Morderczy Afganistan (ĐŃганŃкиК ĐСНОП) 1990. Produkcja włosko-radziecka.
Kończy się wojna w Afganistanie. Rosjanie powoli wycofują swoje wojska. Dowództwu do tego stopnia zależy na ograniczeniu strat, że gdy zaatakowany zostaje jeden z patroli, zamiast przeprowadzić akcję odwetową, wolą zapłacić lokalnemu oddziałowi mudżahedinów mąką i bronią, aby ci dali im święty spokój. Jednocześnie na służbę przybywa młody żołnierz Steklov, syn jednego z prominentnych komunistycznych notabli. Chłopakowi marzy się trochę akcji, ale przede wszystkim liczy że przed odwrotem zdąży jeszcze kupić na czarnym rynku trochę amerykańskiego sprzętu RTV. Zostaje odesłany pod protekcję doświadczonego majora Bandury, dla którego z kolei powrót oznacza tylko tyle, że będzie musiał zostawić wszystko to co miał w Afganistanie i na nowo układać życie sprzed wojny.
Gorzki film. Wszystkie pytania dotyczące (bez)sensu tej wojny, traumy itp. bohaterowie albo skrywają gdzieś w sobie, albo w ogóle się nad nimi nie zastanawiają. Daje to wszystko wyraz w rozmowach. Często gada się tutaj o niczym, jakby wszyscy bali się powiedzieć coś konkretnego. Wiele problemów próbuje się załatwić uspokajającymi sumienie banałami, co w końcu owocuje chyba najlepszym w filmie dialogiem, toczonym przez dowództwo przy suto zakrapianej alkoholem kolacji:
Generał: Wojnę zaczynają politycy, a ginąć muszą żołnierze. Wojny bez ofiar nie ma i jeszcze ich przybędzie. My powinniśmy zrobić wszystko, żeby ich było jak najmniej. To wypijmy za tych, którzy nie wrócili. (Widzi że muzułmański oficer, Afgańczyk, nie wznosi toastu) A ty czego Dżalał? Przy kolacji to i w Ramadan można.
Dżalał: A u mnie rodzina w Kandaharze.
G: Jeszcze ich nie przewiozłeś? No to wieź ich do Kabulu.
Dż: A z Kabulu dokąd?
Bandura: A w Kabulu weźmiesz karabin i sam będziesz ich bronić.
G: Co powiedziałeś majorze?
B: Powiedziałem żeby wziął karabin i sam bronił swoją rodzinę.
G: Wyjdź przewietrzyć się na zewnątrz majorze.
Całość utrzymana jest w paradokumentalnym stylu, wprowadzanym konsekwentnie od pierwszej sceny, pokazującej rytualne obrzezanie małego afgańskiego chłopca. Niestety batalistyka w wielu momentach kuleje, realizacyjnie ocierając się wręcz o tandetę. Czasem ktoś, kto niby dostał postrzał, zamiast normalnie upaść na ziemię, po prostu ostrożnie się na niej kładzie. Zresztą widać to w pewnym momencie na tym (zawiera spoilery, ale świetnie odzwierciedla klimat filmu). Na szczęście nie ma tego dużo i obecne jest głównie w środkowej części filmu. Finał został dużo lepiej dopracowany.
Większość obsady spisała się przyzwoicie. Nie ma może tutaj jakiś wybitnych kreacji, ale postacie są wiarygodne, więc wystarczy. Ze znanych aktorów obecny jest tutaj tylko Michele Placido grający Bandurę.
Rzecz godna uwagi, choć daleko jej do amerykańskiego mainstreamu.
Kończy się wojna w Afganistanie. Rosjanie powoli wycofują swoje wojska. Dowództwu do tego stopnia zależy na ograniczeniu strat, że gdy zaatakowany zostaje jeden z patroli, zamiast przeprowadzić akcję odwetową, wolą zapłacić lokalnemu oddziałowi mudżahedinów mąką i bronią, aby ci dali im święty spokój. Jednocześnie na służbę przybywa młody żołnierz Steklov, syn jednego z prominentnych komunistycznych notabli. Chłopakowi marzy się trochę akcji, ale przede wszystkim liczy że przed odwrotem zdąży jeszcze kupić na czarnym rynku trochę amerykańskiego sprzętu RTV. Zostaje odesłany pod protekcję doświadczonego majora Bandury, dla którego z kolei powrót oznacza tylko tyle, że będzie musiał zostawić wszystko to co miał w Afganistanie i na nowo układać życie sprzed wojny.
Gorzki film. Wszystkie pytania dotyczące (bez)sensu tej wojny, traumy itp. bohaterowie albo skrywają gdzieś w sobie, albo w ogóle się nad nimi nie zastanawiają. Daje to wszystko wyraz w rozmowach. Często gada się tutaj o niczym, jakby wszyscy bali się powiedzieć coś konkretnego. Wiele problemów próbuje się załatwić uspokajającymi sumienie banałami, co w końcu owocuje chyba najlepszym w filmie dialogiem, toczonym przez dowództwo przy suto zakrapianej alkoholem kolacji:
Generał: Wojnę zaczynają politycy, a ginąć muszą żołnierze. Wojny bez ofiar nie ma i jeszcze ich przybędzie. My powinniśmy zrobić wszystko, żeby ich było jak najmniej. To wypijmy za tych, którzy nie wrócili. (Widzi że muzułmański oficer, Afgańczyk, nie wznosi toastu) A ty czego Dżalał? Przy kolacji to i w Ramadan można.
Dżalał: A u mnie rodzina w Kandaharze.
G: Jeszcze ich nie przewiozłeś? No to wieź ich do Kabulu.
Dż: A z Kabulu dokąd?
Bandura: A w Kabulu weźmiesz karabin i sam będziesz ich bronić.
G: Co powiedziałeś majorze?
B: Powiedziałem żeby wziął karabin i sam bronił swoją rodzinę.
G: Wyjdź przewietrzyć się na zewnątrz majorze.
Całość utrzymana jest w paradokumentalnym stylu, wprowadzanym konsekwentnie od pierwszej sceny, pokazującej rytualne obrzezanie małego afgańskiego chłopca. Niestety batalistyka w wielu momentach kuleje, realizacyjnie ocierając się wręcz o tandetę. Czasem ktoś, kto niby dostał postrzał, zamiast normalnie upaść na ziemię, po prostu ostrożnie się na niej kładzie. Zresztą widać to w pewnym momencie na tym (zawiera spoilery, ale świetnie odzwierciedla klimat filmu). Na szczęście nie ma tego dużo i obecne jest głównie w środkowej części filmu. Finał został dużo lepiej dopracowany.
Większość obsady spisała się przyzwoicie. Nie ma może tutaj jakiś wybitnych kreacji, ale postacie są wiarygodne, więc wystarczy. Ze znanych aktorów obecny jest tutaj tylko Michele Placido grający Bandurę.
Rzecz godna uwagi, choć daleko jej do amerykańskiego mainstreamu.
14-03-2010, 19:42





