wiesz, po pierwsze to jest tylko moje wypierdoliście skromne zdanie 
po 2: film oglądałem tylko raz, więc pewnie nadal jestem w piekle niewiedzy
po trzecie dziecie: nie napiszę, że czegoś brakuje, bo brakuje sporo
a czego konkretnie? tego nie da się do końca wyjaśnić. Dla mnie brakuje trzech rzeczy (w zasadzie wszystkie już ktoś gdzieś wymienił):
- odrobiny lekkości - cała ekipa zachowuje i wygląda tak, jakby im matka zmarła. Ja wiem, że praca w policji, undercover brother, etc. ale nosz...nawet ludzie pracujący w kostnicy nie podchodzą tak drętwo do życia i zawodu, że o podstawie, jaką był serial nie wspomnę;
- chemia między postaciami, a raczej jej zupełny brak - ci ludzie zachowują się nie jak partnerzy, nie jak dobrzy kumple, nawet nie jak ludzie. Oni są tak na maksa bezuczuciowi, że gdyby Tubbs był z kartonu, to Crockett by się nie przejął i vice versa. Do tego nie ma emocji między ich kobietami i resztą osób. Ktoś wspomniał o scenie z prysznicem, która wg mnie jest na maksa nienaturalna i po prostu głupia (chyba, że to przez zły montaż i coś wycięli w środku). W tym związku emocje i jakąkolwiek zależność widać dopiero w końcówce, gdy Tubbs ściska rękę walczącej o życie kobity. Poza tym zero. Nieco lepiej jest z Crockettem i japońską dupą - tu już coś widać, choć jest to raczej na zasadzie "porżnijmy się trochę", a nie "kocham cię". Dlatego nawet, gdyby sukę zabili, to byłoby mi wszystko jedno. Crockett w takim wypadku pewnie skrzywiłby się kącikiem ust i wrócił do domu czyścić broń. Zero emocji naprawdę. Zresztą chyba najlepiej ilustruje to scena z wizytą u bossa - scena owszem ciężka i ważna, ale za poważna. Wszyscy ci ludzie ryzykują i każdy tekst może kosztować ich fiuta, ale to nadal są ludzie, a nie roboty. Niestety ich spotkanie wygląda jakby wokół nich tłoczyli się komuniści gotowi do strzału - żadnego pierdnięcia, żadnej luźnej uwagi, żadnego znaku życia. Gdyby Mann postawiłby na miejscu aktorów kaktusy, to scena przyprawiała by o palpitację serca, bo nikt by nie wiedział, który pierwszy wykiełkuje. A tak nuda, jak na farmie zimą.
- nie ma balansu pomiędzy scenami. Raz mamy niby dramat + te wszystkie rzeczy powyżej, a za chwilę pływają sobie motorówkami, jakby nie szło o climax filmu, a o sprzedaż bananów. Jest to też pewna niekonsekwencja, bo albo jedno albo drugie, albo jakoś to łączymy. A tak wiele scen jest jakby z innego filmu.
Ja się wcale nie spodziewałem powtórki z serialu, bo to już było wiadomo, że - patrz zalinkowany artykuł - to se ne vroci. Jednakże tytuł zobowiązuje poniekąd. Jak dla mnie nie dostaliśmy ani Miami ani Vice. Dostaliśmy coś, czego Mann nie zdołął/nie zdążył/nie mógł ukształtować do końca. Forma jest zimna i nijaka i niestety, co jest grzechem najgorszym, nudzi (a film krótki nie jest).
W końcu po 4: moim zdaniem zachwycasz się tym filmem nieco na wyrost i na zasadzie "bo to Mann, a nie Materna"
Widać to zresztą po ulubionym kadrze filmu, jaki zapodałeś - rodem z Kryminalnych jak dla mnie. Choć produkcji nie łykam, to pamiętam, że było tam 150 bardziej rozwalających scen/kadrów/jazd czy co se ta zażyczysz. Tak więc może i byłeś w piekle niewiedzy, teraz jesteś w przesłodzonym niebie nadwiedzy. Jak chcesz, to zostań tam, ale ja szybko nie dołączę o ile w ogóle. Dla mnie MV to nieudany Mann - mówię wam (ale chujowy rym
)

po 2: film oglądałem tylko raz, więc pewnie nadal jestem w piekle niewiedzy

po trzecie dziecie: nie napiszę, że czegoś brakuje, bo brakuje sporo
a czego konkretnie? tego nie da się do końca wyjaśnić. Dla mnie brakuje trzech rzeczy (w zasadzie wszystkie już ktoś gdzieś wymienił):
- odrobiny lekkości - cała ekipa zachowuje i wygląda tak, jakby im matka zmarła. Ja wiem, że praca w policji, undercover brother, etc. ale nosz...nawet ludzie pracujący w kostnicy nie podchodzą tak drętwo do życia i zawodu, że o podstawie, jaką był serial nie wspomnę;
- chemia między postaciami, a raczej jej zupełny brak - ci ludzie zachowują się nie jak partnerzy, nie jak dobrzy kumple, nawet nie jak ludzie. Oni są tak na maksa bezuczuciowi, że gdyby Tubbs był z kartonu, to Crockett by się nie przejął i vice versa. Do tego nie ma emocji między ich kobietami i resztą osób. Ktoś wspomniał o scenie z prysznicem, która wg mnie jest na maksa nienaturalna i po prostu głupia (chyba, że to przez zły montaż i coś wycięli w środku). W tym związku emocje i jakąkolwiek zależność widać dopiero w końcówce, gdy Tubbs ściska rękę walczącej o życie kobity. Poza tym zero. Nieco lepiej jest z Crockettem i japońską dupą - tu już coś widać, choć jest to raczej na zasadzie "porżnijmy się trochę", a nie "kocham cię". Dlatego nawet, gdyby sukę zabili, to byłoby mi wszystko jedno. Crockett w takim wypadku pewnie skrzywiłby się kącikiem ust i wrócił do domu czyścić broń. Zero emocji naprawdę. Zresztą chyba najlepiej ilustruje to scena z wizytą u bossa - scena owszem ciężka i ważna, ale za poważna. Wszyscy ci ludzie ryzykują i każdy tekst może kosztować ich fiuta, ale to nadal są ludzie, a nie roboty. Niestety ich spotkanie wygląda jakby wokół nich tłoczyli się komuniści gotowi do strzału - żadnego pierdnięcia, żadnej luźnej uwagi, żadnego znaku życia. Gdyby Mann postawiłby na miejscu aktorów kaktusy, to scena przyprawiała by o palpitację serca, bo nikt by nie wiedział, który pierwszy wykiełkuje. A tak nuda, jak na farmie zimą.
- nie ma balansu pomiędzy scenami. Raz mamy niby dramat + te wszystkie rzeczy powyżej, a za chwilę pływają sobie motorówkami, jakby nie szło o climax filmu, a o sprzedaż bananów. Jest to też pewna niekonsekwencja, bo albo jedno albo drugie, albo jakoś to łączymy. A tak wiele scen jest jakby z innego filmu.
Ja się wcale nie spodziewałem powtórki z serialu, bo to już było wiadomo, że - patrz zalinkowany artykuł - to se ne vroci. Jednakże tytuł zobowiązuje poniekąd. Jak dla mnie nie dostaliśmy ani Miami ani Vice. Dostaliśmy coś, czego Mann nie zdołął/nie zdążył/nie mógł ukształtować do końca. Forma jest zimna i nijaka i niestety, co jest grzechem najgorszym, nudzi (a film krótki nie jest).
W końcu po 4: moim zdaniem zachwycasz się tym filmem nieco na wyrost i na zasadzie "bo to Mann, a nie Materna"

Widać to zresztą po ulubionym kadrze filmu, jaki zapodałeś - rodem z Kryminalnych jak dla mnie. Choć produkcji nie łykam, to pamiętam, że było tam 150 bardziej rozwalających scen/kadrów/jazd czy co se ta zażyczysz. Tak więc może i byłeś w piekle niewiedzy, teraz jesteś w przesłodzonym niebie nadwiedzy. Jak chcesz, to zostań tam, ale ja szybko nie dołączę o ile w ogóle. Dla mnie MV to nieudany Mann - mówię wam (ale chujowy rym
)
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
29-10-2007, 03:17





