Po latach (wielu, wielu) przypomniałem sobie Batmana z Nicholsonem, czyli film, który niegdyś uwielbiałem. Zapamiętałem go jako arcydzieło i wkładając płytę do napędu byłem naprawdę podekscytowany. Po seansie mogę powiedzieć (ze smutkiem) tylko jedno: Batman to ciekawie wystylizowany kiepski film. I zgodzić się wreszcie z wieloma opiniami z rottentomatoes.
Główną zaletą filmu Burtona jest bohater. Nie jako to pokraczne coś w dziwnym kostiumie, co widzimy na ekranie - bez żartów, Keaton rusza się jakby był zakuty w zbroję, a oczojebne logo na klacie na pewno nie pomaga mu kryć się w cieniu. Batman jest ciekawy z tego względu, że jest trochę - jak to określa Viki Vale - nienormalny. Głównie jako Bruce Wayne, bo jako Batman nie budzi absolutnie żadnej grozy; Christian Bale jest tu nie do pobicia.
Joker jest postacią ciekawą, ale źle napisaną. Jego teksty są mniej lub bardziej żałosne, a Nicholson stara się jak może, ale wymuszony śmiech i kiepskie żarty (rozumiem, że to element postaci) sprawiają że wypada nijako. Na pewno bym się tego staruszka nie bał. Wyjątkowo - wspaniały i demoniczny Nicholson utracił całą wspaniałość i demoniczność. Jest przeciętny.
Jednak nawet jeśli dać głównym aktorom fory i przymknąć oko na niedostatki ich gry, pojawia się inny zarzut: mają za mało czasu ekranowego. Ten film właściwie nie ma głównego bohatera. Jest trochę Bruce'a, trochę Jokera, trochę Batmana (malutko), trochę Viki... A w sumie nie ma nikogo, kto pociągnąłby nużącą fabułę.
Postaci z dalszego planu albo nie posiadają osobowości (Viki), albo są kliszami klisz klisz klisz (dziennikarz), albo pojawiają się w tak krótkich epizodach, że nie mają niczego do pokazania (Gordon). Na uwagę zasługuje jedynie Alfred.
Wróćmy do fabuły. Operuje stereotypami - dociekliwy dziennikarz, twardy, podstarzały glina, zły bogacz. Nie byłoby to złe, gdyby ich działania miały jakiś cel. Tymczasem morderczy jak dziecko z dynamitem Joker zatruwa produkty codziennego użytku, warunkując jednak działanie trucizny połączeniem jej składników, czyli użyciem jednocześnie szminki, farby do włosów i zasypki dla niemowląt. Kto stosuje takie mieszanki? Do czego? Przecież prawdopodobieństwo śmierci jest niemal zerowe, mógł poprzestać tylko na straszeniu.
Prowadzeniu wątków nie pomaga też montaż. Pierwszy lepszy przykład: zły bogacz, szef Jokera. Ma olbrzymie znaczenie dla fabuły, ale dzięki zbyt powolnej narracji ono gdzieś ginie i w zasadzie gość kończy jako kolejny trup w akompaniamencie nieśmiesznego czarnego humoru. Albo taka scena: Joker rozrzuca pieniądze. Widz myśli: co za okrutnik, teraz wszyscy się o nie pozabijają! Gdzie tam. Zamiast tego mają zostać otruci gazem. Ale oto! leci Batman! Na ratunek! Powrót do Jokera, który widzi Bat-samolot i komentuje to dłuuuugim monologiem. Mówi i mówi, a Batman... no cóż, pewnie dalej gdzieś leci, tylko ciekawe gdzie. Może był objazd i musiał wybrać dłuższą drogę? Po pięciu minutach wreszcie skręca i wkracza do akcji. Finałowego pojedynku nietoperza z klaunem się nie uczepię, bo to byłoby kopanie leżącego. Zwisający z drabinki Joker przypomniał mi scenkę z Batman Zbawia Świat, w której Robin zwisając z podobnego sznurka podaje Batmanowi spray na rekiny. Dramatyzm, szybkość akcji i poziom wykonania mniej więcej ten sam. Och, i jeszcze te wszędobylskie rykoszety, których dźwięk brzmi jak wibracja kamertonu! Po prostu bomba.
W tym filmie razi zgranie różnych elementów. Scenografia jest świetna, stylizacja na przeszłość-przyszłość zabójcza, Batmobil wygląda rewelacyjnie, ale kiedy przychodzi do połączenia tego w ruchome obrazki, wszystko się kaszani i wygląda jak kukiełkowy teatrzyk bez bohaterów i jakichkolwiek emocji. Krótko mówiąc: przerost formy nad treścią. Burtonowskiego Batmana oceniłbym na 4\10. Z każdym rokiem film staje się coraz bardziej kiczowaty, ale scenariusz był zły od początku.
Główną zaletą filmu Burtona jest bohater. Nie jako to pokraczne coś w dziwnym kostiumie, co widzimy na ekranie - bez żartów, Keaton rusza się jakby był zakuty w zbroję, a oczojebne logo na klacie na pewno nie pomaga mu kryć się w cieniu. Batman jest ciekawy z tego względu, że jest trochę - jak to określa Viki Vale - nienormalny. Głównie jako Bruce Wayne, bo jako Batman nie budzi absolutnie żadnej grozy; Christian Bale jest tu nie do pobicia.
Joker jest postacią ciekawą, ale źle napisaną. Jego teksty są mniej lub bardziej żałosne, a Nicholson stara się jak może, ale wymuszony śmiech i kiepskie żarty (rozumiem, że to element postaci) sprawiają że wypada nijako. Na pewno bym się tego staruszka nie bał. Wyjątkowo - wspaniały i demoniczny Nicholson utracił całą wspaniałość i demoniczność. Jest przeciętny.
Jednak nawet jeśli dać głównym aktorom fory i przymknąć oko na niedostatki ich gry, pojawia się inny zarzut: mają za mało czasu ekranowego. Ten film właściwie nie ma głównego bohatera. Jest trochę Bruce'a, trochę Jokera, trochę Batmana (malutko), trochę Viki... A w sumie nie ma nikogo, kto pociągnąłby nużącą fabułę.
Postaci z dalszego planu albo nie posiadają osobowości (Viki), albo są kliszami klisz klisz klisz (dziennikarz), albo pojawiają się w tak krótkich epizodach, że nie mają niczego do pokazania (Gordon). Na uwagę zasługuje jedynie Alfred.
Wróćmy do fabuły. Operuje stereotypami - dociekliwy dziennikarz, twardy, podstarzały glina, zły bogacz. Nie byłoby to złe, gdyby ich działania miały jakiś cel. Tymczasem morderczy jak dziecko z dynamitem Joker zatruwa produkty codziennego użytku, warunkując jednak działanie trucizny połączeniem jej składników, czyli użyciem jednocześnie szminki, farby do włosów i zasypki dla niemowląt. Kto stosuje takie mieszanki? Do czego? Przecież prawdopodobieństwo śmierci jest niemal zerowe, mógł poprzestać tylko na straszeniu.
Prowadzeniu wątków nie pomaga też montaż. Pierwszy lepszy przykład: zły bogacz, szef Jokera. Ma olbrzymie znaczenie dla fabuły, ale dzięki zbyt powolnej narracji ono gdzieś ginie i w zasadzie gość kończy jako kolejny trup w akompaniamencie nieśmiesznego czarnego humoru. Albo taka scena: Joker rozrzuca pieniądze. Widz myśli: co za okrutnik, teraz wszyscy się o nie pozabijają! Gdzie tam. Zamiast tego mają zostać otruci gazem. Ale oto! leci Batman! Na ratunek! Powrót do Jokera, który widzi Bat-samolot i komentuje to dłuuuugim monologiem. Mówi i mówi, a Batman... no cóż, pewnie dalej gdzieś leci, tylko ciekawe gdzie. Może był objazd i musiał wybrać dłuższą drogę? Po pięciu minutach wreszcie skręca i wkracza do akcji. Finałowego pojedynku nietoperza z klaunem się nie uczepię, bo to byłoby kopanie leżącego. Zwisający z drabinki Joker przypomniał mi scenkę z Batman Zbawia Świat, w której Robin zwisając z podobnego sznurka podaje Batmanowi spray na rekiny. Dramatyzm, szybkość akcji i poziom wykonania mniej więcej ten sam. Och, i jeszcze te wszędobylskie rykoszety, których dźwięk brzmi jak wibracja kamertonu! Po prostu bomba.
W tym filmie razi zgranie różnych elementów. Scenografia jest świetna, stylizacja na przeszłość-przyszłość zabójcza, Batmobil wygląda rewelacyjnie, ale kiedy przychodzi do połączenia tego w ruchome obrazki, wszystko się kaszani i wygląda jak kukiełkowy teatrzyk bez bohaterów i jakichkolwiek emocji. Krótko mówiąc: przerost formy nad treścią. Burtonowskiego Batmana oceniłbym na 4\10. Z każdym rokiem film staje się coraz bardziej kiczowaty, ale scenariusz był zły od początku.
05-06-2007, 18:44






