.
Co do walki - coś cudownego. Na początku troszeczkę się zawiodłem, ale szybko się okazało, że był to tylko syndrom Kingdom Hearts - początkowo niewiele ubogo prezentujących się ciosów wraz z rozwojem postaci i wgryzieniem się w system gry przeradza się w spektakularny pokaz efektownych i efektywnych chwytów. Tutaj nie tylko ważne są decyzje podczas walki, ale także przed nią. Dobór odpowiednich umiejętności (trzy rodzaje), czy ataków (dwa rodzaje, podzielone na te zadawane w powietrzu i na ziemi) i przedmiotów jest kluczowe, gdy walczymy z najsilniejszymi przeciwnikami. A pojedynek z nimi to sam miód. Tu nie wystarczy po prostu walić przed siebie - większość moich pojedynków to czekanie na ruch przeciwnika i próba kontry. On zresztą robi to samo, czekając, bądź atakując ni z gruchy ni pietruchy, po uprzednim krążeniu i myleniu przeciwnika. Wolę nie myśleć, co by było, gdyby dodać do tego możliwość robienia zmyłek. Dramatyzmu tutaj też pod dostatkiem. System bravery, czyli punktów, na podstawie których mierzona jest siła naszego ciosu, doprowadza nie raz do sytuacji, w której przeciwnik z jednym HP, wykorzystując krótki moment naszego osłabienia po zadaniu ciosu, doprowadza do załamania naszego bravery, czyniąc z siebie maszynę do zabijania. O widowiskowości chyba nie muszę wspominać - zderzenia w powietrzu, odskoki, salta, bieganie po ścianie, limit brake'i, a wszystko to chodzi niezmiennie płynnie przez cały czas gry.
Wady? Postaci w Story mode naprawdę ciężko się słucha. Początkujący gracze oczywiście zaczną od łatwiejszych bohaterów (poziom trudności oznaczony gwiazdkami), więc automatycznie przejdą do Clouda - kto grał w FF VII, ten wie, jaki z niego emo. Tutaj jest jeszcze gorszy. Ogólnie postacie sprawiają wrażenie, jakby niczego się nie nauczyły podczas swych przygód. Chociażby Squall (w grze wygląda tragicznie) - pod koniec FF VIII zorientował się, że ma przyjaciół, nie jest sam i inne takie. Tutaj nagle stwierdza: "Zawsze byłem sam". Czujecie ogólnie siłę tego płakania? Dylematy bohaterów normalni ludzie przeżywają w wieku 10 lat. O fabule nie chce mi się pisać - FF nigdy nie miało szczególnie dobrych historii, ale tutaj robi ona wyłącznie za pretekst. Głupi na dodatek.
Ogółem, jeśli skupić się tylko na walce i nie wsłuchiwać się za bardzo w bełkot bohaterów (jeden tekst, z którym wyskoczył nagle jak guma z gaci Sephiroth mnie po prostu rozpieprzył: "A co jeśli podczas narodzin wiemy wszystko i wiedza ta jest oddzielana od naszego umysłu przez potężniejszy byt?", czy coś w tym stylu. Masakra), jest to bardzo porządny kawałek kodu starczający na wiele dziesiątek godzin, ze świetnie pomyślanym, bardzo grywalnym systemem walki i ogromnymi możliwościami rozwoju postaci.
8+/10
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church
03-10-2009, 13:46





