No, wreszcie obejrzałem to z jego twórczości co chciałem obejrzeć i wyrobiłem sobie jakąś opinię :)
A Better Tomorrow - pierwsza część trzyczęściowej serii, która zrewolucjonizowała chiński rynek filmowy. Historia uwolnionego po latach z więzienia gangstera, który wraz z przyjacielem postanawia zacząć nowe życie, jednak jest prześladowany przez demony z przeszłości, co prowadzi do nieuchronnej konfrontacji i widowiskowej końcowej strzelaniny. Są tu zaczątki wszystkich tych elementów, które w następnych latach uczyniły Woo tak popularnym reżyserem, jednak widać że tu dopiero ćwiczył się w formie. Jestem w stanie zrozumieć na czym polegała rewolucyjność tego obrazu, jednak z dzisiejszej perspektywy wydaje się banalny, płytki i częstokroć głupi. Dodatkowo złe wrażenia pogłębia charakterystyczna dla chińskiej stylistyki tandeta, potęgowana przez pompatyczne dialogi i przesłodzoną muzykę (zwłaszcza to drugie). Tym niemniej obraz potrafi wciągnąć, bohaterowie są fajni, Chow Yun-Fat fajny, a sceny strzelanin już tutaj wymiatają. 7/10.
A Better Tomorrow 2 - druga część, z którą Woo miał problemy natury artystycznej, gdyż jego producent Tsui Hark miał zupełnie inną wizję obrazu niż on. Z tego też powodu obraz został w dużej mierze przemontowany i zmieniony, przez co Woo dzisiaj nie przyznaje się do bycia jego reżyserem, poza ostatnią sceną strzelaniny. Która, notabene, dosłownie zapiera dech w piersiach - tutaj dopiero talent Woo rozkwita, a o niedociągnięciach filmu się zapomina. Nie są one jednak rażące, przez cały czas trwania film trzyma w napięciu i niejednokrotnie potrafi zaskoczyć. 9/10, za finałową strzelaninę i Chow Yun-Fata w płaszczu i zapałką w ustach, rozwalającego 40 bandziorów w jednym ujęciu. Poezja.
A Better Tomorrow 3 - prequel do poprzednich części, z którym Woo nie miał jednak nic wspólnego. Reżyserią zajął się Tsui Hark, który po ABT2 odłączył się od Woo i postanowił, że zrobi swój własny film akcji. W rolę tytułową ponownie wcielił się Chow. Co tu dużo mówić - jest to gówno niemożebne, głupie, pompatyczne i z absurdalną fabułą i bohaterami. Widać, że Hark nie miał w sobie ani kawałka talentu narracyjnego jakim jest obdarzony Woo. 3/10, właściwie nie wiem za co. Omijać szerokim łukiem.
The Killer - pierwsze arcydzieło w dorobku Woo, choć średnio przyjęte w samych Chinach to już zaraz po premierze przemierzyło pół festiwalowego świata, zdobywając nagrody i uznanie. Tutaj mamy już wszelkie elementy wyznaczające styl Johna Woo doprowadzone do perfekcji - trzymająca w napięciu fabuła, wyraziści, twardzi bohaterowie, walka o honor, liryczne wręcz sceny strzelanin, gołębie jako symbol związku między Bogiem, a człowiekiem, bezkompromisowość w pokazywaniu przemocy. Film zabija klimatem, Chow Yun-Fat jest niesamowity, a finałowa strzelanina w kościele to klasyka gatunku, choć końcówka jest niesamowicie brutalna. Absolut, jeśli chodzi o kino akcji. 10/10
Bullet in the Head - bardzo, ale to bardzo odmienne dzieło zarówno od poprzednich jak i następnych filmów Woo. Właściwie aż dziw bierze, że nakręcił je ten sam reżyser, gdyż nie ma tu właściwie żadnego z jego stylowych wyznaczników, jakie wcześniej wykształcił. Jest to też jeden z bardzo niewielu filmów Woo z tamtego okresu bez udziału Yun-Fata. Nie jest to też film akcji - jest to właściwie dramat, historia trojga przyjaciół zmuszonych opuścić rodzinny Hong Kong, która wkrótce zostaje wplątana w porachunki gangsterskie, a następnie w wojnę w Wietnamie. Temu ostatniemu aspektowi filmu Woo również pozwolił oddychać, przez co mamy tu też trochę filmu wojennego. Warto na to zwrócić uwagę, gdyż jest to zupełnie odmienna wizja tego konfliktu niż ta serwowana nam przez Amerykanów. Nie ma co tu owijać w bawełnę - jest to niesamowicie ciężki film do oglądania, ze scenami przemocy tak dojmującymi, z klasycznymi, amerykańskimi konstrukcjami narracyjnymi tak bezkompromisowo przełamanymi, że wielu widzów może po prostu odrzucić od ekranu. Tak też zresztą się stało - film poniósł finansową klapę i nie przebił się do mainstreamowej publiki. A szkoda, bo oglądanie Bullet in the head to mocne, chwilami aż traumatyczne (scena w wietnamskim obozie jenieckim...), jednak niesamowicie dojmujące, a czasem wręcz mistyczne przeżycie. Rzadko zdarza mi się oglądać obraz, który tak bezkompromisowo i bezczelnie olewa wszelkie standardy budowania napięcia przez narrację, ale wali obuchem prosto w łeb. Tak właśnie poczułem się po obejrzeniu tego filmu; jest to z pewnością jeden z najcięższych obrazów jakie w życiu widziałem i tylko dla widzów o mocnych nerwach i żołądkach. Mam problemy z wystawieniem oceny, gdyż jest to film tak odmienny od pozostałych obrazów Johna, że trudno go zaklasyfikować. Jednak tam gdzie wielu nie mogło znieść niesamowitej dawki przemocy i ciężaru emocjonalnego tego obrazu, ja znajduję jego największą siłę. Dlatego też traktuję Bullet in the head jak arcydzieło i jeden z najlepszych filmów Woo. Jeśli The Killer był 10/10 to Bullet jest 11.
Once a Thief - po megaciężkiej historii wojennej o powoli niszczonych więziach przyjaźni, a także negatywnym odbiorze filmu, Woo postanowił nakręcić coś lekkiego. Dlatego jego kolejnym obrazem jest komedia sensacyjna, ponownie z Yun-Fatem w głównej roli. Nie jest to jednak jeden z lepszych jego filmów. O ile historia jest jeszcze niezła, o tyle samo wykonanie pozostawia wiele do życzenia, a i komiczna wymowa obrazu jest średnio udana. Ogólnie jest znośnie, jednak do obejrzenia i zapomnienia. 6/10
Hard Boiled - aweoijfawoegnawergopijaerhaeprgseup5yeagoieajrghpseiojhsrthijrthyyyuuuch - tyle mniej więcej byłem w stanie wyjąkać po zakończeniu tego ostatniego hongkońskiego filmu Woo przed jego emigracją do Stanów. John wraca tu do stylistyki swoich wczesnych produkcji, ABT i The Killer, jednak tym razem doprowadza ją do absolutnej perfekcji, tworząc natychmiastowy klasyk i benchmark do którego wkrótce zaczną być porównywane amerykańskie filmy akcji. Generalnie jest tu wszystko to co w Killerze, ale "bigger, better and more badass". Film opowiada o heroicznej walce policjanta imieniem Tequila (który często pije tequilę i w którego oczywiście wcielił się jak zawsze niezawodny Yun-Fat) z kartelem przestępczym z siedzibą w podziemiach... szpitala. W środku konfliktu znajduje się młody przestępca, który zdradza swego poprzedniego szefa i wstępuje do rozpracowywanego przez Tequilę kartelu... ale może nie będę więcej spoilerować bo tylko zepsuję wam fabułę. Sekrety filmu trzeba poznać samemu i tak - są tu głupoty i dziury scenariuszowe, są naiwne, pompatyczne wstawki i absurdalne akcje, ale nie o to tu chodzi, poza tym Woo nigdy nie przekracza pewnej granicy, za którą jest już kicz i tandeta. Film absolutnie zabija swoim klimatem, niszczy strzelaninami, łamie łeb 2 i pół minutowym ujęciem walki ogniowej w korytarzu szpitala. Trzyma w napięciu do ostatniej minuty. Jeśli jest jeden film Woo, który trzeba obejrzeć - jest to właśnie ten. The Killer był 10, Bullet 11... to HB ile? 12?
Jakaś ogólna charakterystyka? Generalnie im dalej w las, tym lepiej - Woo zaczął od niezłego ABT (według mnie tylko przypadek i taka a nie inna sytuacja w przemyśle sprawił, że film odniósł tak ogromny sukces; w USA przeszedłby bez echa), a potem zaczął strzelać jedno arcydzieło za drugim. Ich odbiór przez europejskiego widza może być dziś dość trudny ze względu na chińską stylistykę, którą te filmy są przesiąknięte. Przez swoją muzykę, grę aktorską, dialogi, montaż i sposób opowiadania historii wczesne filmy Woo mogą zdawać się kiczowate, przesłodzone, płytkie i tandetne - należy jednak pamiętać, że powodem tego stanu rzeczy jest to, że wtedy filmy tam tak się po prostu robiło i tyle. Zresztą wraz z rozwojem kariery, widać, że Woo coraz bardziej inspirował się kinem amerykańskim i w swoich kolejnych filmach stylika chińska jest coraz bardziej ograniczana i zduszana. W Hard Boiled, z wyjątkiem kilku dosłownie momentów, niemal w ogóle jej nie widać, a jedynym po czym można rozpoznać, że to chiński obraz są aktorzy i język jakim się posługują.
Z wszystkich filmów Woo z tamtego okresu obowiązkowe dla każdego kinomana jest zapoznanie się chociażby z dwoma - Killerem i HB - choć dla widzów o mocnych nerwach polecałbym też Bulleta.
Face/Off - jedyny w całości obejrzany przeze mnie amerykański film Woo. Powód tego stanu rzeczy jest prosty - po wyemigrowaniu do USA Woo najwyraźniej doświadczył wielkich trudności z adaptacją do ichniejszego przemysłu filmowego, co zaowocowało wyraźnym spadkiem jakości jego dzieł. Zresztą z wywiadów z nim można wnioskować, że duże trudności miał też z językiem, co oczywiście wpływało na jakość porozumienia z ekipą filmową i obsadą. Poza tym producenci nie chcieli dać mu całkowitej kontroli artystycznej nad żadnym z jego projektów, próbując je dostosować do opóźnionej w rozwoju widowni amerykańskiej. Generalnie większość jego filmów z tego okresu to puste, głupie, choć poprawnie zrobione i wystawne filmy akcji. Jedynym obrazem wybijającym się z tego szeregu jest właśnie Face/Off (Bez Twarzy) - dopiero przy tym dziele Woo uzyskał kompletną kontrolę nad całym projektem. Logiczne więc było, że stał się on najlepszym z jego dotychczasowych filmów zrobionych za Oceanem. Nie dorównuje on jednak jego chińskim dokonaniom - głównie przez fabułę, która jest tak niesamowicie, absurdalnie głupia, że ciężko ją obronić choćby najwymyślniejszymi scenami akcji czy stylistycznymi zagrywkami (no dobra, filmy Woo nigdy nie były za mądre, ale to co scenarzyści serwują w Face/Off przekracza wszelkie granice). Tym większe zaskoczenie, gdy okazuje się, że Woo udaje się to zrobić - w jakiś sposób, jego talent do tworzenia ociekających miodem i klimatem scen i bohaterów częściowo niweluje niesamowity wręcz nawał głupoty bombardujący nas z ekranu. Nigdy nie przepadałem ani za Travoltą ani Cagem, ale to co robią z granymi tu przez siebie postaciami po prostu trzeba zobaczyć. Abstrahując już od innych aspektów, film zdecydowanie odnosi sukces właśnie na polu aktorskim. Poza tym mamy tu oczywiście wszystko to do czego Woo nas już przyzwyczaił. Tylko klimat już gdzieś zaginął. 7,5/10.
No dobra, obejrzałem jeszcze kiedyś Mission:Impossible 2 ale raz, że jej nie pamiętam, a dwa, że średnio mi się chyba podobała więc nie będę tu jej omawiać. No i jest jeszcze Red Cliff - najnowsze widowisko historyczne Woo, pierwszy nakręcony przez niego film po niedawnym powrocie do Chin. Film tak mi się spodobał, że to właśnie on zachęcił mnie do zapoznania się z filmografią tego reżysera. Jak dla mnie jest to zdecydowanie najlepszy epicki obraz od czasów Władcy Pierścieni. Mała uwaga - oglądałem go na pirackiej kopii, pochodzącej jeszcze z Chin gdzie film był podzielony na 2 części. W Europie i w USA został scalony w jeden obraz co udało się osiągnąć wycięciem... jakiejś półtorej godziny filmu, rzekomo wypełnionej i tak niezrozumiałymi dla nie-Chińczyka nawiązaniami do ichniejszej kultury. Nie zgodzę się z tym - po obejrzeniu oryginalnej wersji (w świetnej jakości) stwierdzam, że film robi ogromne wrażenie, a każda scena płynnie przechodzi do następnej. Ani przez chwilę nie miałem uczucia zagubienia i naprawdę nie wyobrażam sobie jak może wyglądać przycięta na potrzeby Zachodu wersja. I chyba wolę nie wiedzieć. Tak więc Red Cliff w dwuczęściowej formie - mocne 9/10.
Nie wiem, ja jestem jakiś dziwny - filmy Woo pod względem fabularnym są przecież częstokroć banalne i płytkie, a jednak ja kupuję wszystko co ten facet nakręci. A takiego Avatara - ni w cholerę nie mogę ugryźć... :(
A Better Tomorrow - pierwsza część trzyczęściowej serii, która zrewolucjonizowała chiński rynek filmowy. Historia uwolnionego po latach z więzienia gangstera, który wraz z przyjacielem postanawia zacząć nowe życie, jednak jest prześladowany przez demony z przeszłości, co prowadzi do nieuchronnej konfrontacji i widowiskowej końcowej strzelaniny. Są tu zaczątki wszystkich tych elementów, które w następnych latach uczyniły Woo tak popularnym reżyserem, jednak widać że tu dopiero ćwiczył się w formie. Jestem w stanie zrozumieć na czym polegała rewolucyjność tego obrazu, jednak z dzisiejszej perspektywy wydaje się banalny, płytki i częstokroć głupi. Dodatkowo złe wrażenia pogłębia charakterystyczna dla chińskiej stylistyki tandeta, potęgowana przez pompatyczne dialogi i przesłodzoną muzykę (zwłaszcza to drugie). Tym niemniej obraz potrafi wciągnąć, bohaterowie są fajni, Chow Yun-Fat fajny, a sceny strzelanin już tutaj wymiatają. 7/10.
A Better Tomorrow 2 - druga część, z którą Woo miał problemy natury artystycznej, gdyż jego producent Tsui Hark miał zupełnie inną wizję obrazu niż on. Z tego też powodu obraz został w dużej mierze przemontowany i zmieniony, przez co Woo dzisiaj nie przyznaje się do bycia jego reżyserem, poza ostatnią sceną strzelaniny. Która, notabene, dosłownie zapiera dech w piersiach - tutaj dopiero talent Woo rozkwita, a o niedociągnięciach filmu się zapomina. Nie są one jednak rażące, przez cały czas trwania film trzyma w napięciu i niejednokrotnie potrafi zaskoczyć. 9/10, za finałową strzelaninę i Chow Yun-Fata w płaszczu i zapałką w ustach, rozwalającego 40 bandziorów w jednym ujęciu. Poezja.
A Better Tomorrow 3 - prequel do poprzednich części, z którym Woo nie miał jednak nic wspólnego. Reżyserią zajął się Tsui Hark, który po ABT2 odłączył się od Woo i postanowił, że zrobi swój własny film akcji. W rolę tytułową ponownie wcielił się Chow. Co tu dużo mówić - jest to gówno niemożebne, głupie, pompatyczne i z absurdalną fabułą i bohaterami. Widać, że Hark nie miał w sobie ani kawałka talentu narracyjnego jakim jest obdarzony Woo. 3/10, właściwie nie wiem za co. Omijać szerokim łukiem.
The Killer - pierwsze arcydzieło w dorobku Woo, choć średnio przyjęte w samych Chinach to już zaraz po premierze przemierzyło pół festiwalowego świata, zdobywając nagrody i uznanie. Tutaj mamy już wszelkie elementy wyznaczające styl Johna Woo doprowadzone do perfekcji - trzymająca w napięciu fabuła, wyraziści, twardzi bohaterowie, walka o honor, liryczne wręcz sceny strzelanin, gołębie jako symbol związku między Bogiem, a człowiekiem, bezkompromisowość w pokazywaniu przemocy. Film zabija klimatem, Chow Yun-Fat jest niesamowity, a finałowa strzelanina w kościele to klasyka gatunku, choć końcówka jest niesamowicie brutalna. Absolut, jeśli chodzi o kino akcji. 10/10
Bullet in the Head - bardzo, ale to bardzo odmienne dzieło zarówno od poprzednich jak i następnych filmów Woo. Właściwie aż dziw bierze, że nakręcił je ten sam reżyser, gdyż nie ma tu właściwie żadnego z jego stylowych wyznaczników, jakie wcześniej wykształcił. Jest to też jeden z bardzo niewielu filmów Woo z tamtego okresu bez udziału Yun-Fata. Nie jest to też film akcji - jest to właściwie dramat, historia trojga przyjaciół zmuszonych opuścić rodzinny Hong Kong, która wkrótce zostaje wplątana w porachunki gangsterskie, a następnie w wojnę w Wietnamie. Temu ostatniemu aspektowi filmu Woo również pozwolił oddychać, przez co mamy tu też trochę filmu wojennego. Warto na to zwrócić uwagę, gdyż jest to zupełnie odmienna wizja tego konfliktu niż ta serwowana nam przez Amerykanów. Nie ma co tu owijać w bawełnę - jest to niesamowicie ciężki film do oglądania, ze scenami przemocy tak dojmującymi, z klasycznymi, amerykańskimi konstrukcjami narracyjnymi tak bezkompromisowo przełamanymi, że wielu widzów może po prostu odrzucić od ekranu. Tak też zresztą się stało - film poniósł finansową klapę i nie przebił się do mainstreamowej publiki. A szkoda, bo oglądanie Bullet in the head to mocne, chwilami aż traumatyczne (scena w wietnamskim obozie jenieckim...), jednak niesamowicie dojmujące, a czasem wręcz mistyczne przeżycie. Rzadko zdarza mi się oglądać obraz, który tak bezkompromisowo i bezczelnie olewa wszelkie standardy budowania napięcia przez narrację, ale wali obuchem prosto w łeb. Tak właśnie poczułem się po obejrzeniu tego filmu; jest to z pewnością jeden z najcięższych obrazów jakie w życiu widziałem i tylko dla widzów o mocnych nerwach i żołądkach. Mam problemy z wystawieniem oceny, gdyż jest to film tak odmienny od pozostałych obrazów Johna, że trudno go zaklasyfikować. Jednak tam gdzie wielu nie mogło znieść niesamowitej dawki przemocy i ciężaru emocjonalnego tego obrazu, ja znajduję jego największą siłę. Dlatego też traktuję Bullet in the head jak arcydzieło i jeden z najlepszych filmów Woo. Jeśli The Killer był 10/10 to Bullet jest 11.
Once a Thief - po megaciężkiej historii wojennej o powoli niszczonych więziach przyjaźni, a także negatywnym odbiorze filmu, Woo postanowił nakręcić coś lekkiego. Dlatego jego kolejnym obrazem jest komedia sensacyjna, ponownie z Yun-Fatem w głównej roli. Nie jest to jednak jeden z lepszych jego filmów. O ile historia jest jeszcze niezła, o tyle samo wykonanie pozostawia wiele do życzenia, a i komiczna wymowa obrazu jest średnio udana. Ogólnie jest znośnie, jednak do obejrzenia i zapomnienia. 6/10
Hard Boiled - aweoijfawoegnawergopijaerhaeprgseup5yeagoieajrghpseiojhsrthijrthyyyuuuch - tyle mniej więcej byłem w stanie wyjąkać po zakończeniu tego ostatniego hongkońskiego filmu Woo przed jego emigracją do Stanów. John wraca tu do stylistyki swoich wczesnych produkcji, ABT i The Killer, jednak tym razem doprowadza ją do absolutnej perfekcji, tworząc natychmiastowy klasyk i benchmark do którego wkrótce zaczną być porównywane amerykańskie filmy akcji. Generalnie jest tu wszystko to co w Killerze, ale "bigger, better and more badass". Film opowiada o heroicznej walce policjanta imieniem Tequila (który często pije tequilę i w którego oczywiście wcielił się jak zawsze niezawodny Yun-Fat) z kartelem przestępczym z siedzibą w podziemiach... szpitala. W środku konfliktu znajduje się młody przestępca, który zdradza swego poprzedniego szefa i wstępuje do rozpracowywanego przez Tequilę kartelu... ale może nie będę więcej spoilerować bo tylko zepsuję wam fabułę. Sekrety filmu trzeba poznać samemu i tak - są tu głupoty i dziury scenariuszowe, są naiwne, pompatyczne wstawki i absurdalne akcje, ale nie o to tu chodzi, poza tym Woo nigdy nie przekracza pewnej granicy, za którą jest już kicz i tandeta. Film absolutnie zabija swoim klimatem, niszczy strzelaninami, łamie łeb 2 i pół minutowym ujęciem walki ogniowej w korytarzu szpitala. Trzyma w napięciu do ostatniej minuty. Jeśli jest jeden film Woo, który trzeba obejrzeć - jest to właśnie ten. The Killer był 10, Bullet 11... to HB ile? 12?
Jakaś ogólna charakterystyka? Generalnie im dalej w las, tym lepiej - Woo zaczął od niezłego ABT (według mnie tylko przypadek i taka a nie inna sytuacja w przemyśle sprawił, że film odniósł tak ogromny sukces; w USA przeszedłby bez echa), a potem zaczął strzelać jedno arcydzieło za drugim. Ich odbiór przez europejskiego widza może być dziś dość trudny ze względu na chińską stylistykę, którą te filmy są przesiąknięte. Przez swoją muzykę, grę aktorską, dialogi, montaż i sposób opowiadania historii wczesne filmy Woo mogą zdawać się kiczowate, przesłodzone, płytkie i tandetne - należy jednak pamiętać, że powodem tego stanu rzeczy jest to, że wtedy filmy tam tak się po prostu robiło i tyle. Zresztą wraz z rozwojem kariery, widać, że Woo coraz bardziej inspirował się kinem amerykańskim i w swoich kolejnych filmach stylika chińska jest coraz bardziej ograniczana i zduszana. W Hard Boiled, z wyjątkiem kilku dosłownie momentów, niemal w ogóle jej nie widać, a jedynym po czym można rozpoznać, że to chiński obraz są aktorzy i język jakim się posługują.
Z wszystkich filmów Woo z tamtego okresu obowiązkowe dla każdego kinomana jest zapoznanie się chociażby z dwoma - Killerem i HB - choć dla widzów o mocnych nerwach polecałbym też Bulleta.
Face/Off - jedyny w całości obejrzany przeze mnie amerykański film Woo. Powód tego stanu rzeczy jest prosty - po wyemigrowaniu do USA Woo najwyraźniej doświadczył wielkich trudności z adaptacją do ichniejszego przemysłu filmowego, co zaowocowało wyraźnym spadkiem jakości jego dzieł. Zresztą z wywiadów z nim można wnioskować, że duże trudności miał też z językiem, co oczywiście wpływało na jakość porozumienia z ekipą filmową i obsadą. Poza tym producenci nie chcieli dać mu całkowitej kontroli artystycznej nad żadnym z jego projektów, próbując je dostosować do opóźnionej w rozwoju widowni amerykańskiej. Generalnie większość jego filmów z tego okresu to puste, głupie, choć poprawnie zrobione i wystawne filmy akcji. Jedynym obrazem wybijającym się z tego szeregu jest właśnie Face/Off (Bez Twarzy) - dopiero przy tym dziele Woo uzyskał kompletną kontrolę nad całym projektem. Logiczne więc było, że stał się on najlepszym z jego dotychczasowych filmów zrobionych za Oceanem. Nie dorównuje on jednak jego chińskim dokonaniom - głównie przez fabułę, która jest tak niesamowicie, absurdalnie głupia, że ciężko ją obronić choćby najwymyślniejszymi scenami akcji czy stylistycznymi zagrywkami (no dobra, filmy Woo nigdy nie były za mądre, ale to co scenarzyści serwują w Face/Off przekracza wszelkie granice). Tym większe zaskoczenie, gdy okazuje się, że Woo udaje się to zrobić - w jakiś sposób, jego talent do tworzenia ociekających miodem i klimatem scen i bohaterów częściowo niweluje niesamowity wręcz nawał głupoty bombardujący nas z ekranu. Nigdy nie przepadałem ani za Travoltą ani Cagem, ale to co robią z granymi tu przez siebie postaciami po prostu trzeba zobaczyć. Abstrahując już od innych aspektów, film zdecydowanie odnosi sukces właśnie na polu aktorskim. Poza tym mamy tu oczywiście wszystko to do czego Woo nas już przyzwyczaił. Tylko klimat już gdzieś zaginął. 7,5/10.
No dobra, obejrzałem jeszcze kiedyś Mission:Impossible 2 ale raz, że jej nie pamiętam, a dwa, że średnio mi się chyba podobała więc nie będę tu jej omawiać. No i jest jeszcze Red Cliff - najnowsze widowisko historyczne Woo, pierwszy nakręcony przez niego film po niedawnym powrocie do Chin. Film tak mi się spodobał, że to właśnie on zachęcił mnie do zapoznania się z filmografią tego reżysera. Jak dla mnie jest to zdecydowanie najlepszy epicki obraz od czasów Władcy Pierścieni. Mała uwaga - oglądałem go na pirackiej kopii, pochodzącej jeszcze z Chin gdzie film był podzielony na 2 części. W Europie i w USA został scalony w jeden obraz co udało się osiągnąć wycięciem... jakiejś półtorej godziny filmu, rzekomo wypełnionej i tak niezrozumiałymi dla nie-Chińczyka nawiązaniami do ichniejszej kultury. Nie zgodzę się z tym - po obejrzeniu oryginalnej wersji (w świetnej jakości) stwierdzam, że film robi ogromne wrażenie, a każda scena płynnie przechodzi do następnej. Ani przez chwilę nie miałem uczucia zagubienia i naprawdę nie wyobrażam sobie jak może wyglądać przycięta na potrzeby Zachodu wersja. I chyba wolę nie wiedzieć. Tak więc Red Cliff w dwuczęściowej formie - mocne 9/10.
Nie wiem, ja jestem jakiś dziwny - filmy Woo pod względem fabularnym są przecież częstokroć banalne i płytkie, a jednak ja kupuję wszystko co ten facet nakręci. A takiego Avatara - ni w cholerę nie mogę ugryźć... :(
02-01-2010, 21:26





