Kingdom of Heaven Dir Cut - dałem temu filmowi drugą szansę, i to od razu w wersji reżyserskiej, do której jest zresztą cały wstęp Scotta, objaśniający jakoby Dir Cut nie był pustym słowem, jak to pięknie rozwiął wszelkie wątki i sprawił, że film staje się jeszcze głębszy. A gdzie tam!!
30 minut materiału więcej sprowadza się jedynie do większej ilości juhy i pieprzenia o Bogu. Tyle. Wyjątkiem są dwa wątki - wątek z krzewem, który "podpala" Balian i wątek z synem Sibylli. No, niezłe jest też rozszerzenie roli Sheena. Cała reszta nie różni się wielce od oryginału, a film irytuje równie mocno, co za pierwszym razem - acz przyznam, że jednak przyjemniej się go oglądało. Jest piękny wizualnie, sceny potyczek są niezłe i ma to klimacik.
Szkoda jedynie, że brak temu czemuś rozumu. Poza ubraniem tego w szaty rycerskie Scott prezentuje tu wyjątkowo debilną i naiwną historię od zera do bohatera. Oto bowiem kowal, który ledwo uniknął stryczka (swoją drogą beznadziejne rozszerzenie prologu, w którym Scott pokazuje nachalnie wszystko to, o czym wersja kinowa jedynie subtelnie informowała) dostaje propozycja wyruszenia na krucjatę. W 5 minut uczy się władania mieczem (wg dziadka Scotta wystarczy przyjąć jedną pozycję, aby móc wygrać każdą walkę), następnie jako jedyny dociera cało do ziemi świętej, gdzie pokonuje każdego wroga, nie ważne jak dalece bardziej od niego doświadczonego w boju, czy lepiej przystosowanego do tegoż; nawadnia pustynię, fortyfikuje miasto i w ogóle to on wie i robi wszystko najlepiej, a cała reszta się jedynie na niego patrzy i wykonuje polecenia, choć znają go 1 dzień. Żenada.
Do Orlando co prawda pretensji mieć nie można, bo jak dla mnie poradził sobie z rolą. To scenariusz i reżyseria zostały doszczętnie położone. Zresztą nawet muzyka, w której co chwila powtarza się jeden temat, znacznie bardziej mnie zirytowała, jak wcześniej (nawet na płycie nie daje się to tak we znaki). No i to zakończenie, w którym mamy pożal się boże bezmyślny happy end, choć wcześniej wszyscy warci uwagi bohaterowie albo zginęli, albo spieprzyli gdzie popadnie. Aha, zanim ten końcowy happy end nastąpi mamy beznadziejnie debilną walkę z głównym bad guyem (który notabene nazywa się Guy!) - on oczywiście nie zostaje zabity, zamiast tego Balian go poucza (sic!).
Zawiodłem się. Wszyscy dookoła pieją jaka to wersja reżyserska lepsza od oryginału, a to właściwie to samo, tylko dłużej i bardziej brutalnie. Daję jednak o 1 punkt więcej, niż pierwotnie, bo jednak wrażenia estetyczne były lepsze, a i te parę ww wartościowych scen robi wrażenie pozytywniejsze niż kinówka. Niewiele większe, ale jednak.
6/10
30 minut materiału więcej sprowadza się jedynie do większej ilości juhy i pieprzenia o Bogu. Tyle. Wyjątkiem są dwa wątki - wątek z krzewem, który "podpala" Balian i wątek z synem Sibylli. No, niezłe jest też rozszerzenie roli Sheena. Cała reszta nie różni się wielce od oryginału, a film irytuje równie mocno, co za pierwszym razem - acz przyznam, że jednak przyjemniej się go oglądało. Jest piękny wizualnie, sceny potyczek są niezłe i ma to klimacik.
Szkoda jedynie, że brak temu czemuś rozumu. Poza ubraniem tego w szaty rycerskie Scott prezentuje tu wyjątkowo debilną i naiwną historię od zera do bohatera. Oto bowiem kowal, który ledwo uniknął stryczka (swoją drogą beznadziejne rozszerzenie prologu, w którym Scott pokazuje nachalnie wszystko to, o czym wersja kinowa jedynie subtelnie informowała) dostaje propozycja wyruszenia na krucjatę. W 5 minut uczy się władania mieczem (wg dziadka Scotta wystarczy przyjąć jedną pozycję, aby móc wygrać każdą walkę), następnie jako jedyny dociera cało do ziemi świętej, gdzie pokonuje każdego wroga, nie ważne jak dalece bardziej od niego doświadczonego w boju, czy lepiej przystosowanego do tegoż; nawadnia pustynię, fortyfikuje miasto i w ogóle to on wie i robi wszystko najlepiej, a cała reszta się jedynie na niego patrzy i wykonuje polecenia, choć znają go 1 dzień. Żenada.
Do Orlando co prawda pretensji mieć nie można, bo jak dla mnie poradził sobie z rolą. To scenariusz i reżyseria zostały doszczętnie położone. Zresztą nawet muzyka, w której co chwila powtarza się jeden temat, znacznie bardziej mnie zirytowała, jak wcześniej (nawet na płycie nie daje się to tak we znaki). No i to zakończenie, w którym mamy pożal się boże bezmyślny happy end, choć wcześniej wszyscy warci uwagi bohaterowie albo zginęli, albo spieprzyli gdzie popadnie. Aha, zanim ten końcowy happy end nastąpi mamy beznadziejnie debilną walkę z głównym bad guyem (który notabene nazywa się Guy!) - on oczywiście nie zostaje zabity, zamiast tego Balian go poucza (sic!).
Zawiodłem się. Wszyscy dookoła pieją jaka to wersja reżyserska lepsza od oryginału, a to właściwie to samo, tylko dłużej i bardziej brutalnie. Daję jednak o 1 punkt więcej, niż pierwotnie, bo jednak wrażenia estetyczne były lepsze, a i te parę ww wartościowych scen robi wrażenie pozytywniejsze niż kinówka. Niewiele większe, ale jednak.
6/10
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
25-11-2009, 05:50





